środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


piątek, 27 marca 2020

Na kwarantannie


W Dwutygodniku piszę o koncertach w czasach… dobrze wiecie, jakich. Ostatnie dwa tygodnie nie tylko spędziłem w zamknięciu, ale też śledziłem różne inicjatywy koncertów w sieci. Z tych najbardziej swoim rozmachem ujęły mnie Soundrive Online Festival (który jeszcze trwa, jutro finałowe koncerty Siksy i Woshka/Khris) i hiszpański Cuarentena Fest, który kończy się dzisiaj. A to dopiero początek, festiwale streamingowe rosną jak grzyby po deszczu.

O tym, że Hiszpanie w przeciwieństwie do Włochów grających i śpiewających na balkonach, część koncertowego życia chcą przenieść do sieci i zrobić onlajnowy, streamingowy festiwal, dowiedziałem się dzięki Oli, warszawskiej specjalistki od hiszpańskiego i fińskiego indie (koniecznie sprawdźcie jej dwie audycje w Radiu Kapitał). Żadna nazwa z lineupu nic mi nie mówiła. Zdałem się na ślepy los.

Pierwszy koncert na Cuarentenie zachwycił mnie od pierwszych chwil. Planowałem go oglądać jednym okiem, ale się nie dało. Miałem jakieś wyjątkowe szczęście, albo po prostu Hiszpanie robią świetny indie pop. W każdym razie nadająca ze swojego madryckiego mieszkania, obstawiona klawiszami, z roślinami za plecami, Caliza zagrała urzekająco naturalnie, co tylko uwypukliło jej ładne piosenki. Możliwe, że streamingi ze swoimi ograniczeniami, pomagają wybrzmieć piosenkom, bo nie ma się za czym kryć. Grała utwory ze swojego jak na razie jedynego albumu Mar del Cristal. Syntezatorowy pop Hiszpanki od razu skojarzył mi się z piosenkami Sobrenadar, są podobnie rozmyte i oniryczne. Szczęście miałem podwójne, bo od razu zagrała Call of Duty, który od razu stał się moim prywatnym przebojem. Tak, jak i Mil Piedras i prawie wszystkie pozostałe piosenki z Mar del Cristal.



Drugim największym odkryciem festiwalu jest dla mnie Evripidis & His Tragedies, czyli Evripidis Sabatis, Ateńczyk, który swoim domem nazywa Barcelonę. Wcześniej śpiewał po angielsku, ale na ostatnim albumie Μια Τρίτη στην Καντίνα wrócił do greki. Może dlatego jego słoneczny pop wydaje się jeszcze bardziej wakacyjny. Jego koncert był bardziej performatywny od w sumie skupionego występu Calizy. Może dlatego, że Evirpidisowi towarzyszył jego partner Marc Ribera, kamerzysta (i jak się okazało później, pilarz), dzięki czemu mógł się skupić na występowaniu i tańczeniu po mieszkaniu. I znów, jak w przypadku Calizy, muzyka Evripidisa zauroczyła mnie od pierwszych dźwięków.



Widziałem jeszcze kilkanaście koncertów, codziennie coś się dzieje nie tylko na Cuarentenie, kwarantanna nie pozbyła problemu nadmiaru i ciężkich wyborów, z których najmilej wspominam ten Pavvli. Ponownie uroczo amatorski, widać, że muzycy uczą się tej formy wirtualnego obcowania z widzami, że trzeba inaczej utrzymywać uwagę, nie widząc ich. A jednak taka intymna obecność to coś odświeżającego, może do łask wrócą małe, kameralne koncerty, gdy to wszystko się już skończy. Choć, oczywiście, możemy się obudzić w rzeczywistości, kiedy na koncerty w realu będą mogą sobie pozwolić najwięksi, a najmniejszym zostanie tylko internet.

środa, 18 marca 2020

Stabilna prowizorka




Melati Malay pochodzi z Indonezji, z najludniejszej wyspy świata, Jawy, Mieszka w Nowym Jorku, gdzie gra w indiepopowym zespole Young Magic. Przynajmniej raz w roku wraca na rodzinna wyspę. W 2018 roku w podróż wybrali się z nią nowojorscy koledzy Tristan Arp i Kaazi. Niedaleko rodzinnego domu Melati i jej dwóch towarzyszy rozstawili studio. Tymczasowe, tak jak tymczasowa miała być ich muzyka.

Melati już w Young Magic czerpała ze swojej rodzimej tradycji (ale nie tylko jej, razem z pochodzącym z Australii Isaakiem Emmanuelem sięgali po różne sample muzyk tradycyjnych z całego świata), czego kulminacją był wydany trzy lata temu Still Life. Z Asa Tone kontynuuje ten kierunek, ale w dużo mniej przebojowy sposób. Temporary Music stoi na rozstaju między zachodnimi eksperymentami, post-minimalizmem, ambientem a jawajską gamelanową tradycją. Skonstruowana przez nich hybryda jest bardzo naturalna, znajdowanie wspólnych mianowników między - wydawałoby się - odległymi idiomami przychodzi im niezwykle łatwo. Nie tylko dlatego, że post-minimalizm dużo zawdzięcza muzykom niezachodnim. Malay, Arp i Kaazi starają się traktować wszystkie elementy tak samo. Oczywiście, to muzyka zachodnia, ale wchodząca w dialog z gamelanem, czerpiąca z niego rytmiczne struktury czy brzmienia. Nigdy jednak nie ma wrażenia, że ten drugi element jest wciskany na siłę czy egzotycyzowany. Syntezatory i metalofony brzmią ze sobą harmonicznie, dopełniają się. Ich połączenie brzmi bardzo naturalnie.

Asa Tone grają muzykę, pełną zapętleń, powtórzeń motywów i fraz. W  ucieczce od nudy pomaga fakt, że mają zmysł do ładnych, kojących melodii. To muzyka jednocześnie wielkiego miasta, jak i samego serca lasu tropikalnego. Pełna spokoju i wytchnienia, ale gdy trzeba dynamiczna. Trochę kalejdoskopowa. Jedyne, czego trochę szkoda, to to, że utwory są krótkie, że nie pozwalają im się rozwinąć, popłynąć w nieznane. Zostawiają po sobie nieznośny niedosyt, zbyt szybko przerywają narrację.

Zgodnie z tytułem, Temporary Music można by potraktować jako wprawki, nieukończone szkice. W końcu powstały w kilka dni podczas improwizowanych sesji, z których później już w Nowym Jorku wykroili najciekawsze fragmenty. A jako wprawki można by je łatwo przeoczyć. To byłby błąd, choć nie jest to płyta idealna, warto się w nią wsłuchać i odpocząć od zgiełku codziennego życia.



wtorek, 17 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 III 2020


Dzisiaj było zdecydowanie mniej gadania niż muzyki, dlatego zmieściło się aż 12 i kawałek piosenki. Trochę marcowych nowości, sporo grania z singli. Wszystko pełne lata i radości, bo rzeczywistość jaka jest.

1. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
2. Marina Satti - Mantissa (Mantissa)
3. Mauvais Œil - Salam Salomé (Salam Salomé)
4. Baharat - On the Way to Wedding (The Egyptian)
5. Los Bitchos - Pista (The Great Start) (Pista (The Great Start))
6. Los Bitchos -  Frozen Margarita (Pista (The Great Start))
7. Mameen 3 - Kudreda (Kudreda)
8. Mameen 3 - Mamermaids (Kudreda)
9. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Hoş Geldin (Peeping Through The Porthole)
10. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Group Martini's Theme (Peeping Through The Porthole)
11. Konstantinos Aigiros - Ximeromata (To Kati Parapano)
12. Yumi Zouma - Southwark (Truth or Consequences)
13. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko-Tioko)

piątek, 13 marca 2020

Morska muzyka



Kocham morze. Stały rytm fal, przypływów i odpływów ma w sobie coś uspokajającego hipnotyzującego, ale też każde uderzenie fal o kamienie przypomina, że chwilowy spokój może zmienić się w niszczycielski żywioł. Nawet takie małe, niewydarzone i zimne jak Bałtyk. A może właśnie dlatego, że jest takie nietypowe, lubię je szczególnie. Najbardziej po sezonie, kiedy nawet Gdynia zapada w letarg. Miejska plaża i bulwar nadmorski w lecie pełne tak, że ledwo da się przejść, w listopadzie czy grudniu są prawie wymarłe. Zresztą, gdy jest gorąco i tłoczno, też to miasto uwielbiam.

Między innymi dlatego tak bardzo lubię Kiev Office, zespół będący emanacją Gdyni, a teraz i całego Pomorza. Już tytuł ich siódmego albumu, Nordowi Môl, wyznacza nowy kierunek, po raz pierwszy bezpośrednio sięgają do kaszubszczyzny. A to dopiero początek. Jeszcze wyraźniej niż wcześniej kierują się ku lokalności, wyciągają zapomniane historie, inspirują się historią regionu i dziewiętnastowiecznymi reportażami o życiu helskich rybaków. Michał Miegoń w dwóch utworach sięga po diabelskie skrzypce, kaszubski instrument ludowy, używany kiedyś przede wszystkim w obrzędach. Wreszcie, słychać też kaszubski, co prawda tylko w jednym fragmencie, ale to interpretacja ludowej piosenki. Na tym etapie powinniście wiedzieć, że jestem kupiony.

Nie chodzi o to, że Miegoń, Lewandowski i Wroński przebrali się w ludowe stroje, rzucili gitary w kąt i udają, że jest ten XIX wiek. Oni po prostu poszerzyli swoje inspiracje, ale nadal grają bardzo współczesny rokendrol. Trochę w tym post-punku, trochę lokalnej, trójmiejskiej sceny, szczypta noise rocka. Chyba też dali sobie więcej swobody, wydłużyli piosenki, wprowadzili miejsce na instrumentalne, momentami ilustracyjne pasaże czego apogeum jest w najlepszym fragmencie płyty, ponaddziesięciominutowej Abrazji. Zanurzyli się w Bałtyku po uszy. Jeszcze bardziej niż wcześniej w każdym dźwięku słychać wiatr od morza. Skąpane w echach gitary raz brzmią jak delikatna bryza letnim wieczorem na molo w Orłowie, innym razem to wiuga przynosząca sztorm i fale podcinające redłowski klif.





Trudno nie pisać o Nordowim Môlu bez chociażby wspomnienia o innej emanacji gdyńskości, Lonker See. Oba zespoły łączy wiele, od podobnego zakochania w rodzinnym mieście, przez Joannę Kucharską, która opuściła Kiev Office, by w całości skupić się na Lonkerach, podobny ładunek psychodelii, aż do wspólnych płyt Michał Miegonia i Bartka Borowskiego, lidera Lonker See (Jellyfishes Diary, choć ma już siedem lat to niedościgniony wzór morskiej muzyki).

Lonker See (nazwę biorą od Jeziora Łąkiego) bardziej niż na morze patrzą na kosmos i wychodzi im uduchowiony space rock ze sporą dawką jazzowych improwizacji. Tak przynajmniej było do tej pory, bo Hamza to bardziej przyziemne, osadzone na solidnych riffach granie. Jeszcze nie piosenkowe, ale już nie oparte tylko na improwizacji. Lonkersi w przeciwieństwie do Kiev Office nakładają na siebie ograniczenie szaleństwa. Pozwalają sobie na pewną przebojowość. No, przebojowość w kontekście do ich wcześniejszych odjazdów, bo takie Open & Close to Lonker See w pigułce - od melodii do hałasu przez jazzowe odloty.

Gdynia dosłownie pojawia się tylko raz, w tytule jednego utworu, ale nie da się zapomnieć, że Lonker See powstali na gruzach najbardziej gdyńskiego zespołu, 1926. Słychać w tej muzyce stocznię i port, przed oczami mam niebo pocięte trakcją trolejbusową i maszty żaglowców. Lonker See przenoszą swoje miasto w psychodeliczny świat, gdzie niebo ma wiecznie barwę taką, jak tuż po zachodzie słońca, a morze mieni się tysiącem barw.

Tęskno mi nad morze.



piątek, 6 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 3 III 2020



Dwa miesiące to dość czasu, by mieć już pierwsze płyty roku. Ja przynajmniej swoich kandydatów do grudniowych podsumowań mam i im poświęciłem audycję. Poza pierwszym utworem, pochodzącym z absolutnie fenomenalnego albumu Idrissy Soumaoro i zespołu złożonego z uczniów szkoły dla niewidomej młodzieży w Bamako z 1978 roku. To jednocześnie debiut Amadou & Mariam, wtedy jeszcze uczniów tej szkoły, a wkrótce jednych z największych gwiazd muzyki malijskiej. Ale to opowieść na inny czas.

1. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Nissodia (Ampsa: Le tioko-tioko)
2. Cocanha - Colorina de Rósa (Puput)
3. Cocanha - Lo castèl roge (Puput)
4. Lina_Raül Refree - Voz Amália De Nós (Lina_Raül Refree)
5. Asa Tone - Visit from Tokay (Temporary Music)
6. Tricot - 順風満帆 (真っ黒 (Makkuro))
7. Massicot - Kratt (Kratt)
8. Kiev Office - Abrazja (Nordowi Môl)
9. Siavash Amini & Saåad - Ever-Newer Waters Flow On Those Who Step Into The Same Rivers (All Lanes of Lilac Evenings)
10. Bastarda - Modzitzer (Nigunim)



wtorek, 3 marca 2020

Pustka w sercu

Przyznaję, moje ego trochę ucierpiało, kiedy Jarek Szubrycht nie wziął mnie do redakcji Gazety Magnetofonowej, przygotowując pierwszy numer kwartalnika. Tłumaczę to sobie tym, że M/I w 2015 wydało jeden numer i może była szansa na kolejne, a ja wtedy pisałem przede wszystkim tam. Ale dołożyłem się do prenumeraty. Potem napisałem do niego, czy by nie chciał, już nie pamiętam jakiego, tekstu do Red Bull Music. Odpowiedział mi, że nie, ale może bym chciał na szybko zrobić wywiad z Rebeką do GaMy. Byłem chory, ale pojechałem na Mokotów naćpany gripexem, żeby tylko zdążyć przed deadlinem. Tak się to zaczęło. Skończyło się 16 numerów (nie opuściłem żadnego) i cztery lata później. 

Przez ten czas napisałem ze trzydzieści kilka artykułów i pewnie setkę recenzji. Z każdym większym tekstem wiążą się jakieś wspomnienia. Strasznie stresowałem się wywiadem z Jackiem Urbaniakiem, dyrektorem artystycznym Ars Novej, rozmowę o kolędach z dr. Tomaszem Nowakiem przeprowadziłem w piwnicy służącej jako sala prób uniwersyteckiego zespołu gamelanowego. Karolina Rec raz krótko opowiedziała mi o swoim debiucie, przy okazji drugiej płyty usiedliśmy na dłuższą rozmowę w gorący dzień w Kulturalnej. Marka Pędziwiatra i chłopaków z EABS złapałem w biegu między telewizją a powrotem do Wrocławia. Z Hanią Rani i Misią Furtak rozmawiałem dosłownie w ostatnich dniach przed przeprowadzką, cud że się udało tak pospinać kalendarze. Wykroiłem jeden dzień wakacji, żeby znów pojechać pod Wawel i tym razem wysłuchać historii Jorgosa Skoliasa.

Mogłem napisać o prawie wszystkim, co przyszło mi do głowy, nawet najbardziej niszowym. Muzyka polskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych z początków XX wieku? Jak najbardziej. Z chłopakami z The Spouds podsumowaliśmy 10 lat ich działalności i zmiany w warszawskim niezalu, doskonale przecież pamiętam ich pierwsze koncerty. W Krakowie ciągnąłem za języki muzyków ze Stajni Sobieski. Kornelia Binicewicz odsłoniła arkana kobiecej muzyki tureckiej sprzed pół wieku. Przedstawiłem historię Pafgens, słowackiego duetu, który powstał w Warszawie w przeddzień ich przeprowadzki do Berlina, Adama Malca, który w Polsce nie był prawie 20 lat i jest jedną z ważniejszych postaci niezalu Connecticut, Kompozytu, braterskiego duetu z Londynu. Tak, pisanie o muzykach emigrantach jakoś mi odpowiadało.

Nie potrafię wybrać swojego ulubionego tekstu. Gdybym jednak musiał, postawiłbym na rozmowę z Mrozem, który wychodził wtedy z cienia Milionów monet i w zasadzie Zewem debiutował po raz drugi. Rozmawialiśmy o tym, dlaczego tyle mu zajęło odnalezienie tego głosu i tej stylistyki, w której czuje się najlepiej.

Cztery lata, niby dużo, niby mało, ale pustka w sercu zostanie. Gazeta Magnetofonowa była ważnym miejscem, nie tylko dla mnie i osób tam piszących. Zorganizowaliśmy (no, Jarek i Tomek Doksa przede wszystkim, ja tylko się wypowiedziałem w jednym miejscu) rozdanie nagród na najlepszą polską płytę. Udało nam się pokazać, że o polskiej muzyce warto i trzeba mówić, a stwierdzenie, że coś brzmi, jak zagraniczne niekoniecznie jest komplementem. Lokalność ma swoją wartość w coraz bardziej zglobalizowanym świecie.

W ostatnim numerze ukazała się moja bardzo długa rozmowa z BNNT, ale wysłałem dwa teksty. Ten drugi, wysłany, gdy już brzmiała syrena końcowa deadline’u ostatecznie się nie zmieścił, miał się ukazać wiosną. Już się nie ukaże, a mi jest go zwyczajnie szkoda, więc możecie go przeczytać poniżej. Do Samych swoich, wspomnianego cyklu o polskich muzykach zagranicą (albo stranierich w Polsce) wysłuchałem Anki Ujmy z Loa Frida.

***


W ogóle nie miałam Francji w planach, nie myślałam o tym żeby przyjechać tu na kilka miesięcy, a co dopiero zamieszkać. Najpierw był Francuz, dopiero potem Francja. Pierre'a – wtedy jeszcze mojego przyszłego męża – ciągnęło na Wschód, w Polsce spędził dwukrotnie wakacje. Poznaliśmy się w moim rodzinnym Krakowie. Pierre wtedy planował kontynuować studia w Paryżu, doktorat z free jazzu we Francji, związkach sceny francuskiej z chicagowską. Jego plany się ziściły i po skończeniu moich studiów w Krakowie zamieszkałam z nim w Paryżu, żeby zobaczyć, jak tu jest. Nie mieliśmy planu, że na pewno zamieszkamy we Francji, równie dobrze mogliśmy zamieszkać w Polsce. W Paryżu mieszkaliśmy przez kilka lat, w trakcie studiów Pierre’a. I już w tej Francji zostaliśmy.

W Krakowie grałam w zespole Uistiti, wydaliśmy jedną płytę. Jeśli dobrze pamiętam, nazywała się tak samo, jak zespół, to było tak dawno temu. Można powiedzieć, że to moja prehistoria muzyczna. W Paryżu zaczęłam pisać własną muzykę, usamodzielniłam się muzycznie we Francji - sama skomponowałam utwory, sama je zaaranżowałam, napisałam teksty – w  Uistiti lubiłam śpiewac w gibberisch, ponieważ wychowałam się na Cocteau Twins i Dead Can Dance. Tak powstał projekt Organic, który rozpisałam na dziewięcioosobowy skład - kwartet smyczkowy, akordeon, wibrafon, kontrabas, perkusję i głos. Można go posłuchać na bandcampie. Ten bardzo ambitny projekt to wstęp do mojej samodzielnej drogi muzycznej. Pisząc te utwory, bardzo inspirowałam się muzyką amerykańskich minimalistów – przede wszystkim Stevem Reichem  – ale też Kapelą ze Wsi Warszawa. Ta mieszanka polskiego folku - tęskniłam za Polską, Kapela była dla mnie namiastką kraju - i minimalistów, tworzyła kontrast do bardzo energetycznego, szybkiego Paryża, który wtedy jeszcze był dla mnie obcy. Słuchanie muzyki repetytywnej bardzo mocno wpłynęło na powstanie i kształt Organic. Choć Organic odsłania moją trochę klasyczną i dla mnie wtedy niespodziewaną twarz, to jednak myślę, że chodzę tu swoimi drogami. Nie kształciłam się w szkołach muzycznych, jestem ambitnym samoukiem, uczę się muzyki jej słuchając, śpiewając...

Z Pierre’em dopiero teraz gramy wspólnie, w Loa Frida. On jest saksofonistą, choć od kilku ładnych lat mniej aktywnym, teraz ze mną gra na klawiszach. Ten zespół powstał po naszej wyprowadzce z Paryża. Zmęczeni Paryżem, ogromną metropolią, przenieśliśmy się na dalekie południe, do małej wioski zamieszkanej przez 100 osób. Chcieliśmy odpocząć od zgiełku. Mieszkaliśmy tam sześć lat. Loa Frida zawsze funkcjonowała jako trio – ja, Pierre i ktoś jeszcze. Ta trzecia osoba co jakiś czas się zmienia w zależności od mojej wizji, potrzeb jak i warunków osobowo-zespołowych do których musimy się dostosować. Muzycy przychodzą i odchodzą, Loa Frida trwa. Loa Frida to ja i Pierre, serce zespołu. Ja komponuję, aranżuje i piszę teksty, Pierre z moją skromną pomocą ogarnia sprawy koncertowe, subwencje, wydawnicze, przygotowuje live zespołu

Loa Frida ciągle się zmienia, tak jak zmieniam się ja i moje otoczenie. Na początku graliśmy akustycznie, popowo-folkowo, zaczęliśmy tak delikatnie również dlatego, że mieliśmy małe dziecko i nie mogliśmy głośno grać, a próby robiliśmy w domu. Jak dziecko podrosło, mogłam sobie pozwolić na więcej hałasu. Zaczęłam więcej komponować na komputerze, z myślą o większych scenach niż nasza kuchnia... Chciałam, żeby było głośniej, energetyczniej, żebym mogła się trochę wykrzyczeć. Zamieniliśmy wtedy gitary na wibrafon, który bardzo ładnie się wkomponowywał w elektroniczne aranże. Teraz już gramy z perkusją, więc jest jeszcze głośniej, jeszcze energetycznej i mogę sobie pokrzyczeć do woli, zwłaszcza że dziecko już w szkole...  Gramy tylko w trójkę, nie może być nas więcej, ze względów ekonomicznych. Im jest nas mniej na scenie, tym łatwiej nam zagrać koncert, poruszać się w tym trudnym biznesie.

Gdybym nie miała żadnych ograniczeń, to chciałabym mieć 9 osób na scenie, jak w czasach Organic. No ale jest, jak jest. Z drugiej strony, gdybym nie była zmuszona, to nie poszłabym w te rejony, nie bawiłabym się tak materią muzyczną. Pracujemy na Abletonie, zmieniamy wielokrotnie instrumenty w ramach jednego utworu. Jesteśmy w trójkę, a mamy całą orkiestrę w komputerze.

Loa Frida wydała dwie płyty – Pop Fiction w 2014, a Bipolar w 2017 nagraliśmy już po naszej przeprowadzce do Tuluzy, rodzinnego miasta Pierre’a. To spore miasto, ale nie tak wielkie jak Paryż. Na razie planujemy tutaj zostać, ta opcja jest najlepsza - trochę miasta trochę wsi.

Śpiewam przede wszystkim po angielsku, ale część Pop-fiction jest w gibberish, nieistniejącym języku, którym bardzo lubię się posługiwać. Trochę jest tak, że najpierw śpiewa się po angielsku, a potem człowiek przełamuje się, żeby zaśpiewać po polsku. Na pewno po polsku czuję się najpewniej, to w końcu mój ojczysty język. Mam nad nim największą kontrolę, wiem, jak go ułagodzić, jak sprawić, żeby był bardziej śpiewny, mniej szeleszczący. Nie próbowałam śpiewać po francusku, wolę zostać przy bezpieczniejszych opcjach – angielskim, polskim i gibberish. Nie chodzi o to, że francuski jest straszniejszy od angielskiego. Mówię po francusku na co dzień, czytam po francusku ale wydaje mi się, że rozdźwięk między pisanym a mówionym francuskim jest spory. Piosenka jest formą, która znajduje między językiem literackim a mówionym. Boję się, że pisząc po francusku teksty piosenek brzmiałyby za bardzo poetycko, za bardzo lirycznie, zbyt egzaltowanie, jeszcze nie mam odwagi na podróż tę stronę. Z angielskim jest trochę inaczej - każdy śpiewa w tym języku. Piosenka po angielsku jest po prostu łatwiejsza, można ten język wykręcać we wszystkie strony, a to i tak przejdzie.

Nowa płyta się robi, ale było kilka projektów, które opóźniły jej realizację. Napisałam muzykę do filmu-dokumentu VR Szepty/Whispers Jacka Nagłowskiego i Patryka Jordanowicza, który miał premierę na Festiwalu Filmowym w Wenecji (Pierre zmiksował dźwięk w 360°). Pracujemy nad muzyką do spektaklu, czy bardziej lektury muzycznej na podstawie Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, liczymy, że do końca 2020 roku projekt będzie gotowy. Piosenki na trzeci album Loa Frida mam już gotowe, zaśpiewane po polsku i angielsku. Ale czeka nas jeszcze nagranie perkusji, część wokali, mix. Na śpiewanie po polsku namówił mnie Robert Amirian, choć już pierwszą próbę podjęłam na płycie Bipolar. Pewnie będę szukać wydawcy w Polsce, jak go nie znajdziemy, to wydamy płytę sami, mamy w tym wprawę i doświadczenie. Na wiosnę chcemy wydawać pierwsze single.

Nie ukrywam, że tęsknię za Polską – nie wyjechałam, będąc dzieckiem, ale mając dwadzieścia kilka lat, od czternastu mieszkam we Francji. Czuję się tu bardzo dobrze, dobrze mi się tu pracuje i żyje, ale potrzebuję też odmiany, spotkań, wyzwań. Chcielibyśmy wyjechać z Loa Frida poza Francję, zagrać w Berlinie, Belgii czy Skandynawii, a Polska jest też naturalnym i pożądanym kierunkiem.

Nasza muzyka jest chyba trochę za zimna dla Francuzów z południa, może powinniśmy przenieść się na północ, gdzie takie skandynawskie brzmienie jest lepiej odbierane. W tym roku zagraliśmy trzy koncerty w Polsce – w Warszawie, Piotrkowie i Bielsku-Białej. Zobaczymy, co mi się uda zorganizować, gdy płyta będzie gotowa. 


piątek, 28 lutego 2020

Na bębny i głosy


O Cocanhi, trzech dziewczynach z Tuluzy, pierwszy raz usłyszałem pięć lat temu, kiedy wydawały pierwszą, pięcioutworową epkę. Pięć polifonicznych piosenek do tańca, dokładnie tak, jak mówi ich tytuł. Ujęły mnie tą wielogłosowością i oszczędnością brzmienia - tylko głosy, ręce, nogi, okazjonalnie tambourin a cords, ale to też instrument rytmiczny. Było w tych piosenkach coś pierwotnego i bezczasowego, ale nie siliły się na wątpliwe rekonstrukcje. 

Dwa lata później wydały i es?, tylko że już nie było to. Czegoś zabrakło, chyba tej nieuchwytności i doszedłem do wniosku, że taka muzyka robi na mnie wrażenie tylko w małych dawkach. Nie wiem, czy one też miały takie wrażenie, ale to możliwe, bo o pomoc przy nagrywaniu trzeciej płyty zgłosiły się do Raula Refree.

O nim też już pisałem, i to całkiem niedawno. Puput, jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości, potwierdza jego pozycję, jako idealnego producenta zajmującego się odważnym podejściem do muzyki tradycyjnej. W zasadzie niewiele się zmienia w stosunku do poprzednich płyt. To nadal skromna muzyka na głosy i perkusjonalia. A jednak to zupełnie inna jakość. Aż kusi, by napisać: Odmienił muzykę jedną decyzją [ZOBACZ JAK]. Ta decyzja to większe użycie tambourin a cords, instrumentu przypominającego psalterium, mającego charakterystyczne, brzęczące brzmienie. Dynamizuje muzykę, nadaje jej więcej życia i wpływa na charakter całości. Momentami przypominają w swojej dynamice i energii Xylouris White, podobnie jak oni na akustycznych instrumentach grają muzykę, kipiącą, jakby przestery były rozkręcone poza skalę. Do tego delikatne, prawie niezauważalne efekty nałożone w kilku miejscach na wokal sprawiają, że utwory zyskują na współczesności, ale nie tracą umocowania w tradycji. To właśnie jest to, co Refree opanował do perfekcji.

Same piosenki wydają się bardziej zwarte niż na i es?, choć płyta jest dłuższa. Wydaje mi się też, że bardziej współczesne również w swojej formie, takie Colorina de Rosa to gotowy materiał na alternatywny przebój, gdyby tylko wzbogacić aranżację. Świetnie jest też ułożony Puput jako całość, przeplatany miniaturkami a capella. Nie wiem, ile razy przesłuchałem ją od premiery, ale wiem, że za mało.


niedziela, 23 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał x Dział Zagraniczny 18 II 2020

Pierwsza od sześciu lat audycja na żywo i od razu pierwszy gość. Dział Zagraniczny Maćka Okraszewskiego śledzę chyba już prawie 10 lat, najpierw w formie blogowej, teraz podcastowej. Jeśli chcecie po polsku posłuchać o wydarzeniach z krajów, z których możecie usłyszeć muzykę w mojej audycji, nie ma lepszego miejsca.

Maciek wybrał piosenki, które dobrze tłumaczą sytuacje w różnych krajach hiszpańsko- i portugalskojęzycznych. Od Hiszpanii i Rosalii śpiewającej o przemocy wobec kobiet na kanwie XIII-wiecznej książki przez więzienną rzeczywistość w Brazylii opisanej przez Dextera z 509-E aż do sytuacji Afrolatynosów w Peru i Kolumbii.

1. Rosalia - Malamente (El mal querer) (teledysk)
2. Novalima - Liberta (Coba Coba) (teledysk)
3. O Rappa - O Que Sobrou do Ceu (Lado B Lado A) (teledysk)
4. Makiza - En paro (Aerolineas Makiza)
5. Brujeria - La Migra (Raza odiada) (teledysk)
6. 509-E - Triagem (Provérbios 13) (teledysk)
7. Criolo - Boca de Lobo (teledysk)
8. Camaron - Volando voy (La leyenda del tiempo)

PS. Jako że była to pierwsza audycja na żywo, nie obeszło się niestety bez problemów technicznych, trochę skacze głośność naszych wypowiedzi.


wtorek, 4 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 4 II 2020


Wyzwolone kobiety, podejrzani mężczyźni. Kieliszki raki i nargile z haszyszem. Portowe dzielnice Stambułu, Smyrny, Aten i Nowego Jorku. Buzuki, gitary, zawodzące skrzypce i cymbały. Nieznośny ból serca. Te wszystkie elementy dają razem rebetiko. Często porównywane do bluesa, ale bliżej mu do rzewnego fado, choć i to jest krzywdząca opinia. Rebetiko to niezwykła mieszanka muzyki europejskiej, greckiej, tureckiej i arabskiej. Sięgnąłem do jej korzeni, przyjrzałem się, jak zmieniała się w Ameryce, sprawdziłem też, jak rezonuje w dzisiejszej muzyce greckiej.

1. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
2. Rita Abatzi - Μη με στέλνεις μάνα στην Αμερική (I'm Burning, I'm Burning)
3. Jorgos Katsaros - Ο ντοκτορ (George Katsaros: Greek Blues in America, Vol. 1)
4. Dimitris Mystakidis - Ο ντοκτορ (Amerika)
5. Kostas Dousas - Μανωλις ο Χασικλης (Kostas Dousas: Greek Blues in America, Vol. 2)
6. Dimitris Mystakidis - Μανωλις ο Χασικλης (Amerika)
7. A. Kostis - Giannis Hasiklis (The Jail's a Fine School)
8. A. Kostis - I Fylaki Einai Scholeio (The Jail's a Fine School)
9. Marika Ninou - I Ached in My Heart (The Sun is Setting on the World)
10. Yiota Lydia - Badworld (The Sun is Setting on the World)
11. Çiğdem Aslan - Vale Me Stin Agalia Sou (Mortissa)


Muzyka totalna


Moim pierwszym koncertowym spotkaniem z muzyką Wacława Zimpla nie był przywoływany przeze mnie w Dwutygodniku ostatni koncert Hery, ale ten występ z plakatu. Z Maalemem Moktarem Ghanią i Pawłem Szpurą. Dosłownie kilka dni później widziałem go w tym samym miejscu z Giridharem Udupą (z którym później założą Saagarę), Jackiem Mazurkiewiczem i Fabrice'em de Graefem.

Pamiętam, że te dwa koncerty były zupełnie różne. Z Ghanią i Szpura Zimpel zagrał tanecznie i transowo. Muzyka podrywała do tańca i do tej pory nie wiem, po co były miejsca siedzące. Z Udupą i Mazurkiewiczem zagrali bardziej medytacyjnie, bardziej do siebie niż na zewnątrz. Łączył je rytm ,w końcu muzyka Afryki Zachodniej i Indii to królestwo rytmu, choć inaczej pojmowanego. I to on łączy te dwa koncerty z tym, co robi Wacław prawie siedem lat później. Choć muzykę gra zupełnie inną, to jednak w duchu podobną. A o jego najnowszej płycie, Massive Oscillations możecie przeczytać mój tekst w Dwutygodniku. Przy okazji polecam dwa wywiady, których udzielił niedawno Bartkowi Chacińskiemu i Kubie Knerze.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kto nie dostanie Grammy za rok



Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby choć trochę obejrzeć tegoroczne rozdanie nagród Grammy. Już nawet nie chodzi o to, że ceremonia była przeraźliwie nudna, jeszcze nudniejsza niż rozdanie Oskarów. Podzielona na dwie części, podczas pierwszej rozdano nagrody w większości kategorii - od kuriozalnie szczegółowych (jak Best Tropical Latin Album, nie zmyślam) do takich, które mogłyby spokojnie zmieścić się w głównej części.

Oglądałem jednym okiem i czekałem na kategorię, która mnie interesowała najbardziej, czyli Best World Music Album, a jakże. Trafiła się na samym końcu tej pierwszej, tylko streamowanej części, kiedy rozdawali nagrody taśmowo, a chyba połowa zwycięzców odpuściła sobie obecność (i ja im się nie dziwię). Nominowani byli Altin Gun, Burna Boy, Angelique Kidjo, Nathalie Joachim i Bokante. Najbardziej kibicowałem tym pierwszym, na nagrodę najbardziej zasłużyła Natalia Joachim swoją brawurową wizją haitańskiej muzyki poważnej. Wygrała Angelique Kidjo, trzeci raz w ciągu sześciu lat, za Celię, album, na którym śpiewa piosenki kubańskiej pieśniarki Celii Cruz, przenosząc je “z powrotem” do Afryki. To niestety słabsza pozycja w dorobku Beninki, ale wybór akurat tej płyty pokazuje, że akademia lubi najbezpieczniejsze wybory. Wróć, cała ta kategoria pokazuje, że bezpieczeństwo ma pierwszeństwo. I już naprawdę nie chce mi się pisać, że jest ona bez sensu - bo mamy tu anatolijski rock, muzykę klasyczną z wpływami Haiti, afropop, muzykę afrokubańską. Zresztą, dobór nominowanych pokazuje, jak wąsko traktowana jest muzyka świata. Muzyka latynoska raz się w niej się nie mieści, ma swoje własne kategorie, czasem trafiają się nominacje chociażby dla Caetano Veloso. Muzyka indyjska, chińska, środkowoazjatycka, arabska czy turecka pojawiają się incydentalnie w postaci naprawdę najważniejszych i najoczywistszych postaci. Dlatego obecność wśród nominowanych Altin Gun zaskakuje, ale chyba jest wypadkiem przy pracy niż zwiastunem nowej ery.

A już tak na marginesie - o tym, jak była to straszna ceremonia najlepiej świadczy występ Angelique Kidjo, która dwoiła się i troiła na scenie, żeby to zblazowane i znudzone towarzystwo choć trochę rozruszać.

Kibicowałem też Rosalii, szczególnie w kategorii Best New Artist, ale okazało się, że była bez szans w starciu z Billie Eilish, która w tym roku zgarnęła całą pulę (mniejsza o to, czy zasłużenie, czy niekoniecznie). Razem z siostrą nagrodę odebrał też Finneas, odpowiedzialny za produkcję When We All Fall Asleep, Where Do We Go?. Pomyślałem sobie wtedy, że już wiem, kto powinien odebrać nagrodę dla najlepszego producenta za rok. Raul Refree. Poświęciłem mu jeden odcinek audycji, ale od tamtego czasu wyszły dwa wyprodukowane przez niego albumy, a on zapowiedział kolejne.

W zasadzie, jeśli zajmujesz się muzyką tradycyjną z Półwyspu Iberyjskiego i okolic lub gitarowy folk i chcesz w swojej muzyce coś radykalnie zmienić, wypada się do niego zgłosić. No bo spójrzmy, to współpraca z nim przyniosła rozpoznawalność Rosalii w rodzimej Hiszpanii (oczywiście do światowego gwiazdorstwa, wyniosła ją El mal querer, płyta nagrana z El Guincho), to on produkuje od kilku lat albumy Lee Ranaldo, to on pomógł nagrać Richardowi Youngsowi. Stał się też twarzą eksperymentalnego podejścia do flamenco.

Jeszcze pod sam koniec zeszłego roku (ale według zasad Grammy, będzie się to liczyć do nominacji za 2020) premierę miał wspólny album Refree i Rodrigo Cuevasa, asturyjskiego wokalisty, Manual del Cortejo. To najbardziej popowa pozycja w obszernej dyskografii Refree. I, co może wydawać się trochę paradoksalne, najbliższa El mal querer. Syntetyczne dźwięki momentami wypierają gitarę, Refree z Cuevasem zostawiają często sam rytmiczny szkielet piosenek, automat perkusyjny współgra z kastanietami. Manual de cortejo zbiera muzykę z różnych regionów Hiszpanii, przede wszystkim rodzinnej Asturii Cuevasa i sąsiedniej Galicji. Rodrigo jest równie sprawnym i odważnym wokalistą, co Rosalia, łączy ich też kolorowy wizerunek. Cuevas wyciąga stare teksty, baśniowe opowieści, ale brzmieniowo jest to bardzo współczesna muzyka, pełna autotune’a, zapętleń. Im bliżej końca, tym muzyka się wygładza, nabiera krągłości w brzmieniu, ale nie traci na odwadze. Aż żal, że wyszła tak późno, bo powinna się znaleźć w większości podsumowań roku.



Powinna się w nich też znaleźć wspólna płyta Refree i Liny Cardoso Rodrigues, uznanej interpretatorki fado Amalii Rodrigues. Po latach zmagania się z tym repertuarem, potrzebowała odmiany, odświeżenia związku z tymi klasykami, które zna każdy Portugalczyk. Refree był idealnym wyborem, robił już podobne rzeczy z flamenco (nie tylko towarzysząc Rosalii, ale tez El Nino de Elche czy Sylvii Perez Cruz), choć z fado nie miał wcześniej styczności. A może właśnie dlatego ta współpraca jest tak udana. Fado to głos i gitara portugalska, nie mogą bez siebie istnieć. Co robi Refree? Stwierdza, że mu gitara zupełnie ni pasuje. Zamienia ją na baterię syntezatorów i keyboardów, pianino i akordeon. Otula nimi głos Liny. Podkreśla go dronami, delikatnymi arpeggiami, zanurza w ogromnej przestrzeni, daje mu wybrzmieć. To on ma być i jest na pierwszym planie. Nie da się od niego uwolnić, ani go zapomnieć. Głos Liny, pełen emocji, rozedrgany, łamiący się, ale silny, nie potrzebuje barwnych, skomplikowanych aranżacji, by błyszczeć. Refree to usłyszał, a że nie jest skrępowany zasadami gatunku, pozwolił sobie na taki ruch. Opłaciło się. Lina odkrywa na nowo repertuar, który zna dobrze, jak prawie nikt inny. Odkrywa przed sobą, odkrywa go dla świata.



To tylko albumy z ostatnich dwóch miesięcy (i nie wszystkie, nie wspominam tu o płycie z Richardem Youngsem). Za niecały miesiąc wychodzi wspólny album Refree i Lee Ranaldo oraz druga płyta Cocanhi, żeńskiego tria z Tuluzy zajmującego się oksytańską polifonią. Wydawać by się mogło, że Refree nie będzie miał tu dużo do roboty, to tylko wokale i perkusjonalia. A jednak właśnie w takich warunkach czuje się najlepiej i po dwóch fragmentach Puput słychać, że podkręcił muzykę dziewczyn, że razem z nim poszły w nową, nieoczekiwaną stronę. A właśnie to popychanie artystów, pomaganie im zrobienia kroku w nieznane cechuje najlepszych producentów. Do tego na szczęscie nie potrzeba Grammy.

wtorek, 21 stycznia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 21 I 2020


Wiem, że zapowiadałem audycję bardziej jako przegląd po światowych obrzeżach hip hopu, ale na koniec zaserwowałem wściekłą elektronikę, przy której techno to zabawa dla małych, grzecznych dzieci. Cóż jednak mogłem innego zrobić, skoro już zaraz do Polski na kilka koncertów przyjeżdża reprezentacja Nyege Nyege, najlepszego labelu zajmującego się afrykańską elektroniką. Na szczęście na samiusieńki koniec posłuchaliśmy trochę "klasycznego" balani, więc zwolniliśmy do jakichś 200 uderzeń na minutę. Zacząłem natomiast leniwie, od dwóch kawałków Bodikhuu z jego podwójnej EPki Rio / Bodianova, o której pisałem tutaj.

1. Bodikhuu - Rio Beach (Rio / Bodianova)
2. Bodikhuu - Nova Start (Rio / Bodianova)
3. Jaubi - Dilla Taal (For J Dilla)  (The Deconstructed Ego)
4. Grup Ses & Ethnique Punch - Kulustur (Deli Divan)
5. Grup Ses & Electro Hafiz - Mega Hafiza 2 (Varyete)
6. Johan Papaconstantino - J'amerai (Contre-Jour)
7. Muqata'a - Thakira Jama'iya (Inkanakuntu)
8. DJ Diaki - But Show DD 1 (Balani Fou)
9. Dion Zilla - From the Cave to the World (From the Cave to the World)
10. DJ Bamanan - Gnoukobala (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)
11. DJ Sandji - Bacoungana  (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)

środa, 15 stycznia 2020

Słoneczne peryferie


Copacabana latem. Pełna ludzi, tętniąca życiem od świtu do zmierzchu, nocą zresztą też. Dziewczyny spacerują, chłopaki grają w piłkę na piasku. Wszyscy taplają się w ciepłej wodzie Atlantyku. Opalone ciała skrzą się od soli morskiej. A wieczorem imprezy w trochę kiczowatych barach, na szczęście z dobrą muzyką. Imprezy, na których tańczy się całą noc i po których nigdy nie ma kaca.

Oczywiście, to nieprawdziwa wizja, ale taką roztoczył przede mną Bodikhuu. Rozgrzesza go to, że - podobnie jak ja - nigdy w Brazylii nie był. Na co dzień pracuje jako operator żurawia na budowach w stolicy Mongolii, Ułan Bator. Pomysł na ten album przyszedł mu podczas jazdy autobusem do pracy. Do końca zrealizował go w listopadzie 2014 roku, gdy mróz ścisnął tak bardzo, że przez sześć dni nie chodził do pracy, bo budowa stanęła. Powycinał więc sample z różnych starych brazylijskich nagrań, posklejał je, dodał bity na wysłużonym MPC. Wszystko w swoim mieszkanku w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach Ułan Bator. W zeszłym roku do dwóch EP - Rio i Bodianova dotarł Cyrus Moussavi, irański reżyser i wydał w swoim nowym labelu, Farsi Records. Niby z Teheranu, ale tak naprawdę ze Stanów. Globalizacja w pełnej krasie.

Rio/Bodianova przypomina mi trochę Fado Music Galusa, swoim ciepłym, wakacyjnym brzmieniem. Brzmieniem przypominający "złotą godzinę", te kilka chwil przed zachodem, kiedy wszystko wydaje się idealnie piękne i sielankowe. Słychać inspiracje miękkością bitów J Dilli, tym jego niepowtarzalnym sznytem.

Bodikhuu - producent znany w swym rodzinnym kraju, dwukrotnie pojawiała się na listach rocznych bihajpa - nie musiał do Brazylii jechać, by uchwycić jej muzyczną duszę. Wystarczyły mu znane na pamięć płyty. Reszty dopełniła jego wyobraźnia. To jego Brazylia, z jego snów, błąkania się myślami w kabinie żurawia nad miastem, z którego do najbliższego morza jest dalej niż z Warszawy do Lizbony. Chociaż nie, jest otoczone morzem traw. I tak Rio/Bodianova staje się opowieścią o tęsknocie. Gdy Bodikhuu kleił te utwory, nigdy nie wyjechał ze swojego rodzinnego kraju. Może to sobie dopowiadam, znając jego historię, ale jest w tej muzyce ukryty gdzieś na trzecim planie smutek.

A może to po prostu sama natura muzyki brazylijskiej, łączącej tęsknotę wykorzenionych niewolników i saudade kolonizatorów, poczucie, że życie dzieje się gdzieś indziej, że w domu czeka tylko śmiertelna nuda. Że nikt się nie nie interesuje, oczy świata zwrócone są gdzie indziej. To chyba najmocniej łączy Bodikhuu z Brazylią, to właśnie poczucie, że jest się na peryferiach.


wtorek, 7 stycznia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 I 2020


Przyjrzałem się kilkorgu pionierów modernizacji tradycji i dwójce modernizatorów, którzy przekraczają dotychczasowe granice, tworząc muzykę osobną, nieprzystającą do ram gatunkowych. Pretekstem - inauguracja nowej serii Modernizations w ramach 1000Hz, najlepszego polskiego (ale tu nie mają zbyt dużej konkurencji) i wyrastającego na jedno z najciekawszych wydawnictw zajmujących się muzyką na przecięciu tradycji i nowoczesności. Do tej pory zajmowali się przede wszystkim muzyką z północnego Malawi, razem z premierą Dubin, śmiało wkroczyli na Podlasie, prezentując dokonania zespołu, który nie tylko doskonale wpisuje się w misję Modernizations, ale też jest jednym z pierwszych przedstawień przemian, jakie dokonały się w muzyce polskich mniejszości narodowych. Aż zamarzyła mi się podobna płyta zespołu złożonego z polskich Wietnamczyków, choć może ona już powstała i jak nagrania Dubin czeka na swój czas.

1. Dubiny - Cichy wieczar (Vianie Ruta)
2. Dubiny - Haj zielony haj (Vianie Ruta)
3. Katawa Singers - Ufulu (Ufulu 1991-1997)
4. Katawa Singers - Tikauwone (Ufulu 1991-1997)
5. Mamman Sani - Zara Zarakay (Taritt)
6. Abdallah Oumbadougou - Akokass (Anou Malane)
7. El Wali - The Day of the Free Nation (Tiris)
8. Antoinette Konan -  Kokoloko Tani (Antoinette Konan)
9. Moulay Ahmed El Hassani - Lgaro Ya Ould Lhram (Atlas Electric)

piątek, 3 stycznia 2020

2019: podsumowanie



Z roku na rok coraz mniej mam ochotę przygotowywać podsumowania roku. Choć słucham coraz więcej, mam wrażenie, że coraz więcej muzyki mi umyka. No, ale spróbujmy, choć ciągle dosłuchuję podsumowania beehype’a i bandcampa. Tak wyglądał 2019 rok z mojej perspektywy.

Nowa tradycja

Rok 2019, jak i poprzednie, upłynął mi pod znakiem muzyki reinterpretującej tradycję. Ten trend wybrzmiewał też w polskiej muzyce, ale nie tak głośno, jak powinien. Zaczęło się od Slavic Spirits EABS, albumu, który w nowy sposób chce opowiedzieć o słowiańskiej melancholii. O tym pomyśle mówił mi jeszcze w 2017 roku Marek Pędziwiatr. I nie kłamał, to wybitny album, ze świetnie poprowadzoną narracją i przez długi czas mój faworyt do zostania polską płytą roku. Tylko że w listopadzie cały na biało wjechał Radical Polish Ansambl ze swoim debiutem, który okazał się bezkonkurencyjny. Swoim zachwytom dawałem upust kilkukrotnie - na blogu i w GaMie, a w Dwutygodniku przeprowadziłem z nimi chyba dość wyczerpujący wywiad. Szkoda, że album RPA przeszedł niezauważony, widziałem, że pisał o nim tylko Bartek Chaciński (bo któżby inny).

W GaMie zastanawiałem się też, jak powinna brzmieć przyszłość polskiej muzyki tradycyjnej. Jeszcze zanim poznałem RPA, więc niestety nie ma o nich ani słowa, ale wspominam za to o Provinz Posen i Opli, czyli dwóch składach złożonych z muzyków zajmujących się na co dzień muzyka nietradycyjną. Ci pierwsi z sampli zszywają nową powieść o muzyce Wielkopolski, ci drudzy grają oberki z garażu na gitarę i perkusję. Ola Bilińska po przeprowadzce na Sejneńszczyznę wymieniła skład Babadag i przeniosła ich za Niemen, opierając muzykę na sutartines (które jeszcze tutaj wrócą). MSYLMA, tajemniczy wokalista i producent z Arabii Saudyjskiej połączył islamską i przedislamską poezję, tradycyjne wokalizy z R&B i lodowato chropowatą elektroniką. Na ten rok życzę sobie, żeby takich prób było coraz więcej.

Ku korzeniom

Jorgos Skolias z Jarosławem Besterem po “polsku” zinterpretowali rebetiko sprzed stu lat (a dlaczego to zrobili, Skolias opowiedział mi w sierpniu). Do rebetiko odwołuje się także Francuz Johan Papaconstantino, choć wychodzi z zupełnie innych pozycji. Wbrew pozorom te dwie płyty łączy więcej niż się wydaje, to część szerszego ruchu. Skolias i Papaconstantino pochodzą z imigranckich rodzin, w swoją muzykę wplatają tradycję starego kraju lub czynią ją jej osią. Podobnie robią Mauvais Œil, których indie rock podbity jest algierszczyzną. Nowojorska kompozytorka Natalie Joachim haitańską tradycję żeni z awangardą tak, że aż świerzbią mnie palce, żeby kupić jej Namn d’Ayiti nie bacząc na horrendalne koszty przesyłki. Derya Yıldırım & Grup Şimşek i Altın Gün głoszą ewangelię tureckiej psychodelii. Ami Dang i Amirtha Kidambi elementy muzyki hindustańskiej przenoszą odpowiednio w elektronikę/ambient i free jazz. O problemach życia w dwóch kulturach opowiedział mi Juan Wauters. El Khat, izraelska grupa, której muzycy mają korzenie w Polsce, Iraku, Włoszech i Jemenie zajmuje się dekonstrukcją muzyki z tego ostatniego kraju i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze i przebojowo. Długo by jeszcze można wymieniać, ale dla mnie było to najważniejsze globalnie zjawisko mijającego roku.

Fałszywa egzotyka

Do elementów muzyki pozaeuropejskiej odwołują się także zespoły bez muzyków-imigrantów. Zwracają się w stronę Trzeciego Świata, wiedząc, że serce muzyki niekoniecznie bije w Nowym Jorku czy Londynie. W Polsce to przede wszystkim Gaijin Blues, którzy w tym roku wydali dwie rzeczy, obie mocno podlane fascynacją kulturą japońską i grami JRPG. Ciekawsza jest II, gdzie sample i nagrywane instrumenty są zszyte niemal niezauważalnie. Javva buduje obraz rozpadającego się świata globalnego Południa i swój wściekły post-punk podbija echami Ameryki Łacińskiej i Afryki. Włosi z Cucoma Combo budują własną wizję afrobeatu, Holendrzy z YIN YIN udają, że mieszkają gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej. Ich rodacy z Mauskovic Dance Band zamieszkują przedmieścia Bogoty i Medellin, ale zamiast wciągać kokainę łykają LSD. Innercity Ensemble zabawili się new age’em i nagrali najbardziej piosenkową płytę w swojej karierze. Craig Leon wrócił do pozaziemskich folków po czterdziestu latach przerwy.

Z Teheranu

2019 był rokiem, w którym zdanie “najlepsza muzyka eksperymentalna pochodzi z Iranu” było prawdziwsze niż zwykle. Moja płytę roku nagrał Saba Alizadeh, którego Scattered Memories po 10 miesiącach brzmi jeszcze lepiej. Podobnie rzecz ma się z Parallel Persia Sote, który zachwycił także na żywo, w krakowskim teatrze Słowackiego. Nie wolno zapominać o działalności wydawniczej Ebtekara, pokazującego w Zabte Sote młode oblicze perskich eksperymentatorów. Kolejną świetną płytę wydał Siavash Amini. Pod koniec roku zachwyciły mnie dwie, wydawałoby się, bardziej tradycyjne płyty braci Mortazavi. A jednak obie to muzyka awangardowa, abstrakcyjna, choć zanurzona w tradycji, czyli znów to, czego w zeszłym roku słuchałem najwięcej.

Girls to the Front

Muzyka bardziej mainstreamowa miała w tym roku twarz kobiety. Bardzo dobre płyty nagrały Taylor Swift i Carly Rae Jepsen, świetną Sharon Van Etten, której porzucenie gitar na rzecz syntezatorów - trend, którym jakieś dwa lata temu zachłysnął się polski niezal - wyszło na dobre. Pod koniec roku o sobie i o zasadzie, że mniej znaczy więcej przypomniała Annie Hart. Nie pamiętam już, jak wpadłem na debiut bzu, wiem tylko, że przyciągnął mnie fakt, że wokalistka gra na lirze korbowej i dostałem najlepszy, późnoletni shoegaze. W kategorii smutnych dziewczyn z gitarami w tym roku najbardziej przekonująco wypadła Lou-Adriane Cassidy, o której chciałem i powinienem był napisać kilka słów więcej. Litku Klemetti jak zawsze psychodeliczna i zwariowana. Z dwóch płyt Big Thief wybieram Two Hands. Jedną z najpiękniejszych płyt roku nagrała Hania Rani, tak piękną, że zrecenzowałem ją dwukrotnie, raz za pomocą słów, drugi - zdjęć. Porozmawialiśmy też do wiosennego numeru Gazety Magnetofonowej, choć wydaje się, że od kwietnia minęło więcej niż rok. Nie podzielam aż tak entuzjastycznych opinii o płycie FKA Twigs, za dużo w niej ech Kate Bush i Tori Amos, ale słuchałem jej z przyjemnością.

Szumy, trzaski, eksperymenty

Swoje istnienie zakończyła jednoosobowa wytwórnia ACR, która od kilku lat dostarczała mi - razem z Mondoj - najciekawszych kaset z muzyką eksperymentalną. W zeszłym roku najbardziej zachwycił mnie Carlo Giustini nagraniami dźwięków ze swojego balkonu. Z rzeczy wydanych przez Janka i Paulinę najwięcej radości przyniosła mi pozycja ostatnia, wydana dzień przed moimi urodzinami kaseta Poly Chain. A z tytułem pierwszego utworu nie mogę się bardziej utożsamiać. Joshua Sabin zmienił litewskie sutartines w glacjalne drony i wziął mnie z zaskoczenia w październiku, kiedy - korzystając ze sprzyjającej aury - chodziłem sobie po Krakowie podczas Sacrum Profanum i pierwszego dnia Unsoundu.

Koniec jest blisko

Australia płonie, planeta się gotuje, Amazonia pod rządami Bolsonaro wycinana jest na potęgę. Nic dziwnego, że katastrofa klimatyczna i ogólniej strach przed przyszłością stały się ważnymi tematami również w muzyce już od początku roku. Co przyjdzie? Misi Furtak to właśnie płyta na te nieciekawe czasy, czasy końca starego i początku nieznanego, nowego (o tym też trochę rozmawialiśmy wiosną). Cudowne Lata i Enchanted Hunters swoje lęki ukrywają pod warstwą nostalgii za przełomem lat 80. i 90. Kółko i krzyżyk przy okazji wskazuje winnego katastrofy - nieokiełznany kapitalizm. Plan działania może robić za hymn straconego pokolenia. Jego przedstawicielem jest Adonis, który ucieka w pogłosy i echa, apokalipsę stara się przykryć rajskimi obrazkami. Jego kolega z Panów, D A V I C I I cofa się do roku 2009. I ja ich rozumiem. Na czasy po apokalipsie przygotowuje się (i nas) James Ferraro.

BNNT

BNNT w ubiegłym roku byli zjawiskiem osobnym. Najpierw igrali z samym pojęciem zespołu, oddając szyld innym artystom, by nagrali własną wersję Multiverse. Niektórzy zaproponowali “wersję producencką”, inni w ogóle nie dotykali się materiału źródłowego, tworząc zupełnie własną, autonomiczną wypowiedź. Tak zrobił Patrick Higgins, którego sylwetkę nakreśliłem w Dwutygodniku. Już w podstawowym duecie BNNT wydali najbardziej polityczną płytę roku, Middle West, o której opowiedzieli mi do zimowego numeru Gazety Magnetofonowej.

Jakość, nie ilość?

Tak wyszło, że w 2019 roku widziałem znacznie mniej koncertów niż w poprzednich latach. Na dodatek większość na festiwalach. Udało mi się za to zobaczyć kilkoro artystów, na których trochę się naczekałem. Bombino po sześciu latach przerwy, Belle & Sebastian po ośmiu, Vampire Weekend i Mdou Moctar po raz pierwszy. I do tej pory nie wiem, czy bardziej przemówiły do mnie niekończące się solówki Mdou Moctara czy Bombino. Ezra Koenig z kolegami i gościnnym występem Angelique Kidjo sprawili, że przetańczyłem ponad dwie godziny. Nic nie mogło się jednak równać z podwójną dawką Bamba Pany i Makaveliego na OFF Festivalu.

Wszystkie moje ulubione zeszłoroczne płyty znajdziecie tutaj.