środa, 18 listopada 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 18 XI 2020

Niger jak bumerang rozciąga się po Zachodniej Afryce. Zaczyna swój bieg w Gwinei, kończy w Nigerii, w rozległej delcie. Niger jest szlakiem handlowym, migracyjnym, cudem natury, jednym stabilnym źródłem wody na Sahelu. Po drodze do ujścia mija wielkie metropolie, legendarne miasta, których nazwy przywodzą o dreszcze ekscytacji, małe, ale żywotne miasteczka. Posłuchaliśmy muzyków, którzy mieszkają właśnie nad tą "rzeką rzek", mają nam dużo do powiedzenia.


1. Songhoy Blues - Barre (Optimisme)
2. Songhoy Blues - Badala (Optimisme)
3. Afel Bocoum - Sambu Kumba (Linde)
4. Afel Bocoum - Bombolo Lillo (Linde)
5. Amadou & Mariam - La Confusion (La Confusion)
6. Amadou & Mariam - Femmes du monde (La Confusion)
7. Oumou Sangare - Yere faga (feat. Tony Allen) (Mogoya)
8. Orchestre de Gao - Wotti Bayen (Panorama du Mali)
9. Tal National - Entente (Tantabara)
10. Star Feminine Band - Femme africaine (Star Feminine Band)

piątek, 6 listopada 2020

Wy już dobrze wiecie co


W kolejnych krajach wracają lockdowny, pogoda piękna, mam deja vu z marca, od rana spływają kolejne mejle i powiadomienia od Bandcampa. Tak w skrócie wygląda pierwszy tydzień listopada. Dzisiaj jego najważniejszy dzień - Bandcamp Friday i tradycyjny już przegląd. Poprzednie znajdziecie tutaj, polecajki się nie zestarzały (najwyżej wyprzedały).

Zaczynamy od albumu, na który długo czekałem. Heather Trost wydała swój drugi album, pierwszy w Third Man Records. Mniej tu greckiego i włoskiego luzu z Agistri, dużo więcej Noweg Meksyku, mnóstwo psychodelii, poukrywanych pięknych melodii. Nie zawiodłem się, a kilka słów więcej już niedługo.

Łukasz Ciszak wreszcie wypuścił całość swojego debiutanckiego albumu (jest i CD) opartego na żydowskich motywach, ale bliżej tu zornowym eksperymentom, Merkabie niż jakiejś klezmerce. Tańce - label dobrego kolegi Łukasza Warny-Wiesławskiego - rozpoczął działalność od EPki Gusła Avtomat, w planach mają chociażby epkę Naphty, a idea jest taka, żeby dać muzyce tanecznej trochę słowiańskiej melancholii. Porządną dawką oldlskulowego emo-post hardcore'u jest płyta Zawodów, która ukazała się wczoraj. No i ma fantastyczny tytuł. Pointless Geometry zapowiadają kasety Julka Ploskiego i Tutti Harp. U Know Me na dziesięciolecie wypuścił split Noona i Normal Bias. Mondoj kończą rok kasetą Jacoba Sachsa-Mishalanie. Czy wspominałem, że Lotto szykują nową płytę na koniec miesiąca?

Co tam za granicą, zapytacie? Bongo Joe przygotowali kolejne siódemki - Lalalar i Chouk Bwa z The Angstromers. Born Bad Records za tydzień wydają debiut Star Feminine Band, fenomenanego skłądu z Beninu (i z poruszającą historią). Koncertówka Juany Moliny to najlepszy sposób, by zapoznać się z tą ikoną argentyńskiego niezalu. Sam nie wierzę, że to piszę, ale System of a Down nie dość, że wydali pierwsze premierowe piosenki od 15 lat, to jeszcze wrzucili je Bandcamp. Wszystko, by zaprotestować przeciw wojnie w Górnym Karabachu. Jeśli nie macie nowej płyty Kukayi i innych rzeczy z 1000Hz, to właśnie jest ten moment, żeby naprawić zaległości.

I na koniec: wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

czwartek, 5 listopada 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 4 XI 2020

Piosenki buntu, niezgody i protestu. Piosenki śpiewane przez kobiety o kobietach. Z Afganistanu, Portugalii, Egiptu, Turcji, Argentyny, Hiszpanii, Iranu, Izraela i oczywiście Polski.

1. Di Libe brent wi a nase Szmate - Tortury Ciało
2. Youssra El Hawary - El Soor
3. Deolinda - Que parva que eu sou (Deolinda no Coliseu dos Recreios)
4. Ann O'aro - Le corps conquis (Ann O'aro)
5. Marion Cousin & Kaumwald - Delgadina (Tu rabo par'abanico)
6. Kefaya & Elaha Soroor - Gole be khar (Songs of Our Mothers)
7. Liraz - Bia Bia (Zan)
8. Gaye Su Akyol - İsyan Manifestosu (Yort Savul: İSYAN MANİFESTOSU!)
9. Renata Lewandowska - Kropla egoizmu (Dotyk)

środa, 21 października 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 21 X 2020



Poskakaliśmy po mapie i gatunkach. Nowości od moich ulubionych gitarzystów z Sahary, Marokańczyk w Południowych Indiach, Brytyjczyk i Polak w Pakistanie, Szwajcarzy w kosmosie, Polak w wirtualnym raju. Żegnam się też kolejny raz z Mohamadem Rezą Szadżarianem, bo jego niesamowitego głosu będzie mi bardzo brakować.

1. Mohammad Reza Szadżarian - Bidaad
2. Homayoun Szadżarian - Morgh-e Sahar
3. Ammar 808 - Geeta Duniki
4. Tenderlonious - Azadi
5. Cyril Cyril - Al Boustam
6. Cyril Cyril - Petit Destin
7. Mdou Moctar - Chismiten
8. Bombino - Azamane Tiliade
9. Kuba Ziołek - Silver City


poniedziałek, 12 października 2020

Odszedł głos Iranu



W czwartek zmarł Mohammad Reza Szadżarian, postać dla irańskiej kultury i społeczeństwa fundamentalna. To jego głos przez lata obwieszczał koniec dziennego postu podczas Ramadanu. Na wieść o jego śmierci pod teherańskim szpitalem Jams zebrały się tysiące, mimo obowiązujących w Iranie obostrzeń, by pożegnać tego, który był głosem rewolucji i jej zagorzałym krytykiem.

Szadżarian urodził się w 1940 roku w Meszhedzie, w Chorasanie, na wschodzie Iranu, jednym zew świętych miast szyizmu. Wychował się w rodzinie bardzo konserwatywnej. Dla jego ojca, zawodowego recytatora Koranu, każda inna forma muzyki była haram. Mohammad Reza jako dziecko szedł w ślady ojca, zaczął recytować Koran w wieku pięciu lat, ale u bardziej liberalnego wujka po raz pierwszy usłyszał „świecką” muzykę w radiu. Radifów – repertuaru podstawowego perskiej muzyki klasycznej –uczył się początkowo po kryjomu, pierwsze występy dawał pod pseudonimem. W 1959 roku po raz pierwszy wystąpił w lokalnym radiu, niedługo potem przeniósł się do stolicy, by tam się dalej szkolić i później uczyć na uniwersytecie.

Gdy szach wprowadził w 1978 roku stan wojenny, a podczas Czarnego Piątku siły rządowe zabiły 100 osobo, Szadżarian i inny muzycy odcięli od państwowego radia. W tym samym czasie Mohammmad zaczął śpiewać pieśni otwarcie polityczne, sprzeciwiające się władzy szacha i SAWAK, wszechwładnej służby bezpieczeństwa. Gdy jednak fala rewolucji wyniosła do władzy Chomejniego i ajatollahów (o roli kaset w tym procesie fantastyczny tekst napisała Karolina Jakubiak dla Glissanda), Szadżarian wycofał się z życia publicznego – również dlatego, że religijni radykałowie mieli podobny pogląd na muzykę, co jego ojciec. Jego repertuar koraniczny był nadal wykorzystywany przez ajatollahów, a jego interpretacja Rabbany, modlitwy kończącej post podczas Ramadanu, była emitowana przez państwowe radio przez 30 lat. Do publicznych występów Szadżarian wrócił w latach osiemdziesiątych, a jego Bidaad do słów żyjącego w XIV wieku poety Hafiza była tylko lekko zawoalowaną krytyką reżimu. Z czasem krytyka stawała się coraz wyraźniejsza i bardziej dosadna, aż w 2009 roku – podczas kolejnych wielkich protestów – Szadżarian znów wystosował list do władz radia z żądaniem wykorzystywania jego muzyki, z wyjątkiem Rabbany. Władze zdjęły i ją, bo Szadżarian jednoznacznie poparł protestujących. Zakazano mu też występów w kraju. Irańczycy, by obcować z muzyką mistrza jeździli między innymi do Turcji. Szadżarian często grywał w Stanach i Francji. Ostatni koncert zagrał właśnie w Turcji, w Konyi, z okazji rocznicy śmierci Rumiego, najważniejszego perskiego poety. Kilka miesięcy później ogłosił, że od lat zmaga się z rakiem nerek.

Szadżarian był tak skromny, jak wspaniała była jego muzyka. Poruszająca, nie trzeba znać perskiego, by się w niej zakochać. Był niezrównanym wirtuozem, panował nad głosem, jak nikt inny, może tylko Alim Qasimov. Grali z nim najwięksi muzycy irańscy – Hossein Alizadeh, Kayhan Kalhor. Nie ograniczał się tylko do śpiewania, grał na santurze, tworzył nowe instrumenty. Cały czas rozwijał muzykę klasyczną, nie chciał, by stała się skansenem. Przede wszystkim jednak był głosem Irańczyków. Słuchała go diaspora, zasłuchany w nim był cały kraj. I gdy sobie myślę, z kim można go porównać w polskiej muzyce, by choć trochę przybliżyć jego status w Iranie, do głowy przychodzi mi tylko Chopin. Obaj stali się symbolami za życia, obaj uchwycili dusze swoich narodów.

Moje pierwsze spotkanie z głosem Szadżariana to Night Silence Desert, nagrane wspólnie z Kalhorem. To było też jedno z moich pierwszych zetknięć z perską muzyką klasyczną. Od tamtej pory muzyka z Iranu ma u mnie specjalne miejsce. Chyba jeszcze lepszym wprowadzeniem w fenomen Szadżariana jest jego krótki koncert w siedzibie NPR z 2013 roku. 15 minut, jeden utwór, Nowruz, czyli perski Nowy Rok. Mohammad Reza wygląda jak akademik sprzed lat, nienagannie ubrany, skupiony. Zespół gra, on czeka. A gdy już zaczyna śpiewać, to czas się zatrzymuje. 15 minut, które mogłoby trwać i trwać...

 

czwartek, 8 października 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 X 2020

W ostatnim odcinku było mało słów, mało utworów i bardzo dużo muzyki prezentujących różne oblicza transu z trzech kontynentów.

1. Praed Orchestra! - Embassy of Embarrassment (Live in Sharjah)
2. Radical Polish Ansambl - Tiers Monde (Radical Polish Ansambl)
3. Maalem Mahmoud Gania - La Ilha Illa Allah (Aicha)
4. Baba Zula - Kücük Kurbaga (Hayvan Gibi)
5. KMRU - Insubstantial (Peel)

poniedziałek, 5 października 2020

Najmłodsza pustynia świata


Tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu było jezioro tak wielkie, że nazywano je morzem, teraz znajduje się toksyczna pustynia. Dawne miasta portowe znajdują się pośrodku księżycowego krajobrazu, kilkadziesiąt kilometrów od jakiejkolwiek wody. Przerdzewiałe statki kołyszą się na wietrze i pokrywają brązowym pyłem.

Tę tragedię na własne oczy mogła obserwować Galya Bisengalieva, pochodząca z Kazachstanu skrzypaczka, wykształcona i mieszkająca w Wielkiej Brytanii. Obrazy znikającego Aralu wryły się jej w pamięć i wróciły po latach, gdy eksperymentowała z elektroniką i tym, jak współpracuje ze skrzypcami. Usłyszała kolebiący się rytm, rytm kadłubów skrzypiących w wyschniętym porcie. Za nim przyszedł pomysł na cały album – Aralkum – o najmłodszej pustyni świata.

Bisengalieva nie wymyśla nowego muzycznego języka – choć sama w wywiadzie dla Bandcamp Daily twierdzi inaczej – by opowiedzieć tę tragedię. Sięga po muzykę, w której czuje się swobodnie i która jest dość przystępna, czyli po podbitą elektronicznymi brzmieniami post-klasykę. Można by powiedzieć, że islandzką, taką, która bez problemy mogłaby znaleźć się w katalogu Bedroom Community. Bisingalieva buduje swoją muzykę podobnie do Resiny, zapętlając skrzypce, nakładając na siebie kolejne warstwy dźwięku. Tak samo buduje klimat, obraz niedostępnej, nieprzyjaznej przyrody. Gra przestrzennością, w końcu opowiada o pustyni. Czuć tę obezwładniając przestrzeń, na swój perwersyjny sposób piękną. To z kolei zbliża ją do innych trójmieszczan – duetu Nanook of the North, Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego. W podobny sposób łącza elektronikę ze skrzypcami, dla nich też pojęcie przestrzeni jest kluczowe, na swoim jedynym albumie zajmowali się Grenlandią, pustynią z innej strefy klimatycznej.

Zastanawiałem się, na ile Galii udało się opowiedzieć o katastrofie aralskiej. To trudne zadanie, zniknięcie Jeziora jest w czołówce największych katastrof spowodowanych przez człowieka. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że Aralkum jest bardziej zapisem żałoby w jej końcowych fazach. Beznadzieja i depresja zaszyte również w tytułach utworów – nazwach nieistniejących osad rybackich, dawnych wysp – jest wszechobecna i obezwładniająca, dopiero pod koniec pojawia się cień optymizmu wynikający z akceptacji sytuacji taką, jaka jest. Dopiero wtedy jest szansa na zmianę. Dzięki zaporze Kokarał udało się choć częściowo uratować północną, kazachską część Jeziora, do której wróciło życie. Może jednak nie wszystko jest stracone.

Znikające, tytułowe Jezioro Aralskie jest również osią powieści Bianki Bellovej, którą koniecznie trzeba przeczytać. Jego obecność i późniejszy brak wpływają na mieszkańców. Kiedyś dawało pracę i wyżywienie. Zniknięcie jeziora, do którego trafiały setki tysięcy ton nawozów i przemysłowych odpadów, sprawiło, że ludzie zaczęli umierać na niespotykane wcześniej choroby, złamało życie całym pokoleniom. Zmieniło klimat, zrujnowało gospodarkę i stosunki społeczne. Katastrofa wpłynęła na wszystkie aspekty życia i jest praprzyczyną wszystkich tragedii, które nawiedzają region. Trudno tej historii nie traktować jak ostrzeżenia.


piątek, 2 października 2020

To już tradycja



Przyznaję, że coraz trudniej wymyślać mi wstępy do tych cyklicznych przeglądów bandcampowych piątków. Listę poprzednich znajdziecie tutaj, nadal warto zajrzeć.

Miałem zaczynać ten przegląd od zupełnie innej płyty, ale w nocy berliński label Morphine Records zapowiedział premierę zapisu koncertu Praed Orchestra, czyli bigandowego wcielenia libańskiego duetu Praed. Na zamówienie emirackiej fundacji Sharjah przygotowali specjalny projekt, który opiera się na reinterpretacji shaabi, egipskiej muzyki ulicznej. Współpracują z nimi sami dobrzy znajomi - Alan Bishop, Radwam Ghazi Moumneh, Maurice Louca, Nadah El Shazly, Michael Zerang. Jeśli te nazwiska wam nic nie mówią, spróbuję przełożyć je na polskie warunki. To zespół podobny do Musiquette A, albo do bigbandowej wersji Radical Polish Ansambl. Potężny skład, skomplikowane, wielowątkowe brzmienie, ekstatyczne w swej transowości. Na razie udostępnili tylko jeden singiel i słucham go już piąty raz od rana. 

Równie ekstatycznie zapowiada się nowy album EABS, którzy po Komedzie i słowiańskiej melancholii wzięli się za przybysza z Saturna, Sun Ra (z błogosławieństwem jego spadkobierców). Discipline of Sun Ra ukaże się pod koniec miesiąca i ptaszki ćwierkają, że to może być ich najlepsza rzecz. Do uduchowionego jazzu EABS podchodzą jak zwykle po swojemu, z dużą dawką hip hopu, ale też sięgają dalej, po juke czy house. Ładnie się z tym komponuje koncert Sun Ra Orchestra z Kalisza z 1986 roku, a z kodem lq25 macie 25% zniżki i reedycja egipskich albumów tej kosmicznej załogi.

Lonker See wydali album z improwizowanymi duetami, Bartosz Weber i Miłosz Pękała z hipnotyczną muzyką elektroakustyczną. Basy tropikalne - epkę peruwiańskiego duetu Vudufa, który porusza się między cyfrową cumbią, muzyką basową, afroperuwiańską a andyjską. Nyege Nyege zapowiadają winyl HHY & The Kampala Unit, a siostrzana Hakuna Kulala - debiut WULFFLUW XCIV, rosyjskiego producenta, który bardzo dobrze odnalazł się we Wschodniej Afryce. A skoro już jesteśmy przy tym regionie - koniecznie zwróćcie uwagę na KMRU, ambientowego muzyka, który w tym roku wydał płyty w Editions Mego, Seil Records i Dagoretti Records. Każda z nich to kojący ambient, z dźwiękami otoczenia w tle. Na pobudzenie idealny będzie nowy album Maćka Maciągowskiego, na którym gabbery łączą się z singeli, brazylijskimi rytmami i szalonymi tańcami.

Death is Not The End przypominają postać Hiski Salomy, fińskiego pieśniarza, który w Stanach Zjednoczonych na początku ubiegłego stulecia śpiewał piosenki o trudach emigracji z politycznym podtekstem. Jakiś czas temu ukazała się reedycja absolutnego skarbu muzyki indonezyjskiej sprzed pół wieku, albumu Yanti Bersaudara (czemu jest tak ważny, pisze Krzysiek Dziuba w RCKL) i o dziwo, można go jeszcze kupić. Podobnie jak reedycję ścieżki dźwiękowej do francuskiego kryminału Le Pacha, napisaną przez Serge'a Gainsbourga i Michela Colombiera.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


piątek, 25 września 2020

Król gór i gitary


Wielu już było królów gitary. Prawie każdy kraj, gatunek i styl ma swojego. Bo gitara to niezwykle elastyczny instrument, odnajdujący się prawie pod każdą szerokością geograficzną. Weźmy taki Azerbejdżan, gdzie w latach sowieckich wyrosła cała subkultura skupiona wokół gitary elektrycznej. Jej królem jest Rüstəm Quliyev, którego postać dla zachodnich słuchaczy odkrywają Mountains of Tongues i Les Disques Bongo Joe.

Mountains of Tongues (ta inicjatywa pojawiała się już tutaj kilkukrotnie, jej członkiem jest Stefan Williamson Fa, który śledził losy Aziza Baloucha) Quliyevem zajęli się już kilka lat, a w zeszłym roku, przy okazji premiery filmu dokumentalnego Gitara, poświęconej tej azerskiej obsesji wydali kasetę z jego kilkoma nagraniami. Azerbaijani gitara to w zasadzie jej rozszerzona wersja.

Rüstəm urodził się w 1969 roku na terenie Górskiego Karabachu, terenu spornego między Armenią a Azerbejdżanem. To ważne dla jego dalszej historii, jak i fakt, że mając siedem lat nauczył się grac na tarze, perskiej, popularnej na całym Kaukazie lutni, a niedługo potem na baglamie, jeszcze innej lutni, bardziej kojarzonej z Turcją. Znajomość ich obu odcisnęła wyraźne piętno na jego późniejszym stylu gry. Choć gitara elektryczna była obecna w Azerbejdżanie od lat 60., to Rüstəm zetknął się z nią dopiero podczas służby wojskowej w głębi Związku Radzieckiego. Nie on pierwszy zaprzągł ten instrument do muzyki azerskiej – dworskich mughamów i ballad aszyków. Chyba do dziś nie wiadomo, kto wpadł na ten pomysł. Wiadomo, że przed Quliyevem nikt nie grał lepiej niż Rafiq Hüseynov, który zresztą także pochodził z Karabachu. Grali też na takim samym modelu czechosłowackiej jolany.

Czuję, że oddalam się od tematu, obiecuję, że wracam za moment do muzyki. Rüstəm wraca ze służby, ale zaraz potem musi uciekać z Karabachu, bo Azerbejdżan przegrywa wojnę i region odrywa się, stając się niezależną republiką, może i nieuznawana, ale blisko związaną z Armenią. Z rodziną dwudziestokilkuletni Rüstəm trafia do stolicy, Baku. Ciągle tęskni za małą ojczyzną, ale to nad Morzem Kaspijskim rozwija się jego kariera.

Jego styl gry jest wszystkożerny i wirtuozerski. Inspiruje go wszystko – od melodii sąsiedniego Iranu, przez echa afgańskiego popu, bollywoodzkie soundtracki, patos i smutek flamenco. Słychać, ze wiele zawdzięcza Hüseynovowi, ale idzie własną, bardziej kosmopolityczną drogą. Gra na gitarze szybkimi ruchami, jakby była to baglama albo tar, ale z ochotą korzysta z przesterów. Gra świdrująco, nieziemsko szybko, ale jest w tym dusza (której często brakuje zachodnim wymiataczom). Nie boi się korzystać z technicznych nowinek, możliwe, ze również z powodów ekonomicznych. Keyboard jest tańszy nić cały zespół. A może po prostu gonił za nowinkami, chciał być na czasie, bo funkcjonował na rynku weselnym, na którym nie ma litości. Ten, kto nie podąża za modami, ten nie dostaje zleceń. Rüstəm miał ich co niemiara, regularnie pojawiał się także w telewizji, dlatego pamiętany jest do dziś. To połączenie świdrującej gitary, niedrogich syntezatorów, które zastępowały sekcję rytmiczną i tworzyły podkład imitujący chociażby instrumenty smyczkowe, w latach 90. było bardzo popularne. Keyboardy wkraczały w różne muzyki ludowe i tradycyjne – muzyka Omara Souleymana czy rodzime disco polo u swych korzeni są bardzo podobne.

Rüstəm sięga do rodzimej tradycji także bezpośrednio. Trzy ostatnie fragmenty na Azerbaijani gitara to dwie ballady aszyków i jeden mugham. Aszykowie są kaukaskimi strażnikami pamięci, odpowiednikami bardów czy zachodnioafrykańskich griotów. Słychać w nich, że Rüstəm lubi gitarą naśladować głos. Najlepszym, a może po prostu najwidoczniejszym dla mnie przykładem jest Baş Sarıtel. Posłuchajcie sobiejego wersji i porównajcie z nagraniem Aşıq Nargilə z londyńskiegoCafe OTO. Quliyev swobodnie meandruje między partiami baglamy a wokalem. Podobnie robi w Tancor disco, będącym jego interpretacją bollywoodzkiego hitu Jimmy Jimmy Aja z lat 80. Razem z niesamowitą szybkością i kreatywnością w wykorzystaniu różnych inspiracji i źródeł, to właśnie ta pewna wielogłosowość i elastyczność sprawia, że do dziś jest uznawany za króla azerskiej gitary.

A może tym królem jest, bo nieważne, co grał, skąd w danym momencie czerpał inspirację, słychać w jego grze góry. Kaukaz, który musiał opuścić. Jego zamglone szczyty, ostre słońce, tę przestrzeń. Przestrzeń, za która Rüstəm tęsknił do końca swojego zbyt krótkiego życia. Zmarł na raka płuc w 2005 roku, nie powróciwszy do Karabachu, gdzie najwyraźniej zostawił swe serce.

środa, 23 września 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 IX 2020


Minęło pięć lat od 2015 roku, gdy do Europy przybyła ostatnia wielka fala migrantów, ale ludzie migrowali wcześniej i później. Muzycy też. Posłuchaliśmy tych, którzy porzucili swoje ojczyzny albo jako potomkowie imigrantów wychowali się w wyidealizowanym obrazie starego kraju. W ciągu godziny posłuchaliśmy muzyki greckiej, tureckiej i perskiej z Izraela, wschodnioafrykańskiej ze Szwecji i Kanady, tureckiej z Londynu. Migracje kojarzą się przede wszystkim z ludźmi z krajów Globalnego Południa szukającymi lepszego życia w Europie i Ameryce, ruch jednak odbywa się też w drugą stronę - na koniec posłuchaliśmy Amerykanki, która porzuciła Boston na rzecz Addis Abeby. 

1. Koko - Echo capasses (Koko)
2. Aris San - Boum Pam (Boum Pam)
3. Levitros - Kara Kaslar (Kara  Kaslar)
4. Dekula Band - Zembwela (Opika)
5. Kooshin - Adigun Inna Cabdaay (Layla)
6. Y Bulbul - Alo (Fever)
7. Liraz - Zan, bezan (Zan)
8. Qwanqwa - Sewoch (Volume 3)


środa, 16 września 2020

Prawdziwy heros



Marokański żyd mieszkający w Jerozolimie w szczycie izraelskiego szału na grecką muzykę nauczył się śpiewać po grecku i nagrał płytę odwołującą się bardziej do brzmień basenu Morza Egejskiego i Anatolii niż rodzinnego kraju, a potem zniknął w pomroce dziejów. Każde słowo w tym zdaniu jest prawdą. 

W tej historii najbardziej mnie zaskoczył rozmiar tego szału na grecką muzykę w Izraelu. Że warto było się nauczyć greki i nagrać płytę z tsifteteli i innymi greckimi tańcami. Yakov Ben Hammo, znany bardziej jako Koko był perkusistą i wokalistą. Nie wiem, kiedy się urodził, ani gdzie. Przybył do Izraela czy już się w nim urodził? Stawiam na to pierwsze, bo na okładce swojego debiutu z 1977 roku przypomnianego przez Fortuna Records wygląda na dojrzałego faceta. Spogląda z niej prawdziwy twardziel, choć w dzwonach i kolorowej koszuli oraz obowiązkowym zarostem na klacie i wielkim wisiorem w kształcie gwiazdy Dawida. A może Koko wygląda bardziej jak amant-twardziel, bliskowschodni odpowiedni Seana Connery’ego, tylko występujący w filmach kasy B.

Klasy B nie jest z pewnością muzyka, którą grał. Może sprawdziłaby się w takich produkcjach, ale jest fantastyczna. Koko nie bawi się w kokieterię, od pierwszych dźwięków zaprasza na psychodeliczną, taneczną imprezę gdzieś na Krecie, a może szemranych przedmieściach Aten i Salonik. Nie jest to rebetiko, ono w tamtych czasach było już skansenem, ale słychać podobieństwa. Muzyka Koko jest równie mocno zanurzona w Anatolii i Bliskim Wschodzie, tym ogólniejszym. Organy ślizgają się po ćwierćtonach, brzmienie gitary bardzo przypomina Omara Khorshida, tego egipskiego geniusza. Koko gra na bardzo skromnym zestawie perkusyjnym, chyba nie ma w nim stopy, tylko tomy, werbel i bębny kielichowe. Bas chodzi jak zaklęty, co jakiś czas odezwie się klarnet. I to już właściwie wszystkie instrumenty odpowiedzialne za tę tawernianą orgię dźwięków. 

To nie jest muzyka ludowa, ale nie jest do rock’n’roll. Koko podąża za trendami z tamtych lat - ma być lokalnie i globalnie. Obie formy - grecko-arabsko-turecka i amerykańska - spotykają się w połowie drogi. Buja ta muzyka trochę funkowo, trochę egejskimi rytmami. Jasne, takie połączenie sprawdza się prawie zawsze, trudno je zepsuć, ale u Koko brzmi to wyjątkowo dobrze. Do tego wszystkiego trzeba dołożyć głos naszego bohatera. Głęboki i przejmujący. Jakby wraz z nauką greckiego, wziął sobie do serca mitycznych herosów, którzy robią wszystko z godnym bogów rozmachem. On też. Gdy (jak podejrzewam) przeżywa nieszczęśliwą miłość w Katogiri, to cierpi bardziej niż cały zastęp Romeów. Jego głos mógłby poruszyć skały, może dlatego stoi obok miniatury twierdzy. Gdy bawi się, to jest cesarzem imprez, na których ouzo i raki leją się strumieniami. 

Yakov nie doczekał tej reedycji, nie będzie triumfalnego powrotu na scenę na tę jedną, ostatnia trasę. Zmarł w 2018 roku, gdy Fortuna Records przekonali go w końcu do swojego pomysłu na wznowienie jego debiutu. Dzień przed planowanym podpisaniem umowy dostał ataku serca.


środa, 9 września 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 IX 2020

Połsuchaliśmy muzyki jednej z ważniejszych postaci europejskiej nowej psychodelii, zanurzonej w brzmieniach z naszej perspektywy egzotycznych - Grahama Mushnika, założyciela Catapulte Records, wytwórni, która od 13 lat jest domem dla takich zespołów L'Orchestre du Monplaisant, Derya Yildirim & Grup Simsek czy Les Pythons de Fournaces. Nie wyjeżdżając z Francji posłuchamy muzyki z Somalilandu, Turcji, wariacji na temat cumbii, soukous, perskiego funku. 

1. Guess What - Introduction: Bagdad 706 (Al Kawarizmi)
2. Guess What - Al-Khawarizmi (Al Kawarizmi)
3. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldi (Nem Kaldi)
4. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - 3,2,2,3 (Nem Kaldi)
5. Orchestre du Montplaisant - Dr Stockton (II)
6. Sahra Halgan - Daardan (Waa Daardan)
7. Sahra Halgan - Bayr (Waa Daardan)
8. Graham Mushnik featuring His Group Martini - Gold Seekers  (Peeping Through the Porthole)
9. Slow Slushy Boys - Groove On Up (Chingford Train)
10. Malphino - Danza Negra (Malphino)


piątek, 4 września 2020

Wyciągamy portfele


Który to już bandcampowy piątek? Szósty, więc powinniście wiedzieć, o co chodzi. Platforma na 24 rezygnuje ze swojej prowizji, więc więcej pieniędzy trafia do artystów. 

Przegląd zaczynamy od rzeczy, które już zdążyły się ukazać. 1 września 1000Hz rozpoczęli swoją nowa serię wydawniczą, Digital Indigenious, fantastycznym, pełnym melodii i (niestety) krótkim albumem Andy'ego One. Endless Happiness najpierw w połowie sierpnia wydali kasetę z zapisem koncertu Billa Orcutta w warszawskim Spatifie, a w środę taśmę Mentos Gulgendo, czyli nowego projektu dziewczyn z WIDT. Mentos Gulgendo wydały tego samego dnia łudząco podobną kasetę w brytyjskiej oficynie Slip, ale to zupełnie inny materiał. A skoro jesteśmy przy siostrach Nowackich, za tydzień ukazuje się kaseta Antoniny w Mondoj, ale warto ją kupić właśnie dzisiaj. Canary Records przypomnieli ostatni album Marko Melona, ormiańskiego oudzisty, nie wolno tej pozycji przegapić. Protesty społeczne w Białorusi ciągle trwają, można cały czas kupić kompilację For Belarus, z której zyski są przekazywane na Belarus Solidarity Foundation. W serii Music from Saharan WhatsApp wczoraj swoją epkę wypuścił nigerski wirtuoz syntezatorów, Hama.

A skoro jesteśmy przy syntezatorach, piękną, drugą płytę wydaje dzisiaj trójmiejski duet Pin Park. Jeśli lubicie rozmyte brzmienie syntezatorów, trochę baśniową, nierealną otoczkę, kosmische musik, jest to pozycja obowiązkowa. Jeśli nie, i tak dajcie jej szansę, odwdzięczy się. Hanna Cieślak zaprojektowała też okładkę dla debiutu Clinamen, czyli duetu Ziołek/Ostrowski. Płytę znam od jakiegoś czasu, więc z pewnością mogę napisać, że to kolejna bardzo dobra rzecz w dorobku tyytana niezalu. To także pierwsza pozycja w katalogu Brutality Garden, czyli nowego labelu założonego przez Milieu L'Acephale. Wczoraj pisałem o ekstremalnym duecie z Kenii, ale okazuje się, że artystów ambientowych mają w Nairobi równie utalentowanych, bo podwójny winyl KMRU to rzecz kojąca, ponadczasowa. Na październik szykuje się dwupłytowy album z kompozycjami Patricka Higginsa na zespoły kameralne. Tego samego dnia ukaże się wznowienie płyty Omara El Sharyiego z interpretacjami kompozycji Mohammeda Abdela Wahaba (i jest na nie kod zniżkowy wewantsounds). Bongo Joe zapowiadają premiery trzeciego albumu Cyril Cyril i debiutanckiego singla tanecznych post-punkowców Baby's Berserk. Nyege Nyege - winyla Phelimuncasi, gwiazd gqom. Hive Mind przygotowali winylową reedycję kasety z 1997 roku Mahmouda Ghani, lepszej gnawy nie znajdziecie nigdzie.

Szara Reneta oferuje zestaw trzech wrześniowych premier, Z Tapes do każdego winyla dorzucają kasetę.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

czwartek, 3 września 2020

Jądro ciemności


Szaleństwo singeli, ekstremalność grindcore’u i black metalu, niezmorodowana taneczność techno, punkowy wkurw, zaduma ambientu - z tego karkołomnego połączenia powstała jedna z najciekawszych tegorocznych płyt.

Sam Karugu i Martin Khanja znają się od czasów liceum, obaj wsiąkneli w niewielkie, acz prężne metalowe środowisko w Nairobi. Obaj grali w rożnych zespołach, odkrywali kolejne nurty i podgatunki, aż w 2016 roku Khanja zwrócił się w stronę muzyki elektronicznej, nie zapominając o swoich metalowych korzeniach, a trzy lata później na festiwalu w Botswanie zespoły ich obu miały zagrać swoje koncerty. Pech (a może szczęście) chciał, że zespół Khanji nie dojechał, więc gitarzysta-producent zaprosił swojego kolegę wokalistę na improwizowany set. I tak to się zaczęło.

Powstali trochę z przypadku, ale przypadkiem nie jest, że wydaje ich Nyege Nyege Tapes, czołowy propagator eksperymentalnej, niezależnej muzyki elektronicznej z Afryki Wschodniej. Choćn nawet jak na ich standardy to jest to muzyka nietypowa i wymykająca się szufladkowaniu.

Duma w języku kikuyu znaczy ciemność. To dobra nazwa, bo duet wybiera się na poszukiwania jądra ciemności. Znajdują je w muzyce i swoim otoczeniu. Z jednej strony sięgają po brzmienia akustycznych bębnów, podbijają je elektroniką, sprawiając wrażenie uczestnictwa w jakiejś dziwnej ceremonii, gdzieś daleko od miasta. Z drugiej, pędzą na złamanie karku, Khanja wykręca bity rodem z tanzańskiego singeli, przy którym footworkowe 180 bpm to tempo spacerującego staruszka. Dochodzi do tego szorstkość, ostrość industrialu, naprzemienne krzyki i growle. Duma chcą szokować, a w świecie borykającym się z nadchodzącą katastrofa klimatyczną, wykończonym późnym kapitalizmem,to zadanie niełatwe. Zrezygnowani i rozczarowani Nairobi, brakiem perspektyw i marazmem, brakiem zainteresowania, zmęczeni normami rządzącymi miejskim, kenijskim społeczeństwem, Duma wpadają momentami w groteskę czy pretensjonalność, ich buńczuczne wypowiedzi z wywiadów, czasem wywołują uśmiech, ale są w tym swoim gniewie bardzo autentyczni.

Do tej pory we wszystkich recenzjach są wrzucani do metalu. Nietypowego, ale jednak. To chyba nie do końca prawda. Dużo tu elektroniki, dużo plemiennych czy klubowych, synkopowanych rytmów. W swojej bezkompromisowości i w zasadzie oszczędnym brzmieniu, bezwstydnie skromnym, ale niezwykle intensywnym, przypominają mi trochę wczesne Crystal Castles. Emanują tym samym poczuciem beznadziei. Dlatego chyba bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że Duma grają punk, zbrutalizowany, elektroniczny, ale esencjonalny. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku.

Najciekawsze, najbardziej niepokojące momenty to te, gdy zwalniają, gdy nad nastawiony szaleńczo automat perkusyjny chowa się pod smugami syntezatorów. Wtedy najgłębiej sięgają do tego jądra ciemności. A gdy patrzą w nie, ono patrzy na nich.

środa, 26 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 VIII 2020


140 lat, tyle mija w tym roku od sprowadzenia taarabu na Zanzibar przez sułtana Omanu. To muzyka ciągle żywa, choć rozpadła się na różne lokalne odmiany. Posłuchaliśmy i tego najklasyczniejszego taarabu z Zanzibaru, najstarszych nagrań, zupełnie nowych interpretacji, innowacji z Mombasy i wreszcie całkowicie współczesnego oblicza z Komorów.

1. Siti Muharam - Pakistani (Siti of Unguja (Romance Revolution On Zanzibar))
2. Bi Kidunde - Pakistani (Zanzibara, Vol. 4: Diva of Zanzibari Music)
3. Siti Binti Saad - Muhogo wa jangombe
4. Ali Abdulla - Tangu Jana (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
5. Jauharah Orchestra - Wangu Ukhutina (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
6. Ikhwani Safaa Musical Club - Waache Waseme (Zanzibara 1: A Hundred Years of Taarab in Zanzibar)
7. Zeim Musical Party - Mpenzi Azizi (Zanzibara Vol. 2: Golden Years of Mombasa Taarab (1965 - 1975))
8. Zuhura & Party - Ya Zamani (Singe Tema: Taarab Special)
9. Zaza - Nduzangou

środa, 19 sierpnia 2020

Ceremonie z obrzeży


W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o Mutende Mizimu Doctor Kanuska Group, która ukazała się na początku lipca w nowej serii 1000Hz, labelu, który można już śmiało porównać do Nyege Nyege, Sublime Frequencies czy Sahel Sounds. I to właśnie kilkanaście dni temu Chris Kirkley wydał Musique Hauka, który jest tym dla nigerskiej hauki, co Mutende Mizimu dla vimbuzy. 

Vimbuzę i hauke dzieli ponad sześć tysięcy kilometrów, a jednak jest między nimi wiele podobieństw. Oba to synkretyczne rytuały, czy może nawet systemy wierzeń, odwołujące się do łączności z duchami, przez co są marginalizowane przez chrześcijan w Malawi i muzułmanów w Nigrze. Oba opierają się na transowych, skomplikowanych rytmach, które można wygrywać godzinami i na zaśpiewach call-and-response. Podobne są też historie obu grup: Doctor Kanuska vimbuzą zajmuje się od dzieciństwa, podobnie Lingo Seini, oboje grają ze swoimi, dorosłymi już dziećmi. Lingo hauki nauczył się od swojego ojca. 

Różne są nie tylko rytmy, hauka wydaje się bardziej dosłowna i stateczniejsza, ale też instrumenty. W vimbuzie są to jedynie bębny ngoma, hauka do kalabaszy dodaje jednostrunowa lutnię kuntigi. I przez to kojarzy mi się trochę z kologo z Ghany czy tradycyjną muzyką tuareska. To muzyka bardzo surowa, ascetyczna, natchniona i z tego powodu - to oczywiste - transowa. Nie transowa do tańca, do tego lepiej sprawdza się vimbuza, ale transowa tak, jak tyko mogą być hipnotyzujące noce Sahelu. 

Musique hauka i Mutende Mizimu łączy jeszcze kilka rzeczy. Oba albumy to jedne z pierwszych dokumentacji obu rytuałów i są nagrane w podobny sposób. Tak, by poczuć się częścią ceremonii. Chris Kirkley uzyskał to za pomocą jednego mikrofonu i jestem częścią hauki, tego przewrotnego odtwarzania kolonialnych, wojskowych zwyczajów.


środa, 12 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 VIII 2020

Tydzień temu ogromny wybuch spustoszył Bejrut, stolicę Libanu, kraju, który od miesięcy zmaga się z poważnym kryzysem. Kiedyś nazywany Paryżem Bliskiego Wschodu, Bejrut wygląda prawie tak samo jak podczas piętnastoletniej wojny domowej. Bejrut to także różnorodna, mozaikowa scena muzyczna i dzisiaj posłuchaliśmy dźwięków z tego pięknego, ale zranionego miasta. To tylko niewielki wycinek żywotnego muzycznego krajobrazu Bejrutu, trochę inne jego oblicze zaprezentuje 17 sierpnia Kuba Knera w swojej kapitałowej audycji Nowe idzie od morza. Jeśli podobała wam się muzyka, wesprzyjcie bezpośrednio muzyków, najlepiej na Bandcampie.

1. Fairuz  - Li Beirut (Maarifti Feek)
2. Yasmine Hamdan - Beirut (Ya Nass)
3. Munir Khauli - Heik ha Nishtghil? (Habibi Funk 014: Solidarity With Beirut)
4. Force - Stand Up (Habibi Funk 014: Solidarity With Beirut)
5. Sary Moussa - Weight (Imbalance)
6. Jerusalem in My Heart - Wa Ta'atalat Loughat Al Kalam, Pt. II (Daqa'iq Tudaiq)
7. Lumi - From a Dream (The Night Was a Liar)
8. Liliane Chlela - 2022 (Malign​/​Benign)
9. Cudowne Lata - Baśń (Kółko i krzyżyk)
10. Fairuz - Khaleek Bil Beit (Maarifti Feek)

W Bejrucie działają Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, Polska Akcja Humanitarna, a Libański Czerwony Krzyż bez wytchnienia niesie pomoc. Wszystkie przychody z kompilacji Solidarity with Beirut Habibi Funk przekazuję na tę ostatnią organizację. Nie możemy zapominać o tym, co dzieje się w Polsce, jeśli możecie przekażcie choć drobny datek na Kampanię Przeciw Homofobii.

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Powrót do domu

Członkowie czerkieskiego zespołu Jrpej przebyli dość typową drogę do rodzimej tradycji. Przyszli do niej ze środowisk punkowych i alternatywnych, po latach słuchania muzyki z Zachodu zwrócili się w stronę rodzimego Kaukazu. Pochodzą z Nalczyku, jednego z największych miast na Kaukazie Północnym. Z Ored Recordings, etnomuzykologicznym kolektywem, o którym pisałem wielokrotnie, łączy ich nie tylko wspólne miasto. Timur Kodzoko, jeden z założycieli Ored, wchodzi w skład Jrpej. Od nagrywania przeszedł do muzykowania, co zdarza się często również w polskim środowisku muzyki tradycyjnej.

Jrpej nie piszą własnych utworów, tylko sięgają po melodie i teksty zebrane przez lata, usłyszane w wioskach ukrytych w górskich dolinach. Nie udają, że nie są mieszczuchami, że od dziecka byli otoczeni muzyką czerkieską. Mówią o sobie, że są outsiderami grającymi stare piosenki w nowej rzeczywistości. Odżegnują się od takich pojęć jak eksperyment czy nowa tradycja. W zamian wybierają termin post-tradycja, ponieważ przenoszą istniejące już kompozycje i melodie w nowy kontekst. To – jak sami mówią – osobiste odczytanie czerkieskiej muzyki przez zespół.

W tym miejscu warto zadać pytanie, co jest dla nich najważniejsze w tym przeniesieniu, jaki aspekt zachowują najmocniej? Wydaje się, że jest to wspólnotowość. Każdy z członków zespołu śpiewa, jest tutaj kaukaski odpowiednik zaśpiewów call-and-response, podobieństwa do gruzińskich polifonicznych chórów. Choć jest to nagranie studyjne, mam nieodparte wrażenie, że podsłuchujemy ich podczas niezobowiązującego muzykowania, może przy ognisku. A przecież to nie do końca prawda; sami przyznają, że na wieś jeżdżą rzadko, że obce jest im życie pasterzy czy rolników. Ważny jest dla nich – jak i dla większości muzyków zwracających się do muzyki tradycyjnej – trans, zatracenie się dźwiękach, w ich powtarzalności zatrzymującej czas lub przenoszącej w czas mityczny, w którym wiecznie wszystko cyklicznie wraca.

Przeniesieniu w nowy kontekst pieśni weselnych, historycznych czy uzdrawiających nie towarzyszy radykalne unowocześnienie brzmienia, muzycy posługują się instrumentami tradycyjnymi. W tej surowości kryje się chyba sukces Jrpej. Kryją się za nią tęsknota i duma z tego, że mimo przeciwności udało im się wrócić do muzyki przodków, że walczą z zapomnieniem tradycji, która kiedyś rządziła życiem na całym Kaukazie, a dzisiaj ustępuje rosyjskim wzorcom. Oni uparcie wracają do swojego kulturowego domu i starają się go odnowić, by nadal cieszył oko.

piątek, 7 sierpnia 2020

To jeszcze nie koniec


A jednak lipcowy Bandcampowy piątek nie był ostatnią taka akcją. Serwis przedłuża ją do końca roku, zatem i ja przedłużam swoje przewodniki. Poprzednie znajdziecie tutaj, większość rzeczy nadal można kupić, a ja je polecam nadal, bo muzyka tak łatwo się nie starzeje.

Nie tak miał zaczynać się ten przewodnik, ale wszyscy wiemy, co stało się w Bejrucie. Możecie (i powinniście) przelać pieniądze na organizacje humanitarne pomagające Libańczykom, możecie też bezpośrednio pomóc muzykom, bo przecież Bejrut to niesamowita scena niezależna. Topot przygotował spis artystów i labeli, którzy są solą tej sceny. Warto sprawdzić, warto wspomóc. Habibi Funk przygotowali specjalną kompilację, wszystkie przychody przekażą na Libański Czerwony Krzyż. Moja najbliższa audycja w Radiu Kapitał będzie poświęcona właśnie muzyce ze stolicy Libanu.

Nie najlepiej dzieje się w Afryce, tamtejsi muzyce też przecież odczuwają skutki pandemii. 1000Hz i MikMusik, dwa polskie przyczółki w Malawi i okolicach dają 10% zniżki na swoje afrykańskie (i nie tylko) płyty. Z kodem friday dostajecie zniżkę na fenomenalny zapis ceremonii vimbuzy grupy Doktor Kanuski, absolutnie wyjątkowe Wild/Life, obie płyty Tonga Boys, wspólną epkę Wojtka Kucharczyka i Tuğçe Şenoğul (pisałem o niej w jednym z numerów Gazety Magnetofonowej), polsko-afrykański album Owls Are Not, surową, ale natchnioną Kukayę i obie płyty z serii Modernizations (o Dubinach pisałem dla Czasu Kultury). Mdou Moctar wydał czwartą część mikstejpu ze szkicami piosenek, nagraniami koncertowymi, surowymi demami, a w kolejnej edycji Music from Saharah WhatsApp możecie posłuchać kilku nagrań Andal Sukabe z Niamey. Jak co miesiąc, wszystkie downloady Sahel Sounds są dostępne w opcji płać, ile chcesz. To dobra opcja, bo koszty przesyłki winyli ze Stanów są bardziej niż horrendalne. Ale co wybrać (jak to zapytał mnie red. Świąder)? Może El Wali, bojowników o wolność i niezależność Sahary Zachodniej, eksperymentalny soundtrack Ahmoudou Madassane, zapis synkretycznego, mającego swoje korzenie w kolonialnych strukturach rytuału Hauka, new age z Mali, muzykę z alternatywnej rzeczywistości, w której to Afrykanie odkryli Amerykę, pełną smutku narodową orkiestrę z Mauretanii (o której pisałem w początkach bloga). Na ten miesiąc chyba wystarczy.

Błoto zapowiedziało nową płytę, ale winyl wyprzedał się w 13 minut, pliki jeszcze są. Zestaw demówek przygotowała ponura jak zawsze Marissa Nadler. Opal Tapes przygotowali z sześć premier, z których najciekawiej zapowiada się ta. Przy okazji obniżyli też ceny na kasety i winyle. Far Out Recordings i We Want Sounds dają 20% zniżki, z odpowiednio: FAROUT20 i wewantsounds. Ci drudzy powinni mieć jeszcze ostatnie egzemplarze Marifti Feek Fairuz, a to pozycja obowiązkowa. Kenijski electro-grindcore Dumy jest dostępny w trzech formatach, nieważne w jakim, ale warto mieć. DJ z Wąsem przedwczoraj polecał chorwacką Muzykę Końca Lata, polecam i ja. Dreamland Syndicate wypuścili kasetę o dworcach kolejowych, ale jej targetem są nie tylko maniacy pociągów. Alameda 5 dorzuca remiksy Eurodrome.

I to chyba na tyle. Przynajmniej na razie.

wtorek, 4 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 29 VII 2020


Kaukaz jest mozaiką małych narodów, grup etnicznych i językowych. Co dolina, to inne tradycje, inny język. To dziedzictwo ginie przytłoczone z jednej strony globalizacją, z drugiej latami rządów Rosjan. Są jednak ludzie, którzy tę mozaikę chcą ocalić od zapomnienia, jeżdżą po wioskach i miastach i nagrywają muzyków tradycyjnych. Dzięki Ored Recordings i Mountains of Tongues przynajmniej część tego dziedzictwa zostanie uwieczniona na dyskach i płytach. Posłuchaliśmy wychowanych na zachodniej muzyce eksperymentalnej Czerkiesów wracających do swojej muzyki, jedynej kobiety aszyka z Gruzji, Ormian i Azerów z Dagestanu i wirtuoza gitary z Górskiego Karabachu.

1. Jprej - Шэхэх (Qorror)
2. Jrpej - Нысэишэ (Qorror)
3. Jrpej - Iэзэ (Qorror)
4. Aşıq Nargilə - Mansırı (Qərib Həyat)
5. Aşıq Nargilə - Göyçə Gülü (Qərib Həyat)
6. Rüstəm Quliyev - Əfqan Musiqisi (Azerbaijani Gitara)
7. Rüstəm Quliyev - İran Təranələri (Azerbaijani Gitara)
8. Արկադի եւ Արմեն Կագրամանիան - Օտար ամայի ճամփեքի վրա  (Armenian and Azeri Music in Derbent)
9. Aşıq Mahir - Derbent (Armenian and Azeri Music in Derbent)

wtorek, 21 lipca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 VII 2020


Rok na antenie minął (prawie) jak jeden dzień. Pierwsza audycja w nowym terminie (co druga środa o 19) i nowym roku jest bardzo do pierwszej audycji w ogóle - znów sama muzyka.

Może wypada jakoś ten pierwszy rok i 26 odcinków podsumować. Nie stawiałem sobie żadnych celów, ale i tak (a może właśnie dlatego) jestem zadowolony z tego, jak rozwija się audycja. Udało mi się porozmawiać z Mackiem Okraszewskim z Działu Zagranicznego podczas jedynej audycji na żywo i z tego wywiadu jestem naprawdę dumny. Podobnie z radiowej premiery dwóch fragmentów II Tropical Soldiers in Paradise. Nie sprawdzałem statystyk zbyt często, ale audycji słucha więcej osób niż się spodziewałem. To fajnie.

W środę słuchaliśmy takich rzeczy:

1. Bananagun - People Talk too Much (The True Story of Bananagun)
2. Bananagun - Out of Reach (The True Story of Bananagun)
3. Cucoma Combo - JJD (Cucoma Combo)
4. Pedro Lima - Maguidala (Maguidala)
5. General Franco Lee Ezute And His Harmony International Band - Onye Kata​-​Obia ‎(Onye Kata​-​Obia)
6. Gold Codes - Feverfew (Gold Codes)
7. Nihiloxica - Salongo (Kaloli)
8. Moulay Ahmed El Hassani - Dnya Yakhlik (Atlas Electric)


środa, 8 lipca 2020

12 minut z 71 lat


Jest rok 1932. Na Gibraltar przybywa dwudziestotrzyletni Azizullah Abdurrahman Balouch. Przypłynął z odległego krańca Imperium Brytyjskiego, z położonego w dzisiejszym Pakistanie Sindhu (ale urodził się w Beludżystanie, na pograniczu Pakistanu, Afganistanu i Iranu). Na półwysep Iberyjski wybrał się za pracą, zatrudnił go jeden z hajdebaradzkich kupców. Jednak młodzieńca od handlu bardziej interesuje coś zupełnie innego - flamenco. Balouch studiował w ojczyźnie arabski, perski, recytował Koran i śpiewał ludową muzykę Sindhu. Jeszcze w Azji poznał z nagrań flamenco, w którym zakochał się od pierwszych chwil, i które przypominało mu muzykę, na której się wychował. 

Pierwszy rok na skale Gibraltaru Balouch spędził na żmudnej i ciężkiej pracy, dopiero po kilkunastu miesiącach udało mu się wyrwać do sąsiedniej La Linei na koncert. Tego wieczoru występował między innymi Pepe Marchena. Aziz był tak zachwycony występem, że z pomocą znajomych zaprosił artystów na wizytę w jego domu następnego dnia. Teraz była kolej na Beludża, by zachwycił swoich gości. Z akompaniamentem harmonium zagrał nie tylko sindhijskie i sufickie pieśni, ale też flamenco, w końcu twierdził, że to prawie to samo. Marchena z miejsca zaprosił Aziza na gościnny występ podczas gibraltarskiego koncertu i zaproponował mu terminowanie u siebie. Balouch szybko zyskał pseudonim Marchenita - mały Marchena, podbijał madryckie sceny. Był tak dobry, że wielu mu nie wierzyło, że nie jest Andaluzyjczykiem. To w Madrycie nagrał swoją jedyną epkę, Sufi Hispano-Pakistani, którą w tym roku przypomniała londyńska oficyna Death Is Not the End. 

Balouch szczególnie upodobał sobie canto jondo, według jego słów najczystszą i najpoważniejszą formę tego gatunku. To w nim słyszał najwięcej podobieństw do transowej muzyki i hymnów sufickich. Potwierdzają to te jedyne nagrania, w których miesza swobodnie perski, arabski, hindi i hiszpański. Pełne melizmatów linie wokalne naturalnie kierują w stronę muzyki islamskiej, ale przecież dokładnie takie same środki występują we flamenco. Balouch gra na gitarze, jakby całe życie spędził w Andaluzji. Z tych nagrań bije taka pewność, że nie dziwię się, że dziennikarze prosili go o pokazywanie paszportu. Jego flamenco pełne jest smutku i powagi, ascezy, jakby było skargą na niesprawiedliwy los. Balouch twierdził, że tylko w tych najbardziej przejmujących formach przetrwał prawdziwy, suficki duch flamenco. Krytykował hiszpańskich muzyków za rozwiązły styl życia, który nie pozwalał im dotknąć sedna muzyki.

Balouch do pewnego stopnia miał rację. Romowie, z którymi najczęściej utożsamia się flamenco do Europy przybyli właśnie z Indii, w tym z Sindhu. Utrzymali przez stulecia swoją odrębność kulturową, muzykę również. Spotkanie się Cyganów z Moryskami najprawdopodobniej było katalizatorem do powstania flamenco. Islam i Indie, stąd najpewniej wypływają źródła tego gatunku. 

Aziz, ranny podczas hiszpańskiej wojny domowej, przeniósł się do Londynu, gdzie założył towarzystwo sufickie i promował kulturę flamenco, o którym napisał kilka książek. W latach 50. i 60. znów zamieszkał w Madrycie, na zaproszenia ambasadora Pakistanu, zorganizował koncert swojego mentora Pepa Marcheny w Karaczi, stolicy Sindhu. Balouch zmarł pod Londynem w 1978 roku, pochowano go w nieoznakowanym grobie.

12 minut, 4 nagrania, kilka zdjęć. Tyle zostało po tym niezwykłym człowieku, który usłyszał pokrewieństwo w muzyce z dwóch różnych krańców świata.

Korzystałem z tekstu Aziz Balouch Stefana Williamson Fa.

piątek, 3 lipca 2020

To już ostatni taki piątek?



Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni (przynajmniej na razie) Bandcamp Friday, czyli dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji. Wartych uwagi premier jest jeszcze więcej niż zwykle.

Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs połączyli siły i razem z Polskim Radiem wydają zaginiony album Renaty Lewandowskiej sprzed ponad czterdziestu lat. Soul, Aretha Franklin, Janis Joplin, troche Opole, naprawdę warto. Po kasecie z zeszłego roku, muzyka Rüstəma Quliyeva, azerskiego wirtuoza gitary, doczekała się winylowego wydania, dzięki moim ulubionym Szwajcarom z Bongo Joe, którzy przygotowali też kolejną siedmiocalówkę, parującą Guess What z Porest, zespołem Marka Gergisa. Kuduro z karaibskiej Siant Lucii przygotowali Nyege Nyege (dorzucając przy okazji reedycje kilku wyprzedanych już kaset i winyli, w tym Jako Marona, o którym pisałem już na blogu). Death Is Not The End przypominają postać Aziza Baloucha, pakistańskiego muzyka, który po przeprowadzce do Hiszpanii, postanowił połączyć flamenco z muzyką suficką. Kilkadziesiąt niezależnych wytwórni bierze udział w akcji Independent Label Market i przygotowało specjalne pakiety, zniżki, limitowane wydawnictwa. Całość możecie sprawdzić tutaj, ja nie dałem rady, tyle tego. 

Cloud Nothings w kwarantannie nagrali cały album (który brzmi bardziej jak ich radosne początki), Deerhoof wygrzebali z archiwów koncert z Waadada Leo Smithem (wszystkie przychody zespół przekazuje na BLM). Ored Recordings wydali album Jrpej i jest to ich pierwsza studyjna produkcja, a nie nagranie terenowe. Jrpej grają post-tradycyjną muzykę czerkieską i już sam ten opis jest intrygujący (muzyka na szczęście również) TOPS przygotowali singiel z nowymi wersjami piosenek z ostatniej płyty, Evripidis & His Tragedies wypuścił dwie sekretne piosenki. Oba wydawnictwa są dostępne tylko i wyłącznie dzisiaj.

Z rzeczy, które wyszły niekoniecznie dzisiaj, swoje pieniądze warto wydać na drugą wspólną epkę Mohammada Rezy Mortazaviego i Burnta Friedmana, bo to po prostu przepiękna sprawa. We Want Sounds dają zniżkę 20% na wszystko (kod: wewantsounds), dużo dobra mają. Bardzo dobry tercet kaset wydali Pointless Geometry, chyba jeszcze im zostały. Debiut Bananagun to złoto (i na takim winylu można go od dzisiaj kupić). Chris Menist z The Paradise Bangkok Molam International Band w maju wydał bardzo ciekawy, elektroniczno-tropikalny debiut.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz (tym bardziej, że wydali w środę absolutnie fantastyczne nagrania z vimbuzą) to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

sobota, 27 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 VI 2020




Trudno to uwierzyć, ale zaraz minie rok Na obrzeżach na falach Radia Kapitał. 26 audycji, co dwa tygodnie. Czas na zmiany - od lipca audycja przenosi się na środy o 19, również co dwa tygodnie, to się akurat nie zmienia. Będę nadawał na zmianę z Reisefieber Zosi Borysiewicz, jedną z moich ulubionych audycji w Kapitale. Zosia rozmawia o przemieszczaniu, podróżach, mieszkaniu w innych miejscach niż polska. Oboje lubimy podobną muzykę, interesują nas podobne tematy i planujemy ze sobą współpracować. Pierwsze efekty naszej współpracy już 1 lipca, porozmawiamy o naszych radiowych początkach i przygodach. Kolejne Na obrzeżach 15 lipca. 

W ostatniej wtorkowej audycji posłuchaliśmy idealnych piosenek na początek lata.

1. Da Souza - Pedres i pals (Salsa agredolça)
2. Da Souza - Un punt blau (Salsa agredolça)
3. Mauvais Œil - Mektoub (Mektoub)
4. MLDVA - Gul Ahmet (Gul Ahmet)
5. Los Bitchos - Turkish Delight (The Link is About to Die)
6. Firewater - Strange Life (International Orange)
7. Romano - MaNiya (رومانو)
8. Nu Guinea - Ddoje Facce (Nuova Napoli)
9. Owiny Sigoma Band - I Made You/You Made My (Nyanza)
10. Balkan Beat Box - Kabulectro (Blue Eyed Black Boy)
11. Riff Cohen - Marrakesh (À la menthe)
12. débruit/Alsarah - Jibal Alnuba (Aljawal)
13. débruit - Kaciyorum (débruit & Istanbul)
14. A Hawk and a Hacksaw - No Rest for the Wicked (Cervantine)
15. Menahan Street Band - The Contentder (Make the Road By Walking)

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 VI 2020



10 tysięcy kilometrów po Afryce - tyle mniej więcej zrobiliśmy w ostatniej audycji. Od Malawi przez Dżibuti po Mali. 10 tysięcy kilometrów - to tyle ile z Warszawy do Władywostoku. Posłuchamy różnych stylów, rytmów i epok. Bo Afryka to nie monolit, ale fascynujący, złożony i różnorodny kontynent. Sama muzyka, bez zbędnych słów.

1. WILD/LIFE - Kolega (Maloto/Dreams)
2. Gasper Nali - Olemera (Zoona Malawi)
3. Madalitso Band - Mita (Wasalala)
4. Groupe RTD - Uurkan Kaadonaya (I Want You) (Dancing Devils of Djibouti)
5. Sahra Halgan - Hiddo (Waa Dardaaran)
6. Sahra Halgan - Caaqil (Waa Dardaaran)
7. Kwi Bamba & L'orchestre de Gama Berema - Logouno ka nougé (Kwi Bamba & L’orchestre de Gama Berema)
8. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko Tioko)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Ignorance (11th Street, Sekondi)
10. Isaac Birituro and The Rail Abandon - Yesu Yan Yan (Kalba)
11. Le Kéné-Star de Sikasso - Hodi Hu Yenyan (Le Kéné-Star de Sikasso)

piątek, 5 czerwca 2020

To jest ten dzień, kiedy trzeba wydać pieniądze



Kolejny dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji (będzie jeszcze taki jeden, w pierwszy piątek lipca) i co za tym idzie, kolejny przewodnik po płytach, na które warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze.

Czerwcowy Bandcamp Day jest wyjątkowy również dlatego, że w Stanach trwają masowe protesty przeciwko brutalności policji i systemowemu rasizmowi. 19 czerwca Bandcamp cały swój przychód przekaże na organizacje działające na rzecz równości rasowej, ale - i bardzo dobrze - wielu artystów i wytwórni zaangażowało się także dzisiaj, przekazując swoje zyski na rozmaite NGOsy. Nie tylko Amerykanie biorą w tym udział, chyba połowa polskich mikrolabeli także (ich pełną listę znajdziecie tutaj). Ich warto wesprzeć w pierwszej kolejności.

A teraz wyliczanka, którą zaczynamy od Bongo Joe, którzy wypuścili specjalną kompilację pomocową, singiel YIN YIN, kasetową wersję kompilacji z raï z lat 90. (i doprawili to również kasetowym mikstejpem). Coastline Northern Cuts wydali nowy album Tropical Soldiers in Paradise i jeśli przeczytaliście moją recenzję, wiecie, co macie robić. Nową płytę wydał jeden z moich ulubionych polskich duetów, Borowski/Miegoń. Tym razem w trio, z pomocą Joanny Kucharskiej i przenoszą się znad morza do polskich lasów i puszczy. Jak już jesteśmy przy duetach, które grają w trójkę, Diomede z Hubertem Zemlerem nagrali wspaniałe Przyśpiewki

Sarmacja przeniosła się z Astigmatic Records do Byrd Out, a Jazda Polska jest jeszcze lepsza niż Tutejsi. Skoro mowa o Astigmatic, może jeszcze zdążycie kupić footworkowy mikstejp Bennelux. Sahel Sounds do kolejnego mikstejpu Mdou Moctara dorzucają preorder nagrań rytualnej muzyki z południowego Nigru. Crammed Discs dzisiaj wydali taneczny debiut Zenobii, palestyńskiego duetu elektro, a na za tydzień zapowiadają Nihiloxikę, zespół łączący ugandyjskich bębniarzy i brytyjskich producentów - obie płyty warto mieć. Basy Tropikalne wchodzą w singeli dzięki epce Maria Swaggi i DJa Silili. Mój ulubiony Urugwajczyk, Juan Wauters, wyciągnął z szuflady piosenki, które nie zmieściły się na La Onda de Juan Pablo. Patryk Zakrocki już wychodzi z pandemii

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych Nagrań, Nagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


czwartek, 4 czerwca 2020

Nadwiślańskie tropiki


Jednym z ważniejszych dla mnie trendów ostatnich lat jest "fałszywa egzotyka", budowanie odległych, powidokowych obrazów tropików, wszczepianie niezachodnich rozwiązań w zachodnią muzykę, tworzenie glokalnego (globalnego i lokalnego jednocześnie) amalgamatu. Wiodą w tym Francuzi i Holendrzy, u nas jest z tym trochę gorzej - poza Gaijin Blues i solowymi nagraniami Naphty czy Javvą nie bardzo jest w czym wybierać.

Do tego skromnego grona dołączył dwa lata temu warszawski sekstet Tropical Soldiers in Paradise i na tej wąskiej ławce rozpychają się coraz szerzej. Debiutancka kaseta, wydana w Dreamland Syndicate sygnalizowała, że to może być bardzo dobra ekipa. Na żywo widziałem ich raz, gdy supportowali Sun Araw. Był luty, a oni grali tak, jakby lipiec nigdy się nie skończył.

Od takich zespołów, jak YIN YIN czy równie tropikalne Los Bitchos Tropikalsów różnią fundamenty. O ile ci pierwsi swoje geograficzne peregrynacje opierają na psych rocku, o tyle u źródeł muzyki warszawiaków leży oldskulowy hip hop z ciężką stopą i retro soul w duchu Menahan Street Band. Dlatego jest to muzyka muzyka jednocześnie tropikalna i wielkomiejska. Powolna i pełna życia. Przed oczami mam pełne, nadwiślańskie bulwary, duchotę miejskiej dżungli, monsunowe deszcze, ciepłe lipcowe noce na Placu Grzybowskim.

Tropikalsi konsekwentnie budują swoją opowieść na II, nigdy nie przywiązują się do żadnego konkretnego miejsca czy lokalnego stylu. Są między Port of Spain, Harlemem, Warszawą a Akrą. Ksylofon kieruje skojarzenia w kierunku muzyki zachodnioafrykańskiej, podobnie jak charakterystyczne frazowanie gitary w Delcie. Ten utwór to zresztą Tropikalsi w pigułce - jest i karaibskie bujanie, soulowe dęciaki, jest i miejsce na psychodeliczny odlot. Równie emblematyczna jest Kodama, która tytuł bierze od japońskich duchów zamieszkujących stare drzewa, niespieszna, prowadzona przez meandrująca partię trąbki. W Greenland w pewnym momencie pojawiają krakeby, kojarzone przede wszystkim z marokańską gnawą. I tak plotą z różnych elementów swoją opowieść-podróż.

Nie może być jednak zbyt pięknie, cała podróż kończy się na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci, jakby chcieli podkreślić, że nie ma miejsca na Ziemi, które nie byłoby dotknięte choćby w pośredni sposób przez działalność człowieka. Dziewicza natura to tylko miraż, rozpływający się, gdy tylko wybierzemy się do "niezdobytych" miejsc, na krańce świata. To prawdziwy smutek tropików.


wtorek, 26 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 V 2020


Poskakaliśmy sobie po mapie, zaczęliśmy w Iranie do niego wróciliśmy, zahaczając po drodze o Haiti i Belgię, Hiszpanię, Francję, Grecję, Cypr i Bośnię. Poopowiadałem o nowościach i trochę o żelaznych klasykach.

1. Mohammad Reza Shajarian & Kayhan Kalhor - Lover's Plight (Night, Silence, Desert)
2. Chouk Bwa & The Ångstromers - Sali Lento (Vodou Alé)
3. Chouk Bwa & The Ångstromers - Odjay - Nati Kongo (Vodou Alé)
4. Marion Cousin & Kaumwald - Las bodas de Inesilla y el Brillante (Tu rabo par'abanico)
5. Rodrigo Cuevas ronda a Raül Refree - Arboleda bien plantada (Manual de cortejo)
6. Trio Tekke - Rotten luck / Γκαντεμιά (Strovilos)
7. Xylouris White - Black Peak (Zebulon April 22 2019)
8. Damir Imamović - O bosanske gore snjezne (Singer of Tales)
9. Bijelo Dugme - Đurđevdan je, a ja nisam s onom koju volim (Ćiribiribela)
10. Sote - Moscels O (Moscels)


środa, 13 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 V 2020


Całą godzinę spędziliśmy w tropikach - tych prawdziwych, i tych wyimaginowanych. W programie: jazzy z Dżibuti, Karaiby i Indochiny w Paryżu, premierowe Basy Tropikalne z Tanzanii, etiopska klasyka, słoneczna Szwecja, polsko-malawijsko-rwandyjsko-tanzańska współpraca ponad podziałami (wydana wspólnymi siłami 1000Hz i Mik Musik) oraz prawdziwy rarytasik - absolutna premiera dwóch kawałków kotów z Tropical Soldiers In Paradise.

1. Daniel Ögren - Hjälmarsfjorden (Fastingen​-​92)
2. Tropical Soldiers in Paradise - Chinatown (II)
3. Phat Dat - Trust in Me (Culture Shock)
4. Phat Dat - The Wish to Cry (Culture Shock)
5. Groupe RTD - Raga Kaan Ka’Eegtow (The Dancing Devils of Djibouti)
6. Hailu Mergia & Walias Band - Lomi Tera-tera (Tche Belew)
7. Wild/Life - Motho (Smoke & Burn / Motho)
8. Mario Swagga & Dj Silila - Usinichukulie Poa (Don't Take Me For Granted) (Mapenzi Digital)
9. Mario Swagga & Dj Silila - Kibampani (COQUNGELI)
10. Cléa Vincent - Poupée canapé (Tropi​-​Cléa 2)
11. Tropical Soldiers in Paradise - Delta (II)

piątek, 8 maja 2020

Z miast i wsi


O tej kompilacji mówiłem już w poprzedniej audycji, ale to zbyt ważna rzecz, by wspomnieć o niej tylko raz.

Egipt w powszechnej świadomości funkcjonuje jako kraj Piramid w Gizie i kurortów nad Morzem Czerwonym. Luka Kumor na debiutanckiej kompilacji swojego labelu JuJu Sounds pokazuje Egipt jako skomplikowaną mozaikę społeczną, etniczną i kulturową. W końcu to kraj dwóch kontynentów, leżący na skrzyżowaniu Azji i Afryki.

Z licznych podróży i spotkań Kumor wybrał dziewięć. Od zespołu Abadba z okolic Asuanu po obchody sufickiego święta w Kairze. Nagrywał Kuszytów, Fellahów, Domów, rybaków i marynarzy z Port Said. Choć to tylko dziewięć nagrań, udało mu się pokazać Egipt w bardzo szerokiej perspektywie. Ten miejski i ten wiejski. Świadomie spotykał się z mniejszościami pielęgnującymi własne tradycje, spotkanie z Shabab il Nasr z Suezu porównuje do Buena Vista Social Club, bo to tak samo świadkowie świata, którego już nie ma. I ten smutek własnie u nich słychać najbardziej, tę świadomość bycia reliktem.

Każdemu z tych nagrań towarzyszy opowieść, co wydaje się oczywiste, ale takim nie jest. Vincent Moon czy Sublime Frequencies często zostawiają muzykę bez żadnego komentarza. Dzięki zdjęciom i komentarzom, artyści zyskują na indywidualności, nie są tylko kolejnymi muzykami, ale osobami z krwi i kości.

Nie znika w tym muzyka, to ona jest ciągle najważniejsza. Najpiękniej zabrzmieli marynarze z Port Said, których chóralne śpiewy prowadziła lira, skupieni i hipnotyczni Fellahowie mieszkający w Delcie Nilu, muzyka Nubijczyków z Kumuz sprawia, że oczami wyobraźni widzę gwiazdy nad Nilem, a szaleńczy suficki karnawał to już prawie rejony dzikich imprez z EEK i Islam Chipsy. Nie przegapcie tej kasety.