środa, 8 lipca 2020

12 minut z 71 lat


Jest rok 1932. Na Gibraltar przybywa dwudziestotrzyletni Azizullah Abdurrahman Balouch. Przypłynął z odległego krańca Imperium Brytyjskiego, z położonego w dzisiejszym Pakistanie Sindhu (ale urodził się w Beludżystanie, na pograniczu Pakistanu, Afganistanu i Iranu). Na półwysep Iberyjski wybrał się za pracą, zatrudnił go jeden z hajdebaradzkich kupców. Jednak młodzieńca od handlu bardziej interesuje coś zupełnie innego - flamenco. Balouch studiował w ojczyźnie arabski, perski, recytował Koran i śpiewał ludową muzykę Sindhu. Jeszcze w Azji poznał z nagrań flamenco, w którym zakochał się od pierwszych chwil, i które przypominało mu muzykę, na której się wychował. 

Pierwszy rok na skale Gibraltaru Balouch spędził na żmudnej i ciężkiej pracy, dopiero po kilkunastu miesiącach udało mu się wyrwać do sąsiedniej La Linei na koncert. Tego wieczoru występował między innymi Pepe Marchena. Aziz był tak zachwycony występem, że z pomocą znajomych zaprosił artystów na wizytę w jego domu następnego dnia. Teraz była kolej na Beludża, by zachwycił swoich gości. Z akompaniamentem harmonium zagrał nie tylko sindhijskie i sufickie pieśni, ale też flamenco, w końcu twierdził, że to prawie to samo. Marchena z miejsca zaprosił Aziza na gościnny występ podczas gibraltarskiego koncertu i zaproponował mu terminowanie u siebie. Balouch szybko zyskał pseudonim Marchenita - mały Marchena, podbijał madryckie sceny. Był tak dobry, że wielu mu nie wierzyło, że nie jest Andaluzyjczykiem. To w Madrycie nagrał swoją jedyną epkę, Sufi Hispano-Pakistani, którą w tym roku przypomniała londyńska oficyna Death Is Not the End. 

Balouch szczególnie upodobał sobie canto jondo, według jego słów najczystszą i najpoważniejszą formę tego gatunku. To w nim słyszał najwięcej podobieństw do transowej muzyki i hymnów sufickich. Potwierdzają to te jedyne nagrania, w których miesza swobodnie perski, arabski, hindi i hiszpański. Pełne melizmatów linie wokalne naturalnie kierują w stronę muzyki islamskiej, ale przecież dokładnie takie same środki występują we flamenco. Balouch gra na gitarze, jakby całe życie spędził w Andaluzji. Z tych nagrań bije taka pewność, że nie dziwię się, że dziennikarze prosili go o pokazywanie paszportu. Jego flamenco pełne jest smutku i powagi, ascezy, jakby było skargą na niesprawiedliwy los. Balouch twierdził, że tylko w tych najbardziej przejmujących formach przetrwał prawdziwy, suficki duch flamenco. Krytykował hiszpańskich muzyków za rozwiązły styl życia, który nie pozwalał im dotknąć sedna muzyki.

Balouch do pewnego stopnia miał rację. Romowie, z którymi najczęściej utożsamia się flamenco do Europy przybyli właśnie z Indii, w tym z Sindhu. Utrzymali przez stulecia swoją odrębność kulturową, muzykę również. Spotkanie się Cyganów z Moryskami najprawdopodobniej było katalizatorem do powstania flamenco. Islam i Indie, stąd najpewniej wypływają źródła tego gatunku. 

Aziz, ranny podczas hiszpańskiej wojny domowej, przeniósł się do Londynu, gdzie założył towarzystwo sufickie i promował kulturę flamenco, o którym napisał kilka książek. W latach 50. i 60. znów zamieszkał w Madrycie, na zaproszenia ambasadora Pakistanu, zorganizował koncert swojego mentora Pepa Marcheny w Karaczi, stolicy Sindhu. Balouch zmarł pod Londynem w 1978 roku, pochowano go w nieoznakowanym grobie.

12 minut, 4 nagrania, kilka zdjęć. Tyle zostało po tym niezwykłym człowieku, który usłyszał pokrewieństwo w muzyce z dwóch różnych krańców świata.

Korzystałem z tekstu Aziz Balouch Stefana Williamson Fa.

piątek, 3 lipca 2020

To już ostatni taki piątek?



Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni (przynajmniej na razie) Bandcamp Friday, czyli dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji. Wartych uwagi premier jest jeszcze więcej niż zwykle.

Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs połączyli siły i razem z Polskim Radiem wydają zaginiony album Renaty Lewandowskiej sprzed ponad czterdziestu lat. Soul, Aretha Franklin, Janis Joplin, troche Opole, naprawdę warto. Po kasecie z zeszłego roku, muzyka Rüstəma Quliyeva, azerskiego wirtuoza gitary, doczekała się winylowego wydania, dzięki moim ulubionym Szwajcarom z Bongo Joe, którzy przygotowali też kolejną siedmiocalówkę, parującą Guess What z Porest, zespołem Marka Gergisa. Kuduro z karaibskiej Siant Lucii przygotowali Nyege Nyege (dorzucając przy okazji reedycje kilku wyprzedanych już kaset i winyli, w tym Jako Marona, o którym pisałem już na blogu). Death Is Not The End przypominają postać Aziza Baloucha, pakistańskiego muzyka, który po przeprowadzce do Hiszpanii, postanowił połączyć flamenco z muzyką suficką. Kilkadziesiąt niezależnych wytwórni bierze udział w akcji Independent Label Market i przygotowało specjalne pakiety, zniżki, limitowane wydawnictwa. Całość możecie sprawdzić tutaj, ja nie dałem rady, tyle tego. 

Cloud Nothings w kwarantannie nagrali cały album (który brzmi bardziej jak ich radosne początki), Deerhoof wygrzebali z archiwów koncert z Waadada Leo Smithem (wszystkie przychody zespół przekazuje na BLM). Ored Recordings wydali album Jrpej i jest to ich pierwsza studyjna produkcja, a nie nagranie terenowe. Jrpej grają post-tradycyjną muzykę czerkieską i już sam ten opis jest intrygujący (muzyka na szczęście również) TOPS przygotowali singiel z nowymi wersjami piosenek z ostatniej płyty, Evripidis & His Tragedies wypuścił dwie sekretne piosenki. Oba wydawnictwa są dostępne tylko i wyłącznie dzisiaj.

Z rzeczy, które wyszły niekoniecznie dzisiaj, swoje pieniądze warto wydać na drugą wspólną epkę Mohammada Rezy Mortazaviego i Burnta Friedmana, bo to po prostu przepiękna sprawa. We Want Sounds dają zniżkę 20% na wszystko (kod: wewantsounds), dużo dobra mają. Bardzo dobry tercet kaset wydali Pointless Geometry, chyba jeszcze im zostały. Debiut Bananagun to złoto (i na takim winylu można go od dzisiaj kupić). Chris Menist z The Paradise Bangkok Molam International Band w maju wydał bardzo ciekawy, elektroniczno-tropikalny debiut.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz (tym bardziej, że wydali w środę absolutnie fantastyczne nagrania z vimbuzą) to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

sobota, 27 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 VI 2020




Trudno to uwierzyć, ale zaraz minie rok Na obrzeżach na falach Radia Kapitał. 26 audycji, co dwa tygodnie. Czas na zmiany - od lipca audycja przenosi się na środy o 19, również co dwa tygodnie, to się akurat nie zmienia. Będę nadawał na zmianę z Reisefieber Zosi Borysiewicz, jedną z moich ulubionych audycji w Kapitale. Zosia rozmawia o przemieszczaniu, podróżach, mieszkaniu w innych miejscach niż polska. Oboje lubimy podobną muzykę, interesują nas podobne tematy i planujemy ze sobą współpracować. Pierwsze efekty naszej współpracy już 1 lipca, porozmawiamy o naszych radiowych początkach i przygodach. Kolejne Na obrzeżach 15 lipca. 

W ostatniej wtorkowej audycji posłuchaliśmy idealnych piosenek na początek lata.

1. Da Souza - Pedres i pals (Salsa agredolça)
2. Da Souza - Un punt blau (Salsa agredolça)
3. Mauvais Œil - Mektoub (Mektoub)
4. MLDVA - Gul Ahmet (Gul Ahmet)
5. Los Bitchos - Turkish Delight (The Link is About to Die)
6. Firewater - Strange Life (International Orange)
7. Romano - MaNiya (رومانو)
8. Nu Guinea - Ddoje Facce (Nuova Napoli)
9. Owiny Sigoma Band - I Made You/You Made My (Nyanza)
10. Balkan Beat Box - Kabulectro (Blue Eyed Black Boy)
11. Riff Cohen - Marrakesh (À la menthe)
12. débruit/Alsarah - Jibal Alnuba (Aljawal)
13. débruit - Kaciyorum (débruit & Istanbul)
14. A Hawk and a Hacksaw - No Rest for the Wicked (Cervantine)
15. Menahan Street Band - The Contentder (Make the Road By Walking)

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 VI 2020



10 tysięcy kilometrów po Afryce - tyle mniej więcej zrobiliśmy w ostatniej audycji. Od Malawi przez Dżibuti po Mali. 10 tysięcy kilometrów - to tyle ile z Warszawy do Władywostoku. Posłuchamy różnych stylów, rytmów i epok. Bo Afryka to nie monolit, ale fascynujący, złożony i różnorodny kontynent. Sama muzyka, bez zbędnych słów.

1. WILD/LIFE - Kolega (Maloto/Dreams)
2. Gasper Nali - Olemera (Zoona Malawi)
3. Madalitso Band - Mita (Wasalala)
4. Groupe RTD - Uurkan Kaadonaya (I Want You) (Dancing Devils of Djibouti)
5. Sahra Halgan - Hiddo (Waa Dardaaran)
6. Sahra Halgan - Caaqil (Waa Dardaaran)
7. Kwi Bamba & L'orchestre de Gama Berema - Logouno ka nougé (Kwi Bamba & L’orchestre de Gama Berema)
8. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko Tioko)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Ignorance (11th Street, Sekondi)
10. Isaac Birituro and The Rail Abandon - Yesu Yan Yan (Kalba)
11. Le Kéné-Star de Sikasso - Hodi Hu Yenyan (Le Kéné-Star de Sikasso)

piątek, 5 czerwca 2020

To jest ten dzień, kiedy trzeba wydać pieniądze



Kolejny dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji (będzie jeszcze taki jeden, w pierwszy piątek lipca) i co za tym idzie, kolejny przewodnik po płytach, na które warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze.

Czerwcowy Bandcamp Day jest wyjątkowy również dlatego, że w Stanach trwają masowe protesty przeciwko brutalności policji i systemowemu rasizmowi. 19 czerwca Bandcamp cały swój przychód przekaże na organizacje działające na rzecz równości rasowej, ale - i bardzo dobrze - wielu artystów i wytwórni zaangażowało się także dzisiaj, przekazując swoje zyski na rozmaite NGOsy. Nie tylko Amerykanie biorą w tym udział, chyba połowa polskich mikrolabeli także (ich pełną listę znajdziecie tutaj). Ich warto wesprzeć w pierwszej kolejności.

A teraz wyliczanka, którą zaczynamy od Bongo Joe, którzy wypuścili specjalną kompilację pomocową, singiel YIN YIN, kasetową wersję kompilacji z raï z lat 90. (i doprawili to również kasetowym mikstejpem). Coastline Northern Cuts wydali nowy album Tropical Soldiers in Paradise i jeśli przeczytaliście moją recenzję, wiecie, co macie robić. Nową płytę wydał jeden z moich ulubionych polskich duetów, Borowski/Miegoń. Tym razem w trio, z pomocą Joanny Kucharskiej i przenoszą się znad morza do polskich lasów i puszczy. Jak już jesteśmy przy duetach, które grają w trójkę, Diomede z Hubertem Zemlerem nagrali wspaniałe Przyśpiewki

Sarmacja przeniosła się z Astigmatic Records do Byrd Out, a Jazda Polska jest jeszcze lepsza niż Tutejsi. Skoro mowa o Astigmatic, może jeszcze zdążycie kupić footworkowy mikstejp Bennelux. Sahel Sounds do kolejnego mikstejpu Mdou Moctara dorzucają preorder nagrań rytualnej muzyki z południowego Nigru. Crammed Discs dzisiaj wydali taneczny debiut Zenobii, palestyńskiego duetu elektro, a na za tydzień zapowiadają Nihiloxikę, zespół łączący ugandyjskich bębniarzy i brytyjskich producentów - obie płyty warto mieć. Basy Tropikalne wchodzą w singeli dzięki epce Maria Swaggi i DJa Silili. Mój ulubiony Urugwajczyk, Juan Wauters, wyciągnął z szuflady piosenki, które nie zmieściły się na La Onda de Juan Pablo. Patryk Zakrocki już wychodzi z pandemii

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych Nagrań, Nagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


czwartek, 4 czerwca 2020

Nadwiślańskie tropiki


Jednym z ważniejszych dla mnie trendów ostatnich lat jest "fałszywa egzotyka", budowanie odległych, powidokowych obrazów tropików, wszczepianie niezachodnich rozwiązań w zachodnią muzykę, tworzenie glokalnego (globalnego i lokalnego jednocześnie) amalgamatu. Wiodą w tym Francuzi i Holendrzy, u nas jest z tym trochę gorzej - poza Gaijin Blues i solowymi nagraniami Naphty czy Javvą nie bardzo jest w czym wybierać.

Do tego skromnego grona dołączył dwa lata temu warszawski sekstet Tropical Soldiers in Paradise i na tej wąskiej ławce rozpychają się coraz szerzej. Debiutancka kaseta, wydana w Dreamland Syndicate sygnalizowała, że to może być bardzo dobra ekipa. Na żywo widziałem ich raz, gdy supportowali Sun Araw. Był luty, a oni grali tak, jakby lipiec nigdy się nie skończył.

Od takich zespołów, jak YIN YIN czy równie tropikalne Los Bitchos Tropikalsów różnią fundamenty. O ile ci pierwsi swoje geograficzne peregrynacje opierają na psych rocku, o tyle u źródeł muzyki warszawiaków leży oldskulowy hip hop z ciężką stopą i retro soul w duchu Menahan Street Band. Dlatego jest to muzyka muzyka jednocześnie tropikalna i wielkomiejska. Powolna i pełna życia. Przed oczami mam pełne, nadwiślańskie bulwary, duchotę miejskiej dżungli, monsunowe deszcze, ciepłe lipcowe noce na Placu Grzybowskim.

Tropikalsi konsekwentnie budują swoją opowieść na II, nigdy nie przywiązują się do żadnego konkretnego miejsca czy lokalnego stylu. Są między Port of Spain, Harlemem, Warszawą a Akrą. Ksylofon kieruje skojarzenia w kierunku muzyki zachodnioafrykańskiej, podobnie jak charakterystyczne frazowanie gitary w Delcie. Ten utwór to zresztą Tropikalsi w pigułce - jest i karaibskie bujanie, soulowe dęciaki, jest i miejsce na psychodeliczny odlot. Równie emblematyczna jest Kodama, która tytuł bierze od japońskich duchów zamieszkujących stare drzewa, niespieszna, prowadzona przez meandrująca partię trąbki. W Greenland w pewnym momencie pojawiają krakeby, kojarzone przede wszystkim z marokańską gnawą. I tak plotą z różnych elementów swoją opowieść-podróż.

Nie może być jednak zbyt pięknie, cała podróż kończy się na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci, jakby chcieli podkreślić, że nie ma miejsca na Ziemi, które nie byłoby dotknięte choćby w pośredni sposób przez działalność człowieka. Dziewicza natura to tylko miraż, rozpływający się, gdy tylko wybierzemy się do "niezdobytych" miejsc, na krańce świata. To prawdziwy smutek tropików.


wtorek, 26 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 V 2020


Poskakaliśmy sobie po mapie, zaczęliśmy w Iranie do niego wróciliśmy, zahaczając po drodze o Haiti i Belgię, Hiszpanię, Francję, Grecję, Cypr i Bośnię. Poopowiadałem o nowościach i trochę o żelaznych klasykach.

1. Mohammad Reza Shajarian & Kayhan Kalhor - Lover's Plight (Night, Silence, Desert)
2. Chouk Bwa & The Ångstromers - Sali Lento (Vodou Alé)
3. Chouk Bwa & The Ångstromers - Odjay - Nati Kongo (Vodou Alé)
4. Marion Cousin & Kaumwald - Las bodas de Inesilla y el Brillante (Tu rabo par'abanico)
5. Rodrigo Cuevas ronda a Raül Refree - Arboleda bien plantada (Manual de cortejo)
6. Trio Tekke - Rotten luck / Γκαντεμιά (Strovilos)
7. Xylouris White - Black Peak (Zebulon April 22 2019)
8. Damir Imamović - O bosanske gore snjezne (Singer of Tales)
9. Bijelo Dugme - Đurđevdan je, a ja nisam s onom koju volim (Ćiribiribela)
10. Sote - Moscels O (Moscels)


środa, 13 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 V 2020


Całą godzinę spędziliśmy w tropikach - tych prawdziwych, i tych wyimaginowanych. W programie: jazzy z Dżibuti, Karaiby i Indochiny w Paryżu, premierowe Basy Tropikalne z Tanzanii, etiopska klasyka, słoneczna Szwecja, polsko-malawijsko-rwandyjsko-tanzańska współpraca ponad podziałami (wydana wspólnymi siłami 1000Hz i Mik Musik) oraz prawdziwy rarytasik - absolutna premiera dwóch kawałków kotów z Tropical Soldiers In Paradise.

1. Daniel Ögren - Hjälmarsfjorden (Fastingen​-​92)
2. Tropical Soldiers in Paradise - Chinatown (II)
3. Phat Dat - Trust in Me (Culture Shock)
4. Phat Dat - The Wish to Cry (Culture Shock)
5. Groupe RTD - Raga Kaan Ka’Eegtow (The Dancing Devils of Djibouti)
6. Hailu Mergia & Walias Band - Lomi Tera-tera (Tche Belew)
7. Wild/Life - Motho (Smoke & Burn / Motho)
8. Mario Swagga & Dj Silila - Usinichukulie Poa (Don't Take Me For Granted) (Mapenzi Digital)
9. Mario Swagga & Dj Silila - Kibampani (COQUNGELI)
10. Cléa Vincent - Poupée canapé (Tropi​-​Cléa 2)
11. Tropical Soldiers in Paradise - Delta (II)

piątek, 8 maja 2020

Z miast i wsi


O tej kompilacji mówiłem już w poprzedniej audycji, ale to zbyt ważna rzecz, by wspomnieć o niej tylko raz.

Egipt w powszechnej świadomości funkcjonuje jako kraj Piramid w Gizie i kurortów nad Morzem Czerwonym. Luka Kumor na debiutanckiej kompilacji swojego labelu JuJu Sounds pokazuje Egipt jako skomplikowaną mozaikę społeczną, etniczną i kulturową. W końcu to kraj dwóch kontynentów, leżący na skrzyżowaniu Azji i Afryki.

Z licznych podróży i spotkań Kumor wybrał dziewięć. Od zespołu Abadba z okolic Asuanu po obchody sufickiego święta w Kairze. Nagrywał Kuszytów, Fellahów, Domów, rybaków i marynarzy z Port Said. Choć to tylko dziewięć nagrań, udało mu się pokazać Egipt w bardzo szerokiej perspektywie. Ten miejski i ten wiejski. Świadomie spotykał się z mniejszościami pielęgnującymi własne tradycje, spotkanie z Shabab il Nasr z Suezu porównuje do Buena Vista Social Club, bo to tak samo świadkowie świata, którego już nie ma. I ten smutek własnie u nich słychać najbardziej, tę świadomość bycia reliktem.

Każdemu z tych nagrań towarzyszy opowieść, co wydaje się oczywiste, ale takim nie jest. Vincent Moon czy Sublime Frequencies często zostawiają muzykę bez żadnego komentarza. Dzięki zdjęciom i komentarzom, artyści zyskują na indywidualności, nie są tylko kolejnymi muzykami, ale osobami z krwi i kości.

Nie znika w tym muzyka, to ona jest ciągle najważniejsza. Najpiękniej zabrzmieli marynarze z Port Said, których chóralne śpiewy prowadziła lira, skupieni i hipnotyczni Fellahowie mieszkający w Delcie Nilu, muzyka Nubijczyków z Kumuz sprawia, że oczami wyobraźni widzę gwiazdy nad Nilem, a szaleńczy suficki karnawał to już prawie rejony dzikich imprez z EEK i Islam Chipsy. Nie przegapcie tej kasety.

wtorek, 5 maja 2020

Muzyka pod mikroskopem



Malediwy z archipelagiem o tej samej nazwie nie mają nic wspólnego. To raczej małe dziwy, muzyka oglądana i tworzona pod mikroskopem, z malutkich dźwięków, odprysków i pozornej przypadkowości.

Nie mogli chyba dalej odejść od debiutu. Afroaleatoryzm był zapisem koncertu Kuby Janickiego i Marka Pospieszalskiego w bydgoskim Mózgu, gdzie ten pierwszy spędził całe swoje zycie. Grali wtedy ekstatyczny, akustyczny free jazz z silnymi wpływami muzyki zachodnioafrykańskiej. Momentami wydawało się, jakby chcieli odrzeć afrobeat i highlife do samego szkieletu i dać go do zagrania Peterowi Brotzmannowi. Efekt był nerwowy, ale wciągający.

Po dwóch latach Lagos i Sztokholm zamienili na Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Na Dolce Tsunami wchodzą bowiem w świat muzyki elektroakustycznej. Amplifikują swoje instrumenty - perkusję i saksofon - robiąc z nich generatory szumów, trzasków i innych niemuzycznych dźwięków. Chociaż to nie do końca tak. Dla nich muzyką naprawdę może być wszytko i właśnie temu podejściu hołdują na Dolce Tsunami. Mozolnie z tych niewielkich dźwięków budują czasem free jazzowe wariacje, czasem złożone struktury. Czasem trudno stwierdzić, czy dźwięki są przetwarzane, czy już syntetyzowane, saksofon momentami brzmi bardziej jak modular. Choć nagrywali w studiu, nie ma w tej muzyce zimnej precyzji czy mechaniczności. Mimo drapania mózgu szorstkimi dźwiękami, jest dokładnie jak w tytule - to słodkie tsunami.

Mówią, że inspirowali się strukturalnym podejściem soundartu, ale ja słyszę bardziej echa podejścia Lado ABC (wydawcy ich debiutu). Z jednej strony stawiają na dziwność i pozorną nieprzystępność, a z drugiej w tej ciepłej, analogowej masie przemycają bardzo ładne fragmenty, jak Marciale Ballabile. Z Lado łączy ich też specyficzny humor - od beztrosko opisowych i czasem absurdalnych włoskich tytułów przez nawiązującą do starych nagrań klasyki oprawy graficznej do konstrukcji samych utworów, balansujących na granicy rozpadu, ale tak naprawdę doskonale przemyślanych.

A może tą oprawą graficzną sugerują, że ich muzyka jest pomiędzy. Równie dobrze sprawdziłaby się podczas kameralnych koncertów eksperymentalnych w Mózgu czy Młodszej Siostrze, ale tak samo na miejscu wypadłaby chociażby na Sacrum Profanum.


piątek, 1 maja 2020

Kup pan płytę (albo dziesięć)



Warto dzisiaj - mając możliwości, oczywiście - kupić na Bandcampie kilka płyt. Serwis ponownie na jeden dzień zrzeka się prowizji (i od razu powtarza, że akcję powtórzy w pierwszy piątek czerwca i lipca). Przy poprzedniej takiej akcji, 20 marca, muzycy zarobili ponad 4 miliony dolarów, a serwery Bandcampa nie wytrzymały oblężenia i serwis bardziej nie działał niż działał.

Tym razem wygląda na to, że Bandcamp lepiej się przygotował na wzmożony ruch i dał też wytwórniom i artystom czas nie tylko na wygrzebanie rarytasów z archiwów, ale przygotowanie zupełnie nowych wydań. Przed wami mój szybki (i aktualizowany) szybki przegląd rzeczy wartych zakupu.

Mondoj właśnie zapowiedział premierę nowego albumu Piotra Kurka i to była pierwsza płyta, którą dzisiaj kupiłem. Outlines w swojej serii grooves dwunastą taśmę, ale z powodu pandemii udostępnia ją na razie jedynie cyfrowo, i tak warto. Bongo Joe Records uruchomili preorder reedycji klasycznego albumu Pedro Limy z Sao Tome i Principe. Deerhoof przygotowali album niespodziankę. Javva udostępniła epkę live, a Xylouris White udostępnili cały koncert. Oba te składy to sceniczne bestie, nie wahajcie się ani minuty.

Bardzo dobry trzeci album wydał Gaap Kvlt, zawsze warto wspomóc Opus Elefantum Collective, tym bardziej, że drugi album Astrokota jest tak wspaniały, jak jego kocia okładka (nieśmiało sugeruję jakiś merch, nosiłbym jak zły). Tak samo ciekawe rzeczy (w dobrej cenie) wydają Nagrania Somnabuliczne. Coastline Northern Cuts oferują zestaw wszystkich swoich płyt i dla samego winyla Malediwów (recenzja już wkrótce, obiecuję) warto. Małgola, No nagrała swój pierwszy album po polsku, który zapowiada się wybornie. Wspieranie Canary Records, Ored Recordings i Sahel Sounds, Naszych Nagrań, 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek.

Update:

Discrepant do każdego zamówionego winyla dorzuca drugi do wyboru (ale sprzed 2020), Tomek Mirt z kolei do winyli dorzuca Random Soundtrack lub Bacchus Where Are You?, a do CD jakikolwiek kompakt ze swojego przepastnego katalogu. Hallow Ground przygotowali zestawy płyt z - to ważne - darmową wysyłką.

wtorek, 28 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 28 IV 2020


Choć restrykcje zostały poluzowane, na zagraniczne wypady nie ma na razie szans. Dlatego dzisiaj jeszcze głębiej niż zwykle zanurzymy się w muzyce "stamtąd". Posłuchaliśmy miejsc, do których było trudno dotrzeć również przed pandemią. W programie same nagrania terenowe z Mali, Egiptu, Abchazji, Kałmucji, Senegalu, Krymu i Szydłowca. W tym premiera radiowa fragmentów Mono Egypt, pierwszej kompilacji nagrań JuJu Sounds (o których już niedługo coś więcej) oraz dużo ciepłych słów o Ored Recordings, Sahel Sounds, Petites Planetes i In Crudo.

1. Ensemble Maqam - Bahçalarda kestane (TRACES OF CRIMEA • Ensemble Maqam live in the Khans' palace of Bakhchisarai)
2. Alkibar Junior - Adouna (Music from Saharan WhatsApp 04)
3. Lewlewal de Podor - Ziarre (Yiila Jam)
4. Tidiane Tham - Dannibe (Siftorde)
5. Mizmar, Aswan (Mono Egypt)
6. Shabab il Nasr, Port Said (Mono Egypt)
7. Nikolas & Konstantinos Singerov - Εγω΄ κε ερχουμε και εσυ΄ παραμερι΄σμε (Pontic Greeks from Abkhazia)
8. Tatiana Dordzhieva + Maria Beltsykova - Erdnin Haalga (Song about a girl called Erdnin Haalga) (Kalmykian Archaic and Soviet Folk)
9. Sonya Shavtikova - Нахва йбзибара (Red East: Abaza Lovesongs)
10. Marian Bujak - Polka Żydóweczka (Marian Bujak z Szydłowca - portret skrzypka)
11. Ababda, Upper Egypt (Mono Egypt)

piątek, 24 kwietnia 2020

Głos żurawi




O Zabelle Panosian przypomniałem sobie, czytając Księgę szeptów Varujana Vosganiana. W jednej ze scen tej poruszającej opowieści Garabet Vosganian, dziadek autora wyjmuje skrzypce i śpiewa Grunk, Żurawia starą ormiańską piosenkę. Daleko są od gór Araratu i jeziora Van, osiadli w rumuńskiej Mołdawii. Cudem ocaleni z masakr, pogromów i wreszcie ludobójstwa. W Fokszanach, sennym miasteczku dorastał Varujan otoczony “starcami swojego dzieciństwa” i chłonął ich historie, które później spisał.

Jeszcze dalej od Armenii uciekli rodzice Zabelle Panosian. Najpierw do Irlandii, a potem, w 1907 roku, do Stanów Zjednoczonych. Tam Zabelle zamieszkała w Bostonie, wyszła za mąż i zaczęła śpiewać w chórze miejskiej opery. 10 lat później nagrała kilka piosenek dla Columbia Records. Pierwszą był właśnie Żuraw, zapisywany tym razem jako Groung. Śpiewając ją, Zabelle musiała wiedzieć, co się działo w Imperium Osmańskim od dwóch lat. Może dlatego jej sopran w tym i innych nagraniach brzmi tak żałobnie. Może tez z tego powodu wybrała do zaśpiewania również Mir Khar Babge Kereznam, Głęboki grób mojego ojca, przeszywający do szpiku kości lament. Żuraw był pierwszym i największym przebojem Zabelle, Columbia wznawiała go aż do 1931 roku, dopóki nie przestała wydawać muzyki ormiańskiej.

Po latach o zapomnianej Panosian przypomniał nie kto inny, jak wspominany już przeze mnie kilkakrotnie Ian Nagoski, archiwizator zajmujący się muzyką imigrantów w Stanach. Żuraw po raz pierwszy pojawił się na jego kompilacji To What a Strange Place, później wykonywał go Kronos Quartet. Zabel dożyła 96 lat, zmarła w 1986 w zapomnieniu. Zostało po niej kilka zdjęć i kilkanaście piosenek.

Żuraw w tej pieśni nie prowadzi do domu. Nie przynosi tej wieści z ojczyzny, bo tej już nie ma. Domy zostały zostały zburzone, mieszkańcy wypędzeni i wymordowani. Jedyne, co przynosi, to wspomnienia i ból.


czwartek, 16 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 14 IV 2020



Są tacy, którzy mówią, ze rytm jest wszystkim. I to właśnie sprawdziłem w tej audycji. Od irańskich i tureckich eksperymentów przez indonezyjski trad-pop po szaloną wiksę z Mali i RPA. Bębny, automaty, z rzadka inne instrumenty.

1. Mentrix - Dreams (My Enemy, My Love)
2. Mohammad Reza Mortazavi - Taken by the Wind (Ritme Jaavdanegi)
3. Mohammad Reza Mortazavi - Dancing Eleven (Ritme Jaavdanegi)
4. Cevdet Erek - Flow 1 (Davul)
5. Hubert Zemler - Dji (Gostak & Doshes)
6. Group Gentra Madya - Sambal Lada (Hot Chilli) (Malam Minggu : Saturday Night in Sunda)
7. Nihiloxica - Tewali Sukali (Kaloli)
8. Kalbata ft. Tigris - Vanrock (Vanrock)
9. DJ Diaki - Mix Introu 1 (Balani fou)
10. Menzi - QGM Dance (Impazamo)
11. Chouk Bwa & The Angstromers - Move Tan (Vodou Alé)



środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


piątek, 27 marca 2020

Na kwarantannie


W Dwutygodniku piszę o koncertach w czasach… dobrze wiecie, jakich. Ostatnie dwa tygodnie nie tylko spędziłem w zamknięciu, ale też śledziłem różne inicjatywy koncertów w sieci. Z tych najbardziej swoim rozmachem ujęły mnie Soundrive Online Festival (który jeszcze trwa, jutro finałowe koncerty Siksy i Woshka/Khris) i hiszpański Cuarentena Fest, który kończy się dzisiaj. A to dopiero początek, festiwale streamingowe rosną jak grzyby po deszczu.

O tym, że Hiszpanie w przeciwieństwie do Włochów grających i śpiewających na balkonach, część koncertowego życia chcą przenieść do sieci i zrobić onlajnowy, streamingowy festiwal, dowiedziałem się dzięki Oli, warszawskiej specjalistki od hiszpańskiego i fińskiego indie (koniecznie sprawdźcie jej dwie audycje w Radiu Kapitał). Żadna nazwa z lineupu nic mi nie mówiła. Zdałem się na ślepy los.

Pierwszy koncert na Cuarentenie zachwycił mnie od pierwszych chwil. Planowałem go oglądać jednym okiem, ale się nie dało. Miałem jakieś wyjątkowe szczęście, albo po prostu Hiszpanie robią świetny indie pop. W każdym razie nadająca ze swojego madryckiego mieszkania, obstawiona klawiszami, z roślinami za plecami, Caliza zagrała urzekająco naturalnie, co tylko uwypukliło jej ładne piosenki. Możliwe, że streamingi ze swoimi ograniczeniami, pomagają wybrzmieć piosenkom, bo nie ma się za czym kryć. Grała utwory ze swojego jak na razie jedynego albumu Mar del Cristal. Syntezatorowy pop Hiszpanki od razu skojarzył mi się z piosenkami Sobrenadar, są podobnie rozmyte i oniryczne. Szczęście miałem podwójne, bo od razu zagrała Call of Duty, który od razu stał się moim prywatnym przebojem. Tak, jak i Mil Piedras i prawie wszystkie pozostałe piosenki z Mar del Cristal.



Drugim największym odkryciem festiwalu jest dla mnie Evripidis & His Tragedies, czyli Evripidis Sabatis, Ateńczyk, który swoim domem nazywa Barcelonę. Wcześniej śpiewał po angielsku, ale na ostatnim albumie Μια Τρίτη στην Καντίνα wrócił do greki. Może dlatego jego słoneczny pop wydaje się jeszcze bardziej wakacyjny. Jego koncert był bardziej performatywny od w sumie skupionego występu Calizy. Może dlatego, że Evirpidisowi towarzyszył jego partner Marc Ribera, kamerzysta (i jak się okazało później, pilarz), dzięki czemu mógł się skupić na występowaniu i tańczeniu po mieszkaniu. I znów, jak w przypadku Calizy, muzyka Evripidisa zauroczyła mnie od pierwszych dźwięków.



Widziałem jeszcze kilkanaście koncertów, codziennie coś się dzieje nie tylko na Cuarentenie, kwarantanna nie pozbyła problemu nadmiaru i ciężkich wyborów, z których najmilej wspominam ten Pavvli. Ponownie uroczo amatorski, widać, że muzycy uczą się tej formy wirtualnego obcowania z widzami, że trzeba inaczej utrzymywać uwagę, nie widząc ich. A jednak taka intymna obecność to coś odświeżającego, może do łask wrócą małe, kameralne koncerty, gdy to wszystko się już skończy. Choć, oczywiście, możemy się obudzić w rzeczywistości, kiedy na koncerty w realu będą mogą sobie pozwolić najwięksi, a najmniejszym zostanie tylko internet.

środa, 18 marca 2020

Stabilna prowizorka




Melati Malay pochodzi z Indonezji, z najludniejszej wyspy świata, Jawy, Mieszka w Nowym Jorku, gdzie gra w indiepopowym zespole Young Magic. Przynajmniej raz w roku wraca na rodzinna wyspę. W 2018 roku w podróż wybrali się z nią nowojorscy koledzy Tristan Arp i Kaazi. Niedaleko rodzinnego domu Melati i jej dwóch towarzyszy rozstawili studio. Tymczasowe, tak jak tymczasowa miała być ich muzyka.

Melati już w Young Magic czerpała ze swojej rodzimej tradycji (ale nie tylko jej, razem z pochodzącym z Australii Isaakiem Emmanuelem sięgali po różne sample muzyk tradycyjnych z całego świata), czego kulminacją był wydany trzy lata temu Still Life. Z Asa Tone kontynuuje ten kierunek, ale w dużo mniej przebojowy sposób. Temporary Music stoi na rozstaju między zachodnimi eksperymentami, post-minimalizmem, ambientem a jawajską gamelanową tradycją. Skonstruowana przez nich hybryda jest bardzo naturalna, znajdowanie wspólnych mianowników między - wydawałoby się - odległymi idiomami przychodzi im niezwykle łatwo. Nie tylko dlatego, że post-minimalizm dużo zawdzięcza muzykom niezachodnim. Malay, Arp i Kaazi starają się traktować wszystkie elementy tak samo. Oczywiście, to muzyka zachodnia, ale wchodząca w dialog z gamelanem, czerpiąca z niego rytmiczne struktury czy brzmienia. Nigdy jednak nie ma wrażenia, że ten drugi element jest wciskany na siłę czy egzotycyzowany. Syntezatory i metalofony brzmią ze sobą harmonicznie, dopełniają się. Ich połączenie brzmi bardzo naturalnie.

Asa Tone grają muzykę, pełną zapętleń, powtórzeń motywów i fraz. W  ucieczce od nudy pomaga fakt, że mają zmysł do ładnych, kojących melodii. To muzyka jednocześnie wielkiego miasta, jak i samego serca lasu tropikalnego. Pełna spokoju i wytchnienia, ale gdy trzeba dynamiczna. Trochę kalejdoskopowa. Jedyne, czego trochę szkoda, to to, że utwory są krótkie, że nie pozwalają im się rozwinąć, popłynąć w nieznane. Zostawiają po sobie nieznośny niedosyt, zbyt szybko przerywają narrację.

Zgodnie z tytułem, Temporary Music można by potraktować jako wprawki, nieukończone szkice. W końcu powstały w kilka dni podczas improwizowanych sesji, z których później już w Nowym Jorku wykroili najciekawsze fragmenty. A jako wprawki można by je łatwo przeoczyć. To byłby błąd, choć nie jest to płyta idealna, warto się w nią wsłuchać i odpocząć od zgiełku codziennego życia.



wtorek, 17 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 III 2020


Dzisiaj było zdecydowanie mniej gadania niż muzyki, dlatego zmieściło się aż 12 i kawałek piosenki. Trochę marcowych nowości, sporo grania z singli. Wszystko pełne lata i radości, bo rzeczywistość jaka jest.

1. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
2. Marina Satti - Mantissa (Mantissa)
3. Mauvais Œil - Salam Salomé (Salam Salomé)
4. Baharat - On the Way to Wedding (The Egyptian)
5. Los Bitchos - Pista (The Great Start) (Pista (The Great Start))
6. Los Bitchos -  Frozen Margarita (Pista (The Great Start))
7. Mameen 3 - Kudreda (Kudreda)
8. Mameen 3 - Mamermaids (Kudreda)
9. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Hoş Geldin (Peeping Through The Porthole)
10. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Group Martini's Theme (Peeping Through The Porthole)
11. Konstantinos Aigiros - Ximeromata (To Kati Parapano)
12. Yumi Zouma - Southwark (Truth or Consequences)
13. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko-Tioko)

piątek, 13 marca 2020

Morska muzyka



Kocham morze. Stały rytm fal, przypływów i odpływów ma w sobie coś uspokajającego hipnotyzującego, ale też każde uderzenie fal o kamienie przypomina, że chwilowy spokój może zmienić się w niszczycielski żywioł. Nawet takie małe, niewydarzone i zimne jak Bałtyk. A może właśnie dlatego, że jest takie nietypowe, lubię je szczególnie. Najbardziej po sezonie, kiedy nawet Gdynia zapada w letarg. Miejska plaża i bulwar nadmorski w lecie pełne tak, że ledwo da się przejść, w listopadzie czy grudniu są prawie wymarłe. Zresztą, gdy jest gorąco i tłoczno, też to miasto uwielbiam.

Między innymi dlatego tak bardzo lubię Kiev Office, zespół będący emanacją Gdyni, a teraz i całego Pomorza. Już tytuł ich siódmego albumu, Nordowi Môl, wyznacza nowy kierunek, po raz pierwszy bezpośrednio sięgają do kaszubszczyzny. A to dopiero początek. Jeszcze wyraźniej niż wcześniej kierują się ku lokalności, wyciągają zapomniane historie, inspirują się historią regionu i dziewiętnastowiecznymi reportażami o życiu helskich rybaków. Michał Miegoń w dwóch utworach sięga po diabelskie skrzypce, kaszubski instrument ludowy, używany kiedyś przede wszystkim w obrzędach. Wreszcie, słychać też kaszubski, co prawda tylko w jednym fragmencie, ale to interpretacja ludowej piosenki. Na tym etapie powinniście wiedzieć, że jestem kupiony.

Nie chodzi o to, że Miegoń, Lewandowski i Wroński przebrali się w ludowe stroje, rzucili gitary w kąt i udają, że jest ten XIX wiek. Oni po prostu poszerzyli swoje inspiracje, ale nadal grają bardzo współczesny rokendrol. Trochę w tym post-punku, trochę lokalnej, trójmiejskiej sceny, szczypta noise rocka. Chyba też dali sobie więcej swobody, wydłużyli piosenki, wprowadzili miejsce na instrumentalne, momentami ilustracyjne pasaże czego apogeum jest w najlepszym fragmencie płyty, ponaddziesięciominutowej Abrazji. Zanurzyli się w Bałtyku po uszy. Jeszcze bardziej niż wcześniej w każdym dźwięku słychać wiatr od morza. Skąpane w echach gitary raz brzmią jak delikatna bryza letnim wieczorem na molo w Orłowie, innym razem to wiuga przynosząca sztorm i fale podcinające redłowski klif.





Trudno nie pisać o Nordowim Môlu bez chociażby wspomnienia o innej emanacji gdyńskości, Lonker See. Oba zespoły łączy wiele, od podobnego zakochania w rodzinnym mieście, przez Joannę Kucharską, która opuściła Kiev Office, by w całości skupić się na Lonkerach, podobny ładunek psychodelii, aż do wspólnych płyt Michał Miegonia i Bartka Borowskiego, lidera Lonker See (Jellyfishes Diary, choć ma już siedem lat to niedościgniony wzór morskiej muzyki).

Lonker See (nazwę biorą od Jeziora Łąkiego) bardziej niż na morze patrzą na kosmos i wychodzi im uduchowiony space rock ze sporą dawką jazzowych improwizacji. Tak przynajmniej było do tej pory, bo Hamza to bardziej przyziemne, osadzone na solidnych riffach granie. Jeszcze nie piosenkowe, ale już nie oparte tylko na improwizacji. Lonkersi w przeciwieństwie do Kiev Office nakładają na siebie ograniczenie szaleństwa. Pozwalają sobie na pewną przebojowość. No, przebojowość w kontekście do ich wcześniejszych odjazdów, bo takie Open & Close to Lonker See w pigułce - od melodii do hałasu przez jazzowe odloty.

Gdynia dosłownie pojawia się tylko raz, w tytule jednego utworu, ale nie da się zapomnieć, że Lonker See powstali na gruzach najbardziej gdyńskiego zespołu, 1926. Słychać w tej muzyce stocznię i port, przed oczami mam niebo pocięte trakcją trolejbusową i maszty żaglowców. Lonker See przenoszą swoje miasto w psychodeliczny świat, gdzie niebo ma wiecznie barwę taką, jak tuż po zachodzie słońca, a morze mieni się tysiącem barw.

Tęskno mi nad morze.



piątek, 6 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 3 III 2020



Dwa miesiące to dość czasu, by mieć już pierwsze płyty roku. Ja przynajmniej swoich kandydatów do grudniowych podsumowań mam i im poświęciłem audycję. Poza pierwszym utworem, pochodzącym z absolutnie fenomenalnego albumu Idrissy Soumaoro i zespołu złożonego z uczniów szkoły dla niewidomej młodzieży w Bamako z 1978 roku. To jednocześnie debiut Amadou & Mariam, wtedy jeszcze uczniów tej szkoły, a wkrótce jednych z największych gwiazd muzyki malijskiej. Ale to opowieść na inny czas.

1. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Nissodia (Ampsa: Le tioko-tioko)
2. Cocanha - Colorina de Rósa (Puput)
3. Cocanha - Lo castèl roge (Puput)
4. Lina_Raül Refree - Voz Amália De Nós (Lina_Raül Refree)
5. Asa Tone - Visit from Tokay (Temporary Music)
6. Tricot - 順風満帆 (真っ黒 (Makkuro))
7. Massicot - Kratt (Kratt)
8. Kiev Office - Abrazja (Nordowi Môl)
9. Siavash Amini & Saåad - Ever-Newer Waters Flow On Those Who Step Into The Same Rivers (All Lanes of Lilac Evenings)
10. Bastarda - Modzitzer (Nigunim)



wtorek, 3 marca 2020

Pustka w sercu

Przyznaję, moje ego trochę ucierpiało, kiedy Jarek Szubrycht nie wziął mnie do redakcji Gazety Magnetofonowej, przygotowując pierwszy numer kwartalnika. Tłumaczę to sobie tym, że M/I w 2015 wydało jeden numer i może była szansa na kolejne, a ja wtedy pisałem przede wszystkim tam. Ale dołożyłem się do prenumeraty. Potem napisałem do niego, czy by nie chciał, już nie pamiętam jakiego, tekstu do Red Bull Music. Odpowiedział mi, że nie, ale może bym chciał na szybko zrobić wywiad z Rebeką do GaMy. Byłem chory, ale pojechałem na Mokotów naćpany gripexem, żeby tylko zdążyć przed deadlinem. Tak się to zaczęło. Skończyło się 16 numerów (nie opuściłem żadnego) i cztery lata później. 

Przez ten czas napisałem ze trzydzieści kilka artykułów i pewnie setkę recenzji. Z każdym większym tekstem wiążą się jakieś wspomnienia. Strasznie stresowałem się wywiadem z Jackiem Urbaniakiem, dyrektorem artystycznym Ars Novej, rozmowę o kolędach z dr. Tomaszem Nowakiem przeprowadziłem w piwnicy służącej jako sala prób uniwersyteckiego zespołu gamelanowego. Karolina Rec raz krótko opowiedziała mi o swoim debiucie, przy okazji drugiej płyty usiedliśmy na dłuższą rozmowę w gorący dzień w Kulturalnej. Marka Pędziwiatra i chłopaków z EABS złapałem w biegu między telewizją a powrotem do Wrocławia. Z Hanią Rani i Misią Furtak rozmawiałem dosłownie w ostatnich dniach przed przeprowadzką, cud że się udało tak pospinać kalendarze. Wykroiłem jeden dzień wakacji, żeby znów pojechać pod Wawel i tym razem wysłuchać historii Jorgosa Skoliasa.

Mogłem napisać o prawie wszystkim, co przyszło mi do głowy, nawet najbardziej niszowym. Muzyka polskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych z początków XX wieku? Jak najbardziej. Z chłopakami z The Spouds podsumowaliśmy 10 lat ich działalności i zmiany w warszawskim niezalu, doskonale przecież pamiętam ich pierwsze koncerty. W Krakowie ciągnąłem za języki muzyków ze Stajni Sobieski. Kornelia Binicewicz odsłoniła arkana kobiecej muzyki tureckiej sprzed pół wieku. Przedstawiłem historię Pafgens, słowackiego duetu, który powstał w Warszawie w przeddzień ich przeprowadzki do Berlina, Adama Malca, który w Polsce nie był prawie 20 lat i jest jedną z ważniejszych postaci niezalu Connecticut, Kompozytu, braterskiego duetu z Londynu. Tak, pisanie o muzykach emigrantach jakoś mi odpowiadało.

Nie potrafię wybrać swojego ulubionego tekstu. Gdybym jednak musiał, postawiłbym na rozmowę z Mrozem, który wychodził wtedy z cienia Milionów monet i w zasadzie Zewem debiutował po raz drugi. Rozmawialiśmy o tym, dlaczego tyle mu zajęło odnalezienie tego głosu i tej stylistyki, w której czuje się najlepiej.

Cztery lata, niby dużo, niby mało, ale pustka w sercu zostanie. Gazeta Magnetofonowa była ważnym miejscem, nie tylko dla mnie i osób tam piszących. Zorganizowaliśmy (no, Jarek i Tomek Doksa przede wszystkim, ja tylko się wypowiedziałem w jednym miejscu) rozdanie nagród na najlepszą polską płytę. Udało nam się pokazać, że o polskiej muzyce warto i trzeba mówić, a stwierdzenie, że coś brzmi, jak zagraniczne niekoniecznie jest komplementem. Lokalność ma swoją wartość w coraz bardziej zglobalizowanym świecie.

W ostatnim numerze ukazała się moja bardzo długa rozmowa z BNNT, ale wysłałem dwa teksty. Ten drugi, wysłany, gdy już brzmiała syrena końcowa deadline’u ostatecznie się nie zmieścił, miał się ukazać wiosną. Już się nie ukaże, a mi jest go zwyczajnie szkoda, więc możecie go przeczytać poniżej. Do Samych swoich, wspomnianego cyklu o polskich muzykach zagranicą (albo stranierich w Polsce) wysłuchałem Anki Ujmy z Loa Frida.

***


W ogóle nie miałam Francji w planach, nie myślałam o tym żeby przyjechać tu na kilka miesięcy, a co dopiero zamieszkać. Najpierw był Francuz, dopiero potem Francja. Pierre'a – wtedy jeszcze mojego przyszłego męża – ciągnęło na Wschód, w Polsce spędził dwukrotnie wakacje. Poznaliśmy się w moim rodzinnym Krakowie. Pierre wtedy planował kontynuować studia w Paryżu, doktorat z free jazzu we Francji, związkach sceny francuskiej z chicagowską. Jego plany się ziściły i po skończeniu moich studiów w Krakowie zamieszkałam z nim w Paryżu, żeby zobaczyć, jak tu jest. Nie mieliśmy planu, że na pewno zamieszkamy we Francji, równie dobrze mogliśmy zamieszkać w Polsce. W Paryżu mieszkaliśmy przez kilka lat, w trakcie studiów Pierre’a. I już w tej Francji zostaliśmy.

W Krakowie grałam w zespole Uistiti, wydaliśmy jedną płytę. Jeśli dobrze pamiętam, nazywała się tak samo, jak zespół, to było tak dawno temu. Można powiedzieć, że to moja prehistoria muzyczna. W Paryżu zaczęłam pisać własną muzykę, usamodzielniłam się muzycznie we Francji - sama skomponowałam utwory, sama je zaaranżowałam, napisałam teksty – w  Uistiti lubiłam śpiewac w gibberisch, ponieważ wychowałam się na Cocteau Twins i Dead Can Dance. Tak powstał projekt Organic, który rozpisałam na dziewięcioosobowy skład - kwartet smyczkowy, akordeon, wibrafon, kontrabas, perkusję i głos. Można go posłuchać na bandcampie. Ten bardzo ambitny projekt to wstęp do mojej samodzielnej drogi muzycznej. Pisząc te utwory, bardzo inspirowałam się muzyką amerykańskich minimalistów – przede wszystkim Stevem Reichem  – ale też Kapelą ze Wsi Warszawa. Ta mieszanka polskiego folku - tęskniłam za Polską, Kapela była dla mnie namiastką kraju - i minimalistów, tworzyła kontrast do bardzo energetycznego, szybkiego Paryża, który wtedy jeszcze był dla mnie obcy. Słuchanie muzyki repetytywnej bardzo mocno wpłynęło na powstanie i kształt Organic. Choć Organic odsłania moją trochę klasyczną i dla mnie wtedy niespodziewaną twarz, to jednak myślę, że chodzę tu swoimi drogami. Nie kształciłam się w szkołach muzycznych, jestem ambitnym samoukiem, uczę się muzyki jej słuchając, śpiewając...

Z Pierre’em dopiero teraz gramy wspólnie, w Loa Frida. On jest saksofonistą, choć od kilku ładnych lat mniej aktywnym, teraz ze mną gra na klawiszach. Ten zespół powstał po naszej wyprowadzce z Paryża. Zmęczeni Paryżem, ogromną metropolią, przenieśliśmy się na dalekie południe, do małej wioski zamieszkanej przez 100 osób. Chcieliśmy odpocząć od zgiełku. Mieszkaliśmy tam sześć lat. Loa Frida zawsze funkcjonowała jako trio – ja, Pierre i ktoś jeszcze. Ta trzecia osoba co jakiś czas się zmienia w zależności od mojej wizji, potrzeb jak i warunków osobowo-zespołowych do których musimy się dostosować. Muzycy przychodzą i odchodzą, Loa Frida trwa. Loa Frida to ja i Pierre, serce zespołu. Ja komponuję, aranżuje i piszę teksty, Pierre z moją skromną pomocą ogarnia sprawy koncertowe, subwencje, wydawnicze, przygotowuje live zespołu

Loa Frida ciągle się zmienia, tak jak zmieniam się ja i moje otoczenie. Na początku graliśmy akustycznie, popowo-folkowo, zaczęliśmy tak delikatnie również dlatego, że mieliśmy małe dziecko i nie mogliśmy głośno grać, a próby robiliśmy w domu. Jak dziecko podrosło, mogłam sobie pozwolić na więcej hałasu. Zaczęłam więcej komponować na komputerze, z myślą o większych scenach niż nasza kuchnia... Chciałam, żeby było głośniej, energetyczniej, żebym mogła się trochę wykrzyczeć. Zamieniliśmy wtedy gitary na wibrafon, który bardzo ładnie się wkomponowywał w elektroniczne aranże. Teraz już gramy z perkusją, więc jest jeszcze głośniej, jeszcze energetycznej i mogę sobie pokrzyczeć do woli, zwłaszcza że dziecko już w szkole...  Gramy tylko w trójkę, nie może być nas więcej, ze względów ekonomicznych. Im jest nas mniej na scenie, tym łatwiej nam zagrać koncert, poruszać się w tym trudnym biznesie.

Gdybym nie miała żadnych ograniczeń, to chciałabym mieć 9 osób na scenie, jak w czasach Organic. No ale jest, jak jest. Z drugiej strony, gdybym nie była zmuszona, to nie poszłabym w te rejony, nie bawiłabym się tak materią muzyczną. Pracujemy na Abletonie, zmieniamy wielokrotnie instrumenty w ramach jednego utworu. Jesteśmy w trójkę, a mamy całą orkiestrę w komputerze.

Loa Frida wydała dwie płyty – Pop Fiction w 2014, a Bipolar w 2017 nagraliśmy już po naszej przeprowadzce do Tuluzy, rodzinnego miasta Pierre’a. To spore miasto, ale nie tak wielkie jak Paryż. Na razie planujemy tutaj zostać, ta opcja jest najlepsza - trochę miasta trochę wsi.

Śpiewam przede wszystkim po angielsku, ale część Pop-fiction jest w gibberish, nieistniejącym języku, którym bardzo lubię się posługiwać. Trochę jest tak, że najpierw śpiewa się po angielsku, a potem człowiek przełamuje się, żeby zaśpiewać po polsku. Na pewno po polsku czuję się najpewniej, to w końcu mój ojczysty język. Mam nad nim największą kontrolę, wiem, jak go ułagodzić, jak sprawić, żeby był bardziej śpiewny, mniej szeleszczący. Nie próbowałam śpiewać po francusku, wolę zostać przy bezpieczniejszych opcjach – angielskim, polskim i gibberish. Nie chodzi o to, że francuski jest straszniejszy od angielskiego. Mówię po francusku na co dzień, czytam po francusku ale wydaje mi się, że rozdźwięk między pisanym a mówionym francuskim jest spory. Piosenka jest formą, która znajduje między językiem literackim a mówionym. Boję się, że pisząc po francusku teksty piosenek brzmiałyby za bardzo poetycko, za bardzo lirycznie, zbyt egzaltowanie, jeszcze nie mam odwagi na podróż tę stronę. Z angielskim jest trochę inaczej - każdy śpiewa w tym języku. Piosenka po angielsku jest po prostu łatwiejsza, można ten język wykręcać we wszystkie strony, a to i tak przejdzie.

Nowa płyta się robi, ale było kilka projektów, które opóźniły jej realizację. Napisałam muzykę do filmu-dokumentu VR Szepty/Whispers Jacka Nagłowskiego i Patryka Jordanowicza, który miał premierę na Festiwalu Filmowym w Wenecji (Pierre zmiksował dźwięk w 360°). Pracujemy nad muzyką do spektaklu, czy bardziej lektury muzycznej na podstawie Prowadź swój pług przez kości umarłych Olgi Tokarczuk, liczymy, że do końca 2020 roku projekt będzie gotowy. Piosenki na trzeci album Loa Frida mam już gotowe, zaśpiewane po polsku i angielsku. Ale czeka nas jeszcze nagranie perkusji, część wokali, mix. Na śpiewanie po polsku namówił mnie Robert Amirian, choć już pierwszą próbę podjęłam na płycie Bipolar. Pewnie będę szukać wydawcy w Polsce, jak go nie znajdziemy, to wydamy płytę sami, mamy w tym wprawę i doświadczenie. Na wiosnę chcemy wydawać pierwsze single.

Nie ukrywam, że tęsknię za Polską – nie wyjechałam, będąc dzieckiem, ale mając dwadzieścia kilka lat, od czternastu mieszkam we Francji. Czuję się tu bardzo dobrze, dobrze mi się tu pracuje i żyje, ale potrzebuję też odmiany, spotkań, wyzwań. Chcielibyśmy wyjechać z Loa Frida poza Francję, zagrać w Berlinie, Belgii czy Skandynawii, a Polska jest też naturalnym i pożądanym kierunkiem.

Nasza muzyka jest chyba trochę za zimna dla Francuzów z południa, może powinniśmy przenieść się na północ, gdzie takie skandynawskie brzmienie jest lepiej odbierane. W tym roku zagraliśmy trzy koncerty w Polsce – w Warszawie, Piotrkowie i Bielsku-Białej. Zobaczymy, co mi się uda zorganizować, gdy płyta będzie gotowa. 


piątek, 28 lutego 2020

Na bębny i głosy


O Cocanhi, trzech dziewczynach z Tuluzy, pierwszy raz usłyszałem pięć lat temu, kiedy wydawały pierwszą, pięcioutworową epkę. Pięć polifonicznych piosenek do tańca, dokładnie tak, jak mówi ich tytuł. Ujęły mnie tą wielogłosowością i oszczędnością brzmienia - tylko głosy, ręce, nogi, okazjonalnie tambourin a cords, ale to też instrument rytmiczny. Było w tych piosenkach coś pierwotnego i bezczasowego, ale nie siliły się na wątpliwe rekonstrukcje. 

Dwa lata później wydały i es?, tylko że już nie było to. Czegoś zabrakło, chyba tej nieuchwytności i doszedłem do wniosku, że taka muzyka robi na mnie wrażenie tylko w małych dawkach. Nie wiem, czy one też miały takie wrażenie, ale to możliwe, bo o pomoc przy nagrywaniu trzeciej płyty zgłosiły się do Raula Refree.

O nim też już pisałem, i to całkiem niedawno. Puput, jeśli ktokolwiek ma jeszcze wątpliwości, potwierdza jego pozycję, jako idealnego producenta zajmującego się odważnym podejściem do muzyki tradycyjnej. W zasadzie niewiele się zmienia w stosunku do poprzednich płyt. To nadal skromna muzyka na głosy i perkusjonalia. A jednak to zupełnie inna jakość. Aż kusi, by napisać: Odmienił muzykę jedną decyzją [ZOBACZ JAK]. Ta decyzja to większe użycie tambourin a cords, instrumentu przypominającego psalterium, mającego charakterystyczne, brzęczące brzmienie. Dynamizuje muzykę, nadaje jej więcej życia i wpływa na charakter całości. Momentami przypominają w swojej dynamice i energii Xylouris White, podobnie jak oni na akustycznych instrumentach grają muzykę, kipiącą, jakby przestery były rozkręcone poza skalę. Do tego delikatne, prawie niezauważalne efekty nałożone w kilku miejscach na wokal sprawiają, że utwory zyskują na współczesności, ale nie tracą umocowania w tradycji. To właśnie jest to, co Refree opanował do perfekcji.

Same piosenki wydają się bardziej zwarte niż na i es?, choć płyta jest dłuższa. Wydaje mi się też, że bardziej współczesne również w swojej formie, takie Colorina de Rosa to gotowy materiał na alternatywny przebój, gdyby tylko wzbogacić aranżację. Świetnie jest też ułożony Puput jako całość, przeplatany miniaturkami a capella. Nie wiem, ile razy przesłuchałem ją od premiery, ale wiem, że za mało.


niedziela, 23 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał x Dział Zagraniczny 18 II 2020

Pierwsza od sześciu lat audycja na żywo i od razu pierwszy gość. Dział Zagraniczny Maćka Okraszewskiego śledzę chyba już prawie 10 lat, najpierw w formie blogowej, teraz podcastowej. Jeśli chcecie po polsku posłuchać o wydarzeniach z krajów, z których możecie usłyszeć muzykę w mojej audycji, nie ma lepszego miejsca.

Maciek wybrał piosenki, które dobrze tłumaczą sytuacje w różnych krajach hiszpańsko- i portugalskojęzycznych. Od Hiszpanii i Rosalii śpiewającej o przemocy wobec kobiet na kanwie XIII-wiecznej książki przez więzienną rzeczywistość w Brazylii opisanej przez Dextera z 509-E aż do sytuacji Afrolatynosów w Peru i Kolumbii.

1. Rosalia - Malamente (El mal querer) (teledysk)
2. Novalima - Liberta (Coba Coba) (teledysk)
3. O Rappa - O Que Sobrou do Ceu (Lado B Lado A) (teledysk)
4. Makiza - En paro (Aerolineas Makiza)
5. Brujeria - La Migra (Raza odiada) (teledysk)
6. 509-E - Triagem (Provérbios 13) (teledysk)
7. Criolo - Boca de Lobo (teledysk)
8. Camaron - Volando voy (La leyenda del tiempo)

PS. Jako że była to pierwsza audycja na żywo, nie obeszło się niestety bez problemów technicznych, trochę skacze głośność naszych wypowiedzi.


wtorek, 4 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 4 II 2020


Wyzwolone kobiety, podejrzani mężczyźni. Kieliszki raki i nargile z haszyszem. Portowe dzielnice Stambułu, Smyrny, Aten i Nowego Jorku. Buzuki, gitary, zawodzące skrzypce i cymbały. Nieznośny ból serca. Te wszystkie elementy dają razem rebetiko. Często porównywane do bluesa, ale bliżej mu do rzewnego fado, choć i to jest krzywdząca opinia. Rebetiko to niezwykła mieszanka muzyki europejskiej, greckiej, tureckiej i arabskiej. Sięgnąłem do jej korzeni, przyjrzałem się, jak zmieniała się w Ameryce, sprawdziłem też, jak rezonuje w dzisiejszej muzyce greckiej.

1. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
2. Rita Abatzi - Μη με στέλνεις μάνα στην Αμερική (I'm Burning, I'm Burning)
3. Jorgos Katsaros - Ο ντοκτορ (George Katsaros: Greek Blues in America, Vol. 1)
4. Dimitris Mystakidis - Ο ντοκτορ (Amerika)
5. Kostas Dousas - Μανωλις ο Χασικλης (Kostas Dousas: Greek Blues in America, Vol. 2)
6. Dimitris Mystakidis - Μανωλις ο Χασικλης (Amerika)
7. A. Kostis - Giannis Hasiklis (The Jail's a Fine School)
8. A. Kostis - I Fylaki Einai Scholeio (The Jail's a Fine School)
9. Marika Ninou - I Ached in My Heart (The Sun is Setting on the World)
10. Yiota Lydia - Badworld (The Sun is Setting on the World)
11. Çiğdem Aslan - Vale Me Stin Agalia Sou (Mortissa)


Muzyka totalna


Moim pierwszym koncertowym spotkaniem z muzyką Wacława Zimpla nie był przywoływany przeze mnie w Dwutygodniku ostatni koncert Hery, ale ten występ z plakatu. Z Maalemem Moktarem Ghanią i Pawłem Szpurą. Dosłownie kilka dni później widziałem go w tym samym miejscu z Giridharem Udupą (z którym później założą Saagarę), Jackiem Mazurkiewiczem i Fabrice'em de Graefem.

Pamiętam, że te dwa koncerty były zupełnie różne. Z Ghanią i Szpura Zimpel zagrał tanecznie i transowo. Muzyka podrywała do tańca i do tej pory nie wiem, po co były miejsca siedzące. Z Udupą i Mazurkiewiczem zagrali bardziej medytacyjnie, bardziej do siebie niż na zewnątrz. Łączył je rytm ,w końcu muzyka Afryki Zachodniej i Indii to królestwo rytmu, choć inaczej pojmowanego. I to on łączy te dwa koncerty z tym, co robi Wacław prawie siedem lat później. Choć muzykę gra zupełnie inną, to jednak w duchu podobną. A o jego najnowszej płycie, Massive Oscillations możecie przeczytać mój tekst w Dwutygodniku. Przy okazji polecam dwa wywiady, których udzielił niedawno Bartkowi Chacińskiemu i Kubie Knerze.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kto nie dostanie Grammy za rok



Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby choć trochę obejrzeć tegoroczne rozdanie nagród Grammy. Już nawet nie chodzi o to, że ceremonia była przeraźliwie nudna, jeszcze nudniejsza niż rozdanie Oskarów. Podzielona na dwie części, podczas pierwszej rozdano nagrody w większości kategorii - od kuriozalnie szczegółowych (jak Best Tropical Latin Album, nie zmyślam) do takich, które mogłyby spokojnie zmieścić się w głównej części.

Oglądałem jednym okiem i czekałem na kategorię, która mnie interesowała najbardziej, czyli Best World Music Album, a jakże. Trafiła się na samym końcu tej pierwszej, tylko streamowanej części, kiedy rozdawali nagrody taśmowo, a chyba połowa zwycięzców odpuściła sobie obecność (i ja im się nie dziwię). Nominowani byli Altin Gun, Burna Boy, Angelique Kidjo, Nathalie Joachim i Bokante. Najbardziej kibicowałem tym pierwszym, na nagrodę najbardziej zasłużyła Natalia Joachim swoją brawurową wizją haitańskiej muzyki poważnej. Wygrała Angelique Kidjo, trzeci raz w ciągu sześciu lat, za Celię, album, na którym śpiewa piosenki kubańskiej pieśniarki Celii Cruz, przenosząc je “z powrotem” do Afryki. To niestety słabsza pozycja w dorobku Beninki, ale wybór akurat tej płyty pokazuje, że akademia lubi najbezpieczniejsze wybory. Wróć, cała ta kategoria pokazuje, że bezpieczeństwo ma pierwszeństwo. I już naprawdę nie chce mi się pisać, że jest ona bez sensu - bo mamy tu anatolijski rock, muzykę klasyczną z wpływami Haiti, afropop, muzykę afrokubańską. Zresztą, dobór nominowanych pokazuje, jak wąsko traktowana jest muzyka świata. Muzyka latynoska raz się w niej się nie mieści, ma swoje własne kategorie, czasem trafiają się nominacje chociażby dla Caetano Veloso. Muzyka indyjska, chińska, środkowoazjatycka, arabska czy turecka pojawiają się incydentalnie w postaci naprawdę najważniejszych i najoczywistszych postaci. Dlatego obecność wśród nominowanych Altin Gun zaskakuje, ale chyba jest wypadkiem przy pracy niż zwiastunem nowej ery.

A już tak na marginesie - o tym, jak była to straszna ceremonia najlepiej świadczy występ Angelique Kidjo, która dwoiła się i troiła na scenie, żeby to zblazowane i znudzone towarzystwo choć trochę rozruszać.

Kibicowałem też Rosalii, szczególnie w kategorii Best New Artist, ale okazało się, że była bez szans w starciu z Billie Eilish, która w tym roku zgarnęła całą pulę (mniejsza o to, czy zasłużenie, czy niekoniecznie). Razem z siostrą nagrodę odebrał też Finneas, odpowiedzialny za produkcję When We All Fall Asleep, Where Do We Go?. Pomyślałem sobie wtedy, że już wiem, kto powinien odebrać nagrodę dla najlepszego producenta za rok. Raul Refree. Poświęciłem mu jeden odcinek audycji, ale od tamtego czasu wyszły dwa wyprodukowane przez niego albumy, a on zapowiedział kolejne.

W zasadzie, jeśli zajmujesz się muzyką tradycyjną z Półwyspu Iberyjskiego i okolic lub gitarowy folk i chcesz w swojej muzyce coś radykalnie zmienić, wypada się do niego zgłosić. No bo spójrzmy, to współpraca z nim przyniosła rozpoznawalność Rosalii w rodzimej Hiszpanii (oczywiście do światowego gwiazdorstwa, wyniosła ją El mal querer, płyta nagrana z El Guincho), to on produkuje od kilku lat albumy Lee Ranaldo, to on pomógł nagrać Richardowi Youngsowi. Stał się też twarzą eksperymentalnego podejścia do flamenco.

Jeszcze pod sam koniec zeszłego roku (ale według zasad Grammy, będzie się to liczyć do nominacji za 2020) premierę miał wspólny album Refree i Rodrigo Cuevasa, asturyjskiego wokalisty, Manual del Cortejo. To najbardziej popowa pozycja w obszernej dyskografii Refree. I, co może wydawać się trochę paradoksalne, najbliższa El mal querer. Syntetyczne dźwięki momentami wypierają gitarę, Refree z Cuevasem zostawiają często sam rytmiczny szkielet piosenek, automat perkusyjny współgra z kastanietami. Manual de cortejo zbiera muzykę z różnych regionów Hiszpanii, przede wszystkim rodzinnej Asturii Cuevasa i sąsiedniej Galicji. Rodrigo jest równie sprawnym i odważnym wokalistą, co Rosalia, łączy ich też kolorowy wizerunek. Cuevas wyciąga stare teksty, baśniowe opowieści, ale brzmieniowo jest to bardzo współczesna muzyka, pełna autotune’a, zapętleń. Im bliżej końca, tym muzyka się wygładza, nabiera krągłości w brzmieniu, ale nie traci na odwadze. Aż żal, że wyszła tak późno, bo powinna się znaleźć w większości podsumowań roku.



Powinna się w nich też znaleźć wspólna płyta Refree i Liny Cardoso Rodrigues, uznanej interpretatorki fado Amalii Rodrigues. Po latach zmagania się z tym repertuarem, potrzebowała odmiany, odświeżenia związku z tymi klasykami, które zna każdy Portugalczyk. Refree był idealnym wyborem, robił już podobne rzeczy z flamenco (nie tylko towarzysząc Rosalii, ale tez El Nino de Elche czy Sylvii Perez Cruz), choć z fado nie miał wcześniej styczności. A może właśnie dlatego ta współpraca jest tak udana. Fado to głos i gitara portugalska, nie mogą bez siebie istnieć. Co robi Refree? Stwierdza, że mu gitara zupełnie ni pasuje. Zamienia ją na baterię syntezatorów i keyboardów, pianino i akordeon. Otula nimi głos Liny. Podkreśla go dronami, delikatnymi arpeggiami, zanurza w ogromnej przestrzeni, daje mu wybrzmieć. To on ma być i jest na pierwszym planie. Nie da się od niego uwolnić, ani go zapomnieć. Głos Liny, pełen emocji, rozedrgany, łamiący się, ale silny, nie potrzebuje barwnych, skomplikowanych aranżacji, by błyszczeć. Refree to usłyszał, a że nie jest skrępowany zasadami gatunku, pozwolił sobie na taki ruch. Opłaciło się. Lina odkrywa na nowo repertuar, który zna dobrze, jak prawie nikt inny. Odkrywa przed sobą, odkrywa go dla świata.



To tylko albumy z ostatnich dwóch miesięcy (i nie wszystkie, nie wspominam tu o płycie z Richardem Youngsem). Za niecały miesiąc wychodzi wspólny album Refree i Lee Ranaldo oraz druga płyta Cocanhi, żeńskiego tria z Tuluzy zajmującego się oksytańską polifonią. Wydawać by się mogło, że Refree nie będzie miał tu dużo do roboty, to tylko wokale i perkusjonalia. A jednak właśnie w takich warunkach czuje się najlepiej i po dwóch fragmentach Puput słychać, że podkręcił muzykę dziewczyn, że razem z nim poszły w nową, nieoczekiwaną stronę. A właśnie to popychanie artystów, pomaganie im zrobienia kroku w nieznane cechuje najlepszych producentów. Do tego na szczęscie nie potrzeba Grammy.

wtorek, 21 stycznia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 21 I 2020


Wiem, że zapowiadałem audycję bardziej jako przegląd po światowych obrzeżach hip hopu, ale na koniec zaserwowałem wściekłą elektronikę, przy której techno to zabawa dla małych, grzecznych dzieci. Cóż jednak mogłem innego zrobić, skoro już zaraz do Polski na kilka koncertów przyjeżdża reprezentacja Nyege Nyege, najlepszego labelu zajmującego się afrykańską elektroniką. Na szczęście na samiusieńki koniec posłuchaliśmy trochę "klasycznego" balani, więc zwolniliśmy do jakichś 200 uderzeń na minutę. Zacząłem natomiast leniwie, od dwóch kawałków Bodikhuu z jego podwójnej EPki Rio / Bodianova, o której pisałem tutaj.

1. Bodikhuu - Rio Beach (Rio / Bodianova)
2. Bodikhuu - Nova Start (Rio / Bodianova)
3. Jaubi - Dilla Taal (For J Dilla)  (The Deconstructed Ego)
4. Grup Ses & Ethnique Punch - Kulustur (Deli Divan)
5. Grup Ses & Electro Hafiz - Mega Hafiza 2 (Varyete)
6. Johan Papaconstantino - J'amerai (Contre-Jour)
7. Muqata'a - Thakira Jama'iya (Inkanakuntu)
8. DJ Diaki - But Show DD 1 (Balani Fou)
9. Dion Zilla - From the Cave to the World (From the Cave to the World)
10. DJ Bamanan - Gnoukobala (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)
11. DJ Sandji - Bacoungana  (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)