środa, 16 września 2020

Prawdziwy heros



Marokański żyd mieszkający w Jerozolimie w szczycie izraelskiego szału na grecką muzykę nauczył się śpiewać po grecku i nagrał płytę odwołującą się bardziej do brzmień basenu Morza Egejskiego i Anatolii niż rodzinnego kraju, a potem zniknął w pomroce dziejów. Każde słowo w tym zdaniu jest prawdą. 

W tej historii najbardziej mnie zaskoczył rozmiar tego szału na grecką muzykę w Izraelu. Że warto było się nauczyć greki i nagrać płytę z tsifteteli i innymi greckimi tańcami. Yakov Ben Hammo, znany bardziej jako Koko był perkusistą i wokalistą. Nie wiem, kiedy się urodził, ani gdzie. Przybył do Izraela czy już się w nim urodził? Stawiam na to pierwsze, bo na okładce swojego debiutu z 1977 roku przypomnianego przez Fortuna Records wygląda na dojrzałego faceta. Spogląda z niej prawdziwy twardziel, choć w dzwonach i kolorowej koszuli oraz obowiązkowym zarostem na klacie i wielkim wisiorem w kształcie gwiazdy Dawida. A może Koko wygląda bardziej jak amant-twardziel, bliskowschodni odpowiedni Seana Connery’ego, tylko występujący w filmach kasy B.

Klasy B nie jest z pewnością muzyka, którą grał. Może sprawdziłaby się w takich produkcjach, ale jest fantastyczna. Koko nie bawi się w kokieterię, od pierwszych dźwięków zaprasza na psychodeliczną, taneczną imprezę gdzieś na Krecie, a może szemranych przedmieściach Aten i Salonik. Nie jest to rebetiko, ono w tamtych czasach było już skansenem, ale słychać podobieństwa. Muzyka Koko jest równie mocno zanurzona w Anatolii i Bliskim Wschodzie, tym ogólniejszym. Organy ślizgają się po ćwierćtonach, brzmienie gitary bardzo przypomina Omara Khorshida, tego egipskiego geniusza. Koko gra na bardzo skromnym zestawie perkusyjnym, chyba nie ma w nim stopy, tylko tomy, werbel i bębny kielichowe. Bas chodzi jak zaklęty, co jakiś czas odezwie się klarnet. I to już właściwie wszystkie instrumenty odpowiedzialne za tę tawernianą orgię dźwięków. 

To nie jest muzyka ludowa, ale nie jest do rock’n’roll. Koko podąża za trendami z tamtych lat - ma być lokalnie i globalnie. Obie formy - grecko-arabsko-turecka i amerykańska - spotykają się w połowie drogi. Buja ta muzyka trochę funkowo, trochę egejskimi rytmami. Jasne, takie połączenie sprawdza się prawie zawsze, trudno je zepsuć, ale u Koko brzmi to wyjątkowo dobrze. Do tego wszystkiego trzeba dołożyć głos naszego bohatera. Głęboki i przejmujący. Jakby wraz z nauką greckiego, wziął sobie do serca mitycznych herosów, którzy robią wszystko z godnym bogów rozmachem. On też. Gdy (jak podejrzewam) przeżywa nieszczęśliwą miłość w Katogiri, to cierpi bardziej niż cały zastęp Romeów. Jego głos mógłby poruszyć skały, może dlatego stoi obok miniatury twierdzy. Gdy bawi się, to jest cesarzem imprez, na których ouzo i raki leją się strumieniami. 

 Yakov nie doczekał tej reedycji, nie będzie triumfalnego powrotu na scenę na tę jedną, ostatnia trasę. Zmarł w 2018 roku, gdy Fortuna Records przekonali go w końcu do swojego pomysłu na wznowienie jego debiutu. Dzień przed planowanym podpisaniem umowy dostał ataku serca.


środa, 9 września 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 IX 2020

Połsuchaliśmy muzyki jednej z ważniejszych postaci europejskiej nowej psychodelii, zanurzonej w brzmieniach z naszej perspektywy egzotycznych - Grahama Mushnika, założyciela Catapulte Records, wytwórni, która od 13 lat jest domem dla takich zespołów L'Orchestre du Monplaisant, Derya Yildirim & Grup Simsek czy Les Pythons de Fournaces. Nie wyjeżdżając z Francji posłuchamy muzyki z Somalilandu, Turcji, wariacji na temat cumbii, soukous, perskiego funku. 

1. Guess What - Introduction: Bagdad 706 (Al Kawarizmi)
2. Guess What - Al-Khawarizmi (Al Kawarizmi)
3. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldi (Nem Kaldi)
4. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - 3,2,2,3 (Nem Kaldi)
5. Orchestre du Montplaisant - Dr Stockton (II)
6. Sahra Halgan - Daardan (Waa Daardan)
7. Sahra Halgan - Bayr (Waa Daardan)
8. Graham Mushnik featuring His Group Martini - Gold Seekers  (Peeping Through the Porthole)
9. Slow Slushy Boys - Groove On Up (Chingford Train)
10. Malphino - Danza Negra (Malphino)


piątek, 4 września 2020

Wyciągamy portfele


Który to już bandcampowy piątek? Szósty, więc powinniście wiedzieć, o co chodzi. Platforma na 24 rezygnuje ze swojej prowizji, więc więcej pieniędzy trafia do artystów. 

Przegląd zaczynamy od rzeczy, które już zdążyły się ukazać. 1 września 1000Hz rozpoczęli swoją nowa serię wydawniczą, Digital Indigenious, fantastycznym, pełnym melodii i (niestety) krótkim albumem Andy'ego One. Endless Happiness najpierw w połowie sierpnia wydali kasetę z zapisem koncertu Billa Orcutta w warszawskim Spatifie, a w środę taśmę Mentos Gulgendo, czyli nowego projektu dziewczyn z WIDT. Mentos Gulgendo wydały tego samego dnia łudząco podobną kasetę w brytyjskiej oficynie Slip, ale to zupełnie inny materiał. A skoro jesteśmy przy siostrach Nowackich, za tydzień ukazuje się kaseta Antoniny w Mondoj, ale warto ją kupić właśnie dzisiaj. Canary Records przypomnieli ostatni album Marko Melona, ormiańskiego oudzisty, nie wolno tej pozycji przegapić. Protesty społeczne w Białorusi ciągle trwają, można cały czas kupić kompilację For Belarus, z której zyski są przekazywane na Belarus Solidarity Foundation. W serii Music from Saharan WhatsApp wczoraj swoją epkę wypuścił nigerski wirtuoz syntezatorów, Hama.

A skoro jesteśmy przy syntezatorach, piękną, drugą płytę wydaje dzisiaj trójmiejski duet Pin Park. Jeśli lubicie rozmyte brzmienie syntezatorów, trochę baśniową, nierealną otoczkę, kosmische musik, jest to pozycja obowiązkowa. Jeśli nie, i tak dajcie jej szansę, odwdzięczy się. Hanna Cieślak zaprojektowała też okładkę dla debiutu Clinamen, czyli duetu Ziołek/Ostrowski. Płytę znam od jakiegoś czasu, więc z pewnością mogę napisać, że to kolejna bardzo dobra rzecz w dorobku tyytana niezalu. To także pierwsza pozycja w katalogu Brutality Garden, czyli nowego labelu założonego przez Milieu L'Acephale. Wczoraj pisałem o ekstremalnym duecie z Kenii, ale okazuje się, że artystów ambientowych mają w Nairobi równie utalentowanych, bo podwójny winyl KMRU to rzecz kojąca, ponadczasowa. Na październik szykuje się dwupłytowy album z kompozycjami Patricka Higginsa na zespoły kameralne. Tego samego dnia ukaże się wznowienie płyty Omara El Sharyiego z interpretacjami kompozycji Mohammeda Abdela Wahaba (i jest na nie kod zniżkowy wewantsounds). Bongo Joe zapowiadają premiery trzeciego albumu Cyril Cyril i debiutanckiego singla tanecznych post-punkowców Baby's Berserk. Nyege Nyege - winyla Phelimuncasi, gwiazd gqom. Hive Mind przygotowali winylową reedycję kasety z 1997 roku Mahmouda Ghani, lepszej gnawy nie znajdziecie nigdzie.

Szara Reneta oferuje zestaw trzech wrześniowych premier, Z Tapes do każdego winyla dorzucają kasetę.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

czwartek, 3 września 2020

Jądro ciemności


Szaleństwo singeli, ekstremalność grindcore’u i black metalu, niezmorodowana taneczność techno, punkowy wkurw, zaduma ambientu - z tego karkołomnego połączenia powstała jedna z najciekawszych tegorocznych płyt.

Sam Karugu i Martin Khanja znają się od czasów liceum, obaj wsiąkneli w niewielkie, acz prężne metalowe środowisko w Nairobi. Obaj grali w rożnych zespołach, odkrywali kolejne nurty i podgatunki, aż w 2016 roku Khanja zwrócił się w stronę muzyki elektrincznej, nie zapominając o swoich metalowych korzeniach, a trzy lata później na festiwalu w Botswanie zespoły ich obu miały zagrać swoje koncerty. Pech (a może szczęście) chciał, że zespół Khanji nie dojechał, więc gitarzysta-producent zaprosił swojego kolegę wokalistę na improwizowany set. I tak to się zaczęło.

Powstali trochę z przypadku, ale przypadkiem nie jest, że wydaje ich Nyege Nyege Tapes, czołowy propagator eksperymentalnej, niezależnej muzyki elektronicznej z Afryki Wschodniej. Choćn nawet jak na ich standardy to jest to muzyka nietypowa i wymykająca się szufladkowaniu.

Duma w języku kikuyu znaczy ciemność. To dobra nazwa, bo duet wybiera się na poszukiwania jądra ciemności. Znajdują je w muzyce i swoim otoczeniu. Z jednej strony sięgają po brzmienia akustycznych bębnów, podbijają je elektroniką, sprawiając wrażenie uczestnictwa w jakiejś dziwnej ceremonii, gdzieś daleko od miasta. Z drugiej, pędzą na złamanie karku, Khanja wyjręca bity rodem z tanzańskiego singeli, przy którym footworkowe 180 bpm to tempo spacerującego staruszka. Dochodzi do tego szorstkość, ostrość industrialu, naprzemienne krzyki i growle. Duma chcą szokować, a w świecie borykającym się z nadchodzącą katastrofa klimatyczną, wykończonym późnym kapitalizmem,to zadanie niełatwe. Zrezygnowani i rozczarowani Nairobi, brakiem perspektyw i marazmem, brakiem zainteresowania, zmęczeni normami rządzącymi miejskim, kenijskim społeczeństwem, Duma wpadają momentami w groteskę czy pretensjonalność, ich buńczuczne wypowiedzi z wywiadów, czasem wywołują uśmiech, ale są w tym swoim gniewie bardzo autentyczni.

Do tej pory we wszystkich recenzjach są wrzucani do metalu. Nietypowego, ale jednak. To chyba nie do końca prawda. Dużo tu elektroniki, dużo plemiennych czy klubowych, synkopowanych rytmów. W swojej bezkompromisowości i w zasadzie oszczędnym brzmieniu, bezwstydnie skromnym, ale niezwykle intensywnym, przypominają mi trochę wczesne Crystal Castles. Emanują tym samym poczuciem beznadziei. Dlatego chyba bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że Duma grają punk, zbrutalizowany, elektroniczny, ale esencjonalny. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku.

Najciekawsze, najbardziej niepokojące momenty to te, gdy zwalniają, gdy nad nastawiony szaleńczo automat perkusyjny chowa się pod smugami syntezatorów. Wtedy najgłębiej sięgają do tego jądra ciemności. A gdy patrzą w nie, ono patrzy na nich.

środa, 26 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 VIII 2020


140 lat, tyle mija w tym roku od sprowadzenia taarabu na Zanzibar przez sułtana Omanu. To muzyka ciągle żywa, choć rozpadła się na różne lokalne odmiany. Posłuchaliśmy i tego najklasyczniejszego taarabu z Zanzibaru, najstarszych nagrań, zupełnie nowych interpretacji, innowacji z Mombasy i wreszcie całkowicie współczesnego oblicza z Komorów.

1. Siti Muharam - Pakistani (Siti of Unguja (Romance Revolution On Zanzibar))
2. Bi Kidunde - Pakistani (Zanzibara, Vol. 4: Diva of Zanzibari Music)
3. Siti Binti Saad - Muhogo wa jangombe
4. Ali Abdulla - Tangu Jana (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
5. Jauharah Orchestra - Wangu Ukhutina (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
6. Ikhwani Safaa Musical Club - Waache Waseme (Zanzibara 1: A Hundred Years of Taarab in Zanzibar)
7. Zeim Musical Party - Mpenzi Azizi (Zanzibara Vol. 2: Golden Years of Mombasa Taarab (1965 - 1975))
8. Zuhura & Party - Ya Zamani (Singe Tema: Taarab Special)
9. Zaza - Nduzangou

środa, 19 sierpnia 2020

Ceremonie z obrzeży


W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o Mutende Mizimu Doctor Kanuska Group, która ukazała się na początku lipca w nowej serii 1000Hz, labelu, który można już śmiało porównać do Nyege Nyege, Sublime Frequencies czy Sahel Sounds. I to właśnie kilkanaście dni temu Chris Kirkley wydał Musique Hauka, który jest tym dla nigerskiej hauki, co Mutende Mizimu dla vimbuzy. 

Vimbuzę i hauke dzieli ponad sześć tysięcy kilometrów, a jednak jest między nimi wiele podobieństw. Oba to synkretyczne rytuały, czy może nawet systemy wierzeń, odwołujące się do łączności z duchami, przez co są marginalizowane przez chrześcijan w Malawi i muzułmanów w Nigrze. Oba opierają się na transowych, skomplikowanych rytmach, które można wygrywać godzinami i na zaśpiewach call-and-response. Podobne są też historie obu grup: Doctor Kanuska vimbuzą zajmuje się od dzieciństwa, podobnie Lingo Seini, oboje grają ze swoimi, dorosłymi już dziećmi. Lingo hauki nauczył się od swojego ojca. 

Różne są nie tylko rytmy, hauka wydaje się bardziej dosłowna i stateczniejsza, ale też instrumenty. W vimbuzie są to jedynie bębny ngoma, hauka do kalabaszy dodaje jednostrunowa lutnię kuntigi. I przez to kojarzy mi się trochę z kologo z Ghany czy tradycyjną muzyką tuareska. To muzyka bardzo surowa, ascetyczna, natchniona i z tego powodu - to oczywiste - transowa. Nie transowa do tańca, do tego lepiej sprawdza się vimbuza, ale transowa tak, jak tyko mogą być hipnotyzujące noce Sahelu. 

Musique hauka i Mutende Mizimu łączy jeszcze kilka rzeczy. Oba albumy to jedne z pierwszych dokumentacji obu rytuałów i są nagrane w podobny sposób. Tak, by poczuć się częścią ceremonii. Chris Kirkley uzyskał to za pomocą jednego mikrofonu i jestem częścią hauki, tego przewrotnego odtwarzania kolonialnych, wojskowych zwyczajów.


środa, 12 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 VIII 2020

Tydzień temu ogromny wybuch spustoszył Bejrut, stolicę Libanu, kraju, który od miesięcy zmaga się z poważnym kryzysem. Kiedyś nazywany Paryżem Bliskiego Wschodu, Bejrut wygląda prawie tak samo jak podczas piętnastoletniej wojny domowej. Bejrut to także różnorodna, mozaikowa scena muzyczna i dzisiaj posłuchaliśmy dźwięków z tego pięknego, ale zranionego miasta. To tylko niewielki wycinek żywotnego muzycznego krajobrazu Bejrutu, trochę inne jego oblicze zaprezentuje 17 sierpnia Kuba Knera w swojej kapitałowej audycji Nowe idzie od morza. Jeśli podobała wam się muzyka, wesprzyjcie bezpośrednio muzyków, najlepiej na Bandcampie.

1. Fairuz  - Li Beirut (Maarifti Feek)
2. Yasmine Hamdan - Beirut (Ya Nass)
3. Munir Khauli - Heik ha Nishtghil? (Habibi Funk 014: Solidarity With Beirut)
4. Force - Stand Up (Habibi Funk 014: Solidarity With Beirut)
5. Sary Moussa - Weight (Imbalance)
6. Jerusalem in My Heart - Wa Ta'atalat Loughat Al Kalam, Pt. II (Daqa'iq Tudaiq)
7. Lumi - From a Dream (The Night Was a Liar)
8. Liliane Chlela - 2022 (Malign​/​Benign)
9. Cudowne Lata - Baśń (Kółko i krzyżyk)
10. Fairuz - Khaleek Bil Beit (Maarifti Feek)

W Bejrucie działają Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej, Polska Akcja Humanitarna, a Libański Czerwony Krzyż bez wytchnienia niesie pomoc. Wszystkie przychody z kompilacji Solidarity with Beirut Habibi Funk przekazuję na tę ostatnią organizację. Nie możemy zapominać o tym, co dzieje się w Polsce, jeśli możecie przekażcie choć drobny datek na Kampanię Przeciw Homofobii.

poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Powrót do domu

Członkowie czerkieskiego zespołu Jrpej przebyli dość typową drogę do rodzimej tradycji. Przyszli do niej ze środowisk punkowych i alternatywnych, po latach słuchania muzyki z Zachodu zwrócili się w stronę rodzimego Kaukazu. Pochodzą z Nalczyku, jednego z największych miast na Kaukazie Północnym. Z Ored Recordings, etnomuzykologicznym kolektywem, o którym pisałem wielokrotnie, łączy ich nie tylko wspólne miasto. Timur Kodzoko, jeden z założycieli Ored, wchodzi w skład Jrpej. Od nagrywania przeszedł do muzykowania, co zdarza się często również w polskim środowisku muzyki tradycyjnej.

Jrpej nie piszą własnych utworów, tylko sięgają po melodie i teksty zebrane przez lata, usłyszane w wioskach ukrytych w górskich dolinach. Nie udają, że nie są mieszczuchami, że od dziecka byli otoczeni muzyką czerkieską. Mówią o sobie, że są outsiderami grającymi stare piosenki w nowej rzeczywistości. Odżegnują się od takich pojęć jak eksperyment czy nowa tradycja. W zamian wybierają termin post-tradycja, ponieważ przenoszą istniejące już kompozycje i melodie w nowy kontekst. To – jak sami mówią – osobiste odczytanie czerkieskiej muzyki przez zespół.

W tym miejscu warto zadać pytanie, co jest dla nich najważniejsze w tym przeniesieniu, jaki aspekt zachowują najmocniej? Wydaje się, że jest to wspólnotowość. Każdy z członków zespołu śpiewa, jest tutaj kaukaski odpowiednik zaśpiewów call-and-response, podobieństwa do gruzińskich polifonicznych chórów. Choć jest to nagranie studyjne, mam nieodparte wrażenie, że podsłuchujemy ich podczas niezobowiązującego muzykowania, może przy ognisku. A przecież to nie do końca prawda; sami przyznają, że na wieś jeżdżą rzadko, że obce jest im życie pasterzy czy rolników. Ważny jest dla nich – jak i dla większości muzyków zwracających się do muzyki tradycyjnej – trans, zatracenie się dźwiękach, w ich powtarzalności zatrzymującej czas lub przenoszącej w czas mityczny, w którym wiecznie wszystko cyklicznie wraca.

Przeniesieniu w nowy kontekst pieśni weselnych, historycznych czy uzdrawiających nie towarzyszy radykalne unowocześnienie brzmienia, muzycy posługują się instrumentami tradycyjnymi. W tej surowości kryje się chyba sukces Jrpej. Kryją się za nią tęsknota i duma z tego, że mimo przeciwności udało im się wrócić do muzyki przodków, że walczą z zapomnieniem tradycji, która kiedyś rządziła życiem na całym Kaukazie, a dzisiaj ustępuje rosyjskim wzorcom. Oni uparcie wracają do swojego kulturowego domu i starają się go odnowić, by nadal cieszył oko.

piątek, 7 sierpnia 2020

To jeszcze nie koniec


A jednak lipcowy Bandcampowy piątek nie był ostatnią taka akcją. Serwis przedłuża ją do końca roku, zatem i ja przedłużam swoje przewodniki. Poprzednie znajdziecie tutaj, większość rzeczy nadal można kupić, a ja je polecam nadal, bo muzyka tak łatwo się nie starzeje.

Nie tak miał zaczynać się ten przewodnik, ale wszyscy wiemy, co stało się w Bejrucie. Możecie (i powinniście) przelać pieniądze na organizacje humanitarne pomagające Libańczykom, możecie też bezpośrednio pomóc muzykom, bo przecież Bejrut to niesamowita scena niezależna. Topot przygotował spis artystów i labeli, którzy są solą tej sceny. Warto sprawdzić, warto wspomóc. Habibi Funk przygotowali specjalną kompilację, wszystkie przychody przekażą na Libański Czerwony Krzyż. Moja najbliższa audycja w Radiu Kapitał będzie poświęcona właśnie muzyce ze stolicy Libanu.

Nie najlepiej dzieje się w Afryce, tamtejsi muzyce też przecież odczuwają skutki pandemii. 1000Hz i MikMusik, dwa polskie przyczółki w Malawi i okolicach dają 10% zniżki na swoje afrykańskie (i nie tylko) płyty. Z kodem friday dostajecie zniżkę na fenomenalny zapis ceremonii vimbuzy grupy Doktor Kanuski, absolutnie wyjątkowe Wild/Life, obie płyty Tonga Boys, wspólną epkę Wojtka Kucharczyka i Tuğçe Şenoğul (pisałem o niej w jednym z numerów Gazety Magnetofonowej), polsko-afrykański album Owls Are Not, surową, ale natchnioną Kukayę i obie płyty z serii Modernizations (o Dubinach pisałem dla Czasu Kultury). Mdou Moctar wydał czwartą część mikstejpu ze szkicami piosenek, nagraniami koncertowymi, surowymi demami, a w kolejnej edycji Music from Saharah WhatsApp możecie posłuchać kilku nagrań Andal Sukabe z Niamey. Jak co miesiąc, wszystkie downloady Sahel Sounds są dostępne w opcji płać, ile chcesz. To dobra opcja, bo koszty przesyłki winyli ze Stanów są bardziej niż horrendalne. Ale co wybrać (jak to zapytał mnie red. Świąder)? Może El Wali, bojowników o wolność i niezależność Sahary Zachodniej, eksperymentalny soundtrack Ahmoudou Madassane, zapis synkretycznego, mającego swoje korzenie w kolonialnych strukturach rytuału Hauka, new age z Mali, muzykę z alternatywnej rzeczywistości, w której to Afrykanie odkryli Amerykę, pełną smutku narodową orkiestrę z Mauretanii (o której pisałem w początkach bloga). Na ten miesiąc chyba wystarczy.

Błoto zapowiedziało nową płytę, ale winyl wyprzedał się w 13 minut, pliki jeszcze są. Zestaw demówek przygotowała ponura jak zawsze Marissa Nadler. Opal Tapes przygotowali z sześć premier, z których najciekawiej zapowiada się ta. Przy okazji obniżyli też ceny na kasety i winyle. Far Out Recordings i We Want Sounds dają 20% zniżki, z odpowiednio: FAROUT20 i wewantsounds. Ci drudzy powinni mieć jeszcze ostatnie egzemplarze Marifti Feek Fairuz, a to pozycja obowiązkowa. Kenijski electro-grindcore Dumy jest dostępny w trzech formatach, nieważne w jakim, ale warto mieć. DJ z Wąsem przedwczoraj polecał chorwacką Muzykę Końca Lata, polecam i ja. Dreamland Syndicate wypuścili kasetę o dworcach kolejowych, ale jej targetem są nie tylko maniacy pociągów. Alameda 5 dorzuca remiksy Eurodrome.

I to chyba na tyle. Przynajmniej na razie.

wtorek, 4 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 29 VII 2020


Kaukaz jest mozaiką małych narodów, grup etnicznych i językowych. Co dolina, to inne tradycje, inny język. To dziedzictwo ginie przytłoczone z jednej strony globalizacją, z drugiej latami rządów Rosjan. Są jednak ludzie, którzy tę mozaikę chcą ocalić od zapomnienia, jeżdżą po wioskach i miastach i nagrywają muzyków tradycyjnych. Dzięki Ored Recordings i Mountains of Tongues przynajmniej część tego dziedzictwa zostanie uwieczniona na dyskach i płytach. Posłuchaliśmy wychowanych na zachodniej muzyce eksperymentalnej Czerkiesów wracających do swojej muzyki, jedynej kobiety aszyka z Gruzji, Ormian i Azerów z Dagestanu i wirtuoza gitary z Górskiego Karabachu.

1. Jprej - Шэхэх (Qorror)
2. Jrpej - Нысэишэ (Qorror)
3. Jrpej - Iэзэ (Qorror)
4. Aşıq Nargilə - Mansırı (Qərib Həyat)
5. Aşıq Nargilə - Göyçə Gülü (Qərib Həyat)
6. Rüstəm Quliyev - Əfqan Musiqisi (Azerbaijani Gitara)
7. Rüstəm Quliyev - İran Təranələri (Azerbaijani Gitara)
8. Արկադի եւ Արմեն Կագրամանիան - Օտար ամայի ճամփեքի վրա  (Armenian and Azeri Music in Derbent)
9. Aşıq Mahir - Derbent (Armenian and Azeri Music in Derbent)

wtorek, 21 lipca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 VII 2020


Rok na antenie minął (prawie) jak jeden dzień. Pierwsza audycja w nowym terminie (co druga środa o 19) i nowym roku jest bardzo do pierwszej audycji w ogóle - znów sama muzyka.

Może wypada jakoś ten pierwszy rok i 26 odcinków podsumować. Nie stawiałem sobie żadnych celów, ale i tak (a może właśnie dlatego) jestem zadowolony z tego, jak rozwija się audycja. Udało mi się porozmawiać z Mackiem Okraszewskim z Działu Zagranicznego podczas jedynej audycji na żywo i z tego wywiadu jestem naprawdę dumny. Podobnie z radiowej premiery dwóch fragmentów II Tropical Soldiers in Paradise. Nie sprawdzałem statystyk zbyt często, ale audycji słucha więcej osób niż się spodziewałem. To fajnie.

W środę słuchaliśmy takich rzeczy:

1. Bananagun - People Talk too Much (The True Story of Bananagun)
2. Bananagun - Out of Reach (The True Story of Bananagun)
3. Cucoma Combo - JJD (Cucoma Combo)
4. Pedro Lima - Maguidala (Maguidala)
5. General Franco Lee Ezute And His Harmony International Band - Onye Kata​-​Obia ‎(Onye Kata​-​Obia)
6. Gold Codes - Feverfew (Gold Codes)
7. Nihiloxica - Salongo (Kaloli)
8. Moulay Ahmed El Hassani - Dnya Yakhlik (Atlas Electric)


środa, 8 lipca 2020

12 minut z 71 lat


Jest rok 1932. Na Gibraltar przybywa dwudziestotrzyletni Azizullah Abdurrahman Balouch. Przypłynął z odległego krańca Imperium Brytyjskiego, z położonego w dzisiejszym Pakistanie Sindhu (ale urodził się w Beludżystanie, na pograniczu Pakistanu, Afganistanu i Iranu). Na półwysep Iberyjski wybrał się za pracą, zatrudnił go jeden z hajdebaradzkich kupców. Jednak młodzieńca od handlu bardziej interesuje coś zupełnie innego - flamenco. Balouch studiował w ojczyźnie arabski, perski, recytował Koran i śpiewał ludową muzykę Sindhu. Jeszcze w Azji poznał z nagrań flamenco, w którym zakochał się od pierwszych chwil, i które przypominało mu muzykę, na której się wychował. 

Pierwszy rok na skale Gibraltaru Balouch spędził na żmudnej i ciężkiej pracy, dopiero po kilkunastu miesiącach udało mu się wyrwać do sąsiedniej La Linei na koncert. Tego wieczoru występował między innymi Pepe Marchena. Aziz był tak zachwycony występem, że z pomocą znajomych zaprosił artystów na wizytę w jego domu następnego dnia. Teraz była kolej na Beludża, by zachwycił swoich gości. Z akompaniamentem harmonium zagrał nie tylko sindhijskie i sufickie pieśni, ale też flamenco, w końcu twierdził, że to prawie to samo. Marchena z miejsca zaprosił Aziza na gościnny występ podczas gibraltarskiego koncertu i zaproponował mu terminowanie u siebie. Balouch szybko zyskał pseudonim Marchenita - mały Marchena, podbijał madryckie sceny. Był tak dobry, że wielu mu nie wierzyło, że nie jest Andaluzyjczykiem. To w Madrycie nagrał swoją jedyną epkę, Sufi Hispano-Pakistani, którą w tym roku przypomniała londyńska oficyna Death Is Not the End. 

Balouch szczególnie upodobał sobie canto jondo, według jego słów najczystszą i najpoważniejszą formę tego gatunku. To w nim słyszał najwięcej podobieństw do transowej muzyki i hymnów sufickich. Potwierdzają to te jedyne nagrania, w których miesza swobodnie perski, arabski, hindi i hiszpański. Pełne melizmatów linie wokalne naturalnie kierują w stronę muzyki islamskiej, ale przecież dokładnie takie same środki występują we flamenco. Balouch gra na gitarze, jakby całe życie spędził w Andaluzji. Z tych nagrań bije taka pewność, że nie dziwię się, że dziennikarze prosili go o pokazywanie paszportu. Jego flamenco pełne jest smutku i powagi, ascezy, jakby było skargą na niesprawiedliwy los. Balouch twierdził, że tylko w tych najbardziej przejmujących formach przetrwał prawdziwy, suficki duch flamenco. Krytykował hiszpańskich muzyków za rozwiązły styl życia, który nie pozwalał im dotknąć sedna muzyki.

Balouch do pewnego stopnia miał rację. Romowie, z którymi najczęściej utożsamia się flamenco do Europy przybyli właśnie z Indii, w tym z Sindhu. Utrzymali przez stulecia swoją odrębność kulturową, muzykę również. Spotkanie się Cyganów z Moryskami najprawdopodobniej było katalizatorem do powstania flamenco. Islam i Indie, stąd najpewniej wypływają źródła tego gatunku. 

Aziz, ranny podczas hiszpańskiej wojny domowej, przeniósł się do Londynu, gdzie założył towarzystwo sufickie i promował kulturę flamenco, o którym napisał kilka książek. W latach 50. i 60. znów zamieszkał w Madrycie, na zaproszenia ambasadora Pakistanu, zorganizował koncert swojego mentora Pepa Marcheny w Karaczi, stolicy Sindhu. Balouch zmarł pod Londynem w 1978 roku, pochowano go w nieoznakowanym grobie.

12 minut, 4 nagrania, kilka zdjęć. Tyle zostało po tym niezwykłym człowieku, który usłyszał pokrewieństwo w muzyce z dwóch różnych krańców świata.

Korzystałem z tekstu Aziz Balouch Stefana Williamson Fa.

piątek, 3 lipca 2020

To już ostatni taki piątek?



Wszystko wskazuje na to, że to już ostatni (przynajmniej na razie) Bandcamp Friday, czyli dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji. Wartych uwagi premier jest jeszcze więcej niż zwykle.

Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs połączyli siły i razem z Polskim Radiem wydają zaginiony album Renaty Lewandowskiej sprzed ponad czterdziestu lat. Soul, Aretha Franklin, Janis Joplin, troche Opole, naprawdę warto. Po kasecie z zeszłego roku, muzyka Rüstəma Quliyeva, azerskiego wirtuoza gitary, doczekała się winylowego wydania, dzięki moim ulubionym Szwajcarom z Bongo Joe, którzy przygotowali też kolejną siedmiocalówkę, parującą Guess What z Porest, zespołem Marka Gergisa. Kuduro z karaibskiej Siant Lucii przygotowali Nyege Nyege (dorzucając przy okazji reedycje kilku wyprzedanych już kaset i winyli, w tym Jako Marona, o którym pisałem już na blogu). Death Is Not The End przypominają postać Aziza Baloucha, pakistańskiego muzyka, który po przeprowadzce do Hiszpanii, postanowił połączyć flamenco z muzyką suficką. Kilkadziesiąt niezależnych wytwórni bierze udział w akcji Independent Label Market i przygotowało specjalne pakiety, zniżki, limitowane wydawnictwa. Całość możecie sprawdzić tutaj, ja nie dałem rady, tyle tego. 

Cloud Nothings w kwarantannie nagrali cały album (który brzmi bardziej jak ich radosne początki), Deerhoof wygrzebali z archiwów koncert z Waadada Leo Smithem (wszystkie przychody zespół przekazuje na BLM). Ored Recordings wydali album Jrpej i jest to ich pierwsza studyjna produkcja, a nie nagranie terenowe. Jrpej grają post-tradycyjną muzykę czerkieską i już sam ten opis jest intrygujący (muzyka na szczęście również) TOPS przygotowali singiel z nowymi wersjami piosenek z ostatniej płyty, Evripidis & His Tragedies wypuścił dwie sekretne piosenki. Oba wydawnictwa są dostępne tylko i wyłącznie dzisiaj.

Z rzeczy, które wyszły niekoniecznie dzisiaj, swoje pieniądze warto wydać na drugą wspólną epkę Mohammada Rezy Mortazaviego i Burnta Friedmana, bo to po prostu przepiękna sprawa. We Want Sounds dają zniżkę 20% na wszystko (kod: wewantsounds), dużo dobra mają. Bardzo dobry tercet kaset wydali Pointless Geometry, chyba jeszcze im zostały. Debiut Bananagun to złoto (i na takim winylu można go od dzisiaj kupić). Chris Menist z The Paradise Bangkok Molam International Band w maju wydał bardzo ciekawy, elektroniczno-tropikalny debiut.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz (tym bardziej, że wydali w środę absolutnie fantastyczne nagrania z vimbuzą) to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

sobota, 27 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 VI 2020




Trudno to uwierzyć, ale zaraz minie rok Na obrzeżach na falach Radia Kapitał. 26 audycji, co dwa tygodnie. Czas na zmiany - od lipca audycja przenosi się na środy o 19, również co dwa tygodnie, to się akurat nie zmienia. Będę nadawał na zmianę z Reisefieber Zosi Borysiewicz, jedną z moich ulubionych audycji w Kapitale. Zosia rozmawia o przemieszczaniu, podróżach, mieszkaniu w innych miejscach niż polska. Oboje lubimy podobną muzykę, interesują nas podobne tematy i planujemy ze sobą współpracować. Pierwsze efekty naszej współpracy już 1 lipca, porozmawiamy o naszych radiowych początkach i przygodach. Kolejne Na obrzeżach 15 lipca. 

W ostatniej wtorkowej audycji posłuchaliśmy idealnych piosenek na początek lata.

1. Da Souza - Pedres i pals (Salsa agredolça)
2. Da Souza - Un punt blau (Salsa agredolça)
3. Mauvais Œil - Mektoub (Mektoub)
4. MLDVA - Gul Ahmet (Gul Ahmet)
5. Los Bitchos - Turkish Delight (The Link is About to Die)
6. Firewater - Strange Life (International Orange)
7. Romano - MaNiya (رومانو)
8. Nu Guinea - Ddoje Facce (Nuova Napoli)
9. Owiny Sigoma Band - I Made You/You Made My (Nyanza)
10. Balkan Beat Box - Kabulectro (Blue Eyed Black Boy)
11. Riff Cohen - Marrakesh (À la menthe)
12. débruit/Alsarah - Jibal Alnuba (Aljawal)
13. débruit - Kaciyorum (débruit & Istanbul)
14. A Hawk and a Hacksaw - No Rest for the Wicked (Cervantine)
15. Menahan Street Band - The Contentder (Make the Road By Walking)

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 VI 2020



10 tysięcy kilometrów po Afryce - tyle mniej więcej zrobiliśmy w ostatniej audycji. Od Malawi przez Dżibuti po Mali. 10 tysięcy kilometrów - to tyle ile z Warszawy do Władywostoku. Posłuchamy różnych stylów, rytmów i epok. Bo Afryka to nie monolit, ale fascynujący, złożony i różnorodny kontynent. Sama muzyka, bez zbędnych słów.

1. WILD/LIFE - Kolega (Maloto/Dreams)
2. Gasper Nali - Olemera (Zoona Malawi)
3. Madalitso Band - Mita (Wasalala)
4. Groupe RTD - Uurkan Kaadonaya (I Want You) (Dancing Devils of Djibouti)
5. Sahra Halgan - Hiddo (Waa Dardaaran)
6. Sahra Halgan - Caaqil (Waa Dardaaran)
7. Kwi Bamba & L'orchestre de Gama Berema - Logouno ka nougé (Kwi Bamba & L’orchestre de Gama Berema)
8. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de L'I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko Tioko)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Ignorance (11th Street, Sekondi)
10. Isaac Birituro and The Rail Abandon - Yesu Yan Yan (Kalba)
11. Le Kéné-Star de Sikasso - Hodi Hu Yenyan (Le Kéné-Star de Sikasso)

piątek, 5 czerwca 2020

To jest ten dzień, kiedy trzeba wydać pieniądze



Kolejny dzień, w którym Bandcamp zrzeka się swojej prowizji (będzie jeszcze taki jeden, w pierwszy piątek lipca) i co za tym idzie, kolejny przewodnik po płytach, na które warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze.

Czerwcowy Bandcamp Day jest wyjątkowy również dlatego, że w Stanach trwają masowe protesty przeciwko brutalności policji i systemowemu rasizmowi. 19 czerwca Bandcamp cały swój przychód przekaże na organizacje działające na rzecz równości rasowej, ale - i bardzo dobrze - wielu artystów i wytwórni zaangażowało się także dzisiaj, przekazując swoje zyski na rozmaite NGOsy. Nie tylko Amerykanie biorą w tym udział, chyba połowa polskich mikrolabeli także (ich pełną listę znajdziecie tutaj). Ich warto wesprzeć w pierwszej kolejności.

A teraz wyliczanka, którą zaczynamy od Bongo Joe, którzy wypuścili specjalną kompilację pomocową, singiel YIN YIN, kasetową wersję kompilacji z raï z lat 90. (i doprawili to również kasetowym mikstejpem). Coastline Northern Cuts wydali nowy album Tropical Soldiers in Paradise i jeśli przeczytaliście moją recenzję, wiecie, co macie robić. Nową płytę wydał jeden z moich ulubionych polskich duetów, Borowski/Miegoń. Tym razem w trio, z pomocą Joanny Kucharskiej i przenoszą się znad morza do polskich lasów i puszczy. Jak już jesteśmy przy duetach, które grają w trójkę, Diomede z Hubertem Zemlerem nagrali wspaniałe Przyśpiewki

Sarmacja przeniosła się z Astigmatic Records do Byrd Out, a Jazda Polska jest jeszcze lepsza niż Tutejsi. Skoro mowa o Astigmatic, może jeszcze zdążycie kupić footworkowy mikstejp Bennelux. Sahel Sounds do kolejnego mikstejpu Mdou Moctara dorzucają preorder nagrań rytualnej muzyki z południowego Nigru. Crammed Discs dzisiaj wydali taneczny debiut Zenobii, palestyńskiego duetu elektro, a na za tydzień zapowiadają Nihiloxikę, zespół łączący ugandyjskich bębniarzy i brytyjskich producentów - obie płyty warto mieć. Basy Tropikalne wchodzą w singeli dzięki epce Maria Swaggi i DJa Silili. Mój ulubiony Urugwajczyk, Juan Wauters, wyciągnął z szuflady piosenki, które nie zmieściły się na La Onda de Juan Pablo. Patryk Zakrocki już wychodzi z pandemii

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych Nagrań, Nagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


czwartek, 4 czerwca 2020

Nadwiślańskie tropiki


Jednym z ważniejszych dla mnie trendów ostatnich lat jest "fałszywa egzotyka", budowanie odległych, powidokowych obrazów tropików, wszczepianie niezachodnich rozwiązań w zachodnią muzykę, tworzenie glokalnego (globalnego i lokalnego jednocześnie) amalgamatu. Wiodą w tym Francuzi i Holendrzy, u nas jest z tym trochę gorzej - poza Gaijin Blues i solowymi nagraniami Naphty czy Javvą nie bardzo jest w czym wybierać.

Do tego skromnego grona dołączył dwa lata temu warszawski sekstet Tropical Soldiers in Paradise i na tej wąskiej ławce rozpychają się coraz szerzej. Debiutancka kaseta, wydana w Dreamland Syndicate sygnalizowała, że to może być bardzo dobra ekipa. Na żywo widziałem ich raz, gdy supportowali Sun Araw. Był luty, a oni grali tak, jakby lipiec nigdy się nie skończył.

Od takich zespołów, jak YIN YIN czy równie tropikalne Los Bitchos Tropikalsów różnią fundamenty. O ile ci pierwsi swoje geograficzne peregrynacje opierają na psych rocku, o tyle u źródeł muzyki warszawiaków leży oldskulowy hip hop z ciężką stopą i retro soul w duchu Menahan Street Band. Dlatego jest to muzyka muzyka jednocześnie tropikalna i wielkomiejska. Powolna i pełna życia. Przed oczami mam pełne, nadwiślańskie bulwary, duchotę miejskiej dżungli, monsunowe deszcze, ciepłe lipcowe noce na Placu Grzybowskim.

Tropikalsi konsekwentnie budują swoją opowieść na II, nigdy nie przywiązują się do żadnego konkretnego miejsca czy lokalnego stylu. Są między Port of Spain, Harlemem, Warszawą a Akrą. Ksylofon kieruje skojarzenia w kierunku muzyki zachodnioafrykańskiej, podobnie jak charakterystyczne frazowanie gitary w Delcie. Ten utwór to zresztą Tropikalsi w pigułce - jest i karaibskie bujanie, soulowe dęciaki, jest i miejsce na psychodeliczny odlot. Równie emblematyczna jest Kodama, która tytuł bierze od japońskich duchów zamieszkujących stare drzewa, niespieszna, prowadzona przez meandrująca partię trąbki. W Greenland w pewnym momencie pojawiają krakeby, kojarzone przede wszystkim z marokańską gnawą. I tak plotą z różnych elementów swoją opowieść-podróż.

Nie może być jednak zbyt pięknie, cała podróż kończy się na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci, jakby chcieli podkreślić, że nie ma miejsca na Ziemi, które nie byłoby dotknięte choćby w pośredni sposób przez działalność człowieka. Dziewicza natura to tylko miraż, rozpływający się, gdy tylko wybierzemy się do "niezdobytych" miejsc, na krańce świata. To prawdziwy smutek tropików.


wtorek, 26 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 V 2020


Poskakaliśmy sobie po mapie, zaczęliśmy w Iranie do niego wróciliśmy, zahaczając po drodze o Haiti i Belgię, Hiszpanię, Francję, Grecję, Cypr i Bośnię. Poopowiadałem o nowościach i trochę o żelaznych klasykach.

1. Mohammad Reza Shajarian & Kayhan Kalhor - Lover's Plight (Night, Silence, Desert)
2. Chouk Bwa & The Ångstromers - Sali Lento (Vodou Alé)
3. Chouk Bwa & The Ångstromers - Odjay - Nati Kongo (Vodou Alé)
4. Marion Cousin & Kaumwald - Las bodas de Inesilla y el Brillante (Tu rabo par'abanico)
5. Rodrigo Cuevas ronda a Raül Refree - Arboleda bien plantada (Manual de cortejo)
6. Trio Tekke - Rotten luck / Γκαντεμιά (Strovilos)
7. Xylouris White - Black Peak (Zebulon April 22 2019)
8. Damir Imamović - O bosanske gore snjezne (Singer of Tales)
9. Bijelo Dugme - Đurđevdan je, a ja nisam s onom koju volim (Ćiribiribela)
10. Sote - Moscels O (Moscels)


środa, 13 maja 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 V 2020


Całą godzinę spędziliśmy w tropikach - tych prawdziwych, i tych wyimaginowanych. W programie: jazzy z Dżibuti, Karaiby i Indochiny w Paryżu, premierowe Basy Tropikalne z Tanzanii, etiopska klasyka, słoneczna Szwecja, polsko-malawijsko-rwandyjsko-tanzańska współpraca ponad podziałami (wydana wspólnymi siłami 1000Hz i Mik Musik) oraz prawdziwy rarytasik - absolutna premiera dwóch kawałków kotów z Tropical Soldiers In Paradise.

1. Daniel Ögren - Hjälmarsfjorden (Fastingen​-​92)
2. Tropical Soldiers in Paradise - Chinatown (II)
3. Phat Dat - Trust in Me (Culture Shock)
4. Phat Dat - The Wish to Cry (Culture Shock)
5. Groupe RTD - Raga Kaan Ka’Eegtow (The Dancing Devils of Djibouti)
6. Hailu Mergia & Walias Band - Lomi Tera-tera (Tche Belew)
7. Wild/Life - Motho (Smoke & Burn / Motho)
8. Mario Swagga & Dj Silila - Usinichukulie Poa (Don't Take Me For Granted) (Mapenzi Digital)
9. Mario Swagga & Dj Silila - Kibampani (COQUNGELI)
10. Cléa Vincent - Poupée canapé (Tropi​-​Cléa 2)
11. Tropical Soldiers in Paradise - Delta (II)

piątek, 8 maja 2020

Z miast i wsi


O tej kompilacji mówiłem już w poprzedniej audycji, ale to zbyt ważna rzecz, by wspomnieć o niej tylko raz.

Egipt w powszechnej świadomości funkcjonuje jako kraj Piramid w Gizie i kurortów nad Morzem Czerwonym. Luka Kumor na debiutanckiej kompilacji swojego labelu JuJu Sounds pokazuje Egipt jako skomplikowaną mozaikę społeczną, etniczną i kulturową. W końcu to kraj dwóch kontynentów, leżący na skrzyżowaniu Azji i Afryki.

Z licznych podróży i spotkań Kumor wybrał dziewięć. Od zespołu Abadba z okolic Asuanu po obchody sufickiego święta w Kairze. Nagrywał Kuszytów, Fellahów, Domów, rybaków i marynarzy z Port Said. Choć to tylko dziewięć nagrań, udało mu się pokazać Egipt w bardzo szerokiej perspektywie. Ten miejski i ten wiejski. Świadomie spotykał się z mniejszościami pielęgnującymi własne tradycje, spotkanie z Shabab il Nasr z Suezu porównuje do Buena Vista Social Club, bo to tak samo świadkowie świata, którego już nie ma. I ten smutek własnie u nich słychać najbardziej, tę świadomość bycia reliktem.

Każdemu z tych nagrań towarzyszy opowieść, co wydaje się oczywiste, ale takim nie jest. Vincent Moon czy Sublime Frequencies często zostawiają muzykę bez żadnego komentarza. Dzięki zdjęciom i komentarzom, artyści zyskują na indywidualności, nie są tylko kolejnymi muzykami, ale osobami z krwi i kości.

Nie znika w tym muzyka, to ona jest ciągle najważniejsza. Najpiękniej zabrzmieli marynarze z Port Said, których chóralne śpiewy prowadziła lira, skupieni i hipnotyczni Fellahowie mieszkający w Delcie Nilu, muzyka Nubijczyków z Kumuz sprawia, że oczami wyobraźni widzę gwiazdy nad Nilem, a szaleńczy suficki karnawał to już prawie rejony dzikich imprez z EEK i Islam Chipsy. Nie przegapcie tej kasety.

wtorek, 5 maja 2020

Muzyka pod mikroskopem



Malediwy z archipelagiem o tej samej nazwie nie mają nic wspólnego. To raczej małe dziwy, muzyka oglądana i tworzona pod mikroskopem, z malutkich dźwięków, odprysków i pozornej przypadkowości.

Nie mogli chyba dalej odejść od debiutu. Afroaleatoryzm był zapisem koncertu Kuby Janickiego i Marka Pospieszalskiego w bydgoskim Mózgu, gdzie ten pierwszy spędził całe swoje zycie. Grali wtedy ekstatyczny, akustyczny free jazz z silnymi wpływami muzyki zachodnioafrykańskiej. Momentami wydawało się, jakby chcieli odrzeć afrobeat i highlife do samego szkieletu i dać go do zagrania Peterowi Brotzmannowi. Efekt był nerwowy, ale wciągający.

Po dwóch latach Lagos i Sztokholm zamienili na Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Na Dolce Tsunami wchodzą bowiem w świat muzyki elektroakustycznej. Amplifikują swoje instrumenty - perkusję i saksofon - robiąc z nich generatory szumów, trzasków i innych niemuzycznych dźwięków. Chociaż to nie do końca tak. Dla nich muzyką naprawdę może być wszytko i właśnie temu podejściu hołdują na Dolce Tsunami. Mozolnie z tych niewielkich dźwięków budują czasem free jazzowe wariacje, czasem złożone struktury. Czasem trudno stwierdzić, czy dźwięki są przetwarzane, czy już syntetyzowane, saksofon momentami brzmi bardziej jak modular. Choć nagrywali w studiu, nie ma w tej muzyce zimnej precyzji czy mechaniczności. Mimo drapania mózgu szorstkimi dźwiękami, jest dokładnie jak w tytule - to słodkie tsunami.

Mówią, że inspirowali się strukturalnym podejściem soundartu, ale ja słyszę bardziej echa podejścia Lado ABC (wydawcy ich debiutu). Z jednej strony stawiają na dziwność i pozorną nieprzystępność, a z drugiej w tej ciepłej, analogowej masie przemycają bardzo ładne fragmenty, jak Marciale Ballabile. Z Lado łączy ich też specyficzny humor - od beztrosko opisowych i czasem absurdalnych włoskich tytułów przez nawiązującą do starych nagrań klasyki oprawy graficznej do konstrukcji samych utworów, balansujących na granicy rozpadu, ale tak naprawdę doskonale przemyślanych.

A może tą oprawą graficzną sugerują, że ich muzyka jest pomiędzy. Równie dobrze sprawdziłaby się podczas kameralnych koncertów eksperymentalnych w Mózgu czy Młodszej Siostrze, ale tak samo na miejscu wypadłaby chociażby na Sacrum Profanum.


piątek, 1 maja 2020

Kup pan płytę (albo dziesięć)



Warto dzisiaj - mając możliwości, oczywiście - kupić na Bandcampie kilka płyt. Serwis ponownie na jeden dzień zrzeka się prowizji (i od razu powtarza, że akcję powtórzy w pierwszy piątek czerwca i lipca). Przy poprzedniej takiej akcji, 20 marca, muzycy zarobili ponad 4 miliony dolarów, a serwery Bandcampa nie wytrzymały oblężenia i serwis bardziej nie działał niż działał.

Tym razem wygląda na to, że Bandcamp lepiej się przygotował na wzmożony ruch i dał też wytwórniom i artystom czas nie tylko na wygrzebanie rarytasów z archiwów, ale przygotowanie zupełnie nowych wydań. Przed wami mój szybki (i aktualizowany) szybki przegląd rzeczy wartych zakupu.

Mondoj właśnie zapowiedział premierę nowego albumu Piotra Kurka i to była pierwsza płyta, którą dzisiaj kupiłem. Outlines w swojej serii grooves dwunastą taśmę, ale z powodu pandemii udostępnia ją na razie jedynie cyfrowo, i tak warto. Bongo Joe Records uruchomili preorder reedycji klasycznego albumu Pedro Limy z Sao Tome i Principe. Deerhoof przygotowali album niespodziankę. Javva udostępniła epkę live, a Xylouris White udostępnili cały koncert. Oba te składy to sceniczne bestie, nie wahajcie się ani minuty.

Bardzo dobry trzeci album wydał Gaap Kvlt, zawsze warto wspomóc Opus Elefantum Collective, tym bardziej, że drugi album Astrokota jest tak wspaniały, jak jego kocia okładka (nieśmiało sugeruję jakiś merch, nosiłbym jak zły). Tak samo ciekawe rzeczy (w dobrej cenie) wydają Nagrania Somnabuliczne. Coastline Northern Cuts oferują zestaw wszystkich swoich płyt i dla samego winyla Malediwów (recenzja już wkrótce, obiecuję) warto. Małgola, No nagrała swój pierwszy album po polsku, który zapowiada się wybornie. Wspieranie Canary Records, Ored Recordings i Sahel Sounds, Naszych Nagrań, 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek.

Update:

Discrepant do każdego zamówionego winyla dorzuca drugi do wyboru (ale sprzed 2020), Tomek Mirt z kolei do winyli dorzuca Random Soundtrack lub Bacchus Where Are You?, a do CD jakikolwiek kompakt ze swojego przepastnego katalogu. Hallow Ground przygotowali zestawy płyt z - to ważne - darmową wysyłką.

wtorek, 28 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 28 IV 2020


Choć restrykcje zostały poluzowane, na zagraniczne wypady nie ma na razie szans. Dlatego dzisiaj jeszcze głębiej niż zwykle zanurzymy się w muzyce "stamtąd". Posłuchaliśmy miejsc, do których było trudno dotrzeć również przed pandemią. W programie same nagrania terenowe z Mali, Egiptu, Abchazji, Kałmucji, Senegalu, Krymu i Szydłowca. W tym premiera radiowa fragmentów Mono Egypt, pierwszej kompilacji nagrań JuJu Sounds (o których już niedługo coś więcej) oraz dużo ciepłych słów o Ored Recordings, Sahel Sounds, Petites Planetes i In Crudo.

1. Ensemble Maqam - Bahçalarda kestane (TRACES OF CRIMEA • Ensemble Maqam live in the Khans' palace of Bakhchisarai)
2. Alkibar Junior - Adouna (Music from Saharan WhatsApp 04)
3. Lewlewal de Podor - Ziarre (Yiila Jam)
4. Tidiane Tham - Dannibe (Siftorde)
5. Mizmar, Aswan (Mono Egypt)
6. Shabab il Nasr, Port Said (Mono Egypt)
7. Nikolas & Konstantinos Singerov - Εγω΄ κε ερχουμε και εσυ΄ παραμερι΄σμε (Pontic Greeks from Abkhazia)
8. Tatiana Dordzhieva + Maria Beltsykova - Erdnin Haalga (Song about a girl called Erdnin Haalga) (Kalmykian Archaic and Soviet Folk)
9. Sonya Shavtikova - Нахва йбзибара (Red East: Abaza Lovesongs)
10. Marian Bujak - Polka Żydóweczka (Marian Bujak z Szydłowca - portret skrzypka)
11. Ababda, Upper Egypt (Mono Egypt)

piątek, 24 kwietnia 2020

Głos żurawi




O Zabelle Panosian przypomniałem sobie, czytając Księgę szeptów Varujana Vosganiana. W jednej ze scen tej poruszającej opowieści Garabet Vosganian, dziadek autora wyjmuje skrzypce i śpiewa Grunk, Żurawia starą ormiańską piosenkę. Daleko są od gór Araratu i jeziora Van, osiadli w rumuńskiej Mołdawii. Cudem ocaleni z masakr, pogromów i wreszcie ludobójstwa. W Fokszanach, sennym miasteczku dorastał Varujan otoczony “starcami swojego dzieciństwa” i chłonął ich historie, które później spisał.

Jeszcze dalej od Armenii uciekli rodzice Zabelle Panosian. Najpierw do Irlandii, a potem, w 1907 roku, do Stanów Zjednoczonych. Tam Zabelle zamieszkała w Bostonie, wyszła za mąż i zaczęła śpiewać w chórze miejskiej opery. 10 lat później nagrała kilka piosenek dla Columbia Records. Pierwszą był właśnie Żuraw, zapisywany tym razem jako Groung. Śpiewając ją, Zabelle musiała wiedzieć, co się działo w Imperium Osmańskim od dwóch lat. Może dlatego jej sopran w tym i innych nagraniach brzmi tak żałobnie. Może tez z tego powodu wybrała do zaśpiewania również Mir Khar Babge Kereznam, Głęboki grób mojego ojca, przeszywający do szpiku kości lament. Żuraw był pierwszym i największym przebojem Zabelle, Columbia wznawiała go aż do 1931 roku, dopóki nie przestała wydawać muzyki ormiańskiej.

Po latach o zapomnianej Panosian przypomniał nie kto inny, jak wspominany już przeze mnie kilkakrotnie Ian Nagoski, archiwizator zajmujący się muzyką imigrantów w Stanach. Żuraw po raz pierwszy pojawił się na jego kompilacji To What a Strange Place, później wykonywał go Kronos Quartet. Zabel dożyła 96 lat, zmarła w 1986 w zapomnieniu. Zostało po niej kilka zdjęć i kilkanaście piosenek.

Żuraw w tej pieśni nie prowadzi do domu. Nie przynosi tej wieści z ojczyzny, bo tej już nie ma. Domy zostały zostały zburzone, mieszkańcy wypędzeni i wymordowani. Jedyne, co przynosi, to wspomnienia i ból.


czwartek, 16 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 14 IV 2020



Są tacy, którzy mówią, ze rytm jest wszystkim. I to właśnie sprawdziłem w tej audycji. Od irańskich i tureckich eksperymentów przez indonezyjski trad-pop po szaloną wiksę z Mali i RPA. Bębny, automaty, z rzadka inne instrumenty.

1. Mentrix - Dreams (My Enemy, My Love)
2. Mohammad Reza Mortazavi - Taken by the Wind (Ritme Jaavdanegi)
3. Mohammad Reza Mortazavi - Dancing Eleven (Ritme Jaavdanegi)
4. Cevdet Erek - Flow 1 (Davul)
5. Hubert Zemler - Dji (Gostak & Doshes)
6. Group Gentra Madya - Sambal Lada (Hot Chilli) (Malam Minggu : Saturday Night in Sunda)
7. Nihiloxica - Tewali Sukali (Kaloli)
8. Kalbata ft. Tigris - Vanrock (Vanrock)
9. DJ Diaki - Mix Introu 1 (Balani fou)
10. Menzi - QGM Dance (Impazamo)
11. Chouk Bwa & The Angstromers - Move Tan (Vodou Alé)



środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


piątek, 27 marca 2020

Na kwarantannie


W Dwutygodniku piszę o koncertach w czasach… dobrze wiecie, jakich. Ostatnie dwa tygodnie nie tylko spędziłem w zamknięciu, ale też śledziłem różne inicjatywy koncertów w sieci. Z tych najbardziej swoim rozmachem ujęły mnie Soundrive Online Festival (który jeszcze trwa, jutro finałowe koncerty Siksy i Woshka/Khris) i hiszpański Cuarentena Fest, który kończy się dzisiaj. A to dopiero początek, festiwale streamingowe rosną jak grzyby po deszczu.

O tym, że Hiszpanie w przeciwieństwie do Włochów grających i śpiewających na balkonach, część koncertowego życia chcą przenieść do sieci i zrobić onlajnowy, streamingowy festiwal, dowiedziałem się dzięki Oli, warszawskiej specjalistki od hiszpańskiego i fińskiego indie (koniecznie sprawdźcie jej dwie audycje w Radiu Kapitał). Żadna nazwa z lineupu nic mi nie mówiła. Zdałem się na ślepy los.

Pierwszy koncert na Cuarentenie zachwycił mnie od pierwszych chwil. Planowałem go oglądać jednym okiem, ale się nie dało. Miałem jakieś wyjątkowe szczęście, albo po prostu Hiszpanie robią świetny indie pop. W każdym razie nadająca ze swojego madryckiego mieszkania, obstawiona klawiszami, z roślinami za plecami, Caliza zagrała urzekająco naturalnie, co tylko uwypukliło jej ładne piosenki. Możliwe, że streamingi ze swoimi ograniczeniami, pomagają wybrzmieć piosenkom, bo nie ma się za czym kryć. Grała utwory ze swojego jak na razie jedynego albumu Mar del Cristal. Syntezatorowy pop Hiszpanki od razu skojarzył mi się z piosenkami Sobrenadar, są podobnie rozmyte i oniryczne. Szczęście miałem podwójne, bo od razu zagrała Call of Duty, który od razu stał się moim prywatnym przebojem. Tak, jak i Mil Piedras i prawie wszystkie pozostałe piosenki z Mar del Cristal.



Drugim największym odkryciem festiwalu jest dla mnie Evripidis & His Tragedies, czyli Evripidis Sabatis, Ateńczyk, który swoim domem nazywa Barcelonę. Wcześniej śpiewał po angielsku, ale na ostatnim albumie Μια Τρίτη στην Καντίνα wrócił do greki. Może dlatego jego słoneczny pop wydaje się jeszcze bardziej wakacyjny. Jego koncert był bardziej performatywny od w sumie skupionego występu Calizy. Może dlatego, że Evirpidisowi towarzyszył jego partner Marc Ribera, kamerzysta (i jak się okazało później, pilarz), dzięki czemu mógł się skupić na występowaniu i tańczeniu po mieszkaniu. I znów, jak w przypadku Calizy, muzyka Evripidisa zauroczyła mnie od pierwszych dźwięków.



Widziałem jeszcze kilkanaście koncertów, codziennie coś się dzieje nie tylko na Cuarentenie, kwarantanna nie pozbyła problemu nadmiaru i ciężkich wyborów, z których najmilej wspominam ten Pavvli. Ponownie uroczo amatorski, widać, że muzycy uczą się tej formy wirtualnego obcowania z widzami, że trzeba inaczej utrzymywać uwagę, nie widząc ich. A jednak taka intymna obecność to coś odświeżającego, może do łask wrócą małe, kameralne koncerty, gdy to wszystko się już skończy. Choć, oczywiście, możemy się obudzić w rzeczywistości, kiedy na koncerty w realu będą mogą sobie pozwolić najwięksi, a najmniejszym zostanie tylko internet.

środa, 18 marca 2020

Stabilna prowizorka




Melati Malay pochodzi z Indonezji, z najludniejszej wyspy świata, Jawy, Mieszka w Nowym Jorku, gdzie gra w indiepopowym zespole Young Magic. Przynajmniej raz w roku wraca na rodzinna wyspę. W 2018 roku w podróż wybrali się z nią nowojorscy koledzy Tristan Arp i Kaazi. Niedaleko rodzinnego domu Melati i jej dwóch towarzyszy rozstawili studio. Tymczasowe, tak jak tymczasowa miała być ich muzyka.

Melati już w Young Magic czerpała ze swojej rodzimej tradycji (ale nie tylko jej, razem z pochodzącym z Australii Isaakiem Emmanuelem sięgali po różne sample muzyk tradycyjnych z całego świata), czego kulminacją był wydany trzy lata temu Still Life. Z Asa Tone kontynuuje ten kierunek, ale w dużo mniej przebojowy sposób. Temporary Music stoi na rozstaju między zachodnimi eksperymentami, post-minimalizmem, ambientem a jawajską gamelanową tradycją. Skonstruowana przez nich hybryda jest bardzo naturalna, znajdowanie wspólnych mianowników między - wydawałoby się - odległymi idiomami przychodzi im niezwykle łatwo. Nie tylko dlatego, że post-minimalizm dużo zawdzięcza muzykom niezachodnim. Malay, Arp i Kaazi starają się traktować wszystkie elementy tak samo. Oczywiście, to muzyka zachodnia, ale wchodząca w dialog z gamelanem, czerpiąca z niego rytmiczne struktury czy brzmienia. Nigdy jednak nie ma wrażenia, że ten drugi element jest wciskany na siłę czy egzotycyzowany. Syntezatory i metalofony brzmią ze sobą harmonicznie, dopełniają się. Ich połączenie brzmi bardzo naturalnie.

Asa Tone grają muzykę, pełną zapętleń, powtórzeń motywów i fraz. W  ucieczce od nudy pomaga fakt, że mają zmysł do ładnych, kojących melodii. To muzyka jednocześnie wielkiego miasta, jak i samego serca lasu tropikalnego. Pełna spokoju i wytchnienia, ale gdy trzeba dynamiczna. Trochę kalejdoskopowa. Jedyne, czego trochę szkoda, to to, że utwory są krótkie, że nie pozwalają im się rozwinąć, popłynąć w nieznane. Zostawiają po sobie nieznośny niedosyt, zbyt szybko przerywają narrację.

Zgodnie z tytułem, Temporary Music można by potraktować jako wprawki, nieukończone szkice. W końcu powstały w kilka dni podczas improwizowanych sesji, z których później już w Nowym Jorku wykroili najciekawsze fragmenty. A jako wprawki można by je łatwo przeoczyć. To byłby błąd, choć nie jest to płyta idealna, warto się w nią wsłuchać i odpocząć od zgiełku codziennego życia.



wtorek, 17 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 III 2020


Dzisiaj było zdecydowanie mniej gadania niż muzyki, dlatego zmieściło się aż 12 i kawałek piosenki. Trochę marcowych nowości, sporo grania z singli. Wszystko pełne lata i radości, bo rzeczywistość jaka jest.

1. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
2. Marina Satti - Mantissa (Mantissa)
3. Mauvais Œil - Salam Salomé (Salam Salomé)
4. Baharat - On the Way to Wedding (The Egyptian)
5. Los Bitchos - Pista (The Great Start) (Pista (The Great Start))
6. Los Bitchos -  Frozen Margarita (Pista (The Great Start))
7. Mameen 3 - Kudreda (Kudreda)
8. Mameen 3 - Mamermaids (Kudreda)
9. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Hoş Geldin (Peeping Through The Porthole)
10. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Group Martini's Theme (Peeping Through The Porthole)
11. Konstantinos Aigiros - Ximeromata (To Kati Parapano)
12. Yumi Zouma - Southwark (Truth or Consequences)
13. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko-Tioko)

piątek, 13 marca 2020

Morska muzyka



Kocham morze. Stały rytm fal, przypływów i odpływów ma w sobie coś uspokajającego hipnotyzującego, ale też każde uderzenie fal o kamienie przypomina, że chwilowy spokój może zmienić się w niszczycielski żywioł. Nawet takie małe, niewydarzone i zimne jak Bałtyk. A może właśnie dlatego, że jest takie nietypowe, lubię je szczególnie. Najbardziej po sezonie, kiedy nawet Gdynia zapada w letarg. Miejska plaża i bulwar nadmorski w lecie pełne tak, że ledwo da się przejść, w listopadzie czy grudniu są prawie wymarłe. Zresztą, gdy jest gorąco i tłoczno, też to miasto uwielbiam.

Między innymi dlatego tak bardzo lubię Kiev Office, zespół będący emanacją Gdyni, a teraz i całego Pomorza. Już tytuł ich siódmego albumu, Nordowi Môl, wyznacza nowy kierunek, po raz pierwszy bezpośrednio sięgają do kaszubszczyzny. A to dopiero początek. Jeszcze wyraźniej niż wcześniej kierują się ku lokalności, wyciągają zapomniane historie, inspirują się historią regionu i dziewiętnastowiecznymi reportażami o życiu helskich rybaków. Michał Miegoń w dwóch utworach sięga po diabelskie skrzypce, kaszubski instrument ludowy, używany kiedyś przede wszystkim w obrzędach. Wreszcie, słychać też kaszubski, co prawda tylko w jednym fragmencie, ale to interpretacja ludowej piosenki. Na tym etapie powinniście wiedzieć, że jestem kupiony.

Nie chodzi o to, że Miegoń, Lewandowski i Wroński przebrali się w ludowe stroje, rzucili gitary w kąt i udają, że jest ten XIX wiek. Oni po prostu poszerzyli swoje inspiracje, ale nadal grają bardzo współczesny rokendrol. Trochę w tym post-punku, trochę lokalnej, trójmiejskiej sceny, szczypta noise rocka. Chyba też dali sobie więcej swobody, wydłużyli piosenki, wprowadzili miejsce na instrumentalne, momentami ilustracyjne pasaże czego apogeum jest w najlepszym fragmencie płyty, ponaddziesięciominutowej Abrazji. Zanurzyli się w Bałtyku po uszy. Jeszcze bardziej niż wcześniej w każdym dźwięku słychać wiatr od morza. Skąpane w echach gitary raz brzmią jak delikatna bryza letnim wieczorem na molo w Orłowie, innym razem to wiuga przynosząca sztorm i fale podcinające redłowski klif.





Trudno nie pisać o Nordowim Môlu bez chociażby wspomnienia o innej emanacji gdyńskości, Lonker See. Oba zespoły łączy wiele, od podobnego zakochania w rodzinnym mieście, przez Joannę Kucharską, która opuściła Kiev Office, by w całości skupić się na Lonkerach, podobny ładunek psychodelii, aż do wspólnych płyt Michał Miegonia i Bartka Borowskiego, lidera Lonker See (Jellyfishes Diary, choć ma już siedem lat to niedościgniony wzór morskiej muzyki).

Lonker See (nazwę biorą od Jeziora Łąkiego) bardziej niż na morze patrzą na kosmos i wychodzi im uduchowiony space rock ze sporą dawką jazzowych improwizacji. Tak przynajmniej było do tej pory, bo Hamza to bardziej przyziemne, osadzone na solidnych riffach granie. Jeszcze nie piosenkowe, ale już nie oparte tylko na improwizacji. Lonkersi w przeciwieństwie do Kiev Office nakładają na siebie ograniczenie szaleństwa. Pozwalają sobie na pewną przebojowość. No, przebojowość w kontekście do ich wcześniejszych odjazdów, bo takie Open & Close to Lonker See w pigułce - od melodii do hałasu przez jazzowe odloty.

Gdynia dosłownie pojawia się tylko raz, w tytule jednego utworu, ale nie da się zapomnieć, że Lonker See powstali na gruzach najbardziej gdyńskiego zespołu, 1926. Słychać w tej muzyce stocznię i port, przed oczami mam niebo pocięte trakcją trolejbusową i maszty żaglowców. Lonker See przenoszą swoje miasto w psychodeliczny świat, gdzie niebo ma wiecznie barwę taką, jak tuż po zachodzie słońca, a morze mieni się tysiącem barw.

Tęskno mi nad morze.