Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Rozdzierające wezwanie do działania

Martin Kanja, ekswokalista Dumy (bardzo mnie zasmuciła wiadomość o rozpadzie tego duetu) wydał kilka dni temu solowy debiut. Nadal ekstremalny brzmieniowo, można nawet bardziej niż Duma, ale tym razem w centrum jest pozytywność, walka z dyskryminacją, nawoływanie do wiary w siebie. Jak to możliwe i jakie wydarzenia za tym stoją? Opowiedział mi w Bandcamp Daily.

czwartek, 8 października 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 X 2020

W ostatnim odcinku było mało słów, mało utworów i bardzo dużo muzyki prezentujących różne oblicza transu z trzech kontynentów.

1. Praed Orchestra! - Embassy of Embarrassment (Live in Sharjah)
2. Radical Polish Ansambl - Tiers Monde (Radical Polish Ansambl)
3. Maalem Mahmoud Gania - La Ilha Illa Allah (Aicha)
4. Baba Zula - Kücük Kurbaga (Hayvan Gibi)
5. KMRU - Insubstantial (Peel)

czwartek, 3 września 2020

Jądro ciemności


Szaleństwo singeli, ekstremalność grindcore’u i black metalu, niezmorodowana taneczność techno, punkowy wkurw, zaduma ambientu - z tego karkołomnego połączenia powstała jedna z najciekawszych tegorocznych płyt.

Sam Karugu i Martin Khanja znają się od czasów liceum, obaj wsiąkneli w niewielkie, acz prężne metalowe środowisko w Nairobi. Obaj grali w rożnych zespołach, odkrywali kolejne nurty i podgatunki, aż w 2016 roku Khanja zwrócił się w stronę muzyki elektronicznej, nie zapominając o swoich metalowych korzeniach, a trzy lata później na festiwalu w Botswanie zespoły ich obu miały zagrać swoje koncerty. Pech (a może szczęście) chciał, że zespół Khanji nie dojechał, więc gitarzysta-producent zaprosił swojego kolegę wokalistę na improwizowany set. I tak to się zaczęło.

Powstali trochę z przypadku, ale przypadkiem nie jest, że wydaje ich Nyege Nyege Tapes, czołowy propagator eksperymentalnej, niezależnej muzyki elektronicznej z Afryki Wschodniej. Choćn nawet jak na ich standardy to jest to muzyka nietypowa i wymykająca się szufladkowaniu.

Duma w języku kikuyu znaczy ciemność. To dobra nazwa, bo duet wybiera się na poszukiwania jądra ciemności. Znajdują je w muzyce i swoim otoczeniu. Z jednej strony sięgają po brzmienia akustycznych bębnów, podbijają je elektroniką, sprawiając wrażenie uczestnictwa w jakiejś dziwnej ceremonii, gdzieś daleko od miasta. Z drugiej, pędzą na złamanie karku, Khanja wykręca bity rodem z tanzańskiego singeli, przy którym footworkowe 180 bpm to tempo spacerującego staruszka. Dochodzi do tego szorstkość, ostrość industrialu, naprzemienne krzyki i growle. Duma chcą szokować, a w świecie borykającym się z nadchodzącą katastrofa klimatyczną, wykończonym późnym kapitalizmem,to zadanie niełatwe. Zrezygnowani i rozczarowani Nairobi, brakiem perspektyw i marazmem, brakiem zainteresowania, zmęczeni normami rządzącymi miejskim, kenijskim społeczeństwem, Duma wpadają momentami w groteskę czy pretensjonalność, ich buńczuczne wypowiedzi z wywiadów, czasem wywołują uśmiech, ale są w tym swoim gniewie bardzo autentyczni.

Do tej pory we wszystkich recenzjach są wrzucani do metalu. Nietypowego, ale jednak. To chyba nie do końca prawda. Dużo tu elektroniki, dużo plemiennych czy klubowych, synkopowanych rytmów. W swojej bezkompromisowości i w zasadzie oszczędnym brzmieniu, bezwstydnie skromnym, ale niezwykle intensywnym, przypominają mi trochę wczesne Crystal Castles. Emanują tym samym poczuciem beznadziei. Dlatego chyba bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że Duma grają punk, zbrutalizowany, elektroniczny, ale esencjonalny. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku.

Najciekawsze, najbardziej niepokojące momenty to te, gdy zwalniają, gdy nad nastawiony szaleńczo automat perkusyjny chowa się pod smugami syntezatorów. Wtedy najgłębiej sięgają do tego jądra ciemności. A gdy patrzą w nie, ono patrzy na nich.

środa, 26 sierpnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 26 VIII 2020


140 lat, tyle mija w tym roku od sprowadzenia taarabu na Zanzibar przez sułtana Omanu. To muzyka ciągle żywa, choć rozpadła się na różne lokalne odmiany. Posłuchaliśmy i tego najklasyczniejszego taarabu z Zanzibaru, najstarszych nagrań, zupełnie nowych interpretacji, innowacji z Mombasy i wreszcie całkowicie współczesnego oblicza z Komorów.

1. Siti Muharam - Pakistani (Siti of Unguja (Romance Revolution On Zanzibar))
2. Bi Kidunde - Pakistani (Zanzibara, Vol. 4: Diva of Zanzibari Music)
3. Siti Binti Saad - Muhogo wa jangombe
4. Ali Abdulla - Tangu Jana (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
5. Jauharah Orchestra - Wangu Ukhutina (TAARAB: Songs of the Swahili Coast)
6. Ikhwani Safaa Musical Club - Waache Waseme (Zanzibara 1: A Hundred Years of Taarab in Zanzibar)
7. Zeim Musical Party - Mpenzi Azizi (Zanzibara Vol. 2: Golden Years of Mombasa Taarab (1965 - 1975))
8. Zuhura & Party - Ya Zamani (Singe Tema: Taarab Special)
9. Zaza - Nduzangou

piątek, 31 sierpnia 2018

Hakuna kulala, jak cudownie to brzmi?


Nie śpiewają tutaj ani surykatka, ani guziec. Nie ma też lwa, ale i tak warto się nimi zainteresować. I nie do końca cudownie brzmi, bo w suahili te dwa słowa oznaczają brak snu.

Hakuna kulala to - mam nadzieję, że tylko chwilowo - cyfrowa odnoga Nyege Nyege Tapes, ugandyjskiego kolektywu, zajmującego się muzyką na styku tradycji i elektroniki, jednej z najciekawszych afrykańskich inicjatyw ostatnich lat. Nyege Nyege prezentują najbardziej interesujące zjawiska i artystów ze Wschodniej Afryki, regionu stojącego w cieniu (poza Etiopią) Maghrebu i Afryki Zachodniej, jeśli chodzi o popularność na Zachodzie. I jak to pokazują dotychczasowe wydawnictwa Ugandyjczyków zupełnie niesłusznie. W ramach Hakuna Kulala skupiają się na najświeższej muzyce elektronicznej, wydając EPki i single. Na koncie mają pięć wydawnictw artystów z prawie wszystkich krajów regionu - Tanzanii, Ugandy, Kenii oraz Konga.

Rozpiętość gatunkowa jest równie imponująca - od futurystycznego rapu (niebędącego trapem) do paraplemiennych brzmień. Niezwykle ważne jest, że te na wskroś nowoczesne produkcje wchodzą w dialog z tradycją. Wykorzystują rytmy, wplatają sample starych nagrań, przetwarzają popularne gatunki, jak soukous. Trzeba im po prostu przyklasnąć, jak świetnie i naturalnie przychodzi im to działanie. Z czwórki dotychczasowych wydawnictw Hakuna Kulala największe wrażenie robią trzyutworowa EPka Kongijczyka Reya Sapienza, od której nazwę wzięła oficyna i dwie piosenki od Kenijczyka Alai K. ukrywającego się pod pseudonimem Disco Vumbi. Ten pierwszy w swoją basową muzykę i rap wszywa sample ze starych hitów, ten drugi od obszarów bliskich opisywanemu przeze mnie niedawno Raphaelowi Kariuki przechodzi do słonecznej, wręcz stereotypowej piosenki (opartej na śpiewie dzieci z podkampalskiej wioski). Dwie pozostałe EPki - Ndi Mukazi MC Yallah i Lasakaneku Slickbacka również warto poznać. Szczególnie tę drugą, połamaną, momentami wręcz noise’ową, ale cały czas klubową.

Bom Pana, jeden z bohaterów fenomenalnej składanki “Sound of Sisso” wydanej przez Nyege Nyege, przyjeżdża w październiku na Unsound. Mam nadzieję, że w kolejnych latach dołączą do niego także podopieczni Hakuna Kulala. Oraz, że zagoszczą również w obiegu klubowym, poza festiwalami.


czwartek, 28 czerwca 2018

Afryka zreinterpretowana

DJ Raph "Ikondera"
Jak można zreinterpretować tradycję nie zatracając jej charakteru? Na to pytanie odpowiadają artyści z Afryki.

DJ Raph, czyli Raphael Kariuki, pochodzi z Nairobi, jednak na swoim debiucie, Sacred Groves, jest artystą panafrykańskim. Przegrzebał dźwiękowe archiwa w Iwalewahaus, instytucie poświęconym kulturze afrykańskiej na Uniwersytecie w Bayreuth, powyciągał z nich nagrania terenowe obrzędów, piosenek, tańców - tego wszystkiego, co tworzy kulturę tradycyjną i uczynił z nich fundament swojego debiutanckiego albumu. Sacred Groves - czyli święte gaje - jest próbą stworzenia za pomocą eksperymentalnej elektroniki, nowej tradycji obejmującej całą Afrykę. Prawie całą, bowiem Raphael skupia się na Afryce Subsaharyjskiej, wyłączając ze swojej wizji arabską północ kontynentu. Nie ma też nic z jego rodzinnej Kenii, choć może to wynikać z faktu, że kolekcja Iwalewahaus skupia się przede wszystkim na Afryce Zachodniej i Środkowej.



Muzyka, którą prezentuje Raphael, choć oszczędna brzmieniowo, jest wielowymiarowa i intrygująca. Za pomocą skromnych środków - sample obudował przede wszystkim rytmicznym szkieletem, gdzieniegdzie dodając plamy syntezatorów, pogłosy czy pętle. Czasem trudno rozstrzygnąć, gdzie kończą się sample, a gdzie zaczynają dźwięki dodane przez Rapha, jakby całą kreację podporządkował materiałowi źródłowemu. Łatwo się w tej muzyce zatopić i ponieść rytmowi. Sacred Groves jest i nie jest taneczna. Rytm jest na niej wszystkim, ale jego jednostajność i powolność nie nadaje się do klubu. DJ Raph fantastycznie gra przestrzenią. Muzyka, gdy trzeba oddycha pełną piersią, gdy trzeba jest gęsta i duszna niczym kongijska dżungla.

Na Sacred Groves obecność magii, złych i dobrych duchów jest niemal namacalna. Przypomina mi Uzdrowiciela, zbiór krótkich opowiadań Marka Vadasa. W nim magia jest obecna na każdym kroku, nie da się bez niej obejść, czyha w najmniej spodziewanych sytuacjach. Po prostu jest częścią codzienności. Kariuki jakby chciał to podkreślić, wykorzystując w Chant of the Uhumara muzykę rytualną, należącą do sfery sacrum i niewykonywaną nigdy poza kontekstem religijnym. By nie wywołać gniewu duchów.



Czy duchy będą zadowolone z Sacred Groves i nie zemszczą się na Raphaelu? Mnie, Europejczykowi, trudno odpowiedzieć na to pytanie. Wydaje mi się jednak, że Kariuki, paradoksalnie, odzierając nagrania z ich oryginalnego kontekstu i przenosząc je w przestrzeń muzyki elektronicznej, oddaje im hołd. Sprawia, że dźwięki zapisane na taśmach i płytach zyskują nowe życie.



Podobny treściowo, choć różny formalnie zabieg wykonuje Jako Maron, pięćdziesięciolatek z Reunionu. Na The Electro Maloya Experiments of Jako Maron kasecie wydanej przez ugandyjską oficynę Nyege Nyege Tapes (która wyrasta na najciekawszych wydawców poszukującej afrykańskiej elektroniki - wspominam tylko fenomenalną EPkę Nihiloxica i kompilację ulicznej elektroniki z Dar Es Salaam), Maron gra tradycyjną maloyę na syntezatorach i automatach perkusyjnych. Zdarzało mu się to wcześniej, jednak to jego pierwsza rzecz w całości poświęcona rodzimej muzyce wyspy.

Maloya, powstała z połączenia tradycji malgaskich i tamilskich, to muzyka na tyle rozpolitykowana, że została zakazana w latach siedemdziesiątych. Oczywiście, tej polityczności nie ma na kasecie Marona. Pozostał przede wszystkim rytmiczny szkielet w metrum 6/8. Świetnie udało się Maronowi podkreślić jej nierówny rytm. Jest efekt “krzywego koła” wspólny z footworkiem czy oberkami. Równie świetnie udało się Maronowi zsyntetyzować barwy instrumentów perkusyjnych, co sprawia, że nie oddala się bardzo daleko od tradycji, a raczej ją unowocześnia, przenosi w cyfrowy świat.



Podobnie jak Raph, Jako tworzy utwory oszczędne w wyrazie. Trochę odnoszące się do retro elektroniki, trochę - swoją industrialnością - do Berlina. Za oszczędnością brzmienia idzie jego chłód. Zamiast słońca, palm i błękitnej wody, rajskości Reunionu, są zimne, wielkie przestrzenie. A może postapokaliptyczny obraz zdewastowanych plaż. Skoro to muzyka afrykańska, pojawia się element transu, choć w tym przypadku jest to transowość rozpięta gdzieś pomiędzy Reunionem a Berghain. Nie wiem jednak czy dałoby się do tego tańczyć o 4 nad ranem.



Pisałem, że DJ Raph ze swojej panafrykańskiej wizji wyłącza północ kontynentu. Z tradycją Maghrebu mierzy się natomiast Ammar 808, tunezyjski muzykolog Sofyanna Ben Youssefa. Ben Youssef dał się wcześniej poznać jako członek Bargou 08, również wydawanego przez Glitterbeat Records.

Jarek Szubrycht i Rafał Księżyk bardzo ładnie i celnie nazwali muzykę na Maghreb United arabfuturyzmem. Faktycznie, przeszłość miesza się tutaj z przyszłością. Już sama okładka sugeruje pokrewieństwo, czy odpowiedź na afrofuturyzm - tradycja została przeniesiona w sferę science fiction. (Tutaj nasuwa się kolejne literackie skojarzenie. Daleka przyszłość i kultura arabska to Fremeni z Diuny Franka Herberta, wzorowani częściowo na Beduinach).

Do muzyki na Maghreb United da się tańczyć. Ben Youssef zebrał zespół podporządkowany rytmowi i taneczności. Sam obsługuje legendarny syntezator Rolanda TR-808, który nadaje muzyce właśnie tę retrofuturystyczną podbudowę. Ammar 808 (teraz wiadomo, skąd taka nazwa) zgodnie z tytułem swojego debiutanckiego albumu, jednoczą Maghreb - jest i marokańska gnawa i algierska raï, i tunezyjska targ. Wokalistów Ben Youssef też wybrał sobie świetnych - Algierczyk Sofiane Saidi, Tunezyjczyk Cheb Hassen Tej i Marokańczyk Mehdi Nassouli. Przesterowane gitary i syntezatory sąsiadują z tradycyjnymi instrumentami jak dudy czy kastaniety karkaba. Razem składają się na fenomenalną, wciągającą płytę, która ani przez moment nie zawodzi. Jak to brzmi na żywo będzie można się przekonać już w ten weekend w Lublinie na Innych Brzmieniach (z którymi znowu będzie mi nie po drodze).



Ben Youssef podkreśla, że chce przenieść tradycyjną muzykę w przyszłość, by ją uchronić przed zapomnieniem. Jego zespół robi to doskonale, ze świetnym pomysłem. Powstaje jednak pytanie, czy taka forma reanimacji tradycji nie jest atrakcyjniejsza dla słuchacza zachodniego? Czy nie jest to transformacja zbyt radykalna? Czy osiągnie swój cel i ochronie tradycję przed rozpłynięciem się w nowoczesności?



Śpiewający w trzech kawałkach na Maghreb United Sofiane Saidi z Mazaldą zrobił coś podobnego do Ben Youssefa. Na warsztat na El Ndjoum wzięli jednak tylko i wyłącznie orański raï. Muzykę ze stuletnią już tradycją, ale w chwili powstania była ona równie rewolucyjna, co zabiegi Ammar 808 i podobnie, jak maloya poruszała tematy społeczne, przez co bywała cenzurowana. Raï na Zachodzie najbardziej może kojarzyć się z nieśmiertelną Aïchą, ale Mazalda i Saidi idą w inną, mniej rzewną stronę.

Nie jest to reinterpretacja tak radykalna, jak w przypadku Maghreb United, choć równie taneczna. Więcej tu gitar - to one nadają ton całości - więcej także melodyjności i przebojowości. Raï żenią przede wszystkim z funkiem, co kieruje ich interpretacje w lata 70., kiedy pojawiały się pierwsze syntezatorowo-taneczne eksperymenty w świecie arabskim. El Ndjoum nie jest też aż tak porywający. To album solidny, nowoczesny, słucha się go świetnie, ale brakuje troszkę odwagi i zaskoczeń. Jakby Saidi i Mazalda bali się odejść od "worldbeatowego" rdzenia. Ich także będzie można zobaczyć tego lata w Polsce, pod koniec lipca zagrają na mojej ulubionej Globaltice.


Cztery płyty, cztery podejścia nie tylko do tradycji, ale też do rozumienia jej roli we współczesnym świecie i wykorzystania w muzyce pokazują, że jest ona w zasadzie niewyczerpanym źródłem tradycji. Nawet w bardzo odległych od jej powstania czasach.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Co tam panie słychać w Afryce?

W 2013 roku muzycy afrykańscy coraz śmielej przebijali się do świadomości słuchaczy zachodnich. Najgłośniej było słychać tych, którzy grali na gitarach.

Przypomniałem kilka najciekawszych afrykańskich gitarowych albumów z mijającego roku.

niedziela, 10 lutego 2013

Uskudar 10 II 2013

1. Bassekou Kouyate & Ngoni ba - Kensogni
2. Bassekou Kouyate & Ngoni ba - Mali Koori
3. Monoswezi - Hondo
4. Monoswezi - Xtimela
5. Malick Pathe Sow & Bao Sissoko - Bilbasi
6. Malick Pathe Sow & Bao Sissoko - Borom Leer
7. uSSSy - Afghan Music House Party
8. uSSSy - Orlen
9. Ali Reza Ghorbani & Dorsaf Hamdani - The Rite of Khayyam