Szukaj na tym blogu
piątek, 27 maja 2022
Gitary z Sahary
Gdzie bije teraz serce muzyki gitarowej? Pewnie powiecie, że w Wielkiej Brytanii, gdzie kwitnie postpunk pod postacią: Black Country, New Road, Squid czy Black Midi. Prawdziwa rewolucja dzieje się jednak gdzie indziej. Na Saharze i w Sahelu. Na potańcówkach, ogniskach i weselach.
czwartek, 8 kwietnia 2021
Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 IV 2021
Nowości i niedawno odkryte perły z przeszłości. Muzyka zaangażowana i piękna. Gitary z Sahary, bedroom pop z Senegalu, funk z Etiopii. Do tego skok na Bliski Wschód - Cypr, Liban i Egipt.
1. Mdou Moctar - Afrique Victime (Afrique Victime)
2. Wau Wau Collectif - Yaral Sa Doom (Yaral Sa Doom)
3. Wau Wau Collectif - Si tu savais juste (Yaral Sa Doom)
4. Hailu Mergia & Walias Band - Nefas New Zemedie (Tezeta)
5. Antonis Antoniou - Kkismettin (Kkismettin)
6. Antonis Antoniou - Baris (Kkismettin)
7. Ziad Rahbani - إسمع يا رضا (Reda) (بالنسبة لبكرا ... شو؟ (Bennesbeh labokra... chou?))
8. Omar Khorshid - Ahwak (With Love)
środa, 18 listopada 2020
Na obrzeżach x Radio Kapitał 18 XI 2020
Niger jak bumerang rozciąga się po Zachodniej Afryce. Zaczyna swój bieg w Gwinei, kończy w Nigerii, w rozległej delcie. Niger jest szlakiem handlowym, migracyjnym, cudem natury, jednym stabilnym źródłem wody na Sahelu. Po drodze do ujścia mija wielkie metropolie, legendarne miasta, których nazwy przywodzą o dreszcze ekscytacji, małe, ale żywotne miasteczka. Posłuchaliśmy muzyków, którzy mieszkają właśnie nad tą "rzeką rzek", mają nam dużo do powiedzenia.
środa, 19 sierpnia 2020
Ceremonie z obrzeży
W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o Mutende Mizimu Doctor Kanuska Group, która ukazała się na początku lipca w nowej serii 1000Hz, labelu, który można już śmiało porównać do Nyege Nyege, Sublime Frequencies czy Sahel Sounds. I to właśnie kilkanaście dni temu Chris Kirkley wydał Musique Hauka, który jest tym dla nigerskiej hauki, co Mutende Mizimu dla vimbuzy.
Vimbuzę i hauke dzieli ponad sześć tysięcy kilometrów, a jednak jest między nimi wiele podobieństw. Oba to synkretyczne rytuały, czy może nawet systemy wierzeń, odwołujące się do łączności z duchami, przez co są marginalizowane przez chrześcijan w Malawi i muzułmanów w Nigrze. Oba opierają się na transowych, skomplikowanych rytmach, które można wygrywać godzinami i na zaśpiewach call-and-response. Podobne są też historie obu grup: Doctor Kanuska vimbuzą zajmuje się od dzieciństwa, podobnie Lingo Seini, oboje grają ze swoimi, dorosłymi już dziećmi. Lingo hauki nauczył się od swojego ojca.
Różne są nie tylko rytmy, hauka wydaje się bardziej dosłowna i stateczniejsza, ale też instrumenty. W vimbuzie są to jedynie bębny ngoma, hauka do kalabaszy dodaje jednostrunowa lutnię kuntigi. I przez to kojarzy mi się trochę z kologo z Ghany czy tradycyjną muzyką tuareska. To muzyka bardzo surowa, ascetyczna, natchniona i z tego powodu - to oczywiste - transowa. Nie transowa do tańca, do tego lepiej sprawdza się vimbuza, ale transowa tak, jak tyko mogą być hipnotyzujące noce Sahelu.
Musique hauka i Mutende Mizimu łączy jeszcze kilka rzeczy. Oba albumy to jedne z pierwszych dokumentacji obu rytuałów i są nagrane w podobny sposób. Tak, by poczuć się częścią ceremonii. Chris Kirkley uzyskał to za pomocą jednego mikrofonu i jestem częścią hauki, tego przewrotnego odtwarzania kolonialnych, wojskowych zwyczajów.
poniedziałek, 1 kwietnia 2019
Mdou Moctar - "Ilana (The Creator)"
Poprzednio pisałem o Mdou Moctarze sześć lat temu, przy okazji premiery Afelan, a on od tamtego czasu zdążył wydać 4 płyty, wcielić się w tuareskiego Prince’a w remake’u Purple Rain, pojechać w kilka tras po świecie, zagrać u Jacka White’a w studiu. Słowem, wyrósł na kolejną gwiazdę tuareskiego, pustynnego rocka. Chyba obecnie najgorętszą.
Ilana, piąty album Moctara wydany przez nieocenioną oficynę Sahel Sounds (obchodzącą w tym roku 10. urodziny) przypieczętowuje ten status. Nagrana w Stanach i dopieszczona w Nigrze płyta pokazuje Moctara jako prawdziwego herosa gitary, równego największym. Sypie solówkami jak z rękawa, prowadzi zespół przez psychodeliczne pasaże, bawi się efektami, brzmieniami, ale nie zapomina skąd przybył.
Od przełomu XX i XXI wieku, kiedy tuareskie gitarowe granie zaczął popularyzować TInariwen, gatunek przeszedł długą od spokojnych, hipnotycznych utworów, śpiewanych wokół ogniska do frenetycznych, szaleńczych gitarowych odlotów. Mdou bliżej jest do Bombino i jego wygibasów niż do spokojnych, dostojnych TInariwen. Może dlatego zamiast na festiwale world music trafia częściej do małych, hipsterskich klubów.
Ilana od samego początku skrzy się riffami, zagrywkami, Mdou bawi się nawet podwójnym tappingiem w stylu Eddiego Van Halena. Tylko że w przeciwieństwie do zachodnich wirtuozów, nie epatuje zbytnio swoimi zdolnościami, solówki są tylko środkiem, a nie celem. Nie ma też w jego grania prężenia muskułów, Mdou wygrywa swoje szalone solówki z niepodrabialnym luzem i łatwością. Świetnie współpracuje z nim zespół, z wyjątkiem Michaela Coltuna grającego na basie, złożony z jego kolegów z Agadezu - fenomenalnego gitarzysty Ahmadou Adassane (o którego solowej płycie pisałem tutaj) i perkusisty Mazawadje Aboubacara Ibrahima. Słychać, że przegrał z nimi niejedną noc na weselu. Dojście do tej perfekcji nie było łatwe - Mdou wychował się w tradycyjnej, religijnej rodzinie, swoją pierwszą gitarę skonstruował sam, z linki od rowerowego hamulca i kawałka drewna (ten motyw DIY z konieczności i biedy pojawia się w biografiach wielu tuareskich gitarzystów).
Osadzenie w tradycji podkreśla Takamba, wariacja Mdou na temat tradycyjnego rytmu i tańca, spopularyzowanego przez Super Onze de Gao. Słychać też wyraźnie korzenie tuareskiego gitarowego grania w rozpoczynającym płytę Kamane Tarhanin, w którym Mdou z zespołem przywołują charakterystyczne struktury issawat. Tarhatezed daje namiastkę wielogodzinnych improwizacji pod otwartym niebem, które potrafią ciągnąć się przez całą noc w Agadezie. Szalonych nocy wypełnionych muzyką.
Podobnie, jak pozostali tuarescy muzycy znani na zachodzie, Mdou śpiewa w tamaszeku, rodzinnym języku i swoje teksty kieruje przede wszystkim do pobratymców. Poza piosenkami o miłości, porusza politykę - to też nie jest żadnym ewenementem - w utworze tytułowym oskarża Francuzów, dawnych kolonizatorów o pozorne przyznanie niepodległości Nigrowi kontynuowanie wyzysku. Są też hymny pochwalne dla tuareskiego stylu życia i matki pustyni. Czyli znów - utrzymuje się w ramach ustalonej tradycji.
A jednak mam wrażenie, że Ilana to jedna z najlepszych płyt tuareskiego rocka, uwypuklająca zalety tego gatunku i pozbawiona jego wad, Mdou nie przynudza, muzyka cały czas biegnie do przodu, nie zatrzymuje się. Wreszcie, trudno rozpatrywać Ilanę tylko i wyłącznie przez pryzmat innych tuareskich płyt, bo ona śmiało wykracza poza ten idiom, Mdou pełnymi garściami czerpie z bogatej historii rocka, przede wszystkim amerykańskiego. I tutaj leży jego szansa do przebicia się do innych środowisk niż te zainteresowane world music. Tyle mówi się, że rock umiera, albo nawet umarł, a może po prostu on odrodził się na Saharze.
PS. Kilka tygodni przed Ilaną Third Man Records wydał równie świetną koncertówkę Mdou, The Blue Stage Sessions.
piątek, 23 listopada 2018
Muzyka z "pomiędzy"
Żyjących na marginesie chłopaków poznał prowadzący w Mzuzu badania terenowe dr Piotr Cichocki. Spotkanie z nimi nakłoniło go założenia labelu 1000Hz i wydawania muzyki, którą poznawał podczas swojej pracy naukowej. O tym, dlaczego wybrał Malawi, jako teren swoich badań, o społecznych i religijnych aspektach wykonywania i słuchania muzyki opowiedział mi w wywiadzie, który możecie przeczytać w Dwutygodniku (pod świetnym tytułem "600 uderzeń na minutę").
Cichocki opowiedział mi także o swojej pracy z Tonga Boys. O ile ich pierwsza płyta to w zasadzie nagranie terenowe, nieedytowane, tak Vindodo można nazwać pierwszym, prawdziwym albumem Tonga Boys. Może jeszcze nie studyjnym, ale z pewnością nie jest to nagranie etnograficzne, bowiem w przestrzeń wchodzi jak najbardziej zachodnia elektronika. Na prośbę członków zespołu ubarwił ich kompozycje nienachalnymi, ale bardzo sugestywnymi syntezatorowymi plamami i syntetycznym rytmem. Do pomocy zaprosił Wojtka Kucharczyka i Czarnego Latawca, każdy z nich dodał coś od siebie do jednej piosenki.
W efekcie otrzymujemy jedną z najciekawszych tanecznych płyt roku, z jednej strony jednoznacznie przypisaną do regionu, ale z drugiej wyrywającą się z niego w przestrzeń, jak to określa sam Cichocki, pomiędzy. I to jest w niej najbardziej fascynujące - dodanie do niej warstwy elektroniki nadaje jej delikatnie klubowego sznytu i tylko podkreśla jej osobność.
Historia Tonga Boys przypomina trochę inny malawisjki zespół, Malawi Mouse Boys. To też społeczne wyrzutki, żyjący na skraju nędzy, nawet jak na warunki jednego z najbiedniejszych państw świata. Utrzymują się z przydrożnej sprzedaży grillowanych gryzoni (stąd nazwa). Ich też znalazł zachodni producent, Ian Brennan, i tak samo dał im wolną rękę, nie majstrował wiele przy ich oszczędnym, akustycznym gospel.
Najnowszy album Malawi Mouse Boys, Score for a Film About Malawi Without Music From Malawi radykalnie odchodzi od tego, co grali wcześniej. Nie wiem, w jak dużym stopniu jest to wpływ Brennana, ale chłopaki nagrali krótką, bo ledwie dwudziestotrzyminutową, w pełni eksperymentalną płytę. I tak samo jest ona przywiązana do ziemi, a jednocześnie oderwana od geograficznego kontekstu. Za pomocą tego, co jest pod ręką - własnoręcznie wytworzonych gitar, drutów, blach - Malawi Mouse Boys stworzyli muzykę, której nie powstydziłyby się Małe Instrumenty i bez problemu mogłaby się znaleźć w katalogu nieodżałowanej BDTA albo wyjść w jakiejś niszowej kasetowej wytwórni. Zaledwie w kilku momentach przywołują delikatne brzmienie, z którego są znani.
Dlatego, choć to muzyka fascynująca i obezwładniająca, nie dziwię się, że ostatecznie nie została wykorzystana w filmie, do którego została napisana.
Równie eksperymentalna jest ścieżka dźwiękowego do nowego filmu zrealizowanego przez Chrisa Kirkleya w Agadezie. Po tuareskiej interpretacji Purple Rain przyszedł czas na pierwszy tuareski psychodeliczny western.
Za oprawę muzyczną Zerzury odpowiada grający jedną z ról w filmie gitarzysta Ahmoudou Madassane. Składają się na nią przede wszystkim gitarowe impresje równie mocno zanurzone w tuareskiej tradycji, co w amerykańskich eksperymentalnych poszukiwaniach opartych na bluesie i folku z elementem noise'u. Tak, słychać echa Dead Man Neila Younga. Ponownie, nie wiem, na ile jest to wpływ Chrisa Kirkleya i amerykańskich muzyków, w tym Marisy Anderson, którzy pracowali z nim nad tą ścieżką dźwiękową.
Jaka by nie była przyczyna, Madassane nagrał bardzo odświeżającą płytę. Wyrwał się z okowów krepujących większość tuareskich gitarzystów - Tinariwen i poszukał własnego języka. Dźwięki gitary mieszają się z nagraniami terenowymi, dźwiękami Mooga. Madassane co i rusz zbliża się tradycji, by zaraz się od niej odbić w rejony bliższe wolnej improwizacji, czy nawet ambientowych plam.
Właśnie to balansowanie między geograficznym i kulturowym zakotwiczeniem a nieokreślonością łączy te trzy albumy.
sobota, 28 lutego 2015
Przeczesując Bandcamp #3
Ola Kobak - Metanoia
O Oli Kobak mogliście usłyszeć i w mojej dawnej audycji, i przeczytać w Nowej Muzyce. Kiedyś jako Fulka bawiła się folkiem, razem z mężem Jacobem Israelem eksplorowała ambientowe pejzaże pod nazwą A Hollow in the Land. A teraz pod własnym nazwiskiem tworzy elektroniczny, delikatny pop, zamyślony i rozmarzony. Ola tka swoje piosenki z elegancją i wysmakowaniem, ale stara się utrzymać ich prostotę, Osiem piosenek po prostu czaruje Szkoda tylko, że do Pretorii tak daleko. choć może Ola kiedyś odwiedzi kraj swoich przodków.
Omnivore - Rounds
Ten album podrzucił Marek Sawicki, specjalista od muzyki niepotrzebnej i popsutej. Pod tym pseudonimem - wszystkożerca - ukrywa się Glenna van Nastrand, artystka, jak podaje informacja na stronie Feeding Tube, obsesyjnie zainteresowana starymi technologiami telefonicznymi. Fakt, że swój album nagrała na telefon właśnie nie dziwi już tak bardzo. Specyficzne brzmienie głosu przetworzonego przez słuchawkę odrealnia piosenki. Zaśpiewane a capella. Omnivore towrzy warstwy nakładając na siebie kolejne zapętlone frazy. Z tego powodu wszystkie utwory mają taką samą strukturę. Powoduje to swoiste uczucie zapętlenia czasu, zmienia jego charakter z linearnego na cykliczny. Wszędzie jest początek i koniec.
Hama - Torodi
Kolejne odkrycie Chrisa Kirkleya. Sama historia poszukiwania Hamy jest wystarczającym powodem, żeby zainteresować się najnowszym wydawnictwem Sahel Sounds. Hama jest duchowym spadkobiercą Mamman Saniego. Podobnie sięga po tradycyjne melodie i przekłada je na język syntezatorów. Jednak w przeciwieństwie do Saniego, który sięgał do folkloru różnych grup etnicznych zamieszkujących Niger, młody muzyk ogranicza się tylko do Tuaregów. W tej wersji melodie są równie intrygujące, jak wtedy, gdy są wygrywane na gitarach czy wyśpiewywane. Plastikowe, sztuczne brzmienie keyboardu odrywa je od znanego kontekstu i pokazuje je z zupełnie nowej perspektywy.
Andy Islands - 1
Wracamy do RPA. Debiutancka EPka Andy'ego Islands przenosi na parkiety kapsztadzkich klubów. Młodziutki producent wyczarował 3 wciągające deep house'owe kawałki. Bez wokalu, ale dzieje się tu tyle, że jest on zupełnie niepotrzebny. Repetytywne, ale rozwijające się utwory hipnotyzuja i dosłownie zmuszają do tańca.
środa, 30 lipca 2014
Globaltica
W gdyńskim festiwalu, jak zawsze, najbardziej ujęła mnie atmosfera. Park Kolibki, położony zaraz nad morzem, jest idealnym miejscem na taką kameralną imprezę. Dzięki temu, oraz sprawności organizatorów, można łatwo zapomnieć o typowych festiwalowych bolączkach i bez przeszkód wczuć się w muzykę. Fantastyczna sprawa.Chyba po raz drugi odwiedziłem ten sam festiwal dwa lata z rzędu (wcześniej to był również gdyński Open'er w latach 2009-10). Więcej o tegorocznej Globaltice tu.
wtorek, 29 lipca 2014
Muzyka jest naszą ideologią i tożsamością
![]() |
| mat. pras. |
Jeszcze przed Globalticą (jak zwykle fantastyczną, ale o tym więcej już niedługo) po niedużych zawirowaniach przepytałem mailowo Yacoubę Moumoniego, lidera nigerskiej ekipy Mamar Kassey, która zagrała jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Przeczytać można na stronie M/I i przy okazji pozachwycać się okładką pierwszego numeru, bo naprawdę jest czym.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Dźwięki z Sahelu
![]() |
| mat. prasowe |
Strona ruszyła, więc mogę napisać, już we wrześniu ukaże się pierwszy numer nowego-starego kwartalnika poświęconego muzyce, M/I. Do tej inicjatywy dorzucam swoje trzy grosze, kontynuując wątki afrykańskie i archiwalne. Napisałem tekst o wytwórniach zajmujących się afrykańską muzyką (nie tylko) archiwalną. Przy okazji porozmawiałem z właścicielami kilku takich oficyn, między innymi z Chrisem Kirkleyem, szefem Sahel Sounds, jednej z moich ukochanych wytwórni w ogóle. Kilka miesięcy temu przepytał go Kuba z Radia Orient, ale na trochę inną okoliczność.
czwartek, 10 kwietnia 2014
Podobieństwo
czwartek, 6 lutego 2014
Świat 2013: miejsca 5-1
Norwegowie swoim podejściem do muzyki przypominają trochę Fucked Up. Podobnie niby ekstremalni, ale tak naprawdę przebojowi. Radiowy potencjał ukrywają pod blackowymi korzeniami, choć trzeba przyznać, że na drugim albumie poszli zdecydowanie w stronę przystępności i blasty pojawiają się incydentalnie. Jeszcze więcej jest za to luzackiego rokendrola.
4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - "Kula Kulluk Yakişir Mi"
Współpraca Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana trwa już ponad dziesięć lat. W 2004 roku wydali album "The Wind", z którego programem koncertują do dziś. Oczywiście przez lata ewoluował i w takiej zmienionej formie został zarejestrowany w tureckiej Bursie. To zapis jednej długiej improwizacji, wielowątkowej, rozbudowanej, zanurzonej w kurdyjskiej, perskiej i tureckiej tradycji.
3. Waxahatchee - "Cerulean Salt"
W zasadzie mogę powtórzyć, co napisałem 11 miesięcy temu: W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.
2. A Hawk and a Hacksaw - "You Have Already Gone to the Other World"
Najpierw był film Siergieja Paradżanowa "Cienie zapomnianych przodków". Obraz niezwykły i magiczny. Do tego stopnia zafascynował Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost, że postanowili napisać do niego własną ścieżkę dźwiękowa. Swoje inspiracje przenieśli z Bałkanów w bliższe nam rejony, Karpaty i ich pogranicze. Oprócz tradycyjnych melodii z Węgier, Rumunii i Ukrainy, są tu tez autorskie kompozycje Amerykanów. Równie mocno zakorzenione w tradycji. I jak tradycja zawieszone między przeszłością, teraźniejszością, a bezczasowością.
1. Bombino - "Nomad"
Bombino wreszcie znalazł odpowiedniego producenta, który niewiele zmieniając w muzyce Tuarega, sprawił, że stała się przystępna nawet dla ucha niezwyczajnego do takiego grania. Na szczęście Dan Auerbach nie zdominował "Nomady", to nadal tuareski rock w najlepszym wydaniu. Podrasowany, to fakt, ale ciągle z niepokorną, saharyjską duszą.
poniedziałek, 3 lutego 2014
Świat 2013: miejsca 10-6
Cumbia zdobywa coraz większą popularność, nie tylko w Ameryce Południowej. W ubiegłym toku najwięcej było słychać o Marianie Yegros. Nie tak radykalnie klubowa, jak Bomba Estereo, nieprzesadnie konserwatywna, muzyka La Yegros mieści się gdzieś po środku tego zróżnicowanego gatunku. Dominuje brzmienie akordeonu i gitary, ale nie Mariana nie stroni od delikatnej elektroniki. Co prawda, najlepiej sprawdza się podczas leniwego, letniego popołudnia, ale w końcowym rozrachunku to jedna z najlepszych zeszłorocznych płyt.
9. Tal National - "Kaani"
Były piłkarz, obecnie sędzia (bynajmniej nie futbolowy) i lider najpopularniejszego zespołu stolicy Nigru. Tak, Hamadal Moumine to człowiek wielu talentów. W Tal National zebrał przedstawicieli wszystkich krajowych grup etnicznych. od Fulani po Tuaregów. Muzyka zespołu czerpie ze wszystkich tych tradycji, są nerwowe perkusjonalia, chóralne zaśpiewy, hipnotyczne, pustynne gitary, piasek i słońce Niamey.
8. Mdou Moctar - "Afelan" (recenzja)
Nie wiem, czy Mdou jest w jakikolwiek sposób spokrewniony z Bombino. Nazwisko noszą to samo, ale to niczego nie znaczy. Pokrewieństwo słychać przede wszystkim w muzyce. Choć Mdou zyskał lokalną sławę dzięki zupełnie innemu graniu, na "Afelan" dominują akustyczne piosenki, skromne i podobne do pierwszej części "Guitar Music from Agadez, vol. 2" Bombino. Gdy Mdou podpina gitarę do wzmacniacza, ze zespołem brzmi dziko, niekorzesanie, ale nadal pięknie. I w tym wcieleniu również jest mu blisko do Omary, ale i do Group Inerane, również z Agadezu.
7. Cüneyt Sepetçi & Orchestra Dolapdere - "Bahriye Çiftetellisi"
Równie filigranowy i wąsaty, co Omar Sulejman, Cüneyt Sepetçi jest podobną gwiazdą w Stambule. Jeśli chcecie mieć najlepszego klarnecistę i jego zespół u siebie na imprezie, weselu, zgłaszacie się do niego. Na albumie wydanym przez A Hawk and a Hacksaw orkiestra Dolapdere brzmi równie psychodelicznie, jak wygląda okładka. Jest haszysz, ale i lekcja muzyki romskiej.
6. Dessa - "Parts of Speech"
Można było spodziewać się takiego rozwoju sytuacji. "Castor, the Twin" sprzed dwóch lat sygnalizował odejście od rapu na rzecz piosenek. Na "Parts of Speech" całkowicie rapowany jest tylko pierwszy singel, "Warsaw". Pozostałe utwory mieszają r&b, elektronikę, indie pop, kameralne brzmienia.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Co tam panie słychać w Afryce?
W 2013 roku muzycy afrykańscy coraz śmielej przebijali się do świadomości słuchaczy zachodnich. Najgłośniej było słychać tych, którzy grali na gitarach.
Przypomniałem kilka najciekawszych afrykańskich gitarowych albumów z mijającego roku.
czwartek, 25 lipca 2013
Mdou Moctar - Afelan
Jeśli choć przez chwilę miałem wątpliwości, kto w 2013 roku wydaje najlepsze płyty, lipiec definitywnie je rozwiał. Chris Kirkley z Sahel Sounds. Ten rok zaczął od drugiej części przeglądu zawartości saharyjskich komórek, a ten miesiąc przyniósł winyle dwóch bohaterów tej kompilacji. Jednym z nich jest tuareski gitarzysta pochodzący z Nigru, Mdou Moctar.
piątek, 7 czerwca 2013
5x7": czerwiec
Boy Friend - "Love Dropper / D'Arrest"
Odprysk dreampopowego, teksaskiego Sleep ∞ Over okazał się być dużo bardziej interesujacy. Ten singel to łącznik między debiutancką, kasetową EPką ("D'Arrest") a długogrającym albumem ("Lovedropper"). Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po dreampopie. Rozmyte wokale, plamy dźwięków, atmosfera niczym z marzeń sennych, Crista Palazzolo i Sarah Brown dodają do tego zabójcze melodie i palące słońce. Obie piosenki zostały trochę inaczej zmiksowane niż na swoich pierwotnych wydaniach.
Mdou Moctar / Brainstorm - "Anar/Vanessa"
Marzenie każdego szanującego się hipstera (dlatego mam tę siódemkę). Nieznany portlandzki zespół Brainstorm coveruje nigryjski hit autorstwa Mdou Moctara, tuareskiego gitarzysty, który nie boi się używać automatu perkusyjnego ani nadużywać auto-tune'a. Jego piosenka jest tak zła, że aż dobra. Amerykanie podchodzą do "Anar" dość zachowawczo, ale oni z kolei nie boją się zmienić tej surowej kompozycji w potencjalny hit. I na szczęście dają mniej autotune'a.
Koudede - Guitars from Agadez vol. 6
Koudede, legenda wśród tuareskich gitarzystów, nie doczekał się wydania tego singla. W dniu, kiedy Sublime Frequencies zaakceptowali próbne tłoczenie, Koudede zginął w wypadku samochodowym, wracając z koncertu do swojego rodzinnego Agadezu. Dwa utwory zarejestrowane w styczniu w stolicy Mali, Bamako to tuareski rock w najlepszym wydaniu. Nieokiełznany, dziki, nieidący na żadne kompromisy, psychodeliczny. W "Hat-iman-in" nie biorą jeńców (że pozwolę sobie na takie sformułowanie) swoimi jazgotliwymi gitarami, natomiast "Nelil-igorasan" to chwila wytchnienia.
Muzyka końca lata - "Nie ukryjesz się przede mną / Shake Banana (Bangeliz Eurodance Remix)"
Jeden z moich ulubionych zespołów porwał się na soczysty, peerelowski funk. Oryginał wykonywała Halina Frąckowiak z Grupą ABC. Wersja MKL buja równie mocno, choć dęciaki i klawisze w ich aranżu pojawiają się daleko w tle, ustępując miejsca fantastycznej linii basu i gitarom. Aż chce się tańczyć po prostu. Druga strona tego singla to dyskotekowy remiks Błażeja Króla najabsurdalniejszej piosenki MKL, do której tańczy się jeszcze lepiej.
Adesose Wallace / Simo Lagnawi - Africa
Split wydany przez Ghetto Lounge, małą londyńską wytwórnię zajmującą się, jak można się domyślić, muzyką afrykańską. Adesose Wallace zabiera się za poważne zadanie, gra piosenkę Feli (który to już cover dziś?), wychodzi mu to całkiem zgrabnie, ale brakuje ognia. Ciekawiej prezentuje się druga strona, na której rządzi Simo Lagnawi, grający gnawę na guimbri (basowej lutni). Silnie osadzoną w szamańskiej tradycji, w której łatwo się zatopić.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Uskudar 24 II 2013
2. Jaojoby - Zaho Z'araky Fo
3. Baba Zula - Bahar
4. Baba Zula - Şu dağları sardı feryadım
5. Bomba Estereo - Pa' Ti
6. Bomba Estero - Caribbean Power
7. Khaled - Hiya Hiya
8. Khaled - Ana aachek
9. Fared Shafinury - Rio Grande
10. Group Bombino - Amidinine
11. Kel Assouf - Amidinine
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Uskudar 13 I 2013
2. R.U.T.A. - Mama Anarchija
3. Chłopcy kontra Basia - Jerzy
4. Mdou Moctar - Anar
5. Brainstorm - Vanessa
6. Abdallah ag Oumbadougou - Arhat Toumast
7. Abdalah ag Ombadougou - Afrikya taoura
8. Imidiwen - J'entends la guerre
9. L'Orchestre Regional de Keyes - Duga

























