Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grecja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 marca 2023

Marsylia w pigułce

Poprzednio pisałem o Johanie cztery lata temu, gdy wydawał debiutancką EPkę, Contre-jour, na której łączył części swojej złożonej tożsamości - greckie pochodzenie i marsylskie wychowanie. Teraz dokłada do tego odrobinę północnej Afryki.

Pomysł na muzykę Johan ma w zasadzie niezmienny. Jego piosenki sytuują się w rejonach electro popu i pop rapu (ale tego francuskiego), często buduje je na rytmicznym fundamencie muzyki greckiej, sięga chętnie chociażby po tsifteteli. W ten sposób tworzy lekko egzotyczną aurę. Chociaż taka “orientalność” nie jest niczym nowym na rynku francuskim - współczesny francuski pop jest przesycony arabszczyzną, Bliskim Wschodem i Afryką Zachodnią. Muzyka alternatywna również. Wystarczy wspomnieć coraz popularniejszych Mauvais Oeil, których fundamentem jest Algieria czy Murmana Tsuladze, żerującego na fascynacji postsowieckim wschodem. Murman w tę nową globalność wchodzi jako gruziński sprzedawca latających dywanów uzbrojony w saz i syntezatory.

Podobną globalność buduje Papaconstantino. Inspiracji szuka nad Morzem Śródziemnym - w Kairze, Atenach, na przedmieściach Marsylii. Ważne są dla niego też Paryż i Lyon, miejsca, gdzie wykuwał się francuski rap. Mniej otwarty jest na Stany - jak cały współczesny francuski rap, Papaconstantino spogląda raczej w stronę Afryki Północnej jako źródła inspiracji. Słychać to bardzo wyraźnie w sposobie, w jakim Johan korzysta z autotune’a - a korzysta z niego prawie bez przerwy - dużo bliżej mu do emulowania frazowania wokalistów rai niż trapowych, ślizga się melizmatami po melodiach.

Tu czas na małą dygresję - Pitchfork donosi, że muzyka arabska już zaraz globalnie wybuchnie, że słychać coraz więcej arabskich głosów. Globalnie - czyli zaczynają się interesować arabskimi wykonawcami słuchacze w Stanach. Poza jednozdaniowym wspomnieniem Umm Kulthum i Fairuz ani słowem nie zająknęli się, że Francji czy Belgii artyści z arabskiej diaspory funkcjonują od lat, że muzyka arabska jest słuchana na Globalnym Południu powszechnie, że nawet artyści niemający arabskich korzeni sięgają po elementy tej muzyki. Jak Papaconstantino właśnie. Dla Pitchforka globalne jest tylko to, co dociera do Stanów, pojawi się na radarze kulturowego hegemona. 

Wróćmy jednak do Johana, niech nie zginie w mojej złości na Amerykanów. Nie poszedł w stronę rozbuchanych aranżacji, nadal gra skromnie, z oddechem. Coraz częściej sięga po buzuki, pojawia się w każdym utworze, ale jeśli bym miał określić jego muzykę jednym określeniem, byłby to jednak pop rap. Mocno słoneczny, leniwy, kolorowy. Takich zresztą dobiera gości - rad cartier w Beau temps leniwie rapuje jakby nie wyszedł ze swojej cloudrapowej banieczki. Jeśli pojawia się inspiracja Ameryką, to mocno przetworzona, dostosowana do lokalnych, śródziemnomorskich warunków. Tak samo robili pół wieku wcześniej muzycy tureccy, arabscy, kambodżańscy, latynoscy z rockiem psychodelicznym, dziś tak plastyczny jest rap. Zdobył świat i temu światu teraz się poddaje, pączkują lokalne odmiany, ciągle mutuje.

Johan wyciąga rękę do kolejnego globalnego fenomenu, reggaetonu. W Dans ma vie zderza nie tylko buzuki z Karaibami, ale jeszcze zaprasza do tej mieszanki kolumbijską wokalistkę Dreę Dury. Cały czas jednak podkreśla związek ze Śródziemnomorzem, bladobłękitnym niebem, wąskimi uliczkami, cykadami, cyprysami i piniami. W tekstach sięga po orientalizujące stereotypy i je odwraca, jak w Bricolo. Śpiewa też, że uwielbia, gdy jego kot tańczy, prawie nigdy nie jest poważny. Zawsze za to jest przebojowy. 

wtorek, 23 sierpnia 2022

Złota płyta

Marina Satti pojawiła się kilka lat temu prawie znikąd z doskonałym singlem „Mantissa”. Jak meteor równie szybko zniknęła z muzycznych radarów, by wrócić chwilę przed pandemią z zapowiedzią nowej muzyki.

 W RCKL piszę o wyczekiwanym debiucie Mariny Satti.

środa, 16 września 2020

Prawdziwy heros



Marokański żyd mieszkający w Jerozolimie w szczycie izraelskiego szału na grecką muzykę nauczył się śpiewać po grecku i nagrał płytę odwołującą się bardziej do brzmień basenu Morza Egejskiego i Anatolii niż rodzinnego kraju, a potem zniknął w pomroce dziejów. Każde słowo w tym zdaniu jest prawdą. 

W tej historii najbardziej mnie zaskoczył rozmiar tego szału na grecką muzykę w Izraelu. Że warto było się nauczyć greki i nagrać płytę z tsifteteli i innymi greckimi tańcami. Yakov Ben Hammo, znany bardziej jako Koko był perkusistą i wokalistą. Nie wiem, kiedy się urodził, ani gdzie. Przybył do Izraela czy już się w nim urodził? Stawiam na to pierwsze, bo na okładce swojego debiutu z 1977 roku przypomnianego przez Fortuna Records wygląda na dojrzałego faceta. Spogląda z niej prawdziwy twardziel, choć w dzwonach i kolorowej koszuli oraz obowiązkowym zarostem na klacie i wielkim wisiorem w kształcie gwiazdy Dawida. A może Koko wygląda bardziej jak amant-twardziel, bliskowschodni odpowiedni Seana Connery’ego, tylko występujący w filmach kasy B.

Klasy B nie jest z pewnością muzyka, którą grał. Może sprawdziłaby się w takich produkcjach, ale jest fantastyczna. Koko nie bawi się w kokieterię, od pierwszych dźwięków zaprasza na psychodeliczną, taneczną imprezę gdzieś na Krecie, a może szemranych przedmieściach Aten i Salonik. Nie jest to rebetiko, ono w tamtych czasach było już skansenem, ale słychać podobieństwa. Muzyka Koko jest równie mocno zanurzona w Anatolii i Bliskim Wschodzie, tym ogólniejszym. Organy ślizgają się po ćwierćtonach, brzmienie gitary bardzo przypomina Omara Khorshida, tego egipskiego geniusza. Koko gra na bardzo skromnym zestawie perkusyjnym, chyba nie ma w nim stopy, tylko tomy, werbel i bębny kielichowe. Bas chodzi jak zaklęty, co jakiś czas odezwie się klarnet. I to już właściwie wszystkie instrumenty odpowiedzialne za tę tawernianą orgię dźwięków. 

To nie jest muzyka ludowa, ale nie jest do rock’n’roll. Koko podąża za trendami z tamtych lat - ma być lokalnie i globalnie. Obie formy - grecko-arabsko-turecka i amerykańska - spotykają się w połowie drogi. Buja ta muzyka trochę funkowo, trochę egejskimi rytmami. Jasne, takie połączenie sprawdza się prawie zawsze, trudno je zepsuć, ale u Koko brzmi to wyjątkowo dobrze. Do tego wszystkiego trzeba dołożyć głos naszego bohatera. Głęboki i przejmujący. Jakby wraz z nauką greckiego, wziął sobie do serca mitycznych herosów, którzy robią wszystko z godnym bogów rozmachem. On też. Gdy (jak podejrzewam) przeżywa nieszczęśliwą miłość w Katogiri, to cierpi bardziej niż cały zastęp Romeów. Jego głos mógłby poruszyć skały, może dlatego stoi obok miniatury twierdzy. Gdy bawi się, to jest cesarzem imprez, na których ouzo i raki leją się strumieniami. 

Yakov nie doczekał tej reedycji, nie będzie triumfalnego powrotu na scenę na tę jedną, ostatnia trasę. Zmarł w 2018 roku, gdy Fortuna Records przekonali go w końcu do swojego pomysłu na wznowienie jego debiutu. Dzień przed planowanym podpisaniem umowy dostał ataku serca.


środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


wtorek, 4 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 4 II 2020


Wyzwolone kobiety, podejrzani mężczyźni. Kieliszki raki i nargile z haszyszem. Portowe dzielnice Stambułu, Smyrny, Aten i Nowego Jorku. Buzuki, gitary, zawodzące skrzypce i cymbały. Nieznośny ból serca. Te wszystkie elementy dają razem rebetiko. Często porównywane do bluesa, ale bliżej mu do rzewnego fado, choć i to jest krzywdząca opinia. Rebetiko to niezwykła mieszanka muzyki europejskiej, greckiej, tureckiej i arabskiej. Sięgnąłem do jej korzeni, przyjrzałem się, jak zmieniała się w Ameryce, sprawdziłem też, jak rezonuje w dzisiejszej muzyce greckiej.

1. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
2. Rita Abatzi - Μη με στέλνεις μάνα στην Αμερική (I'm Burning, I'm Burning)
3. Jorgos Katsaros - Ο ντοκτορ (George Katsaros: Greek Blues in America, Vol. 1)
4. Dimitris Mystakidis - Ο ντοκτορ (Amerika)
5. Kostas Dousas - Μανωλις ο Χασικλης (Kostas Dousas: Greek Blues in America, Vol. 2)
6. Dimitris Mystakidis - Μανωλις ο Χασικλης (Amerika)
7. A. Kostis - Giannis Hasiklis (The Jail's a Fine School)
8. A. Kostis - I Fylaki Einai Scholeio (The Jail's a Fine School)
9. Marika Ninou - I Ached in My Heart (The Sun is Setting on the World)
10. Yiota Lydia - Badworld (The Sun is Setting on the World)
11. Çiğdem Aslan - Vale Me Stin Agalia Sou (Mortissa)


czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunkiem muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



poniedziałek, 19 marca 2018

Dźwięk podobny do deszczu


Białe łzy Hariego Kunzru można odczytywać na wiele sposobów. Zapowiadająca się jako zwykła historia o dwóch chłopakach zakochanych w muzyce z Nowym Jorkiem w tle, powieść brytyjskiego pisarza wraz z biegiem fabuły staje się krytyką amerykańskiego, systemowego rasizmu, zawłaszczenia kulturowego, pojawia się także marksowska akumulacja pierwotna i fortuny zbudowane na przemocy. Muzyka - przedwojenny blues ze starych sfatygowanych szelakowych dziesięciocalowych siedemdziesiątekósemek - jest osią i głównym medium tej opowieści. Od niej się zaczyna i na niej się kończy.

Kunzru zagłębia się w historię bluesa, jego krwawe początki i korzenie. Swoich bohaterów wysyła w tę samą podróż, w którą udaje się Matana Roberts w swojej serii Coin Coin - na Południe. To stamtąd pochodziła większość legendarnych, pierwszych bluesmanów, to tam rozgrywała się tragedia czarnej ludności. Tam na targu niewolników sprzedano przodków Roberts, o czym śpiewa w pierwszej części swojego cyklu. Kunzru głównemu bohaterowi, Sethowi, każe przeżyć niesłuszne oskarżenie o morderstwo, policyjną brutalność i wreszcie egzekucję na krześle elektrycznym. Powracający duch przeszłości, którego nieświadomie budzą postaci uzupełnia ten obraz o swoje własne wspomnienia, by później krwawo zemścić się na potomkach swoich ciemiężców.

Przy okazji, w swoistym epilogu Białych łez Kunzru napisał chyba najlepszy i najtrafniejszy opis starych nagrań, nie tylko bluesowych:

Gdy słucha się starej płyty, nie można mieć złudzeń, że jest się obecnym podczas wykonania. Słucha się przez szarą mżawkę zakłóceń, dźwięk podobny do deszczu. Nie sposób zapomnieć, jak daleko człowiek się znajduje. Zawsze to słychać - dźwięk oddalania w czasie. Ale co w takim razie łączy słuchacza i muzyka? Czy to ważne, że jeden jest żywy, a drugi martwy?

Czego ja właściwie szukam w takich nagraniach? Co sprawia, że po nie sięgam, że słucham kompilacji o mających wzbudzić poczucie tajemniczości tytułach i o nich piszę? Częściowo na to pytanie odpowiedziałem w krótkim tekście o I’m Always Crying Niñii de la Puebla. Za tym deszczopodobnym szumem szelaku, wzmacnianym przez kolejne szumy winylu czy taśmy magnetofonowej kryje się okienko do dawno minionego świata. Obcowanie z głosem z przeszłości - to cenię najbardziej. To naiwne, wiem, ale może jest w tych głosach ukryta wiedza, jak ci ludzie żyli przed stoma laty. Słychać, jak świat zmienił się od tamtej pory, jak muzyka się zmieniła. W ciągu ostatniego wieku świat tak przyspieszył, że sto lat to nie jedna, a kilka epok.

Przypominam sobie ten opis, gdy słucham dwóch kaset dokumentujących rebetiko w USA, czyli ten gatunek z przeszłości, który mnie pociąga najmocniej. Na taśmach wydanych przez - nota bene - Death Is Not The End uwaga skupia się na dwóch wykonawcach, Kostasie Dousasie i Jorgosie Katsarosie, którzy rebetiko grają na gitarach, a nie najmocniej kojarzonym z “greckim bluesem” bouzouki. W tej muzyce są kawiarnie, w których wąsaci mężczyźni popijają kawę w małych czarkach, grają w tryktraka, wieczorami palą haszysz i piją ouzo. Tylko ich miastem nie są Saloniki, Stambuł ani Smyrna, a Manhattan. To lata jeszcze przed Wielkim Kryzysem, kiedy prawie każda w miarę liczna grupa etniczna miała nie tylko swoje własne miejsca spotkań, ale wytwórnie wydające płyty w rodzimych językach, z muzyką przypominającą stary kraj. Ten mozaikowy świat, o którym z pasją opowiadał mi dwukrotnie Ian Nagoski (z jednej strony bardzo podobny do kolekcjonerów z Białych łez, a z drugiej ich kompletne przeciwieństwo, bo nie chce zachować muzyki tylko dla siebie, wręcz przeciwnie) też odszedł. A może nie tyle odszedł, ile radykalnie się zmienił.

Za częściowo te same piosenki zabrał się Dimitris Mistakidis na swojej zeszłorocznej płycie Amerika, na której, jak łatwo się domyślić, gra rebetiko greckiej diaspory za Oceanem. Odarte z “mżawki zakłóceń”, krystalicznie brzmiące utwory w zasadzie nie tracą nic ze swojego uroku. Oczywiście, Mystakidis interpretuje je inaczej, inaczej sobie akompaniuje, inaczej śpiewa - słowem słychać, że to wiek XXI, a nie początek XX. A może, gdyby przybrudzić, zaszumić te nagrania, tak jak zrobili to Seth i Carter, to przeszłość by się zmaterializowała?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Melodie mają dialekty - wywiad z Xylouris White



Dzisiaj wyciągam coś z archiwów. Druga płyta duetu Xylouris White, Black Peak to jeden z moich ulubionych zeszłorocznych albumów, a ich koncert na Unsoundzie był jednym z najlepszych, jakie widziałem w 2016 roku. Właśnie przed krakowskim występem udało mi się porozmawiać z tym nietypowym duetem kreteńskiego lutnisty i australijskiego perkusisty. Wygrzebuję tę rozmowę z szuflady na miesiąc przed ich kolejnym koncertem w Polsce.

Może to banalne pytanie, ale jak się spotkaliście?

Jorgios Xylouris: Poznaliśmy się bardzo dawno temu. W Melbourne, 27 lat temu. Grałem tam koncert razem z zespołem mojego ojca (Psarantonisa, legendarnego kreteńskiego wirtuoza liry - przyp. mój). Tak poznałem Jima. A potem na początku lat 90. mieszkałem w Australii i utrzymywałem kontakt z Jimem, który wtedy zaczynał grać z Dirty Three. Zagrałem z nimi kilka koncertów jako gość. Potem wróciłem na Kretę, Jim przeprowadził się do Stanów. Kilka lat temu odwiedził nas, pograliśmy trochę, nagraliśmy trochę muzyki i tak się to zaczęło cztery lata temu.

Wspólnie tworzycie muzykę?

Jorgios: Od dwóch i pół roku sporo ze sobą graliśmy, każdy z nas przynosi swoje pomysły. Jim zagra coś, ja coś zagram. Zbieramy pomysły, a potem o nich rozmawiamy.

Jak dużo wasza muzyka zawdzięcza kreteńskiej tradycji?

Jorgios: Niektóre nasze melodie są oparte na muzyce tradycyjnej, inne nie. Słuchamy dużo starych nagrań kreteńskiej muzyki, nawet tych najstarszych, z początku XX wieku. Wychowałem się na tej muzyce, gram ją całe życie, ale Jim przenosi ją w inną przestrzeń. Dajemy sobie możliwość głębokiego wejścia w muzykę, poszukiwania i rozwijania brzmienia i utworów.

Na Goats, waszej pierwszej płycie prawie w ogóle nie śpiewasz, w przeciwieństwie do Black Peak.

Jorgios: Nie chciałem się powtarzać, a śpiewanie dało mi możliwość wyrażania siebie inaczej i podążenia w innym kierunku.

Jim White: Poza tym, gdy graliśmy razem po raz pierwszy, nie byliśmy pewni, jak to wyjdzie instrumentalnie, prawda George? Śpiewanie pojawiło się naturalnie i dlatego pojawiło się na Black Peak.

Moim zdaniem Black Peak jest mroczniejszą plytą niż Goats.

George: Tak jest.

Dlaczego?

George: Chcesz wiedzieć dlaczego?

Tak.

Jim: Wiesz, mnie wydaje się, że nie do końca o to chodzi. W pewnym sensie jesteśmy na niej bardziej skupieni, ale to jednocześnie dynamiczniejsza płyta. Nawet jeśli nie jest mroczniejsza, jak to określiłeś, na pewno jest odrobinę cięższa. To wynika z tego, że dużo gramy, prezentujemy się przed bardzo różnymi publicznościami, mamy czasem bardzo mało czasu, żeby je do siebie przekonać. Dlatego nasza muzyka stała się bardziej zwarta. Forging była jedną z pierwszych piosenek, które napisaliśmy na Black Peak i w pewnym sensie ustawia całość. Muzyka odzwierciedla nasz stan w momencie pisania utworu. Nie nagrywania, nagrywanie nie jest częścią tworzenia. Możemy nagrywać w zasadzie wszędzie, bo jest nas tylko dwóch. Nie postanowiliśmy, że nagramy mroczniejszą płytę. Muzyka jest na pierwszym miejscu, a dopiero później rozmowy o niej. I nie zawsze są ze sobą związane. Dla ciebie Black Peak może być mroczniejsza, bo tak czujesz, ale to niekoniecznie odzwierciedla prawdę. No ale taka jest praca dziennikarzy, opisywanie muzyki.





Jorgios, dlaczego zdecydowałeś się na teksty Mitsosa Stawrakakisa?

Jorgiis: Po pierwsze dlatego, że lubię Mitsosa i jego wiersze. Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, pracujemy razem, znamy się od bardzo dawna. Poza tym on ma wizję swoich tekstów, które są bardzo metaforyczne. Dzięki temu daje dużo miejsca na interpretację.

Rozmawiacie o tekstach?

Jim: Rozmawiamy. Ja nie mówię po grecku, ale George opowiada mi, o czym śpiewa. Jeśli więc nie kłamie, to znam teksty.

Jorgios: (śmiech)

Jim: Jeśli dobrze rozumiem, wiele z nich jest opartych na systemie piętnastosylabowych kupletów. Zresztą George miesza teksty, wymienia wersy podczas śpiewania. Czasem gramy piosenkę i George śpiewa zupełnie inne wersy. Pytam się go, dlaczego, a on mi odpowiada, że to w sumie ta sama piosenka, ale tym razem woli taki tekst. Piosenka egzystuje oddzielnie od tekstów, ale jeśli wszystko dobrze rozumiem, wiersz Mitsosa pasują do naszej muzyki. Tak przynajmniej rozumiem je z tłumaczeń George'a.

Śpiewasz także fragment Erotokritosa, słynnego kreteńskiego poematu.

Jim: Mitsos nie napisał tych słów, nie jest aż tak stary. (obaj się śmieją).

Jorgios: Mitsos jest jednocześnie i młody, i stary, ale masz rację, nie aż tak.

Jim: To z jakiego czasu pochodzi ten poemat?

Jorgios: Z XVI wieku.

Jim: I jeszcze opowiada o przeszłości.

Jorgios: Tak, o tym jak się to zaczęło.

Jim: Składa się z 20 tysięcy wersów. (Tak naprawdę jest ich dwa razy mniej - przyp. mój)

Jorgios: My śpiewamy dziesięć. Erotokritos ma wiele wersji w różnych regionach Krety. Wielu ludzi zna go na pamięć i do tej pory wykonuje w całości.

Jim: Naprawdę znają go na pamięć?

Jorgios: Oczywiście. Dawno temu ludzie wymawiali te słowa na różne sposoby. Właśnie tak, słowa były te same, ale wymowa różna. To dlatego, że siedzieli w górach i nie mieli za dużo kontaktu z miastowymi. Ludzie zbierali się wokół ogniska. To byli przede wszystkim pasterze, którzy całe sezon letni spędzali w górach. Słuchanie Erotokritosa było jedną z ich niewielu rozrywek. Wędrowni śpiewacy chodzili od mitato do mitato, czyli szałasów pasterzy.

Jim: Czyli to było coś w rodzaju profesji?

Jorgios: W pewnym sensie. Nie robili tego dla pieniędzy, a bardziej dla przyjaciół i społeczności. Erotokritos jest niczym Biblia dla kreteńskiego dialektu.




Próbowałeś zaśpiewać go kiedyś w całości?

Jorgios: Nie, nie. To by nam zajęło ze 30 płyt. Każdy muzyka na Krecie wybierał część Erotorktiosa, w której chciał się specjalizować i śpiewał ją na melodię z różnych regionów Krety. Wiesz, melodie też są jak mowa, mają swoje dialekty.

A ty śpiewasz Erotokritosa na jaką melodię?

Jorgios: Bardziej wschodnią. Bazuję na tym stylu, ale robię to po swojemu.

Dlaczego zdecydowaliście się, żeby to Guy Picciotto nagrywał wasze płyty?

Jim: Graliśmy koncert niedaleko jego domu, a potem chcieliśmy coś nagrać, więc się z nim umówiliśmy i nagraliśmy u niego. Ujęły nas jego wrażliwość i zaangażowanie. Dużo rozmawiamy o nagraniach i nagrywaniu, pomaga nam wybrać dobre pomysły. Jest zdecydowanie kimś więcej niż tylko inżynierem dźwięku. Uwielbiamy z nim pracować, więc po prostu to robimy.

Prawie ciągle coś nagrywacie, więc pewnie macie dużo niewykorzystanych nagrań.

Jim: To prawda.

Na jakiej podstawie wiecie, że muzyka lub nagranie jest już gotowe?

Jim: Dobre pytanie. George, to dla ciebie (śmiech).

Czasem jest to zupełnie oczywiste, po prostu czujemy, że to już. Czasem wynika to z tego, że dana wersja bardziej pasuje do reszty płyty. Gramy dużo w studio, więc mamy z czego wybierać. Lubimy nagrywać, bo możemy wrócić do starszych wersji i sprawdzić, czy sprawdzają się teraz. Lubimy tez sprawdzać, jak zmieniły się pomysły, jak ewoluowały. Czasem nagrywamy piosenkę wielokrotnie. Na naszej pierwszej płycie jest utwór, który nagraliśmy szesnaście razy, ale wiele jest takich, które udają się za pierwszym podejściem. George, chcesz coś dodać?

Jorgioa: Nie, w zupełności się z tobą zgadzam.

Kto ma ostatnie słowo? Kto podejmuje ostateczną decyzję?

Jim: My obaj.

poniedziałek, 17 października 2016

Prawdziwa muzyka świata



O tym, że nie znoszę terminu muzyka świata, wspominam chyba przy każdej okazji. To określenie w gruncie rzeczy nic nieznaczące (bo przecież niewiele mają ze sobą wspólnego birmańska muzyka klasyczna z gardłowymi śpiewami Inuitów), protekcjonalne, wpychające od jednego worka nie tylko muzykę spoza anglosaskiego idiomu, ale też różne porządki z tych samych kultur - muzyką świata jest i malijski rap, i obrzędowa muzyka Dogonów, czy klasyczna muzyka hindustańska i szamańskie pieśni Baulów. Dlatego bardzo ucieszyłem się, gdy Bartek Chaciński na wzór niezalu ukuł bardzo zgrabny termin "niezach".

Jest jednak pewien obszar, gdzie ten nieszczęsny termin jest zasadny. To wszystkie zderzenia kultur z różnych części świata, tworzące nową jakość. Nie granie każdy sobie, ale rzeczywiste wykuwanie czegoś nowego i interesującego. To także kreatywne mieszanie wszystkiego ze wszystkim bez żadnych ograniczeń. Tak ten termin zdają się rozumieć Szwedzi z Goat, tytułując swój debiut World Music właśnie.

Na najnowszej, trzeciej płycie rozwijają ten koncept najpełniej. Wszystko spina psychodeliczny, hipisowski klimat, ale pomiędzy pojawiają się i gitary wyjęte żywcem ze złotej ery zachodnioafrykańskich bigbandów, subsaharyjskie polirytmie, bogactwo trynidadzkiego calypso, nagrania muezzinów, latynoskie rytmy, dźwięki kory. Naprawdę wszystko. Może się wydawać, że od takiej mieszanki może rozboleć, jednak Requiem przy całym swoim eklektyzmie jest płytą może nie wybitną, ale na pewno więcej niż solidną i najlepszą w dyskografii Szwedów.

Dużo skromniejszy brzmieniowo, ale równie spektakularny (i - przypadkowo? - mający premierę tego samego dnia) jest drugi album Xylouris White, Black Peak. Następca - nomen omen - Goats. Dużo tych zbiegów okoliczności, a muzyka inna i podobna jednocześnie. Giorgios Xylouris (syn słynnego kreteńskiego lirnika Psarantonisa) i Jim White (fenomenalny australijski perkusista) podbijają wyspiarską tradycję i przenoszą ją na inny poziom. Ni to folk, ni to rock, ni to post-punk (choć może do niego jest najbliżej). Xylouris swobodnie porusza się między graniem bliskim tradycyjnym wzorcom, a rockowym idiomem, w czym sekunduje mu White, którego słuchanie jest po prostu fascynujące. To nie tylko muzyka kreteńska przefiltrowana przez post-punk, ale też dialog dwóch wyrazistych, artystycznych osobowości. Słychać, że przy drugim spotkaniu czują się w swoim towarzystwie bardzo swobodnie, pozwalając sobie na więcej luzu i stosując bardziej otwarte (choć wciąż dosyć piosenkowe) formy. Black Peak to pozycja ciemniejsza niż debiut duetu, również za sprawą matowego barytonu Xylourisa. O ile na Goats wokal pojawiał się sporadycznie, tutaj dołącza do lauto i perkusji jako jeden z głównych aktorów spektaklu. Podczas kolejnego przesłuchania Black Peak uderzyło mnie, jak bliskie mają podejście do Sefardix, czyli tria braci Olesiów i Jorgosa Skoliasa. Z tym że w przypadku Polaków punkty wyjścia do poszukiwań to muzyka greckich żydów i jazz. Łączy je przytłaczająca atmosfera, brzmienie perkusji i pewna dzikość. Takiej właśnie "muzyki świata" chciałbym słuchać na co dzień - odważnej, kreatywnej, frapującej.

Xylouris White zagrają jutro na Unsoundzie, którego tegoroczna edycja została skrojona pode mnie. Pod tematem przewodnim Dislocation kryje się "dialog peryferii z centrum". Krakowska edycja jest kulminacją trwającego cały rok projektu, w ramach którego Unsound odwiedził Azję Centralną (Duszanbe i Biszkek) oraz Władywostok. Stąd specjalne spotkania zderzające muzyków z różnych kultur. Moritz von Oswald zagrał wczoraj z Kirgizami z Ordo Sakhna, Stara Rzeka zagra jutro z Tadżykami z Samo. Stąd dzisiejszy koncert Dwarfs of East Agouza, tria łączącego krautrock z deltą Nilu. Stąd wspólny występ Indonezyjczyków z Senyawa z Libańczykiem Rabihem Beainim jako KAFR. Niestety, nie uda mi się być na całym festiwalu, ale jeśli jesteście w Krakowie, to sprawdźcie program i idźcie na koncerty, bo ten wyjątkowy festiwal jest w tym roku jeszcze bardziej interesujący.



PS. Pozostając w temacie wokół Unsoundu, Dan Boeckner z Wolf Parade i Operators w wywiadzie zdradził mi, że bardzo chciałby zagrać w Krakowie ze swoim nowym zespołem Frankfurt Boys.

wtorek, 20 stycznia 2015

Ostatnich dwóch muzyków

Gdy rozmawiałem z Bułatem Chalilowem z Ored Recordings, zapowiadał on kolejne nagrania terenowe. W tym nielicznych pontyjskich Greków zamieszkujących Abchazję, separatystyczną republikę nieuznającą władz w Tbilisi. Skąd Grecy akurat na tym wybrzeżu Morza Czarnego? Część przybyła podczas Wielkiej Kolonizacji, którą pewnie wszyscy kojarzą z lekcji historii, część wyemigrowała na przełomie XIX i XX wieku wskutek tureckich represji. Dziś w Abchazji zostało ich niewiele ponad tysiąc, większość opuściła ten region po wojnie domowej z lat 90. Muzyków zostało jeszcze mniej. Właściwie jeden. Nikolas Singerow, do którego kontakt dostała ekipa Ored Recordings i Sayat Nova Project. Nikolas mieszka na skraju wsi Czernigowka, żyje z uprawy roli. W wolnych chwilach gra na lirze pontyjskiej, zwanej też kemendze, instrumencie wywodzącym się z perskiej kamanczy, ale z wyglądu przypominającym bardziej skrzypce.

Gdy etnomuzykolodzy dojechali na miejsce okazało się, że ostatnich muzyków jest dwóch. Brat Nikolasa, Konstantinos pamięta stare melodie i słowa. I tak płaczliwym dźwiękom liry na nagraniach towarzyszy zawodzący głos Konstantinosa.

Te osiem utworów zostało nagranych w zeszłym roku, ale tak naprawdę należą one do zamierzchłej przeszłości. Pamięć o ich pochodzeniu dawno się zatarła, bracia rzucali tylko ogólnymi określeniami - albo to melodia antyczna, albo pontyjska. To świadectwo wielowiekowej obecności Greków na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Smutne i melancholijne melodie wyrażają tęsknotę. Za miłością? Utraconą młodości? Za nigdy niewidzianym Pontem i Peloponezem? A może za spokojniejszymi czasami, do których wcale nie trzeba się tak daleko cofać? Ten smutek jest obecny w rebetiko, "greckim bluesie" (nie wdawajmy się w dyskusję, na ile to uprawnione określenie), a jeszcze mocniej w muzyce osiadłych w Ameryce wygnańców z Imperium Osmańskiego. Marikę Papagikę i Konstantinosa Singerowa dzieli prawie sto lat, ale łączy tęsknota, w ich głosach brzmi to samo poczucie nieodwracalnej straty. Gdy uświadamiam sobie, że prawdopodobnie Konstatntinos wie, że jest ostatnim strażnikiem tradycji i wraz z nim i jego bratem odejdzie 25 wieków, ogarnia mnie podobne uczucie.


sobota, 9 lutego 2013

2012: miejsca 5-1

5. Kristi Stassinopoulou & Stathis Kalyviotis - "Greekadelia"

"Greekadelia" - jak ładnie to słowo brzmi. Bardzo dobrze też brzmi kolejna płyta weteranów greckiej sceny alternatywnej. Po raz kolejny Stathis i Kristi sięgają po ludowe piosenki z całego kraju i tym razem podrasowują je loopami, efektami i narkotyczną atmosferą. Ten minimalizm służ ludowym kompozycjom, które wydają się być z jednej strony archaiczne, z drugiej XXI-wieczne, lecz tak naprawdę ponadczasowe.


4. Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - "I Will Not Stand Alone"

Współpraca Kayhana Kalhora z Alim Bahramem Fardem zawiera w sobie małe, odcięte od świata kaszmirskie, afgańskie, irańskie wioski, spaloną słońcem ziemię, na której od lat nic nie wyrosło, majestatyczność gór i samotność pustyni. Niesie w sobie wyobrażenia o Azji Środkowej, jako ziemi niedostępnej, z bogatą historią. Jednej z ostatnich białych plam na mapie. Cóż z tego, że to nieprawda, że świat się skurczył, skoro ta muzyka tak pobudza wyobraźnię.


me>

3. Crystal Castles - "(III)"

Koniec świata nie nadszedł. Nie tym razem, choć trzeba przyznać, że nasz świat się trzęsie. Crystal Castles w tej sytuacji występują jednocześnie jako rzecznicy rewolucji, kasandryczni prorocy i obrońcy ludzkości. Nie boją się spraw i tematów ostatecznych, mimo że przetwarzanie wokali często w niezrozumiały strumień dźwięków ukrywa ich intencje. Jest też sporo rozczarowania kondycją rodzaju ludzkiego i dążenia samodestrukcji. A także piękna. Dla Crystal Castles zmierzanie naszego gatunku ku zagładzie jest piękne.

Mogę powtórzyć to, co napisałem kilka miesięcy temu. gdy recenzowałem "(III)": Ethan Kath zrobił najlepszy witch house. Nie wysforował się przed szereg, jak w przypadku dwóch poprzednich płyt, lecz pokazał swoim epigonom, kto tu rządzi. Niezmiennie od czterech lat.



2. OM - "Advaitic Songs"

Jak zmienić oblicze zespołu nie zmieniając zbyt wiele? Jak odświeżyć sprawdzoną, ale wyczerpującą się formułę? OM postawili na na rozszerzenie instrumentarium, co sygnalizowali już na "God Is Good". Trzy lata później ascetyzm bębny + bas jest już przesżłością. Gościnni muzyce, wokalistka śpiewająca hinduską mantrę. Dużą rolę odgrywają smyki i sample. Wzrosła rola perkusjonaliów. Nie zmieniła się tylko haszyszowa transowość uzupełniona przez sięganie do rozmaitych kultur muzycznych, Cisneros i Amos czerpią z muzyki arabskiej, bizantyjskiej, perskiej, indyjskiej. Z doskonałym skutkiem, rok 2012 nie słyszał lepszej fuzji.

1. Japandroids - "Celebration Rock" (recenzja)

Czy druga płyta Japandroids zostanie zapamiętana przez przyszłe pokolenia jako jasny punkt 2012 roku? Śmiem wątpić. Nie jest to album przełomowy, ani przesadnie oryginalny. Brian King i Dave Prowse niczym nie zaskoczyli. Ani muzycznie - dwóch gości weszło do studia nagrać to samo, co poprzednio, tylko głośniej i czyściej. Ani pozamuzycznie - nie wyznali niczego skandalizujące, swoim wyznaniem nie podważyli stereotypów o środowisku, nie mają ego napompowanego do granic możliwości, nie pokusili się o rozbudowaną historię w tekstach, nikogo nawet nie zbluzgali na forum publicznym."Celebration Rock" nie jest dziełem monumentalnym - osiem piosenek (a tak naprawdę siedem, jedna to cover The Gun Club) w trzy lata to naprawdę skromne osiągnięcie. Mimo tego wszystkiego drugi album Kanadyjczyków nie miał w tym roku konkurencji.

Tych dwóch niepozornych trzydziestoletnich facetów gra tak, jakby świat się miał skończyć nawet nie jutro, ale już zaraz., a przecież jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. 35 minut, w których zamyka się "Celebration Rock" kipi energią, jak plac Tahrir w Kairze. Te osiem piosenek powinno się wystawić w Sevres jako wzór rocka. Pędzącego na złamanie karku, szczeniackiego, bezczelnie przebojowego, prostego, lecz nie prostackiego. Są dziewczyny, są imprezy, jeśli miłość to już teraz, ale na zabój. Jest i nostalgia za młodością, a ja choć sześć lat młodszy, czuję się przy nich staro. No i te piosenki, chcę ryczeć, chcę krzyczeć, chcę śpiewać. Chcę wsiąść do samochodu i popędzić na kraniec świata (ale oczywiście prawko najpierw). Chcę poczuć, że żyję. Tego w tym roku muzycznie nie zafundował mi nikt poza nimi. I chyba najważniejsze. Sprawili, że po bardzo długiej przerwie zacząłem znowu coś tam dłubać przy gitarze. Niby nic takiego, ale kurz na niej osiągnął już prawie samoświadomość.


niedziela, 3 lutego 2013

Uskudar 3 II 2013

1. Babadag - Bare Fet, Dirt Road
2. Babadag - Clay
3. Klezmafour - Meshuggah
4. Klezmafour - 5th Element
5. Marika Papagika - Stos Arkadias ton Platano
6. Marika Papagika - Kremetai i kapoto
7. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena
8. L'Orchestre Sidi Yassa de Kayes - Lali

niedziela, 30 grudnia 2012

Uskudar 30 XII 2012

1. Ramzi Aburedwan - Bordeaux
2. Ramzi Aburedwan - Tahrir
3. Yemen - On the Desert
4. Alte Zachen - Gimel 99
5. Choban Elektrik - Kopanitsa
6. Kapela ze Wsi Warszawa - Bendzie wojna
7. Babadag - Futro
8. Mati Zundel - La Cumbia de la Loviya
9. Bomba Estereo - Pajaros
10. Alkibar Gignor - Zeinabou
12. Guelewar - Ya Mom Samaray
13. Terakaft - Imad Halan
14. Amadou & Mariam - Dougou Badia (feat. Santigold)
15. Royal Band de Thies - Cherie Coco
16. Firewater - Strange Life
17. Kristi Stassinopoulou & Stathis Kalyviotis - Mes Tou Aegou Ta Nera
18. OM - Sinai

niedziela, 2 grudnia 2012

Uskudar 2 XII 2012

1. A Hawk and a Hacksaw - Xeftilis
2. Dimitris Mistakidis - Mes' Ton Teke Tis Marigos
3. Marika Papagika - Sta Vervena sta Giannena
4. Marika Papagika - Stis arkadis to platono
5. Le Mystere Jazz de Tombouctou - Leli
6. L'Orchestre Kanaga de Mopti - N'do N'do
7. Guelewar - Sama Yaye Demma N'dar
8. Kukumbas - Respect

wtorek, 13 listopada 2012

Kristi Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Greekadelia


Rzadko zdarza mi się kupować płyty w ciemno. Co prawda, zrobiłem tak przy okazji "Celebration Rock" Japandroids, ale był to naprawdę wyjątkowy wyjątek. Takim samym wyjątkiem jest najnowsza płyta Kristi Stassinopolou i Stathisa Kalyviotisa. A może jest to przypadek jeszcze bardziej wyjątkowy, bo przekonał mnie opis na stronie wytwórni, który (jak zawsze) zapowiadał niepowtarzalne doświadczenia. Choć raz była to prawda.

Wszystkiego, co najważniejsze o tej płycie można dowiedzieć się z jej tytułu. "Greekadelia". Ładnie brzmi i łączy w sobie dwa dominujące elementy muzyki tego duetu. Grają ludowe piosenki z całej Grecji (nie ma tu ani jednej ich kompozycji), a w ich aranżacjach dominuje psychodelia. Oczywiście, nie można się dowiedzieć, że to Kristi śpiewa i gra na tabli i tamburze, a Stathis zajmuje się produkcją sampli, loopów i grą na lauto (czyli greckiej lutni po prostu). Ani tego, że te wersje stoją okrakiem między tradycją i nowoczesnością, jednocześnie będąc bardzo plastycznymi. Wystarczy tylko zamknąć oczy i ujrzeć błękit Morza Egejskiego, gaje oliwne na stokach gór, białe plaże, ale przerażająco puste. Choć to demotika, pieśni ludu, aranżacje na "Greekadelii" są bardzo surowe i zimne. Jednak to zupełnie inna pustka niż na drugiej płycie The XX, nie wynika ona z braku pomysłów, lecz jest swoistym hołdem dla nieprzyjaznej greckiej przyrody. Jest też tym, co najmocniej wprawia w trans, zapętlone dźwięki lauto, monotonny, benzamiętny głos Stassinopoulou, plamy z loopów kierują "Greekadelię na wschód, do Iranu i dalej, do Indii, wydobywając ten pierwiastek greckiej muzyki, na którą przecież Azja miała ogromny wpływ, nie tylko w czasach osmańskich.

Kupiłem "Greekadelię" już miesiąc temu i od tamtej pory słucham jej prawie raz dziennie, co chyba jest w tym wypadku najlepszą rekomendacją.





piątek, 19 października 2012

Uskudar 14 X 2012

1. Krist Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Matia San Kai Ta Dika Sou
2. Kristi Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Neratzoula Fountomeni
3. Mike Coope & Viv Corringham - Yathia Mesanichta
4. Andy Moor & Yannis Kyriakides - A School Burnt Down
5. Kirika - Kaba Saz
6. Soap Kills - Herzan
7. Darnakes- Aghela
8. Darnakes - Strange Words
9. Yemen - Once in the Desert
10. Julio y Agosto - Vals