Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Indie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



poniedziałek, 8 stycznia 2024

Madhuvanti Pal i jej rudra veena



Jeszcze w zeszłym roku porozmawiałem z Madhuvanti Pal, jedną z niewielu indyjskich muzyczek grających na rudra veena, instrumencie o kilkutysiącletniej historii. Madhuvanti opowiada mi, o tym, jak zmieniało się postrzeganie tego instrumentu, pozycji kobiet w klasycznej muzyce indyjskiej, o swoim uporze w dążeniu do celu i o tym, jak to się stało, że Sublime Frequencies wydali jej winyl. Do poczytania w Bandcamp Daily.

środa, 13 września 2023

W środku snów

Muzyka Wacława Zimpla na przestrzeni lat zmieniała się jak w kalejdoskopie, muzyk co i rusz wymyśla się na nowo. Jedno, co pozostaje niezmienne to jego fascynacja muzyką indyjską w wielu jej formach. Tą miłością zaraża teraz Sama Shackletona.

piątek, 19 maja 2023

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 V 2023


Spotkanie muzyki z Iranu i Mali, Indii i Niemiec, Indonezji i Gambii, Pakistanu i Stanów. W programie wyjątkowo piękne i wyjątkowo długie utwory, a i ja jestem wyjątkowo rozgadany.

1. Kayhan Kalhor & Toumani Diabate - The Path of No Return
2. Arooj Aftab, Vijay Iyer, Shahzad Ismaily - Eyes of the Endless
3. MD Pallavi & Andi Otto - An Unwritten Word
4. Suarasama - Untukmu Yang Berperang

wtorek, 8 lutego 2022

Życie jest muzyką



Każdy - mam nadzieję - ma w swoim życiu moment oświecenia. Dla Amita Chaudhuriego przyszedł on w Bombaju na dwudziestym piątym piętrze. Wtedy usłyszał Govinda Prasada Jaipurwale, nauczyciela śpiewu swojej matki i syna legendarnego Laxmana Japiurwalego. Chaudhuri miał szesnaście lat. Wcześniej chciał zostać indyjskim Neilem Youngiem, pisał własne piosenki w tym duchu. Jednak moment, gdy usłyszał głos Govindjiego (jak go nazywali bliscy) zaważył na jego dalszej ścieżce - postanowił zostać śpiewakiem wykonawcą khayali. I jest nim do dziś (choć nie tylko, to także uznany powieściopisarz, poeta, eseista i wykładowca).

Finding the Raga: An Improvisation on Indian Music to nie jest książka tylko o muzyce czy tylko o drodze autora. Zgodnie z podtytułem to improwizacja. I jak prawdziwa improwizacja meandrująca jak rzeka. Chaudhuri pisze o tym, czym dla niego jest muzyka, nie tylko indyjska. Wspomina swoje początki, wczesne, inspirowane Youngiem i Bitelsami piosenkami, Bombaj lat 70. i jego dźwięki. Opowiada o tym, jak nauczył się słuchać, tłumaczy czym są (i czym nie są) ragi, zgłębia historię klasycznej muzyki hindustańskiej, zderza ją z europejską klasyką, podkreśla podobieństwa i różnice. I przede wszystkim snuje historię swojego najdłuższego związku - z muzyką. Muzykę - za sprawą swoich nauczycieli - słyszy wszędzie, w dźwiękach dzwonów i nawoływaniach ulicznych sprzedawców rozpoznaje składowe rag.

Jeśli klasyczna muzyka europejska jest mimetyczna - jak symfonie Beethovena - to khayale są niczym modernistyczna, niereprezentatywna sztuka, abstrakcyjna jak język, co więcej mająca wiele wspólnego z futuryzmem. Chaudhuri zręcznie przeprowadza przez zawiłości indyjskiej terminologii, przystępnie tłumaczy, dlaczego muzyka hindustańska brzmi tak, a nie inaczej, z czego to wynika, kto był motorem zmian. Ani na chwilę nie traci lekkości wywodu. Jego porównania, metafory i zabiegi są celne i zrozumiałe. Sam wiem, jak pisanie o muzyce potrafi być zwodnicze i jak wiele wysiłku wymaga. U Chaudhuriego nawet najtrudniejsze zagadnienia (na przykład stosunek alaap do innych części ragi) są zrozumiałe dla laika.

Finding the Raga to książka o sztuce, życiu, medytacja nad twórcza natura ludzkością, refleksja nad jej źródłem, opowieść o radykalnej modernizacji i westernizacji indyjskiej klasy średniej. Wreszcie, to opowieść o życiu. Tylko tyle i aż tyle.

wtorek, 17 sierpnia 2021

Pod liliowym niebem

"Wieczorne ragi najlepiej wykonywać między zmierzchem a północą. Pomagają się skupić i uporządkować umysł przed snem. I tak jest też w przypadku „Under the Lilac Sky”. Mimo swej wielowarstwowości i skomplikowania ambientowe ragi Jain wyciszają i oczyszczają umysł z nadmiaru bodźców. Taka kuracja przydaje się nie tylko przed zaśnięciem."

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o debiucie Arushi Jain.

środa, 28 lipca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 28 VII 2021



W dzisiejszej audycji pomknęliśmy od Kairu przez Teheran do Delhi. Posłuchaliśmy wściekłego, monumentalnego transu spod Piramid, zanurzonych w perskiej klasyce dronów z wielkiej metropolii i wieczornych rag na syntezator modularny. Czyli jak zawsze spotkaliśmy się na skrzyżowaniu tradycji i nowoczesności.

1. Karkhana - Sidi Mansour
2. Saba Alizadeh - I May Never See You Again
3. Saba Alizadeh - Touch
4. Hosyar Khayyam, Bamdad  Ashfar - Yek
5. Hosyar Khayyam, Bamdad  Ashfar - Anthology
6. Arushi Jain - Richer Than Blood
7. Arushi Jain - My People Have Deep Roots

środa, 8 lipca 2020

12 minut z 71 lat


Jest rok 1932. Na Gibraltar przybywa dwudziestotrzyletni Azizullah Abdurrahman Balouch. Przypłynął z odległego krańca Imperium Brytyjskiego, z położonego w dzisiejszym Pakistanie Sindhu (ale urodził się w Beludżystanie, na pograniczu Pakistanu, Afganistanu i Iranu). Na półwysep Iberyjski wybrał się za pracą, zatrudnił go jeden z hajdebaradzkich kupców. Jednak młodzieńca od handlu bardziej interesuje coś zupełnie innego - flamenco. Balouch studiował w ojczyźnie arabski, perski, recytował Koran i śpiewał ludową muzykę Sindhu. Jeszcze w Azji poznał z nagrań flamenco, w którym zakochał się od pierwszych chwil, i które przypominało mu muzykę, na której się wychował. 

Pierwszy rok na skale Gibraltaru Balouch spędził na żmudnej i ciężkiej pracy, dopiero po kilkunastu miesiącach udało mu się wyrwać do sąsiedniej La Linei na koncert. Tego wieczoru występował między innymi Pepe Marchena. Aziz był tak zachwycony występem, że z pomocą znajomych zaprosił artystów na wizytę w jego domu następnego dnia. Teraz była kolej na Beludża, by zachwycił swoich gości. Z akompaniamentem harmonium zagrał nie tylko sindhijskie i sufickie pieśni, ale też flamenco, w końcu twierdził, że to prawie to samo. Marchena z miejsca zaprosił Aziza na gościnny występ podczas gibraltarskiego koncertu i zaproponował mu terminowanie u siebie. Balouch szybko zyskał pseudonim Marchenita - mały Marchena, podbijał madryckie sceny. Był tak dobry, że wielu mu nie wierzyło, że nie jest Andaluzyjczykiem. To w Madrycie nagrał swoją jedyną epkę, Sufi Hispano-Pakistani, którą w tym roku przypomniała londyńska oficyna Death Is Not the End. 

Balouch szczególnie upodobał sobie canto jondo, według jego słów najczystszą i najpoważniejszą formę tego gatunku. To w nim słyszał najwięcej podobieństw do transowej muzyki i hymnów sufickich. Potwierdzają to te jedyne nagrania, w których miesza swobodnie perski, arabski, hindi i hiszpański. Pełne melizmatów linie wokalne naturalnie kierują w stronę muzyki islamskiej, ale przecież dokładnie takie same środki występują we flamenco. Balouch gra na gitarze, jakby całe życie spędził w Andaluzji. Z tych nagrań bije taka pewność, że nie dziwię się, że dziennikarze prosili go o pokazywanie paszportu. Jego flamenco pełne jest smutku i powagi, ascezy, jakby było skargą na niesprawiedliwy los. Balouch twierdził, że tylko w tych najbardziej przejmujących formach przetrwał prawdziwy, suficki duch flamenco. Krytykował hiszpańskich muzyków za rozwiązły styl życia, który nie pozwalał im dotknąć sedna muzyki.

Balouch do pewnego stopnia miał rację. Romowie, z którymi najczęściej utożsamia się flamenco do Europy przybyli właśnie z Indii, w tym z Sindhu. Utrzymali przez stulecia swoją odrębność kulturową, muzykę również. Spotkanie się Cyganów z Moryskami najprawdopodobniej było katalizatorem do powstania flamenco. Islam i Indie, stąd najpewniej wypływają źródła tego gatunku. 

Aziz, ranny podczas hiszpańskiej wojny domowej, przeniósł się do Londynu, gdzie założył towarzystwo sufickie i promował kulturę flamenco, o którym napisał kilka książek. W latach 50. i 60. znów zamieszkał w Madrycie, na zaproszenia ambasadora Pakistanu, zorganizował koncert swojego mentora Pepa Marcheny w Karaczi, stolicy Sindhu. Balouch zmarł pod Londynem w 1978 roku, pochowano go w nieoznakowanym grobie.

12 minut, 4 nagrania, kilka zdjęć. Tyle zostało po tym niezwykłym człowieku, który usłyszał pokrewieństwo w muzyce z dwóch różnych krańców świata.

Korzystałem z tekstu Aziz Balouch Stefana Williamson Fa.

sobota, 18 czerwca 2016

Waxahatchee - "Early Recordings"


Last.fm pokazuje, że w ciągu ostatnich trzech lat odsłuchałem utwory Waxahatchee ponad 2 tysiące razy, więcej niż jakiegokolwiek innego wykonawcę. 

Wielokrotnie zastanawiałem się, co takiego jest w piosenkach Katie Crutchfield, że nie jestem w stanie się od nich oderwać (zresztą nie tylko tych napisanych jako Waxahatchee, tak samo mam z PS Eliot, Bad Banana czy Great Thunder), że jak zacznę słuchać, to przez miesiąc nie ptorafię posłuchać czegokolwiek innego. 

Tak samo jest z wznowionymi właśnie pierwszymi nagraniami Katie jako Waxahatchee. To pięć piosenek nafranych sześć lat temu i wydanych na wspólnej kasecie z Chrisem Clavinem. Pięc piosenek, o których Katie, jak sama przyznała, całkiem zapomniała. Wróciła do nich dopiero przy okazji solowej trasy po zachodnim wybrzeżu.

To bardzo proste piosenki. Ale cholernie przebojowe i emocjonalne. Katie nie traktuje swojej muzyki jako maski. Przeciwnie, eksponuje w niej swoją kruchość, czyniąc z niej swoją największą zaletę. Źle brzmiące, przesterowane piosenki aż kipią od emocji. Nie ma tu wielu dźwięków, więc każdy z nich wybrzmiewa dużo mocniej. Tak samo jest ze słowami. Na debiucie PS Eliot Katie potrafiła wypluwać je z szybkością karabinu, starając się opowiedzieć jak najwięcej w ciągu kilku minut, na zeszłorocznym Ivy Tripp korzysta z nich bardzo oszczędnie, tutaj jest gdzieś pomiędzy.

W tych piosenkach rozbrzmiewa gniew, rozczarowanie, smutek, nostalgia, znalazło się też miejsce na radość i zakochania. Wszystko w młodzieńczej pasji i poświęceniu. Zobaczcie zresztą nagranie mojej ulubionej piosenki z tej EPki.

środa, 9 września 2015

W centrum: Voi Doid - "Atman-Brahman"


Na pierwszą artystkę cyklu wybrałem Elenę Pustową z Kaliningradu, ukrywającą się za pseudonimem Voi Doid. Atman-Brahman przyciągnął moją uwagę okładką łączącą motywy indyjskie z zoroastriańskimi, co przypomina ilustracje wykorzystywane przez OM. Elena nie gra doom metalu, ale wpływy wschodnie i mistyczne są w jej twórczości równie ważne, co dla Ala Cisnerosa.

Rosjanka opiera swoją muzykę na rozmaitych samplach. Tnie i wykorzystuje wszystko, od religijnych mantr przez arabskie ludowe piosenki aż do własnego(?) głosu. Sample układa na ciężkich, wręcz brutalnych bitach. Jej muzyka jest jednocześnie linearna i repetytywna. Jak na kole czasu, wszystko się powtarza, ale każde powtórzenie jest inne. Elena potrafi również radykalnie zmienić charakter utworu. Narayna zaczyna się bardzo podobnie do Addis OM (to jedyny moment, gdy są tak blisko), ale zaraz potem rozmywa się w gąszczu. I tak jest cały czas, wszystko kończy się w zupełnie innym miejscu niż się zaczęło. Nic nie wraca o punktu wyjścia.

czwartek, 6 lutego 2014

Świat 2013: miejsca 5-1

5. Kvelertak - "Meir"



Norwegowie swoim podejściem do muzyki przypominają trochę Fucked Up. Podobnie niby ekstremalni, ale tak naprawdę przebojowi. Radiowy potencjał ukrywają pod blackowymi korzeniami, choć trzeba przyznać, że na drugim albumie poszli zdecydowanie w stronę przystępności i blasty pojawiają się incydentalnie. Jeszcze więcej jest za to luzackiego rokendrola.



4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - "Kula Kulluk Yakişir Mi"



Współpraca Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana trwa już ponad dziesięć lat. W 2004 roku wydali album "The Wind", z którego programem koncertują do dziś. Oczywiście przez lata ewoluował i w takiej zmienionej formie został zarejestrowany w tureckiej Bursie. To zapis jednej długiej improwizacji, wielowątkowej, rozbudowanej, zanurzonej w kurdyjskiej, perskiej i tureckiej tradycji.

3. Waxahatchee - "Cerulean Salt"




W zasadzie mogę powtórzyć, co napisałem 11 miesięcy temu: W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.



2. A Hawk and a Hacksaw - "You Have Already Gone to the Other World"



Najpierw był film Siergieja Paradżanowa "Cienie zapomnianych przodków". Obraz niezwykły i magiczny. Do tego stopnia zafascynował Jeremy'ego Barnesa i Heather Trost, że postanowili napisać do niego własną ścieżkę dźwiękowa. Swoje inspiracje przenieśli z Bałkanów w bliższe nam rejony, Karpaty i ich pogranicze. Oprócz tradycyjnych melodii z Węgier, Rumunii i Ukrainy, są tu tez autorskie kompozycje Amerykanów. Równie mocno zakorzenione w tradycji. I jak tradycja zawieszone między przeszłością, teraźniejszością, a bezczasowością.




1. Bombino - "Nomad"



Bombino wreszcie znalazł odpowiedniego producenta, który niewiele zmieniając w muzyce Tuarega, sprawił, że stała się przystępna nawet dla ucha niezwyczajnego do takiego grania. Na szczęście Dan Auerbach nie zdominował "Nomady", to nadal tuareski rock w najlepszym wydaniu. Podrasowany, to fakt, ale ciągle z niepokorną, saharyjską duszą.



poniedziałek, 20 maja 2013

Retro Stefson

Co było największym wyzwaniem podczas nagrywania “Retro Stefson”?
Największym wyzwaniem jesteśmy zawsze my sami.

Retro Stefson nie należą do rozmownych, przynajmniej za pośrednictwem mejla.

poniedziałek, 29 października 2012

The Bombay Royale - "You Me Bullets Love"


Australijczycy w Bollywood.

Wyobraźcie sobie taką sytuację: grupa Australijczyków postanawia odkopać skarby indyjskiej muzyki filmowej, przede wszystkim z Bollywoodu, do zespołu rekrutują dwójkę indyjskich wokalistów (pana i panią) i wreszcie - nagrywają płytę wypełnioną oldskulowym, funkującym surf rockiem, rodem z indyjskich filmów klasy C. Brzmi intrygująco, ale i trochę znajomo, nieprawdaż? Podobny koncept od ponad dziesięciu lat uskuteczniają Dengue Fever z tą różnicą, że u Amerykanów Indie zastąpiła Kambodża.

Oczywiście, to konceptualne podobieństwo nie może być żadnym zarzutem. Tym bardziej, że Bombay Royale zapewniają rozrywkę na najwyższym poziomie.Właśnie tak, rozrywkę. Australijczycy nie udają, że ich muzyka ma jakieś wyśrubowane ambicje. Nie, ona ma dobrze bawić. I to udaje jej się doskonale. Od samego początku chce się do ich muzyki tańczyć. Ostre gitary, funkujące rytmy, dużo dęciaków, pojawiające się gdzieniegdzie indyjskie instrumenty. Czego chcieć więcej od takiej płyty? Dobrych piosenek, to oczywiste. Na szczęście, w tej kwestii Australijczycy nie zawodzą. "You Me Bullets Love" składa się z samych hitów, z których na pierwszy plan wybija się bardzo bondowski numer tytułowy i ponad ośmiominutowe zakończenie "Phane Baje Na" z elementami klasycznych rag. Warto też wspomnieć o jedynym w zestawie anglojęzycznym utworze "The Perfect Plan".

Debiut The Bombay Royale z pewnością przyda się, by choć trochę ocieplić nadchodzącą zimę. Nie tylko miłośnikom Bollywoodu.



niedziela, 9 września 2012

Uskudar 9 IX 2012

1. RUTA - Oj, niech przyjdzie deszcz
2. RUTA - Mama - Anarchija
3. Firewater - The Bonney Anne
4. Firewater - Glitter Days
5. Baba Alex - Kajri
6. MC Yogi - Hanuman
7. Ravi Harris & the Prophets - Ravi's Thing
8. Ravi Harris & the Prophets - Funky Sitar Man
9. Ilaiyaraaja - Love Theme on Computer
10. Ilaiyaraaja - Pattu Engey
11. Ilaiyaraaha - Disco King
12. The Bombay Royale - You Me Bullets Love