czwartek, 14 września 2023

Nazwij żałobę, pozwól jej zaśpiewać


Julie Byrne nie wydaje często nowej muzyki. Jej długogrający debiut Rooms with Walls and Windows z 2014 roku to tak naprawdę kompilacja dwóch wcześniejszych EPek. Na nich ambientowe plamy syntezatorów oplatają folkowe partie gitary akustycznej i głęboki, kojący głos Julie. Wydany trzy lata później Not Even Happiness przyniósł amerykańskiej pieśniarce stosunkowy rozgłos. W zasadzie Julie kontynuuje na nim obrany kierunek, ale częściej syntezatory zastępuje sekcja smyczkowa. To muzyka delikatna, przejmująca, zanurzona w amerykańskiej folkowej tradycji z poetyckimi tekstami (co nie powinno dziwić, Julie potrafi recytować wiersze ulubionych poetów z pamięci). Na The Greater Wings kazała czekać sześć lat.

Pewnie byłoby krócej, gdyby nie osobista tragedia. Zwykle małomówna w sprawach osobistych, Julie mówi otwarcie mówi o nagłej śmierci współpracownika, przyjaciela i partnera Erica Littmanna. Poznali się na SXSW w 2014 roku, Littmann pracował przy produkcji sesji wideo Julie. “Pokochałam go od razu” mówiła w tym roku Guardianowi. To Littmann stał za za konsoletą podczas nagrywania Not Even Happiness, to z nim pisała piosenki, to on towarzyszył jej na koncertach. 

Pierwsze piosenki powstały długo przed śmiercią Littmanna, jeszcze w 2018 roku. Potem pandemia, która złapała Julie w Kalifornii, to wtedy powstała większośc piosenek. Kiedy można już było podróżować, od razu poleciała do Littmanna, do Chicago, szlifować piosenki, które - w zmienionej formie - trafiły na The Greater Wings. Gdy zmarł, odłożyła je na półkę, nie mogła do nich wrócić, zbyt bolesne przywoływały wspomnienia. Dopiero (a może już?) pół roku po tragedii postanowiła dokończyć pracę nad piosenkami, z towarzyszeniem Aleksa Sommersa, producenta najbardziej znanego ze współpracy z muzykami islandzkimi - Sigur Rós, Pascal Pinon czy Sin Fang. Tę islandzką miękkość i baśniowość - pasującą do muzyki Byrne - Sommers wprowadził naturalnie, wzbogacił paletę brzmieniową. Pojawiające się wcześniej mrugnięcia w stronę Enyi i mistyczności jej muzyki najmocniej pojawiają się w Hope’s Return.

The Greater Wings jest zbiorem reminiscencji zwykłych “niezwykłych momentów”, jak śpiewa w utworze tytułowym. Od zawsze tak budowała teksty - poetyckie opisy w zasadzie banalnych wydarzeń, spaceru po lesie, życia w mieście, nocy w trasie. Jest w tych tekstach niezwykła uważność, dostrzeganie symboliki w każdym geście, każdym zdarzeniu. Czas, który Byrne spędziła z Littmannem to był święty czas, którego nie można zapomnieć. Można tylko do niego wracać.

W całości po śmierci Littmanna powstała tylko Death Is a Diamond, ale cień Erica pojawia się w każdej piosence, nie tylko dlatego, że zdążył zagrać na dziewięciu z nich. You are the family I chose - Jesteś moją wybraną rodziną śpiewa Julie łamiącym się głosem na tle delikatnych, przeplatających się arpeggiów syntezatorów i harfy. Czasem obecność Erica jest powidokiem ulotnej chwili, obrazem uchwyconym kątem oka, jak w Conversation Is a Flowstate. Czasem w centrum jest właśnie ten brak, jak w Portrait of a Clear Day. W zdecydowanie najbardziej filmowym Lightning Comes up From the Ground Littmann jest niczym siła przyrody, na tle narastających smyczków Byrne rozpamiętuje stratę, ale wydaje się z nią pogodzona. Bo przecież strata jest nieodłącznym towarzyszem życia - każdy początek ma w sobie jednocześnie koniec. W tym samym utworze padają najbardziej buntownicze słowa - Death to the old ways - ale zaraz dodaje, czym byłabym bez nich

Krytycy porównują The Greater Wings do Carrie & Lowell Sufjana Stevensa czy Skeleton Tree Nicka Cave’a, jednak to splątanie nadziei, pogodzenia, smutku i żałoby najbliższe jest Vulture Prince Arooj Aftab. W Summer Glass śpiewa I want to be whole to risk again, i choć Death Is a Diamond jest wyciskającym łzy pożegnaniem z możliwe, że najważniejszą osobą w życiu Julie, to życie się nie kończy. Zamiast popaść w czarną rozpacz, Julie wybiera odważne skierowanie się w stronę życia i światła. 


środa, 13 września 2023

W środku snów

Muzyka Wacława Zimpla na przestrzeni lat zmieniała się jak w kalejdoskopie, muzyk co i rusz wymyśla się na nowo. Jedno, co pozostaje niezmienne to jego fascynacja muzyką indyjską w wielu jej formach. Tą miłością zaraża teraz Sama Shackletona.

czwartek, 7 września 2023

Wieczna podróż

Jedna z teorii – ta najpopularniejsza – o pochodzeniu Indoeuropejczyków wskazuje na step pontyjski jako to miejsce, w którym narodził się przodek prawie wszystkich używanych w Europie języków. Raphael Rogiński nad Morzem Czarnym szuka korzeni swoich i uniwersalnych prawd.

Raphael zjeździł kraje położne w regionie Morza Czarnego wzdłuż i wszerz. Jego wybrzeże kolonizowali Grecy, po stepach jeździli Scytowie, Sarmaci, Hunowie, Madziarzy. Dziś na jego brzegach i okolicach mieszkają Tatarzy Krymscy, Ukraińcy, Turcy, Rumuni, Bułgarzy, Gruzini, Rosjanie, Abchazowie, Ormianie. Mozaika narodów, wierzeń i kultur. Kiedyś, gdy je już ujarzmili Grecy, nazwali je Gościnnym, ale od dwóch ostatnich lat znów stało się areną krwawej wojny.

Nie dlatego jednak Talà​n brzmi tak przejmująco. Wydaje mi się, że to album, na którym Rogiński mówi wreszcie o sobie bez żadnych protez – nie chowa się za Bachem, Purcellem, Coltrane’em, nie puszcza oka, grając chasydzki surf rock. Nie sięga po niguny, muzykę Żydów Jemeńskich. A jednocześnie to robi, tylko że niebezpośrednio, te wszystkie doświadczenia w nim siedzą. Tutaj jest sam, tylko z gitarą. Bardziej odsłonić się nie da.

Centrum czarnomorskiego świata dla Raphaela jest Odessa. Jest nim również dlatego, że to „brama do Azji”, a Rogiński coraz częściej patrzy i tam, w stronę Kaukazu i dalej, ciągnie go i na step i w irańskie góry. Odessa jest centrum, bo – jak wyznał Jankowi Błaszczakowi – czuje się w tym wielokulturowym i wieloetnicznym mieście, jak u siebie. Po prostu.

W tej wędrówce wokół Morza Czarnego i w głąb siebie, Raphael sięga też do dalekich geograficznie, ale bliskich sercu bluesa z Delty Missisipi i hipisowskiego rocka. Bartek Nowicki słyszy w Electronie niguny, ja nie mogę oprzeć się myśli, że Rogiński wplótł w niego króciutki cytat z Paint It, Black Stonesów; może nawet zrobił w ramach żartu, zabawy ze słuchaczem, o której wspomina Bartek Chaciński. Blues, ale już ten sahelski, afrykański pojawia się w Lyrze, która ma w sobie też coś kreteńskiego. Trudno uchwycić konkretne odniesienia, wszystkie odniesienia i fascynacje zlewają się w spójną opowieść.

To opowieść o wiecznej tułaczce, o czuciu się u siebie wszędzie i nigdzie, o niemożności znalezienia prawdziwego domu. To opowieść niezwykle intymna, Raphael gra delikatnie, w skupieniu, tłumi struny, jakby chciał wydobyć z nich szept. To opowieść pełna obrazów – perlącego się słonecznego światła nad taflą morza, górskich lasów, falującego morza traw, nieuchwytnego horyzontu. Opowieść o tęsknocie, utracie i bólu i o otrząsywaniu się z nich, życiu dalej; o przymusie wędrowania – w tym przypomina mi trochę przeczytaną na początku roku, nie wszędzie udaną powieść Avant que le monde ne se ferme, ale w sumie wzruszającą historię chłopca, który przeżył Porajmos. Jest w tej muzyce zachwyt, wola życia i zaduma nad jego kruchością. To wreszcie – jak Żywizna i jej Kurpian Songs (do dzisiaj najwybitniejsza pozycja w dorobku Rogińskiego) – hołd złożony ziemi i naturze.

Właśnie do Żywizny najbliżej jest Talà​n. Podobnie zakorzeniona w jednym (choć dużo szerszym) miejscu, zapraszająca „do ogniska”, podobnie przesycona realizmem magicznym. Talà​n oznacza „może”, miriady możliwości, zawiera w sobie każdy dźwięk. W każdym dźwięku jest zaklęta historia.