Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 października 2026

Psychodelia joginki


Od kilku tygodni atakują mnie na Instagramie rolki podrzucające sposoby na wyjście poza algorytmy serwisów streamingowych (pewną ironią jest, że za to idealnie wpisują się w algorytmy platform do scrollowania). Od chodzenia w ciemno na koncerty w małych klubach (2009 welcome to) przez śledzenie ulubionych labeli, sprawdzanie creditsów albumów. Można też czytać i oglądać dziennikarzy, blogerki i - ich chyba też - influencerów muzycznych. Oni - my - też muszą tę nową muzykę skądś brać. Mam kilka wypróbowanych metod, żadna nie jest odkrywcza, a dzięki jednej z nich odkryłem jedną z najfajniejszych (tak, to dobre określenie) płyt tego roku.

Devotee nie znajdziecie u zbrodniczych Szwedów (ale w innych streamingach tak), ja na nią trafiłem przeglądając sekcję New & Notable na Bandcampie. Polecam ją regularnie odwiedzać, to krótkie, jednozdaniowe notki o albumach godnych uwagi. W tej dotyczącej długogrającego debiutu P.P. Rebel moją uwagę przykuło słowo “harmonium”. Na te nieduże, przenośne organy, wykorzystywane przede wszystkim w muzyce subkontynentu Indyjskiego (chociażby w moim ukochanym qawwali z Pakistanu) reaguję podobnie jak na lirę korbową. Przyciągają mnie jak magnes. A kiedy widzę, że są wykorzystywane poza swoim naturalnym kontekstem, to już muszę sprawdzić.

Debiut P.P. Rebel wbrew nazwie nie jest muzyką religijną, ale na pewno uduchowioną. Australijka Paris Rebel Richens, jedna z postaci garażowej sceny Melbourne i okolic zainteresowała się jogą po lekturze Autobiografii jogina Paramahansy Joganandy, propagatora krijajogi na Zachodzie i wstąpiła na tę duchową ścieżkę. To właśnie wtedy postanowiła kupić harmonium i z jego akompaniamentem śpiewać kosmiczne pieśni Joganandy. Tylko że prawie od razu zaczęła pisać własne piosenki. Zrekrutowała zespół i tak - w dużym skrócie - powstał Devotee. W tekście towarzyszącym premierze albumu Paris wspomina, że dopiero, kiedy przestawiła się na myślenie nie poprzez pryzmat ego, pokonała pisarską blokadę, odnalazła nowe pokłady kreatywności.

Wszystkie - z jednym wyjątkiem - piosenki P.P. Rebel opierają się na charakterystycznym brzmieniu harmonium, przypominającym akordeon, ale lżejszym. W zasadzie buduje je podobnie, od solowego intra, wprowadzającego temat, a dopiero później dołącza zespół. I tylko one przypominają muzykę religijną z Południowej Azji, to w tych momentach, jak na początku Sanctuary Paris ślizga się po dźwiękach. Australijka szybko przekształca piosenki w psychodeliczne klejnociki, wiele zawdzięczające latom 60. i 70., wczesnemu The Velvet Underground, 16th Floor Elevators. Swoją wysoką, dziewczęcą barwą głosu, wykorzystaniem harmonium, tą całą psychodeliczną mgiełką rozmywającą brzmienie, budowaniem melodii Paris bardzo przypomina mi Heather Trost. Amerykanka znana najbardziej z pierwszego składu Beirutu i A Hawk and a Hacksaw (w lutym nowy album, nie mogę się doczekać) zamiast harmonium wykorzystuje organy, a jej psychodelia jest bardziej śródziemnomorska niż południowoazjatycka.

Devotee to nie jest wielka płyta, nie ma też takich ambicji. To po prostu fajne siedem piosenek. Uroczych, kolorowych, troszkę kwaśnych. I czasem nie potrzeba więcej.

środa, 22 lipca 2026

Piękno dla każdego

Niektóre teksty powstają z przypadkowych spotkań. Tak było tym razem. Ostatniego dnia Nowej Tradycji zagrali Jonny Nash i Tomo Katsuarada. Przyznaję, że na samym początku nie skleiłem, że to TEN Tomo Katsurada z najwspanialszych Kikagaku Moyo. Piękny był to koncert, zresztą napisałem o nim kilka słów. Porozmawialiśmy chwilę po koncercie, szykowali płytę na początek lipca. Wróciłem do domu i od razu zaproponowałem Bandcampowi wywiad, bo Tomo i Jonny tydzień później mieli grać na Kodach, gdzie i tak planowałem być. Porozmawialiśmy chwilę przed tym lubelskim koncertem, na patio przed studiem im. Budki Suflera. Efekty do poczytania tutaj. Na obu koncertach zagrali materiał ze swojej nadchodzącej wtedy płyty.

At the Emerald Pool, ich pierwszy wspólny album (choć nie pierwszy raz ze sobą grają) jest piękny i kojący. O tej potrzebie uniwersalnego piękna mówią dużo w wywiadzie. To muzyka niespieszna, trochę rozmyta, jakby schowana za mgiełką. Pasuje zarówno do późnoletniego poranka, jak i zimowego wieczoru przy kominku. Jest po prostu przytulna i marzycielska.

Czerpią przede wszystkim z ambientu w duchu Briana Eno, sięgają po folkowe struktury. W swoim graniu są bardzo ludzcy. Czasem dają się porwać improwizacji, czasem są piosenkowo konkretni. Mówią, że chcą pisać i grać muzykę, która spodoba się każdemu. I tak w tym wypadku jest.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Drony, bas i bezczas wsi

Czekałem na powrót WCIAS, Trójpole i Hejnały kocham miłością wielką, takie albumy zdarzają się w polskiej muzyce bardzo rzadko. Myślałem, że się nie doczekam, ale po 9 latach Majerowscy znów grają razem. I znów - do czego przyzwyczaili - grają zupełnie inaczej. Są blisko i daleko tradycji, to muzyka wymagająca skupienia, ale wcale nie trudna. Do poczytania w Radiowym Centrum Kultury Ludowej. 

wtorek, 30 czerwca 2026

Zmiana klimatu

Tak gorąco jeszcze nie było. Wiatrak chodzi bez przerwy, ale daje tylko niewielkie ukojenie. Naukowcy ostrzegali od dekad i przyszłość w końcu nadeszła. We Francji i Holandii z powodu gorąca odwoływane są koncerty i festiwale, co dotknęło chociażby chłopaków z Burkina Azza, którzy zagrali wyśmienity koncert na warszawskiej Adzie. Idealny na tę pogodę. Upalny, taneczny i… radosny. Tylko że to radość podszyta smutkiem, przeczuciem, że lepiej już było. Dla szczęścia akcjonariuszy planeta płonie.

To właśnie od strony B singla zapowiadającego piąty album Błota wziąłem tytuł tego wpisu. Zarówno Zmiany, jak i Atmosfera nie mają za dużo wspólnego z jazzem, ale to też nie zaskakuje, oddalali się od niego coraz bardziej na każdym kolejnym albumie. Odświeżyłem sobie przy okazji ich dyskografię i ten proces jest bardzo wyraźnie zaznaczony, od eabsowego side-projectu po pełnokrwisty i pełnowartościowy zespół, który wypracował swój charakterystyczny muzyczny język. Gdzieś na wysokości Kwasów i zasad zaczęli sięgać nie tylko po hip hop, ale i elektroniczną muzykę taneczną. Te elementy rozwinęli na Grzybni i Grzybach, jazz był “jedynie” podbudową (a ja tam słyszę spore podobieństwa do Zimy stulecia). Zupełnie nie dziwi, że na Audioriverze zabiorą się za klasyki techno z Detroit.

Może to efekt Zimy stulecia, duetu Latarnika i CancerG, czyli połowy Błota (podobno na horyzoncie majaczą nowe rzeczy od nich). Teraz przyszedł czas na poszerzenie składu, współpracę z kimś z zewnątrz. Wybór padł na Rumunię i producenta i gitarzystę Iona D (w kilku utworach pojawia się klawiszowiec Plevna, a za gramofony odpowiada DJ Eprom), choć nie taki mieli pierwotny pomysł. Latarnik opowiada o tym Aleksandrze Wójcińskiej z Między uchem a mózgiem. Otóż chcieli nagrać album z wokalistą elektro manele Renatem din salajem, ale ponieważ był to projekt współfinansowany przez stronę rumuńską, tamtejsi oficjele postawili weto. Nie można przecież promować kultury rumuńskiej przez muzykę romską (w dużym skrócie, bo dochodzą i kwestie rasowe, i klasowe, i przeglądanie się Rumunów w lustrze innych narodów, co akurat łączy ich z Polakami). W zasadzie, od maneli nie uciekli daleko, Ion D wyprodukował jedyny utwór Renata, sam jest założycielem labelu Future Nuggets, wydającego muzykę post-manelową, a sam 10 lat temu nagrał wyśmienity album z zespołem Steaua de Mare będący hipnagogiczną reinterpretacją maneli. Wprowadzili muzykę romską tylnymi drzwiami i choć jest tylko delikatnym akcentem w kilku utworach, to nie da się tego aspektu pominąć, bo to - kolejna po muzyce pakistańskiej - wycieczka w stronę muzyki niezachodniej.

Błociaki podzielili Atmosferę na dwie kontrastowe części, to u nich tradycja. Tym razem poszli tropem z Kwasów i zasad, przeciwstawiają sobie dobro i zło. Złem jest późny kapitalizm, potransformacyjne, bliźniaczo do siebie podobne patologie Polski i Rumunii. Wieczna praca za minimalną płacę, mobbing przez szefa psychopatę. Strach przed biedą i utratą pracy tak przemożny, że się godzi na te uwłaczające warunki. To niczym nieskrępowana chciwość plutokratów i CEOs, którzy dla krótkoterminowych zysków są gotowi podpalić świat, obalać rządy, manipulować narodami. Błoto z Ionem D malują ich karykaturalnie, w Korupcji nie da się nie usłyszeć tłustych banksterów odpalających cygara studolarówkami. Najmocniejszy na Napiętej atmosferze jest Mobbing ze świetną partią gramofonów DJ Eproma. Wyzysk pobrzmiewa wyobrażonymi Bałkanami i echami In Search of a Better Tomorrow. Strona A jest - zgodnie z tytułem - duszna jak smog oplatający latem Bukareszt, lepka jak mazut, kleista, wibrująca jak roztapiający się asfalt.

Rozluźniona atmosfera to z kolei zapiski z oporu: poszukiwania wspólnoty i budowania alternatywy dla nieludzkiego hiperkapitalizmu. Stosunki międzyludzkie, solidarność klasowa wydają się być sugerowanym rozwiązaniem. Mniej na tej stronie jest automatów perkusyjnych, więcej żywego grania Marcina Raka, w kilku momentach na pierwszy plan wychodzi gitara elektryczna Iona D, wreszcie jest tu prawdziwa, jazzująca saksofonowa solówka Olafa Węgra w moim ulubionym “Pojednaniu”, jednym z dwóch utworów, gdzie bałkańskość wychodzi na pierwszy plan. To strona jaśniejsza, przestrzenniejsza, bardziej ludzka po prostu. Też gorąca, ale to zupełnie inna spiekota - nie duszący smog, a mgiełka nad parującą rzeką, zachód słońca nad plażą, ekstatyczny taniec gdzieś na równinie. Dają nadzieję na lepsze jutro, gdy w końcu uda się pokonać prawdziwych wrogów ludzkości.

Sporo wspominam tu o EABS Meets Jaubi In Search of a Better Tomorrow. Nieprzypadkowo, Atmosfera jest jego (dwujajowym) bliźniakiem. Oba albumy mają podobną historię, na obu muzycy (a przecież Błoto to 4/5 EABSów) wychodzą ze swojej strefy komfortu. Oba też zaczynają się pesymistycznie, by na końcu wyrazić nadzieję na zmianę. Wreszcie, oba zdecydowanie poszerzają muzyczny język, dzięki zderzeniu z inną kulturą. I, last but not least, to ich najlepsze rzeczy. 

piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



niedziela, 22 marca 2026

Wielogłos

Muzykę Marii Arnal poznałem w 2021 roku dzięki Clamor jej wspólnemu albumowi z Marcelem Bagésem. Jeśli dobrze pamiętam, trafiłem na nią z polecenia redakcyjna koleżanka z Radia Kapitał. Połamana, ale melodyjna muzyka duetu trafiła do mnie od razu, bo to taki eksperymentalny pop odnoszący się do tradycji, który lubię najbardziej. Już wtedy Maria współpracowała z Holly Herndon, amerykańską kompozytorką, którą od lat zajmuje współpraca człowieka z maszyną.

Z Holly Maria potem jeszcze się spotkała przy Holly+ wraz z duetem Tarta Relena. To był projekt emulatora głosu kompozytorki, który potem można było wykorzystać do tworzenia własnych kompozycji i aranżacji. Już sama (tj. bez Holly, ale we współpracy z Lluisem Nacentą) przygotowała interaktywną instalację Maria CHOIR. Napisała tez ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów, nagrała album z Johnem Talabotem, współpracowała z Barcelona Supercomputing Center. Dużo jej było, rzuciła się w eksplorację nowych technologii.

Z tych wszystkich doświadczeń wyrasta AMA, album który jednocześnie zerka w stronę futuryzmu, posthumanizmu, hyperpopu, ale i mocno stoi na fundamencie tradycji. Może wynika to z faktu, że Maria kończyła barcelońską ESMUC, gdzie - jak się wydaje - kładą naciska na zapoznanie się z tradycyjnymi formami, ale i pozwalają na eksperymenty. Dość powiedzieć, że tę samą szkołę kończyły María José Llergo i Rosalía. Muzyka Marii Arnal to podobne rejony. Szlachetny, eksperymentujący, intelektualny pop, który nie traci nic z przebojowości.

Z tradycji Marię najbardziej interesują wielogłosowe pieśni, z klasyki wokalna ekwilibrystyka. Na AMA śpiewa sama ze sobą, jej głos multiplikuje sztuczna inteligencja, I jak jestem negatywnie nastawiony do wykorzystywania AI w muzyce (dlatego tak bardzo wspieram Bandcamp w ich decyzji zakazania muzyki AI), tak takie zastosowanie mogę zaakceptować. Pod nadzorem ludzkiego artysty, jako kolejne instrument, a nie muzykę prosto z nieludzkiego algorytmu. Na obecności AI muzyka Marii nie traci ludzkiego wymiaru. Może też dlatego, że innymi tematami, który Arnal porusza na swoim solowym debiucie są strata i pamięć - w piosenkach opowiada o swojej kuzynce Amie, zmarłej w latach 90. na AIDS - oraz historia kobieca. Historia zamknięcia w czterech ścianach, zdobywania podmiotowości, wyzwalania się spod patriarchalnej władzy.

Głos i jego modyfikacje są tu najważniejsze. Arnal przepuszcza go przez filtry, tnie na krótkie zapętlone sample, multiplikuje go, tworzy chóry. Producenci Alizzz i Pau Riutort komponują szkieletowe podkłady, złożone z “małych” dźwięków, klików, trzasków, syntetycznych ptasich śpiewów, ale i organów. To muzyka ładna, może nawet - to mój największy zarzut - zbyt ładna, zbyt grzeczna. Brakuje mi odpięcia wrotek, mocnego wejścia w to posthumanistyczne szaleństwo.

Piękny jest głos Marii, wielobarwny. W Por tu penas ślizga się flamenkowych melizmatach, a delikatne organy w tle nadają mu religijnego posmaku. W Que me quiten dzieje się podobnie, ale z jeszcze lepszym skutkiem, bo to najlepszy fragment albumu. Im bliżej jego końca, tym spokojniej, tym warstwa instrumentalna się rozrzedza.

Ama to krótka płyta. 13 piosenek, trochę ponad 27 minut. Najkrótsza ma ledwie 15 sekund, najdłuższa trochę ponad 3 minuty. Czy to efekt dostosowania się do wymogów streamingu? Pewnie tak, to przecież nie jest niszowe wydawnictwo. No właśnie, ta rzecz mnie ciągle uderza, hiszpańskie oddziały majorsów są dużo odważniejsze niż te nadwiślańskie. Ama wyszła nakładem Atlantic, Cru+es Refree i El Nino de Elche Sony, Ultrabelezza Maríi José Llergo również, Lux w Columbii. Tam się jakoś da zrobić pop odnoszący się do tradycji.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Szara nostalgia


Doskonale pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Yumi Zouma. To było niedługo po ich debiucie. Okładkę EP I zobaczyłem na blogu Mariusza Hermy. Zachęciła mnie do kliknięcia, spodziewałem się – jak zanotowałem w krótkiej recenzji – czegoś w rodzaju polaroidowego Vampire Weekend. Dostałem cztery sepiowe, późnoletnie piosenki. I zakochałem się w muzyce tych rozsianych po świecie Nowozelandczyków. Od tamtej pory minęło 12 lat.

Jest 2026 rok i – po kilku zmianach składu – Yumi Zouma nadal mieszkają na różnych kontynentach. Wypracowali sposób działania – pomysłami przerzucają się mailami, ale albumy nagrywają wspólnie, w każdej wolnej chwili, gdy są w jednym miejscu. Wyjątkiem były pandemiczne, alternatywne wersje Truth or Consequences. Przez te 12 lat konsekwentnie nagrywali i wydawali epki i albumy co roku. Wypełnione eleganckim, zwiewnym indie popem. Coraz mniej polaroidowym, ale nadal późnoletnim i ślicznym. Jeśli dobrze pamiętam, to napisałem o nich – poza tymi kilkoma zdaniami na blogu – tylko raz, recenzując Willowbank, ich drugi album. Ale ten tekst wyparował razem z portalem, do którego go napisałem.

Po czterech albumach i trzech dziesięciocalowych epkach postanowili coś zmienić, zresztą można było takiej zmiany się spodziewać. Mają już ustalony skład, już na Present Tense grali bardziej organicznie, pochowali syntezatory. EP IV zapowiadała ten nowy kierunek – koniec inspiracji latami 80., koniec tego ciepła. Wchodzą w swoją fazę buntu i naporu, zakładają flanele, farbują się na czarno, słowem, witamy dekadę później.

No Love Lost to Kindness w pełni odsłania nowe oblicze kwartetu. Gdzieś tam majaczy echo Garbage, powidoki Hole, Eels, post-grunge, alt rock. Oczywiście to wszystko jest przefiltrowane przez ich popową wrażliwość. To nie tak, że obrazili się na przystępne, czarujące melodie. Ubierają je po prostu inaczej. To nadal muzyka wypełniona nostalgią. Może nawet bardziej niż wcześniej. A na pewno jest to nostalgia konkretniejsza. Sami urodzili się w latach 90., to dla nich kraina dzieciństwa, bezpieczna i znana. I może dlatego do niej wracają, chcą złapać choć chwilę wytchnienia od świata, który zdaje się pędzić ku zagładzie. A może wchodzą już w ten wiek, kiedy takie spoglądanie w przeszłość staje się naturalne. W „Phoebe’s Song” wplatają nawet dźwięk dzwonka Nokii 3310. „Blister” brzmi jak destylat z najntisowego altrocka, który królował na antenach MTV (RIP). To muzyka wielkich metropolii, nocnych wypadów na miasto. W drugiej połowie albumu zwalniają. Zaczyna się od „Chicago 2am”, które brzmi niczym wprost wyjęte z repertuaru TOPS (to frazowanie i melodia śpiewana przez Christie Simpson). To – kontynuując tę metaforę – długi powrót do domu. Trochę pieszo w świetle neonów, trochę taksówką, w której szybach odbijają błyszczące od deszczu ulice.

Piąty album Yumi Zouma jest utrzymany w szarościach i po 12 latach biegania w kolorach ta odmiana im pasuje.

Nowozelandczycy 15 marca wreszcie zagrają w Polsce, w warszawskiej Hydrozagadce. Bilety jeszcze są.

niedziela, 8 lutego 2026

Ukąszenie pająka


Dopiero co pisałem o październikowym albumie Raüla Refree z Niño de Elche, a ten niestrudzony kataloński producent właśnie wydał kolejną płytę. Z Marią Mazzottą eksplorują południowowłoską, salentyńską tradycją, wywracają ją na drugą stronę i rzucają na nią nowe światło. W szczegółach o San Paolo di Galatina piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

wtorek, 27 stycznia 2026

Wiatr zaklęty w dźwiękach

W sobotę poszedłem na pierwszy koncert w tym roku. W Młodszej Siostrze zagrał Richard Hronský, słowacki, ekhm, fujarzysta i – według swoich własnych słów – ambientowy pasterz. Piękny i nieoczywisty był to występ. (Zaraz po nim zagrała Marta Forsberg, też bardzo ładnie, ale to temat na zupełnie inną historię).

Hronský na swojej dwumetrowej fujarze grał długimi prawie nieruchomymi statycznymi frazami. Z laptopa dokładał śladowe ilości pogłosów i nagrań terenowych. Ten wyciszony koncert poprzedził krótki wstęp Richarda o instrumencie i swoim pomyśle na muzykę. No więc fujara. To imponujący instrument prosto ze słowackich Karpat. Dla Hronskiego jest łącznikiem z przeszłością. Tą bliższą – wakacjami spędzanymi u dziadków – i tą dalszą. Zakorzenia go w wiejskiej Słowacji, daje oparcie w pędzącym świecie. Wydany we wrześniu 2025 Pohreb jest bardziej slychowiskiem, podróżą w czasie i przestrzeni niż „po prostu” albumem.

W wypełnionej po brzegi małej salce Młodszej Siostry Hronsky skupił się przede wszystkim na dźwiękach swojego instrumentu, zanurzył się w niespiesznej opowieści o pamięci, połoninach i halach. Gdy tak stałem i słuchałem tych dronowych fraz, pomyślałem o dwóch innych, podobnych albumach. Ten pierwszy to przepiękna Quintela Carme Lopez, galicyjskiej dudziarki, która wykorzystuje swój instrument podobnie, co Richard fujarę. Ten drugi to Trzciny Karabachu... przepraszam, Canes of Karabakh, która wyszła kilka dni temu.

Canes of Karabakh to nawet nie tyle projekt poboczny członków kIRk, co inne wcielenie tego tria. Pod polskojęzyczną nazwą zajęli II miejsce na zeszłorocznej Nowej Tradycji. W zasadzie Trzciny – nie mogę przyzwyczaić się angielskiej nazwy, polska jest tak pięknie dźwięczna, ale rozumiem zmianę, kto za granicą będzie w stanie ją wypowiedzieć – niewiele różnią się od tego już nie tak bardzo nowego oblicza kIRk, czyli tria Pawła Bartnika, Olgierda Dokalskiego i Stanisława Matysa. Są jeszcze spokojniejsze i dostojniejsze, a przede wszystkim główną rolę odgrywa tu Matys i jego duduk.

Kaukaski kierunek mogła już podpowiedzieć sama nazwa projektu. Z karabaskich trzcin wyrabia się najlepsze stroiki do duduka, instrumentu emblematycznego dla kultury ormiańskiej. Karabach, przez lata sporny region – należący do Azerbejdżanu, zamieszkany w zdecydowanej większości przez Ormian – dziś kontrolowany jest przez Azerów. Ormianie uciekli. Jednym z efektów przegranej przez Armenię i Arcach wojny jest drastyczny wzrost wspomnianych stroików. Dla Matysa nadal są osiągalne, ale dla wielu ormiańskich muzyków już nie. Jak w takim razie powinien postąpić muzyk z bogatego Zachodu? Czy da się w tej sytuacji postąpić etycznie? Czy nadal można czerpać z i wykorzystywać ormiańską tradycję? Powraca pytanie niezależnie od kontekstu: gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna przywłaszczenie kulturowe?

Z takimi pytaniami musieli się zmierzyć Matys, Dokalski i Bartnik. Ich odpowiedź jest przekonująca. Nie grają tradycyjnych ormiańskich melodii, wykorzystują w pełni swój skład – duduk, flugelhorn i live electronics – i tworzą niedosłowną podróż po wyobrażonym Kaukazie. Hula tu wiatr, przestrzeń przytłacza i wyzwala, góry wydają się wydrapywać dziury w niebie. Z wyjątkiem The Birth of Breath Trzciny grają długimi frazami, jak Hronsky. Głębokiego, melancholijnego brzmienia duduka nie da się pomylić z niczym innym. Czasem zastanawiam się, czy da się na nim zagrać coś wesołego, niepodszytego smutkiem. Dokalski na flugelhornie czasem gra unisono z Matysem, czasem gra niczym na dum duduk, basowym duduku budującym burdonową podstawę pod melodie. Bartnik to wszystko delikatnie przetwarza. Nie modyfikuje, ale uzupełnia, dodając muzyce ciała, ale nie ujmując przestrzeni.

Powoli budowane kompozycje Canes of Karabakh zatrzymują czas, niczym zaklęty w dźwiękach podmuch wiatru. Są jednocześnie odwieczne i ulotne, jak wiatr wiejący nad Kaukazem od tysięcy lat. I właśnie to rozpięcie łączy ich i z Hrosnkym i z Carme Lopez, Brighde Chambeuil i innymi muzykami, którzy wychodzą od tradycji, by opowiedzieć własną historię. 

wtorek, 6 stycznia 2026

2025: płyty, o których nie napisałem, a powinienem

O tym, jaki był to rok w muzyce z mojej perspektywy już niedługo. W tym – tamtym – roku pisałem mniej niż chciałem i chyba mniej niż powinienem. Wielu płytom planowałem poświęcić dłuższe teksty, a nie tylko zdanie w podsumowaniu, ale – jak zawsze – nie wyszło. Oto te, których braku recenzji żałuję najbardziej.

Owls Are Not – Radio Zodiak

Zacznijmy od tego, że to, co robi Piotr Cichocki w 1000 Hz w trochę lepszym świecie nie schodziłoby z jedynek portali i działów kulturalnych mediów. Jego idea jest nie tylko ambitna, ale i stojąca w poprzek hierarchii rządzących rynkiem muzycznym. A jednocześnie jest całkowicie świadomy swojego w nie zaplątania. Ciągle z nimi grają, podważają oczekiwania, wywracają wyobrażenia o muzyce afrykańskiej. Wraz z muzykami z Malawi działają na równych zasadach. Po długiej przerwie w tym właśnie duchu Cichocki reaktywuje swój projekt Owls Are Not właśnie w tym duchu, międzynarodówki łączącej Warszawę, Mzuzu, Białystok i Dar Es Salaam – udzielają się tu m.in. Happy Mphande z Tonga Boys, flagowego zespołu 1000 Hz. W pewnym sensie jest to rozwinięcie WILD/LIFE, ale mroczniejsze, bardziej chropowate, nie ma tu tego słońca, które zwykle kojarzymy na Zachodzie z muzyką z Afryki. To album radykalnie polityczny, idący w poprzek algorytmozy, niepokorny, radykalnie polityczny i wspólnotowy. 

Master Stone – Bang'a'gong

Krążyłem wokół tej płyty od premiery, ale tak naprawdę więcej czasu poświęciłem jej dopiero pod koniec roku, gdy zimowa aura kontrastowała ze słoneczną muzyką. I to leniwe, letnie granie w duchu Guess What, Yin Yin czy najbardziej słonecznych i wyluzowanych płyt Branta Bjorka trafiło mnie z całą mocą. 

Group Inerane – Marhajan Bianou

To od albumu Group Inerane zaczęła się moja miłość do tuareskiego rocka. Sublime Frequencies zebrali nagrania tego niesamowitego zespołu z pierwszej i jedynej europejskiej trasy. To był rok 2011, niedługo potem Koudede, jeden z liderów grupy zginie w wypadku samochodowym. Jak oni tu grają, są nieokiełznani, pędzą na złamanie karku. Ta (proto)punkowa energia z Guitars from Agadez jest cały czas obecna, a wygładzenie brzmienia nic w tym nie zmienia. To muzyka prosto z trzewi, nowoczesna i tradycyjna. Grają swoje i cudzesy, a zostawiona na sam koniec Azamane Tiliade Bombino jest tak doskonała jak wersja tego ostatniego Chet Boghassa Tinariwen.

Raül Refree & Niño de Elche – Cru+es


O swojej miłości do Refree i jego modernizowaniu, a czasem wywracaniu tradycji na drugą stronę pisałem już nieraz. Z Niño de Elche, jednym z najważniejszych głosów współczesnego, poszukującego flamenco, Refree współpracuje nie pierwszy raz. Po raz pierwszy jednak występują jako duet. Cru+es to do pewnego stopnia duchowy następca albumu Lina_Raül Refree, podobnie hiszpański producent ogrywa głos szkieletowymi, przestrzennymi (choć dusznymi, niepokojącymi) podkładami. Różnica jest taka, że jest tu jeszcze mroczniej, jeszcze duszniej. Obok elektroniki pojawia się gitara, pierwszy instrument Refree, co zbliża album do el espacio entre. Na takiej podstawie Niño de Elche błyszczy, jego głos jest pełen cierpienia i miłości, tych dwóch uczuć, na których skupia się Cru+es, album z mocnymi religijnymi podtekstami (co przecież nie może dziwić, to w końcu Hiszpania), pełen wyrazistych obrazów, choć tekstowo skromny. Poza epickim Salmo XXI na podstawie wiersza Ernesta Cardenala. Tyle czasu już sobie obiecuję, że napiszę porządny artykuł o Refree, bo to producent wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, a ciągle nie jest doceniany tak, jak być powinien. Wiecie, to jest album na poziomie Requiem ludowego. Może w 2026 się uda, bo nie tylko Raül kończy pięćdziesiątkę, ale też ma przygotowane przynajmniej dwa albumy.

Farah Kaddour & Marwan Tohme – Ghazel



Zostajemy przy modernizowaniu tradycji, tym razem arabskiej, lewantyńskiej. Farah Kaddour i Marwan Tohme grają w wyśmienitym bejruckim zespole SANAM, ale znaleźli czas na wspólny album. Niedługi, wydany na kasecie. To improwizacje na buzuq, gitarę i efekty pełne czułości, intymne. Tak po prostu piękne.

The Blues of the Indian Ocean

Długo zapowiadana kompilacja segi – wyspiarskiego bluesa, bliskiego maloyi – z Mauritiusu, Rodrigues i diaspory z Chagos. JuJu Sounds znów dostarczają nagrania terenowe najwyższych lotów, poruszające, pełne społecznych i politycznych podtekstów. Jak zawsze skupiają się na marginalizowanych społecznościach, dają wybrzmieć ich historii oporu, rasizmu, dyskryminacji i wysiedleń.

Snocaps – Snocaps 

Wydany z przyczajki wspólny album sióstr Crutchfield – pierwszy taki od 14 lat – był największym zaskoczeniem 2025. Katie i Allison trochę wracają do przeszłości: Bad Banana, ps eliot, pierwszych albumów Swearin' i Waxahatchee, ale nie udają, że da się cofnąć czas. Nie jest to próba wskrzeszenia tamtych lat, ale spojrzenia na przeszłość z perspektywy, z całym dotychczasowym bagażem spróbować przywołać tamte uczucia i chwile. Katie gra dziś country (i to jak), Allison spełnia się jako A&R. Jedna mieszka w Kansas City, druga w Los Angeles, kiedyś w Filadelfii i na Brooklynie tworzyły najciekawsze niezależne sceny w USA. W tej podróży towarzyszą im MJ Lenderman i Brad Cook. Grają indie rock, podbity sepią i nostalgią za końcówką pierwszej dekady XXI wieku. To już nie jest niedzisiejsze, anachroniczne granie, ale szlachetnie ponadczasowe. Piosenkami dzielą się po połowie, jak w Bad Banana. Słychać echa tych ich poprzednich zespołów, czasem bardzo silnie jak w Brand New City będącym hołdem dla debiutu Swearin' czy Hide, dziecku Diane ps eliot. Przypomniały, że Allison jest równie utalentowaną piosenkopisarką, co jej siostra. Słuchając tego albumu poczułem się jednocześnie młodszy – przecież fanuję im obu od 2012 roku – i starszy, z tego samego powodu.


sztr – bedroom rock


Znowu powrót z przeszłości. Paulina Sztramska jakieś szesnaście lat temu grała w zapomnianym dziś warszawskim zespole Lora Lie. No, ja go pamiętam, wspaniałe to były czasy dla stołecznego niezalu. Potem – chyba – wzięła rozbrat z muzyką, wraca do niej dopiero teraz. Bedroom rock to granie w duchu wczesnego the xx, przestrzenne, skromne, intymne i nocne. Jest tu pewna surowość, naturalność, szczególnie w głosie Pauliny, która szczególnie do mnie przemawia. To nie jest wielka płyta, ale nie musi taką być, bym pamiętał o niej za kolejne szesnaście lat.


wtorek, 12 listopada 2024

Apokaliptyczny folk spod Wawelu

 

Zaczęło się od instrumentu. Nyckelharpy, kojarzącej się przede wszystkim ze Skandynawią. Ten konkretny egzemplarz wykonała Monika Sobolewska dla swojego męża, Piotra Aleksandra Nowaka. Drugą połowę zespołu stanowi Katarzyna Bobik, grająca na instrumentach perkusyjnych. Oboje też śpiewają i obiecują, że podczas nagrywania albumu nie ucierpiała żadna gitara, bo z żadnej nie korzystali. Choć czasem trudno w to uwierzyć, bo ich folk jest pełen metalowego ciężaru. Nazywają to etno stonerem, ale więcej tu mglistego, dżdżystego, jesiennego Krakowa. Błyszczącego odbitym w mokrym od listopadowego deszczu bruku światłem latarni, z delikatną nutą smogu.

O debiucie Antropocenie obszerniej piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.


środa, 16 października 2024

Trzecia międzynarodówka

Trochę czasu musiało minąć, żebym przekonał się do Kit Sebastian. Doskonale pamiętam, że ich debiut zupełnie do mnie nie przemówił. Ale może to przez zapowiedzi i opisy, że to kolejny retro anatolijski zespół. A tureckości, takiej zauważalnej od pierwszego posłuchania, powierzchniowej, w ogóle tam nie było. Była za to ładna muzyka odwołująca się do lat 60. To jednak wtedy było za mało. A potem przyszła pandemia, ja miałem za dużo czasu na słuchanie muzyki i zrozumiałem, że Kit Sebastian to świetny zespół. 

To znaczy, oni mi pomogli to zrozumieć swoim drugim albumem, Melodi. Bardziej intrygującym niż debiut, wyraźniejszym i jaśniejszym. Bardziej, zgodnie z tytułem, melodyjnym. Chciało się po prostu do niego wracać. A może to ja po prostu w pandemii osłuchany we francuskich latach 60. byłem bardziej gotowy na to, co proponują Kit Martin i Merve Erdem. Na ich trzeci album francusko-tureckiego duetu już czekałem. 

A oni jeszcze mocniej weszli w wykreowany przez siebie vintage'owy świat. I mocno go poszerzyli - obok żywych, prawie bombastycznych aranży rodem spod ręki Jean-Claude'a Vanniera czy anatolijskiego popu, pojawia się tu i Ameryka Łacińska (przede wszystkim Brazylia), przedrewolucyjny Iran, ethiojazz, Azja Południowo-Wschodnia. Wszystko oczywiście przefiltrowane przez funk, stare filmy, library music, lounge, a jednocześnie nie tracące nic na zadziorności i przebojowości. 

Choć zdarza się wymieniać Kit Sebastian jednym tchem z Altın Gün czy Deryą Yıldırım & Grup Şimşek jako wskrzeszycieli anadolu pop na Zachodzie, to nie do końca prawda. Z jednej strony, w Bul Bul najbardizej zbliżają się do rozpędzonego funku Altın Gün, nawet Merve rezygnuje ze swojej egzaltowanej maniery na rzecz melodeklamacji. Z drugiej natomiast, Kit Sebastian ciążą w stronę exotiki, tej nieokreślonej tropikalności, ale zawsze retro. Bondopodobne filmy szpiegowskie, heist movies, może nawet gangsterskie obrazy z Bollywoodu. Bliżej im do YĪN YĪN czy The Bombay Royale, bezwstydnie skaczących po mapie. Czuję też pewne pokrewieństwo z naszym rodzimym składem Jantar, bo w podobny, brazylijski sposób myślą o piosenkach. 

Kit i Merve piosenki pisali w trasie, czerpią ze swojego emigranckiego doświadczenia. Ona ponad 10 lat temu porzuciła Turcję na rzecz studiów filmowych we Włoszech, a potem osiadła w Londynie. On większość swojego życia spędził podróżując między Brytanią a Francją. I to wszystko słychać, również w tekstach pisanych po turecku i angielsku. Sam jestem w podobnej sytuacji, zawieszony między dwoma miastami w dwóch różnych krajach i może dlatego bardziej to wszystko ze mną rezonuje i dlatego tak bardzo podoba mi się ten album.

wtorek, 27 sierpnia 2024

Najintymniejsza podróż


Po Talàn, będącym podróżą w czasie i przestrzeni wokół Morza Czarnego (i dalej, do Azji Środkowej) i Hizbut Jàmm stawiającym pomosty pomiędzy krautrockiem, psychodelią a muzyką zachodniej Afryki, Raphael Rogiński wybiera się w najintymniejszą podróż – w własną przeszłość i do krainy dzieciństwa, na polsko-litewskie pogranicze, osnute mgłami i pełne magicznych jezior. 


O Žaltysie piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

wtorek, 16 lipca 2024

Nocna podróż

Trzy lata temu Arooj Aftab przebiła szklany sufit. Choć od lat mieszkała w Nowym Jorku i stała się ważną częścią tamtejszej sceny jazzowej, to jej solowy debiut z 2014 roku Bird Under Water, folkowy – odnoszący się zarówno do amerykańskiej, jak i pakistańskiej tradycji – i zaśpiewany w urdu nie zdobył dużego rozgłosu. Sirens wypełnione muzyką eksperymentalną, syntezatorowymi wariacjami wokół klasycznej muzyki pakistańskiej i eterycznych wokaliz trafiło do ograniczonej liczby odbiorców. Dopiero przepiękna, misternie utkana miłosna ballada Mohabbat sprawiła, że o Pakistance zaczął mówić cały świat. A ona dopiero się rozpędzała na swojej drodze. 

Więcej o Night Reign w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

wtorek, 4 czerwca 2024

Pogrzeb sprawiedliwości

 

Swój własny ból oraz nieszczęście Tuaregów za pomocą gitar elektrycznych wygrywają kolejne pokolenia muzyków. Wygrywający solówki gitarzysta staje się jednocześnie bardem, strażnikiem pamięci i rzecznikiem tuareskiej sprawy. Poważanym u siebie i słuchanym w świecie. Najwyżej ten sztandar od kilku lat niesie Mdou Moctar, książę Sahary, który miesiąc temu wydał Funeral For Justice, a ja o tym albumie piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

czwartek, 23 maja 2024

Sopot w Rio

Kuba Ziołek najwyraźniej zatęsknił za ładnymi popowymi piosenkami i nagrał najbardziej przebojowy album od ponad 12 lat.

To nie pierwszy taki „wyskok” Ziołka. Przecież z Tin Pan Alley też grał ładne piosenki. Choć dużo tu podobieństw, Kuba bardzo podobnie konstruuje melodie, tak samo też nie do końca poważnie traktuje piosenkową formę, wpuszcza do niej dużo swobody - tam była to psychodelia, tutaj jazz. Tylko punkt wyjścia jest inny.

Z Tin Pan Alley (z którym łącznikiem jest jeszcze Tomek Popowski, perkusista obu składów) odwoływał się do amerykańskiego niezależnego rocka z lat 90. Dziś muzycznie Ziołek jest zupełnie gdzie indziej. Od lat eksploruje różne oblicza i aspekty transu i rytmu. Od noise’owo-radiowego debiutu T’ien Lai po solowe nagrania pod pseudonimem Erva i różne wcielenia Alamedy. Porzucił też inspiracje muzyką angloamerykańską i skierował się w stronę Globalnego Południa, czego efektem jest przemiana Milieu L’Acephale w Brutality Garden, porzucenie brutalizmu magicznego na rzecz stworzonego przez siebie konkku - ekscytującej mieszanki muzyki luzofońskiej i południowoafrykańskiego gqom. I, jak się okazuje, nie zapomniał o swojej miłości do piosenek.

Choć o Jantarze Ziołek mówił jeszcze Dwutygodnikowi w 2021 roku, to kwartet – poza Ziołkiem i Popowskim, pianista Grzegorz Tarwid i gitarzysta Krzysztof Kaliski – dojrzewał kolejne trzy lata. Po drodze zmienił język piosenek – z angielskiego na polski, co pewnie łączy się z deklaracją z tego samego wywiadu. „Gdy zacząłem rozumieć teksty po portugalsku, muzyka amerykańska i angielska zaczęły brzmieć w moich uszach sztucznie, jako coś narzuconego mi wbrew mojej woli, co wynika też z prymatu języka angielskiego – niejako nowej łaciny, naszego drugiego języka.” – mówił wtedy. Możliwe, że powidokiem tej zmiany są transakcentacje, najsilniejsze w singlowych Bulwarach. A może to po prostu taki zabieg artystyczny, by podkreślić „dziwność” piosenek i niedostosowanie polskiego do popowego idiomu. Nie zmieniło się za to źródło inspiracji – MPB, bossa nova, tropicalia. Słowem, Brazylia, miłością do której zaraził Ziołka największy brazylofil nad Wisłą, Macio Moretti.

To oczywiście Brazylia przefiltrowana przez Europę Wschodnią i samego Ziołka. Mniej to podanej wprost radości, wszystko podbite jest melancholią, która najmocniej objawia się w lekko sennym, zaskakująco bliskim w poetyce Starej Rzece Między falami. Wybrzeże Atlantyku zastąpił jesienna, spowita mgłą nadbałtycka plaża. Do polskiego morza odwołuje się też sama nazwa zespołu i tytuł albumu. To z kolei może – jak zauważył Bartek Chaciński – świadome podrzucenie tropu historii polskiej estrady i festiwali w Sopocie. Piosenki są odpowiednio wysublimowane, by mogły wybrzmieć w Operze Leśnej w najlepszych latach. Może to i konserwatywna forma, ale Jantar ciągle się nią bawi, przypomina, że ich korzenie leżą daleko od popu. W Wiośnie przeplata się jazzowe pianino i podkręcona, psychodeliczna partia gitary, natomiast końcówka tej piosenki przypomina spokojniejsze momenty Starej Rzeki, a to tylko najjaskrawszy przykład. Na samym końcu albumu pojawia się pośredni sprawca całego zamieszania, Macio Moretti, który dodaje tego niepowtarzalnego Mitchowego sznytu, ladowej dezynwoltury, poczucia, że naginanie zasad to najłatwiejsza i najlepsza rzecz na świecie. A jeśli o gościach mowa, nie można pominąć obecności mojej ukochanej indie popowej wokalistki, Gosi Zielińskiej z Rycerzyków. Jej wysoki głos doskonale współgra z falsetem Ziołka, nadaje piosenkom jeszcze więcej elegancji.

Osiem piosenek, same potencjalne przeboje na lato. Od Bulwarów, Jednej na milion czy Drylu nie mogę się oderwać od tych kilku tygodni, a ich czas tak naprawdę dopiero nadchodzi z każdym kolejnym ciepłym dniem, każdy promieniem słońca, który zbliża Brazylię do Warszawy. Trzy lata temu Kuba przyznał, że zawiesił Tin Pan Alley, bo pisał za słabe piosenki (ja się z nim nie zgadzam, choć zapomniany, to jeden z moich ulubionych projektów Ziołka). W takim razie Jantar będzie grał wiecznie, bo tak dobrych piosenek nie spotyka się często.

wtorek, 23 kwietnia 2024

Na tropie anomalii


Na miniaturze – albo z daleka – okładkowy motyw „Anomalii” przypomina wielbłąda. Gdy jednak przyjrzeć mu się odrobinkę dokładniej, wyraźnie widać, że ta surrealistyczna kompozycja nie ma nic wspólnego z tym zwierzęciem. Poza kształtem. Zespół dopowiada jeszcze, parafrazując słowa Rene Magritte’a, że pomarańczowy owoc „to nie jest gruszka”. To wskazówka, jak odczytywać ich muzykę – nic nie jest tym, czym się wydaje. Polski Piach bezustannie prowadzi grę ze słuchaczem.

Więcej w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

 

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Głosy duchów

Kilka dni temu fejs przypomniał mi wpis Bartka Chacińskiego sprzed ośmiu lat o umierających i znikających blogach o muzyce. I o tych, których autorzy wtedy jeszcze stali na posterunku. Dziś ten spis przypomina cmentarzysko wypełnione głosami duchów. Część blogów jeszcze stoi, z ostatnimi wpisami sprzed lat, są jak zatopione w bursztynie świadectwo czasów. Po części nie został nawet adres strony internetowej. I choć mój blog jeszcze istnieje, to sam mam czasem wrażenie, że staje się takim duchem. Ale upadek blogowania i pisania o muzyce (i o kulturze w ogóle) to temat na zupełnie inną dyskusję (trochę o tym pisze u siebie Paweł Klimczak). Tutaj skupmy się na głosach z zaświatów.

Głosami duchów jest wypełniony najnowszy album A Lily, Jamesa Velli, szefa wyśmienitego labelu Phantom Limb (który w katalogu ma takie fantastyczne artystki jak Ami Dang czy Maroulita de Kol). Velle, Maltańczyk z pochodzenia, otrzymał dostęp do archiwów Magna Żmien, fundacji opiekującej się taśmami wysyłanymi przez maltańskich emigrantów do ojczyzny. Nagrywali na nie wiadomości, tęsknotę za starym krajem, dobre rady. Przelewali na nie swój ból emigranta. To były prawdziwe pocztówki dźwiękowe, a jednocześnie odpowiednik polskich pieśni dziadowskich - għana to lokalna poetycko-muzyczno-newsowa forma o charakterystycznym układzie rymów. I to właśnie je nagrywali maltańscy emigranci w Australii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych najczęściej.

Vella otoczył te nagrania - często jeszcze dodatkowo zniekształcone, żeby jeszcze bardziej przypominały glosy z zaświatów albo rozpadające się artefakty przeszłości, niknące w pamięci - zwiewną warstwą elektroniki. Są tu ambientowe plamy, syntezatorowe loopy, buzujące drony. Wszystko utopione w pogłosach, delikatne, rozwiewające się, lśniące i ulotne niczym babe lato. Nieostre, jakby nadawane z innego świata. Przeszłość tym właśnie jest, David Lieventhal pisał, że “przeszłość to obcy kraj”.

Żadnym zaskoczeniem nie jest, że Saru l-Qamar (Stali się Księżycem) wypełnia żal, nostalgia. Że porusza do łez. Nie trzeba znać maltańskiego, by poczuć te emocje. Często anonimowe, albo znane tylko z imienia głosy śpiewają o swoim bólu, o codzienności, dają dobre rady. Czasem dali się złapać na taśmie znienacka, jak chyba najbardziej poruszającym Sirna l-Qamar, w którym Żiżina (jedyny głos, który pojawia się na albumie dwukrotnie) nuci pod nosem melodię. Funkcjonując tylko jako oderwane głosy, emigranci stali się - jak wskazuje tytuł - Księżycem, według słów samego Velli byli jednocześnie obecni i niedostępni. A teraz, po latach, to oni są wiecznie młodzi, uwiecznieni na taśmie, podczas, gdy ich bliscy dawno zmarli. 

Blisko temu albumowi do niesamowitego projektu Nozhet el nofous Nancy Mounir, na którym kompozytorka dogrywała do nagrań z początków XX wieku własne aranżacje, wchodziła w dialog z dawno zmarłymi śpiewaczkami i śpiewakami ze złotych lat egipskiego kabaretu i muzycznego teatru. Do starych nagrań piosenek przeznaczonych dla emigrantów sięgnął Bartek Kruczyński na Nocach i dniach Pejzażu i podobnie, jak Vella zatopił je w oniryczności. Wreszcie, można szukać pokrewieństwa między Saru l-Qamar a Innymi Pieśniami Piotra Kurka. A niesamowity ładunek emocjonalny, tęsknoty i łączy się z Canary Records i ciężką pracą Iana Nagoskiego odgrzebującego i eksplorującego muzyczne świadectwa emigranckiej Ameryki. Łączy się też na pewnym poziomie z Disintegration Loops Williama Basinskiego, sięga tak samo w przeszłość i jej nietrwałe zapisy.

Głosy duchów, zmarli i rodzinna pamięć traum jest osią Końca Marty Hermanowicz. Tam wnuczka śni sny swojej babki i upodabnia się do niej, jest naczyniem, w którym mieszają się wspomnienia tułaczki i zesłania. Zmarli mają przemożebny wpływ na żywych i rzeczywistość, chyba dużo więksi niż by oni chcieli i mieli za życia. Jeszcze nie skończyłem czytać tej powieści, ale czuję, że to literatura na miarę Księgi szeptów. Tylko że tam ci, którzy przeszli przez piekło mówili sami, szeptem, nie oddawali nikomu swoich snów.

Bohaterowie Saru l-Qamar sami stali się snem.

czwartek, 14 marca 2024

Kołysanki dla świata na krawędzi


Po dźwiękach domowych, rzece, pograniczu, warszawskie trio jako lejtmotyw swojego piątego albumu wybrały kołysanki mające ukoić zbolały świat, uśpić go, by odnowił się po przebudzeniu.