piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



czwartek, 16 kwietnia 2026

Sycylijska tradycja przepisana na nowo


Palermiańskie trio Lero Lero bierze na warsztat tradycyjne pieśni i zadaje sobie pytanie, na ile możliwe jest dziś wskrzeszenie tradycji, na ile można udawać, że życie toczy się tak samo, jak sto lat temu.


W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o bardzo interesującym debiucie.

wtorek, 14 kwietnia 2026

Dwie drogi


Z Dobrawą Czocher spotkałem się w lutym w barze Studio. Było głośno, tłoczno i ciemno. Dobrawa szykowała się do premiery swojego drugiego albumu, State of Matter”. O nim mieliśmy rozmawiać, ale rozmowa wyszła dużo szersza - od ciemnych stron sukcesy przez komponowanie dla innych po życie poza światem muzyki klasycznej. Stąd te tytułowe dwie drogi. Do przeczytania w Czasie Kultury".

Album, nagrywany i pisany w Sopocie, dokąd Dobrawa przeprowadziła się na rok, ma w sobie ten charakterystyczny trójmiejski respekt przed naturą. Jednoczesny podziw i strach. Próba zrozumienia jej niewzruszonego charakteru, obojętności mylonej z okrucieństwem. I oczywiście, surowe piękno.

Słyszę w State of Matter pokrewieństwo z dwoma pierwszymi albumami Resiny. Nie tylko dlatego, że Karolina Rec również jest wiolonczelistką. Łączy je podobna wrażliwość, grzebanie w pamięci dłuższej niż jedno pokolenie. Łączą je też techniki, podobne, szkicowe wykorzystanie głosu, wychodzenie poza ustalony kanon grania na wiolonczeli, budowanie z zapętlonych fragmentów całych orkiestr. Przede wszystkim łączy je falowanie, pulsowanie, podskórny szum fal. W tym szumie fal rozbijających się o brzeg jest coś najpierwotniejszego, przecież życie narodziło się w morzu, to z morza miliony lat temu wyszło na ląd. 



wtorek, 31 marca 2026

52 skroble dziennie

 


Na last.fm zarejestrowałem się dokładnie 20 lat temu. 30 marca 2006 roku. Namówił mnie kolega z licealnej klasy (sprawdziłem, nie skrobluje od dekady). I tak już zostałem – to społecznościówka, na której jestem najdłużej – na liczniku prawie 385 tysięcy odtworzeń.

Założyłem konto w drugiej klasie liceum, zasłuchiwałem się wtedy w Pearl Jam, Queens of the Stone Age, Red Hot Chili Peppers, muzyczny świat poza Ameryką dla mnie wtedy nie istniał. Może byłoby to widać jeszcze wyraźniej w statystykach, gdybym nie skasował swoich skrobli na początku studiów. No więc niby 20lat, ale niby nie do końca. Nie martwcie się, to nie będzie wpis o statystykach, wspaniałej ewolucji mojego gustu czy coś w tej podobie.

W czasach swojej świetności last.fm był najlepszym kalendarzem wydarzeń i miejscem do dyskusji w sieci. Oraz do odkrywania nowych artystów. Lastowy algorytm, wspomniane dyskusje, polecenia znajomych były najlepszym źródłem nowości. Które potem najczęściej ściągało się z podejrzanych linków do rapidshare czy mediafire albo z jeszcze bardziej podejrzanych torrentów. Był jeszcze soulseek, ale on już wtedy był kombatancki (choć działa do dziś). Legalny streaming czaił się dopiero w przyszłości.

Ten społecznościowy aspekt last.fm i możliwość pochwaleniu się całemu światu swoim wysublimowanym gustem, jego szerokością i rozległością albo przeciwnie – dogłębną znajomością jednego gatunku lub lokalnej sceny, leżało u podstaw sukcesu portalu. Niektóre zawarte tam znajomości trwają do dziś. Kryzys, z którego last się nie podniósł, nazywa się Facebook. Popularność giganta i jego często agresywna działalność odciągała użytkowników innych platform Z Facebookiem przegrał myspace, przegrało lokalne grono, przegrał i last.fm. Kalendarz wydarzeń to dziś Facebook, choć zgodnie z zasadą ukutą przez Cory’ego Doctorowa, ciężko tam cokolwiek znaleźć. Na Facebooka przeniosły się dyskusje i rozmowy. Last.fm nie pomogły nerwowe ruchy włodarzy – od kolejnych chłodno przyjmowanych zmian szaty graficznej portalu po zamianę przyjaciół na followersów i usunięcie grup. Do tego doszły serwisy streamingowe, przede wszystkim ten szwedzki, ze swoimi bardziej zaawansowanymi i ekstremalnie spersonalizowanymi algorytmami, które doskonale wiedzą, czego słuchasz i co ci się może spodobać. Trochę przestało mieć sens kolekcjonowanie skrobli.

A może nadal ma sens? Historię słuchania w serwisach znają tylko one, użytkownicy dostają jedynie wrapy, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Last.fm daje możliwość dogłębnego przejrzenia historii słuchania, wygrzebania zapomnianych wykonawców i utworów. Można w nim łączyć różne źródła – i dlatego to jego podsumowanie uważam w swoim przypadku za najbardziej miarodajne. Cały czas znajduję z jego poleceń kolejnych wykonawców, kolejne płyty. Widzę, że powoli wraca społecznościowy aspekt portalu, choć nadal reklamuje się jako miejsce do budowania statystyk. Już nigdy nie będzie tak popularny, jak w latach swojej świetności, ale na razie nie grozi mu los myspace’a (millienalsi, pamiętamy [*]). I mam nadzieję, że za kolejne dwie dekady napiszę kolejny wspominkowy tekst.

wtorek, 24 marca 2026

Czy akademia Fryderyków słucha muzyki?


Dawno temu obiecałem sobie, że nie będę komentował z własnej woli nominacji do Fryderyków. Jednak kiedy praktycznie dzień po dniu ogłaszane są nominacje do Folkowego Fonogramu Roku i tych nieszczęsnych polskich Grammy, a do tego Wirtualne Gęśle (plebiscyt, który chyba najszerzej patrzy na polski folk) publikują swoją listę, muszę zabrać głos. Mimo że wiem, że będzie to wołanie na puszczy.

Otóż przepaść między tym, jak wygląda polska scena folkowa (tak, ją nazwijmy, a rozważania, czym jest folk oraz czy nazwa fryderykowej kategorii „Muzyka korzeni” ma sens zostawmy na boku) według mainstreamu a osób w nią zaangażowanych jest szersza niż Pacyfik. Jestem wśród głosujących na Fonogram i co roku mam wielką zagwozdkę, na kogo zagłosować, bo co album to lepszy. W tym roku jest tak samo, nominowana dziesiątka jest tak mocarna, że jakby nie wyglądała finałowa trójka, to będę zadowolony. Pisałem w swoim podsumowaniu roku, że 2025 dla polskiego folku był po prostu mocarny, że Oberkas Travel to poziom „klękajcie narody”. „Niepraudzivaja” Hajda Bandy została płytą roku czytelników najważniejszego anglojęzycznego magazynu o muzyce folkowej...

Tymczasem w nominacjach do Fryderyków nie tylko zabrakło ich obu (a wiem, że były zgłaszane przez wydawców), za to pojawili się Vavamuffin – co między innymi dobrze pokazuje idiotyzm nazwy kategorii, bo warszawiacy nie grają korzennego reggae, wręcz przeciwnie, ale miałem o tym nie pisać – dwa zespoły grające warszawskie, przedwojenne piosenki: Warszawskie Combo Taneczne i Warszawska Orkiestra Sentymentalna; i do tego zespół i artystka z podkategorii folk alternatywny (albo alternatywny folk, nie mogą się zdecydować na stronie Fryderyków): Chrust i Basia Giewont. Alternatywność, jak wnioskuję z wynika z tego, że to muzyka elektroniczna. Nawet nie bardzo wiem, jak to skomentować. Czy naprawdę w polskim folku nie ma bardziej interesujących płyt? Czy naprawdę musiały nominacje trafić do dwóch zespołów zajmujących bardzo podobną niszę, nie było niczego ciekawszego? Czy naprawdę Vavamuffin muszą być nominowani za każdym razem, kiedy wydadzą płytę? Czy we fryderykowej akademii ktoś w ogóle słucha muzyki (to pytanie ogólne, nie tylko do tej kategorii)?

Nie zrozumcie mnie źle, to nie są złe rzeczy. One są po prostu do bólu bezpieczne. Kocham Combo Młynarskiego, ale Oberkas Travel jest jego dużo lepszą zeszłoroczną płytą. Nie chcę się powtarzać, ale właśnie takiej muzyki potrzebuje (nie tylko) polska scena folkowa – odważnej, bezkompromisowej, a jednocześnie atrakcyjnej. Może akademia w przyszłym roku zauważy bliźniaczy do Oberkasów Tercet Imperial, bardzo bym chciał, ale trudno mi w to uwierzyć. A po ostatnich dwóch latach można było mieć cień nadziei na skruszenie betonu. Rok temu kolejnego Fryderyka dostała Kapela ze Wsi Warszawa, wśród nominowanych byli Sw@da i Niczos (a ten zaczęli od ficzuringu u Hanki Mlynkovej, może kiedyś napiszę o tym coś więcej), za 2023 nagrodę dostali EABS i Jaubi (a dlaczego nie w jazzie to już inna historia). Był to jakiś progres, a teraz się cofamy.

Wygrają pewnie Vavamuffin, ale z tej piątki najciekawsza jest Basia Giewont. Choć to idealny przykład zmarnowanego potencjału. Na papierze wszystko wygląda dobrze: electro pop stojący na fundamencie muzyki góralskiej. W warstwie wizualnej gdzieś między środkową Rosalią a Aliną Pash. Przyznaję, gdy zobaczyłem zajawkę „Szeptuchy”, od razu ją sobie zapisałem do posłuchania. O jakie było moje rozczarowanie, gdy się w końcu za nią zabrałem. W najgorszych momentach to kolejne popłuczyny po Kayah i Bregoviciu, lekko ubarwione elektroniką sprzed 15 lat, najbardziej bezpłciowy radiowy pop. W najlepszych – okolice Brodki pomieszanej z Kaśką Sochacką, czyli korpoalternatywa. I wcale nie jest tak, że im więcej u niej odniesień do tradycji, to lepiej. Jest tu jakiś zamysł, tylko że wykonanie bardzo toporne, przesadzone, zbyt oczywiste, momentami po prostu nudne. Gdyby tylko przykładała równie dużą uwagę do muzyki, jak do otoczki i kostiumów...

To zresztą część szerszego problemu polskiego mainstreamu i „alternatywy”, ale o tym kiedy indziej.