Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?
Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.
I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.
Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).
Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie.
Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.
W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.
Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.
Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.
Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.
I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.
O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.
Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.
Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.
