czwartek, 29 października 2026

Od Rolanda do Aichy

Przysięgam, że ten timing - w samym środku największych od lat protestów społecznych - wynika przede wszystkim z tego, że skandalicznie nie dowiozłem, przekroczyłem wszystkie możliwe deadline’y. Ale też dostałem od Michała Mendyka nie lada zadanie - zawrzeć francusko-arabskie związki muzyczne i ich historię w dwóch stronach.

A przecież na ten temat można by napisać i niejedną książkę. To kwestia nie tylko muzyczna, nie tylko kulturowa, ale i socjologiczna, bo rozbija się o pytanie - kto ma prawo czuć się Francuzem. I dlaczego Jordan Bardella - syn Włoszki i Francuza włosko-algierskiego pochodzenia - czy Nicolas Sarkozy - syn Węgra i sefardyjskiej żydówki z Grecji - są w oczach wielu Francuzami bardziej niż chociażby Kylian Mbappe. O tym zresztą śpiewał już w latach osiemdziesiątych zespół Carte de sejour z Lyonu.

Ten tekst wyszedł z trochę innego pomysłu. Od lat chciałem napisać, jak Paryż stał się centrum muzyki arabskiej i afrykańskiej (nie tylko dawnych kolonii), skończyło się na - roboczo nazwanej - arabizacji francuskiego popu. Staram się zawrzeć różne perspektywy, różne podejścia. Od muzyków podkreślających swoje korzenie, przez takich, którzy “arabizują” swoją muzykę sami nie będąc Arabami i takich, którzy tworzą własne legendy, ukrywają swoje korzenie albo je odpowiednio modyfikują po takich, dla których arabskość jest tylko jedną ze składowych francuskiej tożsamości. Rzucam wieloma nazwiskami, idę szeroko - od lat 30. po współczesność.

A wszystko po to, by przypomnieć, że Francja nigdy nie była tak “biała” i tak francuska, jak niektórzy twierdzą. Za to jej kultura ma niezwykłą zdolność asymilacji i wchłaniania wpływów. Wystarczy wspomnieć nie tylko Ormianina Charles’a Aznavoura czy ukraińskiego żyda Gainsbourga, ale też fakt, że Francuzi za swojaka biorą też Leonarda da Vinci, czy Chopina (o czym opowiedzieli mi chłopaki z Kosmonautów, tytuł ich numeru Chopin, ale z Polski nie wziął się z powietrza, ale to opowieść na zupełnie inny wpis).

Do poczytania w Ruchu Muzycznym. W papierze i wersji cyfrowej.

poniedziałek, 19 października 2026

Psychodelia joginki


Od kilku tygodni atakują mnie na Instagramie rolki podrzucające sposoby na wyjście poza algorytmy serwisów streamingowych (pewną ironią jest, że za to idealnie wpisują się w algorytmy platform do scrollowania). Od chodzenia w ciemno na koncerty w małych klubach (2009 welcome to) przez śledzenie ulubionych labeli, sprawdzanie creditsów albumów. Można też czytać i oglądać dziennikarzy, blogerki i - ich chyba też - influencerów muzycznych. Oni - my - też muszą tę nową muzykę skądś brać. Mam kilka wypróbowanych metod, żadna nie jest odkrywcza, a dzięki jednej z nich odkryłem jedną z najfajniejszych (tak, to dobre określenie) płyt tego roku.

Devotee nie znajdziecie u zbrodniczych Szwedów (ale w innych streamingach tak), ja na nią trafiłem przeglądając sekcję New & Notable na Bandcampie. Polecam ją regularnie odwiedzać, to krótkie, jednozdaniowe notki o albumach godnych uwagi. W tej dotyczącej długogrającego debiutu P.P. Rebel moją uwagę przykuło słowo “harmonium”. Na te nieduże, przenośne organy, wykorzystywane przede wszystkim w muzyce subkontynentu Indyjskiego (chociażby w moim ukochanym qawwali z Pakistanu) reaguję podobnie jak na lirę korbową. Przyciągają mnie jak magnes. A kiedy widzę, że są wykorzystywane poza swoim naturalnym kontekstem, to już muszę sprawdzić.

Debiut P.P. Rebel wbrew nazwie nie jest muzyką religijną, ale na pewno uduchowioną. Australijka Paris Rebel Richens, jedna z postaci garażowej sceny Melbourne i okolic zainteresowała się jogą po lekturze Autobiografii jogina Paramahansy Joganandy, propagatora krijajogi na Zachodzie i wstąpiła na tę duchową ścieżkę. To właśnie wtedy postanowiła kupić harmonium i z jego akompaniamentem śpiewać kosmiczne pieśni Joganandy. Tylko że prawie od razu zaczęła pisać własne piosenki. Zrekrutowała zespół i tak - w dużym skrócie - powstał Devotee. W tekście towarzyszącym premierze albumu Paris wspomina, że dopiero, kiedy przestawiła się na myślenie nie poprzez pryzmat ego, pokonała pisarską blokadę, odnalazła nowe pokłady kreatywności.

Wszystkie - z jednym wyjątkiem - piosenki P.P. Rebel opierają się na charakterystycznym brzmieniu harmonium, przypominającym akordeon, ale lżejszym. W zasadzie buduje je podobnie, od solowego intra, wprowadzającego temat, a dopiero później dołącza zespół. I tylko one przypominają muzykę religijną z Południowej Azji, to w tych momentach, jak na początku Sanctuary Paris ślizga się po dźwiękach. Australijka szybko przekształca piosenki w psychodeliczne klejnociki, wiele zawdzięczające latom 60. i 70., wczesnemu The Velvet Underground, 16th Floor Elevators. Swoją wysoką, dziewczęcą barwą głosu, wykorzystaniem harmonium, tą całą psychodeliczną mgiełką rozmywającą brzmienie, budowaniem melodii Paris bardzo przypomina mi Heather Trost. Amerykanka znana najbardziej z pierwszego składu Beirutu i A Hawk and a Hacksaw (w lutym nowy album, nie mogę się doczekać) zamiast harmonium wykorzystuje organy, a jej psychodelia jest bardziej śródziemnomorska niż południowoazjatycka.

Devotee to nie jest wielka płyta, nie ma też takich ambicji. To po prostu fajne siedem piosenek. Uroczych, kolorowych, troszkę kwaśnych. I czasem nie potrzeba więcej.

piątek, 9 października 2026

Zakręć korbką jeszcze raz

Lira korbowa, vielle a roue, hurdy-gurdy, drehleier, zanfona. Dużo nazw, a instrument ten sam. Fascynujący swoim brzmieniem i konstrukcją. Choć stereotypowo kojarzony ze średniowieczem i różnymi wariacjami na jego temat, sprawdza się w muzyce całkiem współczesnej. Dla Bandcamp Daily przygotowałem krótki przegląd muzyki na lirę. Od eksperymentów przez reinterpretację tradycji po psychodeliczny rock. Od Stanów przez Hiszpanię i Francję po Polskę i Japonię.

To - jeśli mnie pamięć nie myli - tekst, do którego zrobiłem najwięcej wywiadów. Zaczęło się od rozmowy z Francuzami z Bramy, psychowego składu z Clermont-Ferrand, których drugi album La Raive był bezpośrednią przyczyną powstania tego przewodnika. Potem Paweł Płoskoń przyjechał do Warszawy pokazać mi z bliska swoją robioną na zamówienie lirę i opowiedział nie tylko niezwykłą historię tego instrumentu, wytłumaczył technikę, ale też o tym, jak nie zrobić z niego rekwizytu. Rozmawialiśmy ponad godzinę, a całość wrzucę tutaj w listopadzie, przy okazji premiery debiutanckiego albumu Pawła.

Już, już miałem oddawać tekst, kiedy trafiła się okazja porozmawiania z Brianem Welchem, czyli Geologistem z Animal Collective. On naprowadził mnie na Bena Grossmanna i romans Keijiego Hano z lirą. W pewnym momencie rozmowa zeszła na bardziej przyziemne tematy. Ciężka sytuacja finansowa artystów z dawnej “klasy średniej” to chyba już ogólnoświatowa norma. Brian gra na niezbyt drogiej lirze, chciałby zamienić ją na bardziej spersonalizowaną, ale po prostu nie ma na to środków. Tak samo, jak na pojechanie w europejską trasę z zespołem. Choć tu raczej trzeba byłoby napisać, że nie zarobi tyle na koncertach, żeby opłacić muzyków.

A już naprawdę na sam koniec, w ostatniej chwili zadałem kilka pytań Yannowi Gourdonowi z La Novii i France. Opowiedział mi o łączeniu grania w kontekście tradycyjnym i eksperymentalnym, czym te dwa konteksty się różnią. Sami intrygujący rozmówcy, z wywiadów musiałem sporo wycinać. Tak samo z setek albumów z lirą korbową wybrałem osiem (ale przemyciłem trochę więcej). Piękną ilustrację stworzyła Maria Contreras.

środa, 7 października 2026

Słowackie Maćki z podziemia

Chyba każdy kraj bloku wschodniego miał swoją mocną postpunkową scenę. Łatwo to zrozumieć. O ile punk rock nadaje się do wykrzyczenia swojej złości na system, o tyle post punk jest idealny do oddania dusznej atmosfery panującej w autorytarnych systemach. I tak my mieliśmy Maanam i Republikę, ZSRR Kino, Jugosławia cała stała post punkiem z Zagrzebia, Belgradu i Sarajewa z moją ukochaną Ekatariną Veliką na czele, Idoli czy Zabranjeno Pusenje (to jak potoczyły się losy muzyków przede wszystkim sarajewskich zespołów po upadku Jugosławii zasługuje na osobne opracowanie). Słowacja, wtedy część Czechosłowacji, miała Matkovia, czy po prostu Maćków. Przewodził nim awangardowy kompozytor Martin Burlas, który nawet próbował swoich sił na Warszawskiej Jesieni. Zespół - czy może lepiej byłoby napisać projekt - istniał tylko 4 lata. Nie wyszli w tym czasie z podziemia, ich nagrania były dostępne tylko w drugim obiegu, na kopiowanych chałupniczo kasetach (choć dzięki Burlasowi i jego kontaktom nagrywali w najlepszych słowackich studiach). A teraz dzięki wspaniałej, bratysławskiej oficynie 42 far zajmującej się muzyką regionu, można posłuchać, co tam Maćkowie wysmażyli.

Więcej dowiecie się z mojego tekstu dla Bandcamp Daily. Znów okazało się, że rzeczy dla nas oczywiste, dla zachodniaków wcale takimi nie są. Tym razem musiałem tłumaczyć, jakimi kanałami docierała do bloku wschodniego kultura i muzyka zachodnia, że Żelazna Kurtyna nie zawsze i nie wszędzie była szczelna. Ot, taka ciekawostka.

czwartek, 17 września 2026

Cicho, ale dzieje się

W zeszłym tygodniu wybrałem się do Łodzi na Great September, nie byłem na całości, ale jakieś - niezbyt przyjemne dla branży - przemyślenia zebrałem. Znajdę chwilę czasu, to je wreszcie spiszę. Zobaczyłem kilkanaście koncertów, spotkałem dużo dawno niewidzianych (albo widzianych po raz pierwszy) dobrych muzycznych znajomych. Wreszcie, spotkałem czytelnika tego blogaska, który mi powiedział, że super piszę, ale rzadko. No i tak, to prawda, ale nie do końca.

Nie do końca, bo dużo piszę do innych miejsc. Czasem sobie przypomnę, żeby zajawkę tekstu skądinąd wrzucić na blog, ale często o tym zapominam. I tak, obiecuję solenną poprawę, bo wyszło mi, że napisałem do tej pory 50 tekstów w tym roku. Najnowszy ukazał się wczoraj, dla Mint Magazine porozmawiałem z 3/4 أحمد [Ahmed], kwartetu, który twórczo rozwija myśli i muzykę Ahmeda Abdul-Malika, amerykańskiego kontrabasisty i oudzisty, który tak zafascynował się muzyką arabską, że wpisał ją w jazz. I choć tych orientalnych elementów w muzyce أحمد [Ahmed] nie tak łatwo wyłapać na pierwszy rzut ucha, to one tam są. Ale nie rozmawialiśmy tylko o tym.

Chyba też zrekapituluję, co tu się u mnie działo przez ostatnie dwa i pół miesiąca.

Dla Radiowego Centrum Kultury Ludowej napisałem o albumach WCIAS i Kefayi z Elahą Soroor.

Dla Bandcampa poza wywiadem z Jonnym Nashem i Tomo Katsuradą porozmawiałem z Cocanhą oraz Norą Stanley, napisałem o płytach 2k88, Curió Curió i Hourloupe.

Dla Mint napisałem o fenomenie cumbii, a w OKO.press pożegnałem Dolly Parton.

Dla Songlines zrecenzowałem WCIAS i Plot Aldany Duoraan i Tomáša Niesnera.