czwartek, 23 maja 2024

Sopot w Rio

Kuba Ziołek najwyraźniej zatęsknił za ładnymi popowymi piosenkami i nagrał najbardziej przebojowy album od ponad 12 lat.

To nie pierwszy taki „wyskok” Ziołka. Przecież z Tin Pan Alley też grał ładne piosenki. Choć dużo tu podobieństw, Kuba bardzo podobnie konstruuje melodie, tak samo też nie do końca poważnie traktuje piosenkową formę, wpuszcza do niej dużo swobody - tam była to psychodelia, tutaj jazz. Tylko punkt wyjścia jest inny.

Z Tin Pan Alley (z którym łącznikiem jest jeszcze Tomek Popowski, perkusista obu składów) odwoływał się do amerykańskiego niezależnego rocka z lat 90. Dziś muzycznie Ziołek jest zupełnie gdzie indziej. Od lat eksploruje różne oblicza i aspekty transu i rytmu. Od noise’owo-radiowego debiutu T’ien Lai po solowe nagrania pod pseudonimem Erva i różne wcielenia Alamedy. Porzucił też inspiracje muzyką angloamerykańską i skierował się w stronę Globalnego Południa, czego efektem jest przemiana Milieu L’Acephale w Brutality Garden, porzucenie brutalizmu magicznego na rzecz stworzonego przez siebie konkku - ekscytującej mieszanki muzyki luzofońskiej i południowoafrykańskiego gqom. I, jak się okazuje, nie zapomniał o swojej miłości do piosenek.

Choć o Jantarze Ziołek mówił jeszcze Dwutygodnikowi w 2021 roku, to kwartet – poza Ziołkiem i Popowskim, pianista Grzegorz Tarwid i gitarzysta Krzysztof Kaliski – dojrzewał kolejne trzy lata. Po drodze zmienił język piosenek – z angielskiego na polski, co pewnie łączy się z deklaracją z tego samego wywiadu. „Gdy zacząłem rozumieć teksty po portugalsku, muzyka amerykańska i angielska zaczęły brzmieć w moich uszach sztucznie, jako coś narzuconego mi wbrew mojej woli, co wynika też z prymatu języka angielskiego – niejako nowej łaciny, naszego drugiego języka.” – mówił wtedy. Możliwe, że powidokiem tej zmiany są transakcentacje, najsilniejsze w singlowych Bulwarach. A może to po prostu taki zabieg artystyczny, by podkreślić „dziwność” piosenek i niedostosowanie polskiego do popowego idiomu. Nie zmieniło się za to źródło inspiracji – MPB, bossa nova, tropicalia. Słowem, Brazylia, miłością do której zaraził Ziołka największy brazylofil nad Wisłą, Macio Moretti.

To oczywiście Brazylia przefiltrowana przez Europę Wschodnią i samego Ziołka. Mniej to podanej wprost radości, wszystko podbite jest melancholią, która najmocniej objawia się w lekko sennym, zaskakująco bliskim w poetyce Starej Rzece Między falami. Wybrzeże Atlantyku zastąpił jesienna, spowita mgłą nadbałtycka plaża. Do polskiego morza odwołuje się też sama nazwa zespołu i tytuł albumu. To z kolei może – jak zauważył Bartek Chaciński – świadome podrzucenie tropu historii polskiej estrady i festiwali w Sopocie. Piosenki są odpowiednio wysublimowane, by mogły wybrzmieć w Operze Leśnej w najlepszych latach. Może to i konserwatywna forma, ale Jantar ciągle się nią bawi, przypomina, że ich korzenie leżą daleko od popu. W Wiośnie przeplata się jazzowe pianino i podkręcona, psychodeliczna partia gitary, natomiast końcówka tej piosenki przypomina spokojniejsze momenty Starej Rzeki, a to tylko najjaskrawszy przykład. Na samym końcu albumu pojawia się pośredni sprawca całego zamieszania, Macio Moretti, który dodaje tego niepowtarzalnego Mitchowego sznytu, ladowej dezynwoltury, poczucia, że naginanie zasad to najłatwiejsza i najlepsza rzecz na świecie. A jeśli o gościach mowa, nie można pominąć obecności mojej ukochanej indie popowej wokalistki, Gosi Zielińskiej z Rycerzyków. Jej wysoki głos doskonale współgra z falsetem Ziołka, nadaje piosenkom jeszcze więcej elegancji.

Osiem piosenek, same potencjalne przeboje na lato. Od Bulwarów, Jednej na milion czy Drylu nie mogę się oderwać od tych kilku tygodni, a ich czas tak naprawdę dopiero nadchodzi z każdym kolejnym ciepłym dniem, każdy promieniem słońca, który zbliża Brazylię do Warszawy. Trzy lata temu Kuba przyznał, że zawiesił Tin Pan Alley, bo pisał za słabe piosenki (ja się z nim nie zgadzam, choć zapomniany, to jeden z moich ulubionych projektów Ziołka). W takim razie Jantar będzie grał wiecznie, bo tak dobrych piosenek nie spotyka się często.

środa, 22 maja 2024

niedziela, 19 maja 2024

Drony z Teheranu

 

Od dwóch lat fraza „drony z Iranu” kojarzy się przede wszystkim z szahedami, bezzałogowymi statkami powietrznymi wykorzystywanymi masowo przez Rosję w atakach na Ukrainę. Nie zawsze to sformułowanie brzmiało tak złowieszczo. Jeszcze przed pandemią w Teheranie i innych irańskich miastach funkcjonowała silna, rozpoznawalna poza granicami kraju scena muzyki eksperymentalnej i elektronicznej. Muzycy z Iranu regularnie grali na zachodnich festiwalach, zachodni artyści przyjeżdżali na irańskie festiwale.

Wraz Siavashem Aminim i Sabą Alizadehem sprawdzam, co zostało z prężnej irańskiej sceny muzyki eksperymentalnej. Do poczytania w Dwutygodniku.

piątek, 10 maja 2024

Powróćmy do country

To, żeby tekst o Waxahatchee zacząć cytatem z Neila Younga, wymyśliłem sobie w 2020 roku, kiedy nagrała Saint Cloud, ale się nie zabrałem do jego napisania. Dwa lata później, kiedy nagrała już w pełni country'owy album z Jess Williamson (jako Plains) obiecałem Marcinowi tekst o przemianie Katie ze zbuntowanej nadziei amerykańskiego niezalu w alt-country'ową pieśniarkę. Ale też nic z tego nie wyszło (to znaczy, ja nie dowiozłem). Jak już wydała kolejny album z country, a jeszcze w kowbojski kapelusz ubrała się Beyonce, musiałem już ten tekst napisać. Przez pryzmat Tiger's Blood opisuję drogę Katie (i nie tylko) do swoich południowych korzeni.

Let's get back to the country, back where it all began.

wtorek, 23 kwietnia 2024

Na tropie anomalii


Na miniaturze – albo z daleka – okładkowy motyw „Anomalii” przypomina wielbłąda. Gdy jednak przyjrzeć mu się odrobinkę dokładniej, wyraźnie widać, że ta surrealistyczna kompozycja nie ma nic wspólnego z tym zwierzęciem. Poza kształtem. Zespół dopowiada jeszcze, parafrazując słowa Rene Magritte’a, że pomarańczowy owoc „to nie jest gruszka”. To wskazówka, jak odczytywać ich muzykę – nic nie jest tym, czym się wydaje. Polski Piach bezustannie prowadzi grę ze słuchaczem.

Więcej w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.