piątek, 9 października 2026

Zakręć korbką jeszcze raz

Lira korbowa, vielle a roue, hurdy-gurdy, drehleier, zanfona. Dużo nazw, a instrument ten sam. Fascynujący swoim brzmieniem i konstrukcją. Choć stereotypowo kojarzony ze średniowieczem i różnymi wariacjami na jego temat, sprawdza się w muzyce całkiem współczesnej. Dla Bandcamp Daily przygotowałem krótki przegląd muzyki na lirę. Od eksperymentów przez reinterpretację tradycji po psychodeliczny rock. Od Stanów przez Hiszpanię i Francję po Polskę i Japonię.

To - jeśli mnie pamięć nie myli - tekst, do którego zrobiłem najwięcej wywiadów. Zaczęło się od rozmowy z Francuzami z Bramy, psychowego składu z Clermont-Ferrand, których drugi album La Raive był bezpośrednią przyczyną powstania tego przewodnika. Potem Paweł Płoskoń przyjechał do Warszawy pokazać mi z bliska swoją robioną na zamówienie lirę i opowiedział nie tylko niezwykłą historię tego instrumentu, wytłumaczył technikę, ale też o tym, jak nie zrobić z niego rekwizytu. Rozmawialiśmy ponad godzinę, a całość wrzucę tutaj w listopadzie, przy okazji premiery debiutanckiego albumu Pawła.

Już, już miałem oddawać tekst, kiedy trafiła się okazja porozmawiania z Brianem Welchem, czyli Geologistem z Animal Collective. On naprowadził mnie na Bena Grossmanna i romans Keijiego Hano z lirą. W pewnym momencie rozmowa zeszła na bardziej przyziemne tematy. Ciężka sytuacja finansowa artystów z dawnej “klasy średniej” to chyba już ogólnoświatowa norma. Brian gra na niezbyt drogiej lirze, chciałby zamienić ją na bardziej spersonalizowaną, ale po prostu nie ma na to środków. Tak samo, jak na pojechanie w europejską trasę z zespołem. Choć tu raczej trzeba byłoby napisać, że nie zarobi tyle na koncertach, żeby opłacić muzyków.

A już naprawdę na sam koniec, w ostatniej chwili zadałem kilka pytań Yannowi Gourdonowi z La Novii i France. Opowiedział mi o łączeniu grania w kontekście tradycyjnym i eksperymentalnym, czym te dwa konteksty się różnią. Sami intrygujący rozmówcy, z wywiadów musiałem sporo wycinać. Tak samo z setek albumów z lirą korbową wybrałem osiem (ale przemyciłem trochę więcej). Piękną ilustrację stworzyła Maria Contreras.

środa, 7 października 2026

Słowackie Maćki z podziemia

Chyba każdy kraj bloku wschodniego miał swoją mocną postpunkową scenę. Łatwo to zrozumieć. O ile punk rock nadaje się do wykrzyczenia swojej złości na system, o tyle post punk jest idealny do oddania dusznej atmosfery panującej w autorytarnych systemach. I tak my mieliśmy Maanam i Republikę, ZSRR Kino, Jugosławia cała stała post punkiem z Zagrzebia, Belgradu i Sarajewa z moją ukochaną Ekatariną Veliką na czele, Idoli czy Zabranjeno Pusenje (to jak potoczyły się losy muzyków przede wszystkim sarajewskich zespołów po upadku Jugosławii zasługuje na osobne opracowanie). Słowacja, wtedy część Czechosłowacji, miała Matkovia, czy po prostu Maćków. Przewodził nim awangardowy kompozytor Martin Burlas, który nawet próbował swoich sił na Warszawskiej Jesieni. Zespół - czy może lepiej byłoby napisać projekt - istniał tylko 4 lata. Nie wyszli w tym czasie z podziemia, ich nagrania były dostępne tylko w drugim obiegu, na kopiowanych chałupniczo kasetach (choć dzięki Burlasowi i jego kontaktom nagrywali w najlepszych słowackich studiach). A teraz dzięki wspaniałej, bratysławskiej oficynie 42 far zajmującej się muzyką regionu, można posłuchać, co tam Maćkowie wysmażyli.

Więcej dowiecie się z mojego tekstu dla Bandcamp Daily. Znów okazało się, że rzeczy dla nas oczywiste, dla zachodniaków wcale takimi nie są. Tym razem musiałem tłumaczyć, jakimi kanałami docierała do bloku wschodniego kultura i muzyka zachodnia, że Żelazna Kurtyna nie zawsze i nie wszędzie była szczelna. Ot, taka ciekawostka.

czwartek, 17 września 2026

Cicho, ale dzieje się

W zeszłym tygodniu wybrałem się do Łodzi na Great September, nie byłem na całości, ale jakieś - niezbyt przyjemne dla branży - przemyślenia zebrałem. Znajdę chwilę czasu, to je wreszcie spiszę. Zobaczyłem kilkanaście koncertów, spotkałem dużo dawno niewidzianych (albo widzianych po raz pierwszy) dobrych muzycznych znajomych. Wreszcie, spotkałem czytelnika tego blogaska, który mi powiedział, że super piszę, ale rzadko. No i tak, to prawda, ale nie do końca.

Nie do końca, bo dużo piszę do innych miejsc. Czasem sobie przypomnę, żeby zajawkę tekstu skądinąd wrzucić na blog, ale często o tym zapominam. I tak, obiecuję solenną poprawę, bo wyszło mi, że napisałem do tej pory 50 tekstów w tym roku. Najnowszy ukazał się wczoraj, dla Mint Magazine porozmawiałem z 3/4 أحمد [Ahmed], kwartetu, który twórczo rozwija myśli i muzykę Ahmeda Abdul-Malika, amerykańskiego kontrabasisty i oudzisty, który tak zafascynował się muzyką arabską, że wpisał ją w jazz. I choć tych orientalnych elementów w muzyce أحمد [Ahmed] nie tak łatwo wyłapać na pierwszy rzut ucha, to one tam są. Ale nie rozmawialiśmy tylko o tym.

Chyba też zrekapituluję, co tu się u mnie działo przez ostatnie dwa i pół miesiąca.

Dla Radiowego Centrum Kultury Ludowej napisałem o albumach WCIAS i Kefayi z Elahą Soroor.

Dla Bandcampa poza wywiadem z Jonnym Nashem i Tomo Katsuradą porozmawiałem z Cocanhą oraz Norą Stanley, napisałem o płytach 2k88, Curió Curió i Hourloupe.

Dla Mint napisałem o fenomenie cumbii, a w OKO.press pożegnałem Dolly Parton.

Dla Songlines zrecenzowałem WCIAS i Plot Aldany Duoraan i Tomáša Niesnera.

niedziela, 23 sierpnia 2026

W poszukiwaniu ukojenia


W Dwutygodniku Konstanty Usenko opublikował P O T Ę Ż N Y tryptyk teksów o muzyce Iranu. Osobisty, erudycyjny, otwierający oczy i uszy. Od przedrewolucyjnego popu po współczesny, zaangażowany rap i próbę syntezy sytuacji niezależnych muzyków i muzyczek po kolejnych, ogromnych protestach z początku roku, ich brutalnemu stłumieniu i wreszcie ciągle trwającej wojnie Izraela i USA z Iranem, która na lata scementowała powoli pękający zbrodniczy reżim ajatollahów. Gdy dwa lata temu w apokaliptyczne tony uderzali moi rozmówcy - Siavash Amini i Saba Alizadeh - w tekście o irańskiej muzyce eksperymentalnej, wydawałoby się, że nie może być gorzej. A jednak może. Amini przez długie miesiące milczał w mediach społecznościowych, bo reżim wyłączył internet, gdy w końcu udało mu się przedostać przez blokady, z jego wpisów wyzierał horror, był wrakiem człowieka. Reżim złamał całe pokolenie, ale dzisiaj nie piszę o tym. Dzisiaj czas na piękno sprzed kilkunastu lat.

Podobnie, jak Usenko kocham muzykę irańską w jej różnych aspektach. Nie aż tak mocno, jak on, nie nauczyłem się farsi, nigdy nie byłem w Iranie, ale to muzyka, do której sięgam często. Nie tylko do eksperymentów, do klasyki również. Ostatnio wracam do starszych albumów, płyt, które towarzyszą mi od lat. Życie mnie przeorało, łaknę ukojenia w znanych dźwiękach, fizycznej przyjemności, o której pisał ostatnio Mariusz Herma. Znajduję je w płaczliwym, rzewnym i melancholijnym brzmieniu kemanczy (czyli perskiego instrumentu smyczkowego, dalekiego kuzyna skrzypiec) Kayhana Kalhora. Najbardziej w duecie z Erdalem Erzincanem, baglamistą ze Stambułu, pochodzącym - podobnie jak Kalhor - z dyskryminowanej mniejszości, jest alewitą. Tyle razy mówiłem o nich w swoich różnych audycjach, pisałem w podsumowaniach na blogu. Coś mi się kołacze, ze o tym konkretnym albumie napisałem kilka słów do internetowego wydania “M/I”, ale mogę się mylić. Gdy Kula kulluk yakışır mı wyszła 13 lat temu, dałem jej 4 miejsce w podsumowaniu roku. Od tamtej pory stała się jednym z najważniejszych dla mnie nagrań, trochę niepostrzeżenie. Pewnie pomogły w tym koncerty duetu, na których byłem. Dziś mogę śmiało napisać, że to jeden z albumów, które bez sekundy wahania zabrałbym na bezludną wyspę. Słuchałem jej tyle razy, że każdy dźwięk wyrył mi się w pamięci. A mimo to nadal mnie zaskakują, za każdym razem odkrywam coś nowego. A przecież grają tylko dwa instrumenty.

Czas na trochę kontekstu, choć tak naprawdę nie jest on konieczny, by zachwycić się tą muzyką (o roli kontekstu miałem różne przemyślenia ostatnio, jak się wygrzebię z tego dołka, to napiszę coś więcej na ten temat). Nie wierzcie komentarzom z Rate Your Music, że muzyka Kalhora jest trudna dla nienawykłego ucha. To nieprawda, wystarczy tylko otwartość na piękno. No ale kontekst. Kalhor i Erzincan grają wspólnie ponad 20 lat, znają się tak dobrze, że nie muszą niczego ustalać, grają, co im dusza na struny przyniesie (zresztą to chyba podstawowa metoda Kalhora). Najpierw wydali w ECM The Wind, później w tej samej oficynie właśnie Kula kulluk yakışır mı, będącą zapisem koncertu z tureckiej Bursy, choć na okładce widnieje widok Stambułu. I może dlatego tak bardzo kojarzy mi się z tym miastem-światem.

Kalhor i Erzincan wychodzą od tradycji i improwizacji. Ta druga jest w Iranie i Turcji (i wielu innych kulturach muzycznych) zakorzeniona w tej pierwszej. Kalhor jest jednym z najważniejszych żyjących wykonawców i kompozytorów współczesnej klasycznej muzyki irańskiej, jej propagatorem w świecie. Erzincan to dziś bodaj największa gwiazda baglamy, wierny mistrzom, sam się nim stał. Obaj są dysponentami wielowiekowych tradycji, ale żadni z nich konserwatyści. Kalhor z jednej strony akompaniował Mohammadowi Rezie Shajarianowi, z drugiej od dekad szuka połączeń między muzyką perską, a innymi wielkimi tradycjami - hindustańską, zachodnioafrykańską, europejską (współczesną i dawną). Erzincan wychowuje kolejne pokolenia uczniów, pracowicie wydaje kolejne albumy, na których zgłębia anatolijskie opowieści aszyków.

Ich improwizacje dalekie są od freejazzowej totalnej wolności, bardziej komponują na żywo w wyznaczonych ramach, niż po omacku szukając tego idealnego dźwięku. Proces jest bardziej uporządkowany, ułożony, ale swobodny. Czegoś podobnego od dłuższego czasu próbuje Hubert Zemler, w Ben Bekele swoim kolegom powiedział, że każdy zagrany dźwięk ma być tym ostatecznym. Kalhor i Erzincan tak dobrze się znają, tak długo ze sobą grają, że tak jest zawsze. Wszystko jest tak, jak być powinno. Na Kula kulluk yakışır mı są tylko dwa instrumenty, baglama i kamancze. Nic więcej, a oni z nich tkają cały świat. Ośnieżone szczyty Anatolii, góry górujące nad Teheranem, zakurzone bezdroża środkowego Iranu, zieloność wybrzeża Morza Czarnego, stary Stambuł, pełen krętych i wąskich uliczek, ogrody Teheranu, szafirowe niebo, szmaragdowe jeziora. Jest miłość, smutek, lament, zachwyt, melancholia, spokój. Wszystko.

Muzyka - jak życie - płynie bez przerwy, meandruje, zmienia się. Czasem do głosu bardziej dochodzi Erzincan, jego baglama brzęczy, wprowadza nerw, czasem ustępuje miejsca Kalhorowi, który prowadzi w tych mniej improwizowanych momentach, a jego kemancza brzmi niczym ludzki głos. Przede wszystkim wydaje się, że to gra jeden czteroręki, zmyślny wirtuoz. Są w dialogu niezwykle uważni na siebie, słuchają się jeden drugiego, wyczuwają każdą, nawet maleńką zmianę kierunku. Czasem zastanawiam się, czy muzyka jest uniwersalnym językiem, przecież każdy gatunek rządzi się własnymi zasadami, ma własne idiomy, znaczenia, które komuś z innej kultury jest trudno zauważyć. A gdy słucham tego albumu, wątpliwości znikają. Piękno jest uniwersalne.

środa, 22 lipca 2026

Piękno dla każdego

Niektóre teksty powstają z przypadkowych spotkań. Tak było tym razem. Ostatniego dnia Nowej Tradycji zagrali Jonny Nash i Tomo Katsuarada. Przyznaję, że na samym początku nie skleiłem, że to TEN Tomo Katsurada z najwspanialszych Kikagaku Moyo. Piękny był to koncert, zresztą napisałem o nim kilka słów. Porozmawialiśmy chwilę po koncercie, szykowali płytę na początek lipca. Wróciłem do domu i od razu zaproponowałem Bandcampowi wywiad, bo Tomo i Jonny tydzień później mieli grać na Kodach, gdzie i tak planowałem być. Porozmawialiśmy chwilę przed tym lubelskim koncertem, na patio przed studiem im. Budki Suflera. Efekty do poczytania tutaj. Na obu koncertach zagrali materiał ze swojej nadchodzącej wtedy płyty.

At the Emerald Pool, ich pierwszy wspólny album (choć nie pierwszy raz ze sobą grają) jest piękny i kojący. O tej potrzebie uniwersalnego piękna mówią dużo w wywiadzie. To muzyka niespieszna, trochę rozmyta, jakby schowana za mgiełką. Pasuje zarówno do późnoletniego poranka, jak i zimowego wieczoru przy kominku. Jest po prostu przytulna i marzycielska.

Czerpią przede wszystkim z ambientu w duchu Briana Eno, sięgają po folkowe struktury. W swoim graniu są bardzo ludzcy. Czasem dają się porwać improwizacji, czasem są piosenkowo konkretni. Mówią, że chcą pisać i grać muzykę, która spodoba się każdemu. I tak w tym wypadku jest.