sobota, 22 listopada 2014

Skarb


Chwilę po 21 przygasły światła. Na scenę weszły cztery osoby, których sylwetki oświetlało blade światło, przez co przypominały duchy. Za to zupełnie prawdziwa była muzyka. Niepokorna, głośna, zadziorna, przesterowana. I surowa, pozbawiona fajerwerków. Prosta, co podkreślało skromne i mało efektowne oświetlenie oraz wyposażenie sceny - dwie gitary, bas, korg, perkusja. Żadnych dekoracji, liczy się tylko muzyka.

Julia z zespołem przeplatała nowości starszymi piosenkami, które zmieniła w gitarowe bestie. Tak, Julia znana z zabawy fortepianem i syntezatorami zagrała najlepszy gitarowy koncert, jaki widziałem od dawna. Ogromna w tym zasługa fantastycznego zespołu, szczególnie niemieckiej sekcji rytmicznej grającej precyzyjnie i jednocześnie fantazyjnie, co pokazał ich jam w połowie koncertu. Wszyscy grali prosto, ale efektywnie, zgodnie z zasadą, że mniej znaczy więcej. Marcell pokazała, że scena to jej dom, świetnie się na niej czuła, bez wysiłku zawładnęła całym klubem.

Po godzinie skończyli rozciągniętym "Supermanem", który zdawał się nie mieć końca. A gdy wrócili - doczekałem się "Echa" i przepięknego "North Pole".

Po tak fantastycznym koncercie jeszcze bardziej dziwię się, że Julia nie gra w tym roku na Don't Panic We're From Poland, a IAM nie wysyła jej na wszystkie showcase'y, w tym SXSW. Taka artystka to skarb i wstyd byłoby zachować ją tylko dla siebie.

środa, 12 listopada 2014

Kosmische Musik

Jak wiadomo, dźwięk nie rozchodzi się w przestrzeni kosmicznej. Chyba, że oglądacie Gwiezdne Wojny. W prawdziwym kosmosie panuje ogłuszająca, absolutna cisza. Próżnia nie stanowi jednak problemu dla fal elektromagnetycznych. Naukowcy badający dla Europejskiej Agencji Kosmicznej kometę 67P/C-G odkryli, że ta lodowa kula "śpiewa". 67P/C-G emituje fale o częstotliwości 40-50 milihertzów. Gdy przedstawić je za pomocą fal dźwiękowych, niczego byśmy nie usłyszeli, to infradźwięki daleko poza naszym zakresem słyszenia. Dlatego fizycy przetransponowali "pieśń" do częstotliwości odpowiednich dla ludzkiego ucha. Efekt przypomina rechot żab, stukanie i wiejący wiatr i trochę "Lot trzmiela" Korsakowskiego. Na razie nieznana jest przyczyna tak dziwnego zachowania 67P/C-G.


środa, 5 listopada 2014

20 lat


Rok 1994 był naznaczony nie tylko odejściem Kurta Cobaina. 5 listopada, w Belgradzie umiera Milan Mladenović, wokalista legendarnego już wtedy jugosłowiańskiego zespołu, Ekatarina Velika.

Mladenović, urodzony w Zagrzebiu, ojciec Serb, oficer jugosłowiańskiej armii, matka Chorwatka z Dalmacji, był typowym przedstawicielem swojego pokolenia. Z rodziną mieszkał i w Zagrzebiu, i w Sarajewie, wreszcie w Belgradzie, gdzie jeszcze w liceum założył pierwszy zespół, Limunovo Drvo, przekształcony później w Šarlo akrobata, kolejną legendę jugosłowiańskiej nowej fali. Po wydaniu jednego albumu, rozeszły się drogi muzyków, Mladenović wraz z perkusistą Ivanem Vdoviciem i gitarzystą Dragomirem Mihajloviciem tworzy pierwszą inkarnację EKV, jeszcze pod nazwą Katarina II. Kolejne spory doprowadziły do odejścia Mihajlovicia i kolejną zmianę szyldu - na Ekatarina Velika.

Moją ulubioną płytą belgradzkiego zespołu jest ich trzeci krążek, Ljubav (o którym pisałem niezgrabnie cztery lata temu). Zgrabnie między nagrania studyjne wpleciono fragmenty koncertów, które były mocno stroną EKV. Ale Ljubav lubię za co innego, za straceńczy klimat, za desperację i za fantastyczną okładkę.

Późne płyty EKV dobrze oddają duszną atmosferę post-titowskiej Jugosławii. Śmierć dyktatora obudziła tłamszone do tej pory etniczne animozje, narastały nacjonalizmy, które niechybnie prowadziły do rozpadu i wojny. Tytuł wydanego w 1989 roku, depresyjnego albumu, Samo par godina za nas (Zostało nam tylko kilka lat) okazał się proroczy, nie tylko dla Jugosławii. Już po rozpoczęciu wojny ukazał się Dum Dum, zdecydowanie najbardziej pesymistyczny materiał zespołu.

Krótko po wydaniu Neko nas posmatra Mladenović wyjeżdża do Brazylii, gdzie wraz z Mitarem Suboticiem pracuje nad nową muzyką, czego efektem jest projekt Angel's Breath. Nagrany wraz z brazylijskimi muzykami album jest najdojrzalszym i jednocześnie najlepszym albumem Mladenovicia. Jest tu miejsce i na bałkański folklor, i MPB, bossa novę, post-punk, industrial. To jednocześnie kolejna wypowiedź na temat niszczącej Bałkany wojny.

W 1994 roku Mladenović wraca do Belgradu, reaktywuje EKV, z którą planuje nagrać kolejny album, gra kilka koncertów, w tym ten ostatni, 24 sierpnia, w Budwie. Dzień później Mladenović trafia do szpitala, gdzie zostaje u niego zdiagnozowany rak trzustki. Muzyk umiera kilka miesięcy później. Dziś nie żyje już nikt z pierwszego składu EKV, ostatnia odeszła Margita Stefanović. Zmarł również Mitar Subotić, który krótko po wydaniu Sao Paulo Confessions w 1998 zginął w pożarze swojego studia, ratując z pożogi nagrania. Nagrania składające się na album Tudo tempo Bebel Gilberto.