Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post klasyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 maja 2026

Nowoczesna klasyka po polsku


W Bandcamp Daily piszę o Polkach i Polakach (przede wszystkim Polkach), którzy zajmują się "modern classical", czyli trochę poważką, trochę dronami, trochę klasyką, trochę filmami. A jeszcze tak wyszło, że zdecydowana większość albo pochodzi albo jest jakoś związana z Trójmiastem. I od niego wychodzę w tym tekscie, na moje pytania odpowiadają Stefan Wesołowski, Olga Anna Markowska i Dobrawa Czocher, a wspominam jeszcze o Hani Rani, Karolinie Rec, Oldze Wojciechowskiej i Magdzie Drozd. Może te rozmowy kiedyś porządnie spiszę (poza tą z Dobrawą, która trafiła na łamy Czasu Kultury), ale na razie niech się świat dowiaduje, że u nas dzieją się, cytując klasyka, arcyciekawe rzeczy.

środa, 13 września 2023

W środku snów

Muzyka Wacława Zimpla na przestrzeni lat zmieniała się jak w kalejdoskopie, muzyk co i rusz wymyśla się na nowo. Jedno, co pozostaje niezmienne to jego fascynacja muzyką indyjską w wielu jej formach. Tą miłością zaraża teraz Sama Shackletona.

wtorek, 24 stycznia 2023

Bez powtórzeń


Przestrzeń pomiędzy
- tak nazwał swój najnowszy album Raul Refree, jeden z moich ulubionych producentów i muzyków.

O producenckich walorach tego Katalończyka pisałem już niejednokrotnie. O tym, jakim jest muzykiem po prostu, jeszcze mi się nie zdarzyło. Refree jest przede wszystkim gitarzystą, zaczynał w barcelońskich hardcore’owych składach, choć dziś z tego niewiele zostało w jego muzyce (ale nie nic, o czym przekonuje końcówka el espacio entre). Nie wiem, też, czy nadal jest “przede wszystkim” gitarzystą, bo album z Liną nagrał prawie wyłącznie na syntezatorach, a tutaj duża część kompozycji powstała na pianinie. 

Poza produkowaniem innych i graniem w duetach, Refree zajmuje się również komponowaniem muzyki do filmów i stąd pochodzi część materiału, czy może inspiracji do niego. Koncept el espacio entre zrodził się podczas pisania nowej, autorskiej ściezki dźwiękowej do La aldea maldita, klasyka niemej hiszpańskiej kinematografii. Z filmu Refree wziął poczucie pustki, wykorzenienia i przekształca je w przestrzeń “między tym, kim jesteśmy, a tym kim byliśmy”. Przy tym, stawia wyraźnie na tezę, że ludzkie życie nie składa się z samych powtórzeń. Raczej przypadkowych wydarzeń, obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie. 

Wszędzie znajduje inspiracje, może być to widok za oknem pociągu, podsłuchana rozmowa. Wierzy też, że w codzienności można znaleźć magię. Jest przy tym wszystkożerny - zderza ze sobą zdekonstruowany madrygał Lament nimfy Verdiego z nagraniami terenowymi, szumami przesterów, surowością gitary akustycznej, medytacyjnymi, oszczędnymi partiami fortepianu, organowymi pasażami czy wreszcie blackmetalowymi perkusyjnymi blastami. Udaje mu się nie wywołać uczucia przeładowania, nie odchodzi od pewnej surowości i minimalizmu brzmienia, które wypracował w pracy z innymi. Przenosi te doświadczenia do własnej muzyki. 

Gdy sięga po gitarę, faktycznie momentami przypomina Raphaela Rogińskiego - jak podpowiada wydawca. Podobnie porusza się po muzyce wywodzącej się z duchowości i religijności, bardzo mocno słychać na el espacio entre wpływy kościelnego baroku. Również podobnie jak Rogiński, Refree zręcznie porusza się między rejestrami, gatunkami i kontynentami, zszywa z tych wszystkich wpływów poruszającą, emocjonalną całość. Wie, jak zagrać na uczuciach, ale też nie przesadza, nie robi tego zbyt ostentacyjnie.

Pierwszą z płyt roku już mam.

poniedziałek, 5 października 2020

Najmłodsza pustynia świata


Tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu było jezioro tak wielkie, że nazywano je morzem, teraz znajduje się toksyczna pustynia. Dawne miasta portowe znajdują się pośrodku księżycowego krajobrazu, kilkadziesiąt kilometrów od jakiejkolwiek wody. Przerdzewiałe statki kołyszą się na wietrze i pokrywają brązowym pyłem.

Tę tragedię na własne oczy mogła obserwować Galya Bisengalieva, pochodząca z Kazachstanu skrzypaczka, wykształcona i mieszkająca w Wielkiej Brytanii. Obrazy znikającego Aralu wryły się jej w pamięć i wróciły po latach, gdy eksperymentowała z elektroniką i tym, jak współpracuje ze skrzypcami. Usłyszała kolebiący się rytm, rytm kadłubów skrzypiących w wyschniętym porcie. Za nim przyszedł pomysł na cały album – Aralkum – o najmłodszej pustyni świata.

Bisengalieva nie wymyśla nowego muzycznego języka – choć sama w wywiadzie dla Bandcamp Daily twierdzi inaczej – by opowiedzieć tę tragedię. Sięga po muzykę, w której czuje się swobodnie i która jest dość przystępna, czyli po podbitą elektronicznymi brzmieniami post-klasykę. Można by powiedzieć, że islandzką, taką, która bez problemy mogłaby znaleźć się w katalogu Bedroom Community. Bisingalieva buduje swoją muzykę podobnie do Resiny, zapętlając skrzypce, nakładając na siebie kolejne warstwy dźwięku. Tak samo buduje klimat, obraz niedostępnej, nieprzyjaznej przyrody. Gra przestrzennością, w końcu opowiada o pustyni. Czuć tę obezwładniając przestrzeń, na swój perwersyjny sposób piękną. To z kolei zbliża ją do innych trójmieszczan – duetu Nanook of the North, Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego. W podobny sposób łącza elektronikę ze skrzypcami, dla nich też pojęcie przestrzeni jest kluczowe, na swoim jedynym albumie zajmowali się Grenlandią, pustynią z innej strefy klimatycznej.

Zastanawiałem się, na ile Galii udało się opowiedzieć o katastrofie aralskiej. To trudne zadanie, zniknięcie Jeziora jest w czołówce największych katastrof spowodowanych przez człowieka. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że Aralkum jest bardziej zapisem żałoby w jej końcowych fazach. Beznadzieja i depresja zaszyte również w tytułach utworów – nazwach nieistniejących osad rybackich, dawnych wysp – jest wszechobecna i obezwładniająca, dopiero pod koniec pojawia się cień optymizmu wynikający z akceptacji sytuacji taką, jaka jest. Dopiero wtedy jest szansa na zmianę. Dzięki zaporze Kokarał udało się choć częściowo uratować północną, kazachską część Jeziora, do której wróciło życie. Może jednak nie wszystko jest stracone.

Znikające, tytułowe Jezioro Aralskie jest również osią powieści Bianki Bellovej, którą koniecznie trzeba przeczytać. Jego obecność i późniejszy brak wpływają na mieszkańców. Kiedyś dawało pracę i wyżywienie. Zniknięcie jeziora, do którego trafiały setki tysięcy ton nawozów i przemysłowych odpadów, sprawiło, że ludzie zaczęli umierać na niespotykane wcześniej choroby, złamało życie całym pokoleniom. Zmieniło klimat, zrujnowało gospodarkę i stosunki społeczne. Katastrofa wpłynęła na wszystkie aspekty życia i jest praprzyczyną wszystkich tragedii, które nawiedzają region. Trudno tej historii nie traktować jak ostrzeżenia.


piątek, 10 maja 2019

Śpiewający z duchami



Kanada wydaje się rajem na ziemi i - szczególnie po wyborach prezydenckich w 2016 roku - odwrotnością Stanów Zjednoczonych. Miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze, potrzebny. Gdzie nieważne są poglądy, religia, pochodzenie. Każdy może zbudować swój “kanadyjski sen”. To piękny obrazek, ale nie zawsze tak było i nie do końca tak jest i dzisiaj, o czym przypomina na swoim debiucie Jeremy Dutcher.

Dutcher to ledwie dwudziestoośmiolatek. Wychował się w Nowym Brunszwiku, jednej z atlantyckich prowincji Kanady, w jednym z sześciu tamtejszych rezerwatów Pierwszych Narodów. Pochodzi z narodu Wolastoqiyik i jest jedną ze stu osób, które swobodnie posługują się tym językiem. Studiował śpiew operowy w Nowej Szkocji i tam jedna z jego nauczycielek, również przedstawicielka Pierwszych Narodów, skierowała jego uwagę na archiwum woskowych cylindrów z nagraniami pieśni sprzed ponad stu lat. On sam mówi, że usłyszenie swoich przodków było dla niego momentem transformującym całe dotychczasowego jego życie.

Wolastoqiyik Lintuwakonawa to efekt pięciu lat pracy Dutchera jako archiwisty, mozolnie spisującego zachowane pieśni, które nie przetrwały w żywej tradycji, ale i jako kompozytora i aranżera. To nie tak, że Jeremy usiadł, jak na okładce, i zaśpiewał te pieśni jeszcze raz. Nie, on je zaaranżował na barokowy pop z mocnymi elementami muzyki partyturowej. Dutcher nie boi się patosu i podniosłości. Blisko mu momentami do Antony & Johnsons (ale na szczęście jest mniej egzaltowany) czy Rufusa Wainwrighta, czy też dzięki staniu na rozdrożu między “poważką” a popem do islandzkiego kolektywu Bedroom Community (w szczególności do Sama Amidona i jego interpretacji amerykańskiej tradycji).

Dość oczywistym, ale świetnie przemyślanym pomysłem było wszycie w materię utworów rozmów ze starszą kobietą, która opowiada o potędze muzyki i fragmentów nagrań źródłowych. Już na samym początku Dutcher fenomenalnie wchodzi z nimi w dialog w Mehcinut. Pokazuje ponadczasowość kultury i nadaje jej nowe życie, dosłownie rozmawiając z duchami.

Ten aspekt, przywracania zapomnianej tradycji, odnajdywania dla niej miejsca we współczesnym świecie jest dla mnie jednym z najwartościowszych prądów ostatnich lat. Bo przecież działania Dutchera w zasadzie niewiele różnią się od tego, co robią Altın Gün grający piosenki Neşeta Ertaşa na funkowo-psychodeliczny sposób, Bastarda wychodząca od muzyki średniowiecznej renesansowej, a przerabiająca ją na własny, oparty na burdonach język, Jan Młynarski i Marcin Masecki w Jazz Bandzie, Polmuz wykorzystujący przedwojenne nagrania muzyki wielkopolskiej czy wreszcie zastępy muzyków “niezachowych", łączący swoją tradycję ze współczesnymi dźwiękami i technikami.

Kanada po latach przymusowego wykorzenienia wspólnot rdzennych przeprosiła ustami swoich oficjeli Pierwsze Narody. Wyrządzone szkody są nieodwracalne, a jednak jest nadzieja wyrażona w Eqpahak - muzyka może przywrócić język do życia.


poniedziałek, 31 października 2016

Śpiewający las


O płycie Żywizny pisałem krótko na Facebooku, większa recenzja pojawi się w grudniowym numerze Magnetofonowej. Tutaj chciałbym się skupić na jej jednym aspekcie - lesie. To naturalne środowisko dla kurpiowskich pieśni, to w lesie etnomuzykolodzy nagrywali Stanisława Brzozowego. To w lesie Żywizna, czyli Raphael Rogiński i Genowefa Lenarcik, nagrali swój debiut. A las śpiewał z nimi.

***
Styczeń. Człowiek z wiolonczelą i las świerków przykrytych śniegiem. Instrument ma pięć wieków, zrobiony jest z drzewa tego lasu. Człowiek opiera go na pniu i wbija nóżkę poziomo w korę. Stroi i zaczyna grać suitę Bacha na wiolonczelę solo. Wystrzeliwuje niskie nuty prosto w drewno, eksploruje je cierpliwie, zagłębia się w nie, aż zaczyna się coś dziać. Drzewo - trzydziestometrowy olbrzym - reaguje. Budzi się, drgania wchodzę we włókna, stają się przedłużeniem instrumentu. Czymś więcej. Pół lasu dźwięczy, powtarza, jakby je znało na pamięć. Rozpoznaje głos przodka. (...) Wiolonczela stała się drzewem i zawładnęła lasem.
***
Ten fragment Legendy żeglujących gór Paolo Rumiza od razu skojarzył mi się nie tylko z Żywizną, ale i z debiutem Resiny. Dla Karoliny Rec przyroda, las jest ogromną inspiracją. To tak silne w jej muzyce, że doskonale bym o tym wiedział, nawet gdyby mi o tym nie mówiła w wywiadzie. Każdy dźwięk wyraża podziw dla natury, zachwyt i ukojenie. A gdyby zrobiła tak jak Mario Brunello i zamiast wykreować leśną przestrzeń w studiu, wbiła nóżkę instrumentu w pień drzewa, czy jej wiolonczela zawładnęłaby lasem?

***
Las zaśpiewał też Izie Dłużyk, niewidomej od urodzenia gdańszczance (Karolina z kolei jest gdynianką, mieszkańcy Trójmiasta mają z przyrodą wręcz niemiejski związek). Iza nagrywa ptaki, ich śpiew. Kilka tygodni temu ukazał się jej album z nagraniami terenowymi z polskiego lata. Można je było usłyszeć na Unsoundzie. By las zaśpiewał, Iza nie potrzebuje żadnego instrumentu, tylko słuchu i rejestratora. Dla niej las, dźwięki ptaków są najdoskonalszą muzyką.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Lutnia jest moją obsesją


Jozefa van Wissema możecie kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej do Tylko kochankowie przeżyją Jima Jarmusha, muzycznej współpracy z amerykańskim reżyserem i licznych koncertów w Polsce. Holenderski lutnista, świeżo po wydaniu swojego czternastego albumu When Shall This Bright Day Begin opowiada o religii, architekturze, transie i nowej płycie.

When Shall This Bright Day Begin jest jak architektura modernistyczna - jasna i doskonale uporządkowana.

Dziękuję. Chyba wiem, do czego zmierzasz.

Znalazły się na niej fragmenty wypowiedzi o architekturze. Jak je wybrałeś?

Pochodzą z albumu Conversations Regarding the Future of Architecture. Mam go od pewnego czasu i po prostu go uwielbiam. Te fragmenty tworzą spójną całość z muzyką na nowej płycie, choć nie planowałem umieścić ich tam. Zola Jesus śpiewa dwie piosenki na When Shall This Bright Day Begin i słowa jednej z nich opowiadają o ruinach. Dlatego nazwałem ten utwór Ruins. Stąd zwróciłem się w stronę architektury i wpadł mi do głowy pomysł na wykorzystanie tych fragmentów.

Jeden z nich jest o Franku Lloydzie Wrighcie. To twój ulubiony architekt?

Nie, wybrałem ten fragment, bo bardzo odpowiada mi to, co jest tam powiedziane o relacji architektury ze światem – dla mnie to metafora lutni. Wiesz, nie chcę za dużo analizować, opowiadać o swoich utworach, wolę zostawić słuchaczom wolną rękę do własnych interpretacji.

Piszę właśnie scenariusz do filmu, więc niektóre tytuły utworów na When Shall This Bright Day Begin odnoszą się do tego projektu. Tylko dla mnie, bo komponowałem te utwory, pracując nad scenariuszem. Ty możesz rozumieć je zupełnie inaczej, i bardzo dobrze.

O czym będzie ten film?

O pewnej historycznej postaci oraz o bardzo intensywnych przeżyciach religijnych i cierpieniach za religię. Same wesołe rzeczy (śmiech).

Właśnie, często podkreślasz, że religia i duchowość są dla ciebie bardzo ważne. Kiedy zaczęło się Twoje zainteresowanie tym aspektem życia?

Chyba byłem nim zainteresowany od zawsze. Wynika to z rodziny, w której się urodziłem oraz miejsca, w którym dorastałem. Urodziłem się i wychowałem w Mastricht, gdzie religia katolicka, bo musisz wiedzieć, że w tym regionie Holandii to katolicy dominują, była niezwykle ważna. Kościół był ośrodkiem życia społecznego i towarzyskiego.

Bardzo interesują mnie ludzie, przeważnie kobiety, mający niezwykle intensywną, niemalże erotyczną relację z Bogiem. To, jak tracą przywiązanie do świata, by być bliżej Niego. Wszystko w naszym świecie przeminie, dlaczego więc tego nie pozbyć się wcześniej, zapomnieć o tych wszystkich gównianych stylach życia, które są niczym więzienie. One donikąd nie prowadzą.

Grasz na lutni barokowej. Dlaczego właściwie na tej jej odmianie?

Przede wszystkim dlatego, że jest strojona w D-moll, a to bardzo smutne strojenie. Łatwo przychodzi mi komponowanie w tym stroju. Wcześniej grałem i próbowałem komponować na lutnię renesansową, która ma weselszy strój, ale już bardzo dawno tego nie robiłem. Poza tym lutnia barokowa ma bardzo transowe brzmienie.

W uzyskaniu transu pomaga też repetytywna struktura Twoich utworów.

Rock'n'roll to repetycje, to właśnie czyni ten gatunek wielkim. Mam też filozoficzną podstawę swojej decyzji. Repetytywność jest metaforą życia, wszystko się powtarza, aż w końcu umiera.

Trans dla mnie to kilkugodzinna podróż pociągiem, kiedy patrzę na rozmazany świat za oknem. Kocham to uczucie, bo zapominam o codzienności. O rachunkach do zapłacenia, o czynszu, o tych wszystkich przyziemnych rzeczach. Chcę przekazać to uczucie publiczności na koncertach, chcę, żeby oni też na chwilę oderwali się od swojego normalnego życia.

Próbowałeś kiedyś grać na innych instrumentach spokrewnionych z lutnią?

Nie, nigdy. Swój stosunek do lutni mógłbym określić jako obsesję, inne instrumenty mnie nie zajmują.

Jak się zaczęła?

W momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem lutnię u mojej nauczycielki gry na gitarze. Zapytałem się, co to, a ona mi odpowiedziała, żebym nawet nie myślał o graniu na niej, że to za trudny instrument dla mnie, że się do niej nie nadaję. Miała rację, spójrz na mnie (smiech).

Nie posłuchałeś jej.

I jestem bardzo z tego powodu szczęśliwy. Na lutnię istnieje ogrom fascynującego materiału, do którego często wracam, studiuję i jest ciągle moim źródłem inspiracji. Z gitarą tak nie mam, choć to mój pierwszy instrument, zaczynałem od nauki gry na gitarze klasycznej. Potem jednak zobaczyłem lutnię w wieku 11 lat i od tamtej pory jestem w niej zakochany.

To niezbyt pospolite.

Dla jedenastolatka niezbyt pospolita jest obsesja na punkcie jakiegokolwiek isntrumentu czy gatunku muzycznego, coś ze mną musi być nie tak (śmiech).

Nadal mieszkasz w Nowym Jorku? W ostatnich wywiadach mówiłeś, że nie podobają Ci się zmiany zachodzące w mieście.

Nadal, ale nigdy tak naprawdę nie mieszkałem w Nowym Jorku na stałe, bo prawie cały czas objeżdżam Europę, grając koncerty. Niedawno czytałem wywiad ze zmarłym Bruce'em Gedudigiem z Tuxedomoon. Zapytali go, dlaczego przeniósł się do Brukseli. Odpowiedział, że w Europie jest normalne jedzenie i może żyć z muzyki. To prawda. We Francji, Włoszech, ale i na Wschodzie Europy publiczność muzyki dziwnej, eksperymentalnej jest liczna. W Stanach nie. Może w kilku miastach, ale one są oddalone od siebie o tysiące kilometrów. Tutaj co dwieście jest miasto z grupą ludzi zainteresowanych sztuką awangardową i nowoczesną. Tak naprawdę wszystko rozbija się przede wszystkim o pracę.

sobota, 12 marca 2016

Druga szansa


Jozef van Wissem bardzo często przyjeżdża do Polski, ale do tej pory na koncercie lutnisty byłem tylko raz. W 2013 roku grał w Pardon, To Tu na minifestiwalu New Music for Old Instruments. Nazwa wydarzenia idealnie odpowiada temu, co robi Holender, ale koncert przy placu Grzybowskim zapamiętałem jako niezbyt udany. Trzy lata (i kilkanaście koncertów w Polsce) później Jozef zagrał na drugim brzegu Wisły, w Hydrozagadce, promując swój najnowszy album When Shall This Bright Day Begin. Miejsce dużo większe, ale przez to mniej intymne i kameralne, co mogło budzić pewne obawy (które okazały się uzasadnione).

Van Wissem zagrał tak, jak można było się tego spodziewać. Występ oparł na materiale z nowej płyty, łączył utwory w dłuższe "suity", co dodawało jego muzyce jeszcze większego ładunku transu. Spokojne, powtarzalne frazy, proste, ale przejmujące dźwięki lutni oplotły Hydrozagadkę. Siedzący samotnie na scenie Jozef grał z pasją, zapamiętale, ale wydawał się nieobecny, jakby był jedynie przekaźnikiem muzyki, a nie pełnoprawnym twórcą. Co nie dziwi tak bardzo w kontekście jego zainteresowań duchowością i mistyką.

Ilustracyjnemu i medytacyjnemu charakterowi muzyki van Wissema bardziej odpowiadałby koncert siedzący. Stojąc w ścisku (bo Hydrozagadka szczelnie się zapełniła), trudniej było w pełni skupić się na muzyce. Niestety, o ile na początku w klubie panowała cisza, to im bliżej końca koncertu, tym głośniejsze były rozmowy. Szkoda, bo Jozef zagrał wyśmienicie, a ja żałuję, że drugą szansę dałem jego koncertom dopiero teraz. Na następnych będę obowiązkowo.

niedziela, 7 lutego 2016

Wacław Zimpel - "Lines"


Po kilkudziesięciu płytach nagrywanych w najróżniejszych składach, prowadzeniu kilkunastu zespół (m.in. nieodżałowana Hera, To Tu Orchestra, Wacław Zimpel Quartet, the Light), Wacław Zimpel nagrał album całkowicie solowy.

Klarnecista związany ze sceną muzyki improwizowanej, tym razem prezentuje kompozycje odwołujące się w dużym stopniu do twórczości amerykańskich minimalistów. Do klarnetu dodaje organy Hammonda, pianino Rhodesa, południowowschodnioazjatycką harmonijkę ustną khaen.

Lines jako całość jest zbudowana wokół dwóch utworów - szesnastowiecznego hymnu Deo Gratias, w którym Zimpel widzi zapowiedź dwudziestowiecznego minimalizmu oraz tytułowej kompozycji, będącej autorską wersją muzyki transowej i rytualnej. Obejmują je dwie kompozycje skupiające się na możliwościach klarnetów - dronowa, jednostajna Breathing Etude i chyba najbardziej jazzowe Five Clarinets. Wreszcie album spinają utwory "elektryczne", oparte na brzmieniach organów. Taki zabieg daje jeszcze większe wrażenie repetycji. Nie tylko w obrębie pojedynczych utworów, ale tez całego albumu. Repetytywność wywołująca trans, w którym można się zanurzyć jest od dłuższego czasu obiektem eksploracji Zimpla. Ma przecież doświadczenie w graniu gnawy z marokańskim guimbristą Maalemem Mokhtarem Ganią (jaki to był fantastyczny koncert w Pardon, To Tu). Jednocześnie Wacław czerpie z muzyki indyjskiej, mającej bardziej linearny charakter. Z połączenia tych różnych tradycji buduje swoje kompozycje.

Melodie przecinają się jak tytułowe linie. Zimpel wszystko nagrywał sam, krok po kroku, ślad po śladzie, kreując skomplikowane, ale przystępne polifonie. Dźwiękowe płaszczyzny uzupełniają się i przenikają zarazem. Silnie zrytmizowany początek i koniec Lines przywodzi na myśl prace bydgosko-toruńskiego kolektywu Milieu L'Acephale, jednak rozwijają się winną, bardziej melodyjną i kontemplacyjną stronę.

Po poprzednich płytach z udziałem Wacława Zimpla, można było być zupełnie spokojnym o zawartość Lines. Jednak to, co dzieje się na te płycie przechodzi wszelkie oczekiwania. To album po prostu wybitny. Przemyślany, pełen pasji i emocji. Zbiera poprzednie doświadczenia Zimpla (nie tylko te bardziej awangardowe, procentują tu też lata grania alt popu w zespole Gabrieli Kulki) w spójną całość. W tym przypadku nazwa wydawcy - Instant Classic - nie mogła być trafniejsza.

sobota, 25 lipca 2015

Miejcie na nich oko: Resina



Solowe utwory Karoliny Rec, trójmiejskiej wiolonczelistki (możecie ją kojarzyć z Cieślaka i Księżniczek, grała z Olivierem Heimem, Michałem Bielą, czy Nathalie and the Loners) są zawieszone między ilustracją a abstrakcją. Przywołują obrazy natury, spokojnej i pozornie statecznej, choć w rzeczywistości bardzo dynamicznej. To tylko część prawdy, bo muzyka Karoliny jest wielowymiarowa i nieoczywista. Czasem zbliża się do piosenkowej melodyjności, by zaraz zatopić się w powolnych pasażach i budowanych pieczołowicie warstwach dźwięku.

Na razie Karolina udostępniła jeden utwór z nadchodzącej płyty, ale jej koncerty z premierowym materiałem każą z niecierpliwością wypatrywać całości.


środa, 1 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 20-16

20. Psychocukier - "Diamenty"

Szósta płyta łodzian jest pierwszą, która przekonała mnie w całości. Proste, oszczędne, motoryczne, świetnie wyprodukowane i brzmiące granie. Pustki po obecnie zdziadziałych i bawiących się w herosów rocka QOTSA nie wypełnią, ale przynajmniej osłodzą żałobę.



19. Stefan Wesołowski - "Liebestod"



Drugi album młodego, trójmiejskiego kompozytora i skrzypka hipnotyzuje tajemniczą atmosferą wypełnioną mieszanką elektroniki i klasyki. Dużo tu repetytywności, są nagrania terenowe wzmacniające filmowość całości. Choć filmu do tej muzyki bałbym się oglądać, mam za słabe nerwy.



18. Kaseciarz - "Motorcycle Rock and Roll"



Maciek Nowacki zaczął śpiewać, jego zespół coraz bardziej oddala się od surfu. Same przeboje skąpane w krakowskim smogu.



17. Krzysztof Zalewski - "Zelig"




Po latach otrzaskiwania się w Heyu, Muchach, Japoto, z Brodką, Zalewski wraca na swoje. I to jak wraca. Od "Jaśniej" trudno się oderwać, a potem jest jeszcze lepiej. Bigbit, alternatywa, blues, delikatne machnięcia elektroniką robią wrażenie, pokręcone piosenki. Bombeczka.

16. Tatvamasi - "Parts of Entirety"




Lubelski kwartet miota się między jazzem a rockiem. Stojąc w rozkroku bierze z obydwu gatunków co najlepsze, nie podporządkowując się do końca żadnemu z nich.