Szukaj na tym blogu
wtorek, 12 maja 2026
Nowoczesna klasyka po polsku
W Bandcamp Daily piszę o Polkach i Polakach (przede wszystkim Polkach), którzy zajmują się "modern classical", czyli trochę poważką, trochę dronami, trochę klasyką, trochę filmami. A jeszcze tak wyszło, że zdecydowana większość albo pochodzi albo jest jakoś związana z Trójmiastem. I od niego wychodzę w tym tekscie, na moje pytania odpowiadają Stefan Wesołowski, Olga Anna Markowska i Dobrawa Czocher, a wspominam jeszcze o Hani Rani, Karolinie Rec, Oldze Wojciechowskiej i Magdzie Drozd. Może te rozmowy kiedyś porządnie spiszę (poza tą z Dobrawą, która trafiła na łamy Czasu Kultury), ale na razie niech się świat dowiaduje, że u nas dzieją się, cytując klasyka, arcyciekawe rzeczy.
środa, 13 września 2023
W środku snów
Muzyka Wacława Zimpla na przestrzeni lat zmieniała się jak w kalejdoskopie, muzyk co i rusz wymyśla się na nowo. Jedno, co pozostaje niezmienne to jego fascynacja muzyką indyjską w wielu jej formach. Tą miłością zaraża teraz Sama Shackletona.
wtorek, 24 stycznia 2023
Bez powtórzeń
O producenckich walorach tego Katalończyka pisałem już niejednokrotnie. O tym, jakim jest muzykiem po prostu, jeszcze mi się nie zdarzyło. Refree jest przede wszystkim gitarzystą, zaczynał w barcelońskich hardcore’owych składach, choć dziś z tego niewiele zostało w jego muzyce (ale nie nic, o czym przekonuje końcówka el espacio entre). Nie wiem, też, czy nadal jest “przede wszystkim” gitarzystą, bo album z Liną nagrał prawie wyłącznie na syntezatorach, a tutaj duża część kompozycji powstała na pianinie.
Poza produkowaniem innych i graniem w duetach, Refree zajmuje się również komponowaniem muzyki do filmów i stąd pochodzi część materiału, czy może inspiracji do niego. Koncept el espacio entre zrodził się podczas pisania nowej, autorskiej ściezki dźwiękowej do La aldea maldita, klasyka niemej hiszpańskiej kinematografii. Z filmu Refree wziął poczucie pustki, wykorzenienia i przekształca je w przestrzeń “między tym, kim jesteśmy, a tym kim byliśmy”. Przy tym, stawia wyraźnie na tezę, że ludzkie życie nie składa się z samych powtórzeń. Raczej przypadkowych wydarzeń, obrazów zmieniających się jak w kalejdoskopie.
Wszędzie znajduje inspiracje, może być to widok za oknem pociągu, podsłuchana rozmowa. Wierzy też, że w codzienności można znaleźć magię. Jest przy tym wszystkożerny - zderza ze sobą zdekonstruowany madrygał Lament nimfy Verdiego z nagraniami terenowymi, szumami przesterów, surowością gitary akustycznej, medytacyjnymi, oszczędnymi partiami fortepianu, organowymi pasażami czy wreszcie blackmetalowymi perkusyjnymi blastami. Udaje mu się nie wywołać uczucia przeładowania, nie odchodzi od pewnej surowości i minimalizmu brzmienia, które wypracował w pracy z innymi. Przenosi te doświadczenia do własnej muzyki.
Gdy sięga po gitarę, faktycznie momentami przypomina Raphaela Rogińskiego - jak podpowiada wydawca. Podobnie porusza się po muzyce wywodzącej się z duchowości i religijności, bardzo mocno słychać na el espacio entre wpływy kościelnego baroku. Również podobnie jak Rogiński, Refree zręcznie porusza się między rejestrami, gatunkami i kontynentami, zszywa z tych wszystkich wpływów poruszającą, emocjonalną całość. Wie, jak zagrać na uczuciach, ale też nie przesadza, nie robi tego zbyt ostentacyjnie.
Pierwszą z płyt roku już mam.
czwartek, 27 maja 2021
Smutek całego świata
„Ten smutek jest równy smutkowi całego świata” – śpiewa Arooj Aftab na swoim trzecim albumie. To najkrótsze i bardzo trafne podsumowanie „Vulture Prince”, płyty poświęconej doświadczeniu utraty.
poniedziałek, 5 października 2020
Najmłodsza pustynia świata
Tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu było jezioro tak wielkie, że nazywano je morzem, teraz znajduje się toksyczna pustynia. Dawne miasta portowe znajdują się pośrodku księżycowego krajobrazu, kilkadziesiąt kilometrów od jakiejkolwiek wody. Przerdzewiałe statki kołyszą się na wietrze i pokrywają brązowym pyłem.
Tę tragedię na własne oczy mogła obserwować Galya Bisengalieva, pochodząca z Kazachstanu skrzypaczka, wykształcona i mieszkająca w Wielkiej Brytanii. Obrazy znikającego Aralu wryły się jej w pamięć i wróciły po latach, gdy eksperymentowała z elektroniką i tym, jak współpracuje ze skrzypcami. Usłyszała kolebiący się rytm, rytm kadłubów skrzypiących w wyschniętym porcie. Za nim przyszedł pomysł na cały album – Aralkum – o najmłodszej pustyni świata.
Bisengalieva nie wymyśla nowego muzycznego języka – choć sama w wywiadzie dla Bandcamp Daily twierdzi inaczej – by opowiedzieć tę tragedię. Sięga po muzykę, w której czuje się swobodnie i która jest dość przystępna, czyli po podbitą elektronicznymi brzmieniami post-klasykę. Można by powiedzieć, że islandzką, taką, która bez problemy mogłaby znaleźć się w katalogu Bedroom Community. Bisingalieva buduje swoją muzykę podobnie do Resiny, zapętlając skrzypce, nakładając na siebie kolejne warstwy dźwięku. Tak samo buduje klimat, obraz niedostępnej, nieprzyjaznej przyrody. Gra przestrzennością, w końcu opowiada o pustyni. Czuć tę obezwładniając przestrzeń, na swój perwersyjny sposób piękną. To z kolei zbliża ją do innych trójmieszczan – duetu Nanook of the North, Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego. W podobny sposób łącza elektronikę ze skrzypcami, dla nich też pojęcie przestrzeni jest kluczowe, na swoim jedynym albumie zajmowali się Grenlandią, pustynią z innej strefy klimatycznej.
Zastanawiałem się, na ile Galii udało się opowiedzieć o katastrofie aralskiej. To trudne zadanie, zniknięcie Jeziora jest w czołówce największych katastrof spowodowanych przez człowieka. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że Aralkum jest bardziej zapisem żałoby w jej końcowych fazach. Beznadzieja i depresja zaszyte również w tytułach utworów – nazwach nieistniejących osad rybackich, dawnych wysp – jest wszechobecna i obezwładniająca, dopiero pod koniec pojawia się cień optymizmu wynikający z akceptacji sytuacji taką, jaka jest. Dopiero wtedy jest szansa na zmianę. Dzięki zaporze Kokarał udało się choć częściowo uratować północną, kazachską część Jeziora, do której wróciło życie. Może jednak nie wszystko jest stracone.
Znikające, tytułowe Jezioro Aralskie jest również osią powieści Bianki Bellovej, którą koniecznie trzeba przeczytać. Jego obecność i późniejszy brak wpływają na mieszkańców. Kiedyś dawało pracę i wyżywienie. Zniknięcie jeziora, do którego trafiały setki tysięcy ton nawozów i przemysłowych odpadów, sprawiło, że ludzie zaczęli umierać na niespotykane wcześniej choroby, złamało życie całym pokoleniom. Zmieniło klimat, zrujnowało gospodarkę i stosunki społeczne. Katastrofa wpłynęła na wszystkie aspekty życia i jest praprzyczyną wszystkich tragedii, które nawiedzają region. Trudno tej historii nie traktować jak ostrzeżenia.
piątek, 10 maja 2019
Śpiewający z duchami
Kanada wydaje się rajem na ziemi i - szczególnie po wyborach prezydenckich w 2016 roku - odwrotnością Stanów Zjednoczonych. Miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze, potrzebny. Gdzie nieważne są poglądy, religia, pochodzenie. Każdy może zbudować swój “kanadyjski sen”. To piękny obrazek, ale nie zawsze tak było i nie do końca tak jest i dzisiaj, o czym przypomina na swoim debiucie Jeremy Dutcher.
Dutcher to ledwie dwudziestoośmiolatek. Wychował się w Nowym Brunszwiku, jednej z atlantyckich prowincji Kanady, w jednym z sześciu tamtejszych rezerwatów Pierwszych Narodów. Pochodzi z narodu Wolastoqiyik i jest jedną ze stu osób, które swobodnie posługują się tym językiem. Studiował śpiew operowy w Nowej Szkocji i tam jedna z jego nauczycielek, również przedstawicielka Pierwszych Narodów, skierowała jego uwagę na archiwum woskowych cylindrów z nagraniami pieśni sprzed ponad stu lat. On sam mówi, że usłyszenie swoich przodków było dla niego momentem transformującym całe dotychczasowego jego życie.
Wolastoqiyik Lintuwakonawa to efekt pięciu lat pracy Dutchera jako archiwisty, mozolnie spisującego zachowane pieśni, które nie przetrwały w żywej tradycji, ale i jako kompozytora i aranżera. To nie tak, że Jeremy usiadł, jak na okładce, i zaśpiewał te pieśni jeszcze raz. Nie, on je zaaranżował na barokowy pop z mocnymi elementami muzyki partyturowej. Dutcher nie boi się patosu i podniosłości. Blisko mu momentami do Antony & Johnsons (ale na szczęście jest mniej egzaltowany) czy Rufusa Wainwrighta, czy też dzięki staniu na rozdrożu między “poważką” a popem do islandzkiego kolektywu Bedroom Community (w szczególności do Sama Amidona i jego interpretacji amerykańskiej tradycji).
Dość oczywistym, ale świetnie przemyślanym pomysłem było wszycie w materię utworów rozmów ze starszą kobietą, która opowiada o potędze muzyki i fragmentów nagrań źródłowych. Już na samym początku Dutcher fenomenalnie wchodzi z nimi w dialog w Mehcinut. Pokazuje ponadczasowość kultury i nadaje jej nowe życie, dosłownie rozmawiając z duchami.
Ten aspekt, przywracania zapomnianej tradycji, odnajdywania dla niej miejsca we współczesnym świecie jest dla mnie jednym z najwartościowszych prądów ostatnich lat. Bo przecież działania Dutchera w zasadzie niewiele różnią się od tego, co robią Altın Gün grający piosenki Neşeta Ertaşa na funkowo-psychodeliczny sposób, Bastarda wychodząca od muzyki średniowiecznej renesansowej, a przerabiająca ją na własny, oparty na burdonach język, Jan Młynarski i Marcin Masecki w Jazz Bandzie, Polmuz wykorzystujący przedwojenne nagrania muzyki wielkopolskiej czy wreszcie zastępy muzyków “niezachowych", łączący swoją tradycję ze współczesnymi dźwiękami i technikami.
Kanada po latach przymusowego wykorzenienia wspólnot rdzennych przeprosiła ustami swoich oficjeli Pierwsze Narody. Wyrządzone szkody są nieodwracalne, a jednak jest nadzieja wyrażona w Eqpahak - muzyka może przywrócić język do życia.
czwartek, 4 kwietnia 2019
poniedziałek, 31 października 2016
Śpiewający las
O płycie Żywizny pisałem krótko na Facebooku, większa recenzja pojawi się w grudniowym numerze Magnetofonowej. Tutaj chciałbym się skupić na jej jednym aspekcie - lesie. To naturalne środowisko dla kurpiowskich pieśni, to w lesie etnomuzykolodzy nagrywali Stanisława Brzozowego. To w lesie Żywizna, czyli Raphael Rogiński i Genowefa Lenarcik, nagrali swój debiut. A las śpiewał z nimi.
Styczeń. Człowiek z wiolonczelą i las świerków przykrytych śniegiem. Instrument ma pięć wieków, zrobiony jest z drzewa tego lasu. Człowiek opiera go na pniu i wbija nóżkę poziomo w korę. Stroi i zaczyna grać suitę Bacha na wiolonczelę solo. Wystrzeliwuje niskie nuty prosto w drewno, eksploruje je cierpliwie, zagłębia się w nie, aż zaczyna się coś dziać. Drzewo - trzydziestometrowy olbrzym - reaguje. Budzi się, drgania wchodzę we włókna, stają się przedłużeniem instrumentu. Czymś więcej. Pół lasu dźwięczy, powtarza, jakby je znało na pamięć. Rozpoznaje głos przodka. (...) Wiolonczela stała się drzewem i zawładnęła lasem.
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Lutnia jest moją obsesją
sobota, 12 marca 2016
Druga szansa
niedziela, 7 lutego 2016
Wacław Zimpel - "Lines"
sobota, 25 lipca 2015
Miejcie na nich oko: Resina
środa, 1 stycznia 2014
Polska 2013: miejsca 20-16
Szósta płyta łodzian jest pierwszą, która przekonała mnie w całości. Proste, oszczędne, motoryczne, świetnie wyprodukowane i brzmiące granie. Pustki po obecnie zdziadziałych i bawiących się w herosów rocka QOTSA nie wypełnią, ale przynajmniej osłodzą żałobę.
19. Stefan Wesołowski - "Liebestod"
Drugi album młodego, trójmiejskiego kompozytora i skrzypka hipnotyzuje tajemniczą atmosferą wypełnioną mieszanką elektroniki i klasyki. Dużo tu repetytywności, są nagrania terenowe wzmacniające filmowość całości. Choć filmu do tej muzyki bałbym się oglądać, mam za słabe nerwy.
18. Kaseciarz - "Motorcycle Rock and Roll"
Maciek Nowacki zaczął śpiewać, jego zespół coraz bardziej oddala się od surfu. Same przeboje skąpane w krakowskim smogu.
17. Krzysztof Zalewski - "Zelig"
Po latach otrzaskiwania się w Heyu, Muchach, Japoto, z Brodką, Zalewski wraca na swoje. I to jak wraca. Od "Jaśniej" trudno się oderwać, a potem jest jeszcze lepiej. Bigbit, alternatywa, blues, delikatne machnięcia elektroniką robią wrażenie, pokręcone piosenki. Bombeczka.
16. Tatvamasi - "Parts of Entirety"
Lubelski kwartet miota się między jazzem a rockiem. Stojąc w rozkroku bierze z obydwu gatunków co najlepsze, nie podporządkowując się do końca żadnemu z nich.










