czwartek, 17 września 2026

Cicho, ale dzieje się

W zeszłym tygodniu wybrałem się do Łodzi na Great September, nie byłem na całości, ale jakieś - niezbyt przyjemne dla branży - przemyślenia zebrałem. Znajdę chwilę czasu, to je wreszcie spiszę. Zobaczyłem kilkanaście koncertów, spotkałem dużo dawno niewidzianych (albo widzianych po raz pierwszy) dobrych muzycznych znajomych. Wreszcie, spotkałem czytelnika tego blogaska, który mi powiedział, że super piszę, ale rzadko. No i tak, to prawda, ale nie do końca.

Nie do końca, bo dużo piszę do innych miejsc. Czasem sobie przypomnę, żeby zajawkę tekstu skądinąd wrzucić na blog, ale często o tym zapominam. I tak, obiecuję solenną poprawę, bo wyszło mi, że napisałem do tej pory 50 tekstów w tym roku. Najnowszy ukazał się wczoraj, dla Mint Magazine porozmawiałem z 3/4 أحمد [Ahmed], kwartetu, który twórczo rozwija myśli i muzykę Ahmeda Abdul-Malika, amerykańskiego kontrabasisty i oudzisty, który tak zafascynował się muzyką arabską, że wpisał ją w jazz. I choć tych orientalnych elementów w muzyce أحمد [Ahmed] nie tak łatwo wyłapać na pierwszy rzut ucha, to one tam są. Ale nie rozmawialiśmy tylko o tym.

Chyba też zrekapituluję, co tu się u mnie działo przez ostatnie dwa i pół miesiąca.

Dla Radiowego Centrum Kultury Ludowej napisałem o albumach WCIAS i Kefayi z Elahą Soroor.

Dla Bandcampa poza wywiadem z Jonnym Nashem i Tomo Katsuradą porozmawiałem z Cocanhą oraz Norą Stanley, napisałem o płytach 2k88, Curió Curió i Hourloupe.

Dla Mint napisałem o fenomenie cumbii, a w OKO.press pożegnałem Dolly Parton.

Dla Songlines zrecenzowałem WCIAS i Plot Aldany Duoraan i Tomáša Niesnera.

niedziela, 23 sierpnia 2026

W poszukiwaniu ukojenia


W Dwutygodniku Konstanty Usenko opublikował P O T Ę Ż N Y tryptyk teksów o muzyce Iranu. Osobisty, erudycyjny, otwierający oczy i uszy. Od przedrewolucyjnego popu po współczesny, zaangażowany rap i próbę syntezy sytuacji niezależnych muzyków i muzyczek po kolejnych, ogromnych protestach z początku roku, ich brutalnemu stłumieniu i wreszcie ciągle trwającej wojnie Izraela i USA z Iranem, która na lata scementowała powoli pękający zbrodniczy reżim ajatollahów. Gdy dwa lata temu w apokaliptyczne tony uderzali moi rozmówcy - Siavash Amini i Saba Alizadeh - w tekście o irańskiej muzyce eksperymentalnej, wydawałoby się, że nie może być gorzej. A jednak może. Amini przez długie miesiące milczał w mediach społecznościowych, bo reżim wyłączył internet, gdy w końcu udało mu się przedostać przez blokady, z jego wpisów wyzierał horror, był wrakiem człowieka. Reżim złamał całe pokolenie, ale dzisiaj nie piszę o tym. Dzisiaj czas na piękno sprzed kilkunastu lat.

Podobnie, jak Usenko kocham muzykę irańską w jej różnych aspektach. Nie aż tak mocno, jak on, nie nauczyłem się farsi, nigdy nie byłem w Iranie, ale to muzyka, do której sięgam często. Nie tylko do eksperymentów, do klasyki również. Ostatnio wracam do starszych albumów, płyt, które towarzyszą mi od lat. Życie mnie przeorało, łaknę ukojenia w znanych dźwiękach, fizycznej przyjemności, o której pisał ostatnio Mariusz Herma. Znajduję je w płaczliwym, rzewnym i melancholijnym brzmieniu kemanczy (czyli perskiego instrumentu smyczkowego, dalekiego kuzyna skrzypiec) Kayhana Kalhora. Najbardziej w duecie z Erdalem Erzincanem, baglamistą ze Stambułu, pochodzącym - podobnie jak Kalhor - z dyskryminowanej mniejszości, jest alewitą. Tyle razy mówiłem o nich w swoich różnych audycjach, pisałem w podsumowaniach na blogu. Coś mi się kołacze, ze o tym konkretnym albumie napisałem kilka słów do internetowego wydania “M/I”, ale mogę się mylić. Gdy Kula kulluk yakışır mı wyszła 13 lat temu, dałem jej 4 miejsce w podsumowaniu roku. Od tamtej pory stała się jednym z najważniejszych dla mnie nagrań, trochę niepostrzeżenie. Pewnie pomogły w tym koncerty duetu, na których byłem. Dziś mogę śmiało napisać, że to jeden z albumów, które bez sekundy wahania zabrałbym na bezludną wyspę. Słuchałem jej tyle razy, że każdy dźwięk wyrył mi się w pamięci. A mimo to nadal mnie zaskakują, za każdym razem odkrywam coś nowego. A przecież grają tylko dwa instrumenty.

Czas na trochę kontekstu, choć tak naprawdę nie jest on konieczny, by zachwycić się tą muzyką (o roli kontekstu miałem różne przemyślenia ostatnio, jak się wygrzebię z tego dołka, to napiszę coś więcej na ten temat). Nie wierzcie komentarzom z Rate Your Music, że muzyka Kalhora jest trudna dla nienawykłego ucha. To nieprawda, wystarczy tylko otwartość na piękno. No ale kontekst. Kalhor i Erzincan grają wspólnie ponad 20 lat, znają się tak dobrze, że nie muszą niczego ustalać, grają, co im dusza na struny przyniesie (zresztą to chyba podstawowa metoda Kalhora). Najpierw wydali w ECM The Wind, później w tej samej oficynie właśnie Kula kulluk yakışır mı, będącą zapisem koncertu z tureckiej Bursy, choć na okładce widnieje widok Stambułu. I może dlatego tak bardzo kojarzy mi się z tym miastem-światem.

Kalhor i Erzincan wychodzą od tradycji i improwizacji. Ta druga jest w Iranie i Turcji (i wielu innych kulturach muzycznych) zakorzeniona w tej pierwszej. Kalhor jest jednym z najważniejszych żyjących wykonawców i kompozytorów współczesnej klasycznej muzyki irańskiej, jej propagatorem w świecie. Erzincan to dziś bodaj największa gwiazda baglamy, wierny mistrzom, sam się nim stał. Obaj są dysponentami wielowiekowych tradycji, ale żadni z nich konserwatyści. Kalhor z jednej strony akompaniował Mohammadowi Rezie Shajarianowi, z drugiej od dekad szuka połączeń między muzyką perską, a innymi wielkimi tradycjami - hindustańską, zachodnioafrykańską, europejską (współczesną i dawną). Erzincan wychowuje kolejne pokolenia uczniów, pracowicie wydaje kolejne albumy, na których zgłębia anatolijskie opowieści aszyków.

Ich improwizacje dalekie są od freejazzowej totalnej wolności, bardziej komponują na żywo w wyznaczonych ramach, niż po omacku szukając tego idealnego dźwięku. Proces jest bardziej uporządkowany, ułożony, ale swobodny. Czegoś podobnego od dłuższego czasu próbuje Hubert Zemler, w Ben Bekele swoim kolegom powiedział, że każdy zagrany dźwięk ma być tym ostatecznym. Kalhor i Erzincan tak dobrze się znają, tak długo ze sobą grają, że tak jest zawsze. Wszystko jest tak, jak być powinno. Na Kula kulluk yakışır mı są tylko dwa instrumenty, baglama i kamancze. Nic więcej, a oni z nich tkają cały świat. Ośnieżone szczyty Anatolii, góry górujące nad Teheranem, zakurzone bezdroża środkowego Iranu, zieloność wybrzeża Morza Czarnego, stary Stambuł, pełen krętych i wąskich uliczek, ogrody Teheranu, szafirowe niebo, szmaragdowe jeziora. Jest miłość, smutek, lament, zachwyt, melancholia, spokój. Wszystko.

Muzyka - jak życie - płynie bez przerwy, meandruje, zmienia się. Czasem do głosu bardziej dochodzi Erzincan, jego baglama brzęczy, wprowadza nerw, czasem ustępuje miejsca Kalhorowi, który prowadzi w tych mniej improwizowanych momentach, a jego kemancza brzmi niczym ludzki głos. Przede wszystkim wydaje się, że to gra jeden czteroręki, zmyślny wirtuoz. Są w dialogu niezwykle uważni na siebie, słuchają się jeden drugiego, wyczuwają każdą, nawet maleńką zmianę kierunku. Czasem zastanawiam się, czy muzyka jest uniwersalnym językiem, przecież każdy gatunek rządzi się własnymi zasadami, ma własne idiomy, znaczenia, które komuś z innej kultury jest trudno zauważyć. A gdy słucham tego albumu, wątpliwości znikają. Piękno jest uniwersalne.

środa, 22 lipca 2026

Piękno dla każdego

Niektóre teksty powstają z przypadkowych spotkań. Tak było tym razem. Ostatniego dnia Nowej Tradycji zagrali Jonny Nash i Tomo Katsuarada. Przyznaję, że na samym początku nie skleiłem, że to TEN Tomo Katsurada z najwspanialszych Kikagaku Moyo. Piękny był to koncert, zresztą napisałem o nim kilka słów. Porozmawialiśmy chwilę po koncercie, szykowali płytę na początek lipca. Wróciłem do domu i od razu zaproponowałem Bandcampowi wywiad, bo Tomo i Jonny tydzień później mieli grać na Kodach, gdzie i tak planowałem być. Porozmawialiśmy chwilę przed tym lubelskim koncertem, na patio przed studiem im. Budki Suflera. Efekty do poczytania tutaj. Na obu koncertach zagrali materiał ze swojej nadchodzącej wtedy płyty.

At the Emerald Pool, ich pierwszy wspólny album (choć nie pierwszy raz ze sobą grają) jest piękny i kojący. O tej potrzebie uniwersalnego piękna mówią dużo w wywiadzie. To muzyka niespieszna, trochę rozmyta, jakby schowana za mgiełką. Pasuje zarówno do późnoletniego poranka, jak i zimowego wieczoru przy kominku. Jest po prostu przytulna i marzycielska.

Czerpią przede wszystkim z ambientu w duchu Briana Eno, sięgają po folkowe struktury. W swoim graniu są bardzo ludzcy. Czasem dają się porwać improwizacji, czasem są piosenkowo konkretni. Mówią, że chcą pisać i grać muzykę, która spodoba się każdemu. I tak w tym wypadku jest.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Mój tata mówił innym językiem niż swoja matka


O dziewczynach z Cocanhi pierwszy raz usłyszałem przy okazji ich debiutanckiej EP, trafnie zatytułowanej 5 cants polifonics a dançar, to było 11 (!) lat temu. I od razu tą swoją taneczną polifonią mnie zauroczyły, od tamtej pory pisałem o nich wielokrotnie. Sześć lat temu wydały Puput z Raulem Refree za sterami, a teraz po długiej przerwie Flame Folclóre swój najbardziej rozpolitykowany album, rozprawiający się z  centralistyczną polityką państwa francuskiego, późnym kapitalizmem i rosnącą popularnością skrajnej prawicy. To zaangażowana muzyka wyrastająca z tradycji, bardzo lokalna, ale zrozumiała wszędzie, bo dotykająca globalnych bolączek. Przede wszystkim jest to muzyka o poszukiwaniu zakorzenienia, odkrywaniu własnej, zapomnianej lub świadomie ukrytej tożsamości, co najlepiej Lola i Caroline podsumowują wersem z Clam: Mój tata mówił innym językiem niż swoja matka, choć przecież nigdzie nie wyemigrował.

I o tym wszystkim piszę w Bandcamp Daily.

Drony, bas i bezczas wsi

Czekałem na powrót WCIAS, Trójpole i Hejnały kocham miłością wielką, takie albumy zdarzają się w polskiej muzyce bardzo rzadko. Myślałem, że się nie doczekam, ale po 9 latach Majerowscy znów grają razem. I znów - do czego przyzwyczaili - grają zupełnie inaczej. Są blisko i daleko tradycji, to muzyka wymagająca skupienia, ale wcale nie trudna. Do poczytania w Radiowym Centrum Kultury Ludowej. 

wtorek, 30 czerwca 2026

Zmiana klimatu

Tak gorąco jeszcze nie było. Wiatrak chodzi bez przerwy, ale daje tylko niewielkie ukojenie. Naukowcy ostrzegali od dekad i przyszłość w końcu nadeszła. We Francji i Holandii z powodu gorąca odwoływane są koncerty i festiwale, co dotknęło chociażby chłopaków z Burkina Azza, którzy zagrali wyśmienity koncert na warszawskiej Adzie. Idealny na tę pogodę. Upalny, taneczny i… radosny. Tylko że to radość podszyta smutkiem, przeczuciem, że lepiej już było. Dla szczęścia akcjonariuszy planeta płonie.

To właśnie od strony B singla zapowiadającego piąty album Błota wziąłem tytuł tego wpisu. Zarówno Zmiany, jak i Atmosfera nie mają za dużo wspólnego z jazzem, ale to też nie zaskakuje, oddalali się od niego coraz bardziej na każdym kolejnym albumie. Odświeżyłem sobie przy okazji ich dyskografię i ten proces jest bardzo wyraźnie zaznaczony, od eabsowego side-projectu po pełnokrwisty i pełnowartościowy zespół, który wypracował swój charakterystyczny muzyczny język. Gdzieś na wysokości Kwasów i zasad zaczęli sięgać nie tylko po hip hop, ale i elektroniczną muzykę taneczną. Te elementy rozwinęli na Grzybni i Grzybach, jazz był “jedynie” podbudową (a ja tam słyszę spore podobieństwa do Zimy stulecia). Zupełnie nie dziwi, że na Audioriverze zabiorą się za klasyki techno z Detroit.

Może to efekt Zimy stulecia, duetu Latarnika i CancerG, czyli połowy Błota (podobno na horyzoncie majaczą nowe rzeczy od nich). Teraz przyszedł czas na poszerzenie składu, współpracę z kimś z zewnątrz. Wybór padł na Rumunię i producenta i gitarzystę Iona D (w kilku utworach pojawia się klawiszowiec Plevna, a za gramofony odpowiada DJ Eprom), choć nie taki mieli pierwotny pomysł. Latarnik opowiada o tym Aleksandrze Wójcińskiej z Między uchem a mózgiem. Otóż chcieli nagrać album z wokalistą elektro manele Renatem din salajem, ale ponieważ był to projekt współfinansowany przez stronę rumuńską, tamtejsi oficjele postawili weto. Nie można przecież promować kultury rumuńskiej przez muzykę romską (w dużym skrócie, bo dochodzą i kwestie rasowe, i klasowe, i przeglądanie się Rumunów w lustrze innych narodów, co akurat łączy ich z Polakami). W zasadzie, od maneli nie uciekli daleko, Ion D wyprodukował jedyny utwór Renata, sam jest założycielem labelu Future Nuggets, wydającego muzykę post-manelową, a sam 10 lat temu nagrał wyśmienity album z zespołem Steaua de Mare będący hipnagogiczną reinterpretacją maneli. Wprowadzili muzykę romską tylnymi drzwiami i choć jest tylko delikatnym akcentem w kilku utworach, to nie da się tego aspektu pominąć, bo to - kolejna po muzyce pakistańskiej - wycieczka w stronę muzyki niezachodniej.

Błociaki podzielili Atmosferę na dwie kontrastowe części, to u nich tradycja. Tym razem poszli tropem z Kwasów i zasad, przeciwstawiają sobie dobro i zło. Złem jest późny kapitalizm, potransformacyjne, bliźniaczo do siebie podobne patologie Polski i Rumunii. Wieczna praca za minimalną płacę, mobbing przez szefa psychopatę. Strach przed biedą i utratą pracy tak przemożny, że się godzi na te uwłaczające warunki. To niczym nieskrępowana chciwość plutokratów i CEOs, którzy dla krótkoterminowych zysków są gotowi podpalić świat, obalać rządy, manipulować narodami. Błoto z Ionem D malują ich karykaturalnie, w Korupcji nie da się nie usłyszeć tłustych banksterów odpalających cygara studolarówkami. Najmocniejszy na Napiętej atmosferze jest Mobbing ze świetną partią gramofonów DJ Eproma. Wyzysk pobrzmiewa wyobrażonymi Bałkanami i echami In Search of a Better Tomorrow. Strona A jest - zgodnie z tytułem - duszna jak smog oplatający latem Bukareszt, lepka jak mazut, kleista, wibrująca jak roztapiający się asfalt.

Rozluźniona atmosfera to z kolei zapiski z oporu: poszukiwania wspólnoty i budowania alternatywy dla nieludzkiego hiperkapitalizmu. Stosunki międzyludzkie, solidarność klasowa wydają się być sugerowanym rozwiązaniem. Mniej na tej stronie jest automatów perkusyjnych, więcej żywego grania Marcina Raka, w kilku momentach na pierwszy plan wychodzi gitara elektryczna Iona D, wreszcie jest tu prawdziwa, jazzująca saksofonowa solówka Olafa Węgra w moim ulubionym “Pojednaniu”, jednym z dwóch utworów, gdzie bałkańskość wychodzi na pierwszy plan. To strona jaśniejsza, przestrzenniejsza, bardziej ludzka po prostu. Też gorąca, ale to zupełnie inna spiekota - nie duszący smog, a mgiełka nad parującą rzeką, zachód słońca nad plażą, ekstatyczny taniec gdzieś na równinie. Dają nadzieję na lepsze jutro, gdy w końcu uda się pokonać prawdziwych wrogów ludzkości.

Sporo wspominam tu o EABS Meets Jaubi In Search of a Better Tomorrow. Nieprzypadkowo, Atmosfera jest jego (dwujajowym) bliźniakiem. Oba albumy mają podobną historię, na obu muzycy (a przecież Błoto to 4/5 EABSów) wychodzą ze swojej strefy komfortu. Oba też zaczynają się pesymistycznie, by na końcu wyrazić nadzieję na zmianę. Wreszcie, oba zdecydowanie poszerzają muzyczny język, dzięki zderzeniu z inną kulturą. I, last but not least, to ich najlepsze rzeczy. 

wtorek, 9 czerwca 2026

Wywracanie tradycji

 


Od siedmiu lat przy każdej możliwej okazji piszę, że kiedyś napiszę coś więcej niż tylko recenzję kolejnego albumu, w który zaangażowany jest Raül Refree (o najnowszym, duecie z Marią Mazzottą napisałem do Radiowego Centrum Kultury). I wreszcie przyszedł ten moment. W ciągle aktualnym numerze Songlines piszę szeroko (choć nie tak, jakbym chciał, bo tylko na dwie strony) o tym katalońskim magiku, który potrafi wywrócić tradycję na drugą stronę i jednocześnie pozostać jej wiernym. 

Do poczytania w papierze i w internecie.

sobota, 6 czerwca 2026

Krótka historia pewnego jazzu


W ciągle jeszcze aktualnym numerze Ruchu Muzycznego kreślę - skrótową rzecz jasna, ale mam nadzieję, że dość kompleksową - historię ethio-jazzu. Od jego początków, w których niebagatelną rolę odegrali Ormianin i Polak (i każdy z nich jest tak fascynującą postacią, że zasługuje na własny, długi artykuł) przez jego rozkwit i "odkrycie" na Zachodzie po dzisiejszy renesans w Etiopii.

czwartek, 4 czerwca 2026

(Nowa) tradycja i (stara) awangarda

Jonny Nash i Tomo Katsurada; materiały Ośrodka Inicjatyw Twórczych Rozdroża / festiwalu Kody

Od dawna nie miałem takiego combo. Dwa festiwale tydzień po tygodniu (plus na deser koncert Jacka White’a, który był zupełnie z innej bajki). Najpierw Nowa Tradycja, a zaraz potem Kody w Lublinie. Festiwale w tym roku podobniejsze do siebie niż zwykle.

Najoczywistszymi punktami stycznymi między obiema imprezami były powtarzające się koncerty. WCIAS w Warszawie zagrali dwukrotnie, za każdym razem krótko; w Lublinie, przy okazji swojej premiery swojej piątej płyty Wiwaty (o której więcej już niedługo, obiecuję) – pełnowymiarowy koncert. Wspaniałe jest ich to nowe, dronowe i skupione oblicze. Równie zachwycające były oba występy Jonny’ego Nasha i Tomo Katsurady. Marzycielskie, pełne kolorów, po prostu ładne i tej ładności nie wstydzące się. Pięknie się obaj uzupełniają, słychać w ich graniu wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Mógłbym chodzić na takie koncerty co tydzień.

Oba festiwale łączy także odważne podejście do tradycji. Oba zresztą mają wpisane w swojej nazwy. Różnią się przede wszystkim tym, że Nowa Tradycja to przede wszystkim przegląd sceny poszukującego folku. Jak zatem ona wygląda w 2026 roku, jaki był konkurs? Poziom był solidny, ale nie było tak spektakularnie, jak przed rokiem czy dwoma laty. Grand Prix dla Karoliny Matuszkiewicz mnie trochę rozczarowało, ale też rozumiem taką decyzję jury. Na pewno nie miałbym tych wątpliwości, gdyby przez cały konkursowy występ towarzyszył jej Arad Emamgholi. Jego obecność i niesamowita gra na dafie dodawały grze Matuszkiewicz żywiołowości i oryginalności. Moi faworyci, WCIAS zajęli trzecie miejsce. Całkowitym zaskoczeniem był polsko-irański duet ZYEM i choć słychać było, że są na początku, to zasłużenie dostali II nagrodę, a ja nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyjdzie. Oby zabrali się do roboty szybciej niż Suferi, którzy każą czekać na swój debiut już ponad dwa lata. Michał Fetler trzeci raz brał udział w konkursie i trzecie wrócił z nagrodą, II za Ucztę. Chyba rozgryzł, jak dotrzeć do jury, a sam zespół i pomysł na niego są bardzo fajne, ale do legendarnego już Polmuzu sporo brakuje (ostatnio sobie włączyłem ich album, potwór, nie płyta). Tyle o głównych nagrodach.

Liczyłem na wyróżnienie dla Olgierda Dokalskiego, którego solowy materiał ma w sobie coś (nawet wiem, co: frazowanie i specyficzny pogłos) z soundtracku do Disco Elysium, ale nie tylko dlatego mnie tak ujął. To – znów do tego wracam – piękne granie, z ciekawą narracją. Wykracza poza folk, idzie w stronę podbitego jazzem ambientu. Jedyne, co można by poprawić to jeszcze mocniej zszyć utwory na koncercie, nie robić między nimi przerw. Płyta Preludes to the Universe nadchodzi i warto na nią czekać. Inny z moich konkursowych faworytów, Paweł Płoskoń, o którym zapisałem sobie w notatkach, że widziałbym go w kościele podczas Le Guess Who?, dostał nagrodę Niemena za oryginalność. Z kolei przy debiutującym duecie Etersoul zapisałem sobie, że to marzycielskie i liryczne granie, a gra gitarzysty odwołuje się do Rogińskiego i jak się okazało, nie myliłem się. Będę obserwował. To może czas na podsumowanie, zanim przejdę do pozakonkursowych koncertów.

Scena folkowa ma się dobrze – ale nie tak dobrze, jak twierdzi patrzący z zewnątrz Darek Mazzone (choć takie słowa otuchy zawsze robią dobrze) – i możliwe, że widać pierwsze oznaki nadchodzącego przesilenia. Po pierwsze, jest ona nieduża i niezauważana poza „środowiskiem” i przyległościami. Co chyba najlepiej podkreśla fakt, że jedną ogólnopolską anteną Polskiego Radia nieobecną podczas Nowej Tradycji jest Trójka (co działa też w drugą stronę, na debacie o Młodym Polskim Jazzie zabrakło autorów trójkowej audycji o tej nazwie) i że Lutosławski podczas przesłuchań był raczej pusty niż pełny. Na biletowanych koncertach było tylko niewiele lepiej. Po drugie, większość stający w szranki to weterani, a nie debiutanci; wygi prezentujące nowe projekty (nawet i fantastycznie przemyślane), a nie młodziaki chcące wywrócić scenę do góry nogami. Po trzecie, festiwalowi po raz drugi towarzyszyła konferencja „branżowa” z gośćmi z zagranicy (w tym z bookerami), a niewielu muzyków się na nią pofatygowało. To świadczy o braku profesjonalizacji sceny – o ile sami muzycy są zjawiskowi, brakuje otoczki, która pomoże im się wybić: managerów, agentów, prowców. To wszystko są problemy, nad którymi trzeba się zastanowić i spróbować je jakoś rozwiązać, zanim będzie za późno.

A teraz koncerty niekonkursowe. Yalla Miku swoją punkową energią bardziej pasowaliby na odbywające się w tym samym czasie urodziny Ady niż do pełnego naturalnego pogłosu Lutosławskiego, gdzie muzyka z tak mocną sekcją rytmiczną zlewa się w magmę (no i mogliby też pomyśleć, czy wszystkie teksty o koledze z Erytrei są na miejscu). Muzyka Gór była zbyt – o ironio – zbyt wygładzona, ale to też chyba immanentna cecha podobnych projektów łączących różne tradycje. Podobno w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej pokazali na co ich naprawdę stać. Ryzykowany pomysł zestawienia bliźniaczych składów Oberkas Travel i Tercetu Imperial (ci pierwsi grali jako laureaci Folkowego Fonogramu Roku, ci drudzy jako zeszłoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. To też pokazuje niewielkość sceny), okazał się trafieniem w dziesiątkę i dowodem na pojemność oberków (a w Dwutygodniku szerzej piszę o obu składach i trójdzielnej odysei Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego). Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Justyny Jary i jej Aleganckiej Kapeli z nowymi, lekko podbarwionymi punkiem podwórkowymi balladami.

W zaskoczenia obfitowały Kody, festiwal, który – choć programowo zupełnie inny – wypełnia pustkę po białostockim Halfwayu. Czyli kameralny, z bardzo silnym rysem kuratorskim, bezkompromisowy. A do tego wzorem LGW?, Unsoundu czy Sacrum Profanum zamawiający specjalne projekty. Zresztą, można go umiejscowić gdzieś w tym właśnie trójkącie. Tegoroczna edycja zapowiadała się mniej spektakularnie niż zeszłoroczna, ale była równie – a można nawet bardziej – ciekawa.

Jednym z tych specjalnych koncertów było 100 000 polsk Mai Miro, Piotra Gwadery, Pawła Iwana i Ryszarda Lubienieckiego w lekki, bezpretensjonalny i przystępny sposób reinterpretujący najstarsze polski ze szwedzkich archiwów. Polski, czyli szwedzki taniec narodowy, który przywędrował na północ Bałtyku z – you guessed it – Polski. Nie tylko ukradli pół kraju podczas potopu, ale jeszcze zawłaszczyli taniec, a tacy niby progresywni w tym Sztokholmie. Ciekawy skład – zmodyfikowany dżaz, cymbały, różne flety i portatyw organowy – sprawił, że była to muzyka idealnie oddająca podtytuł festiwalu, rozpięta między tradycją a awangardą, folkiem i wykonawstwem historyczny. Zagrali bez nadęcia, czuło się radość kwartetu bijącą ze sceny. Na przyszły rok zapowiadają album. Koncertem... Spektaklem muzycznym bez zadęcia był środowy Orlando – A Melancholic Portrait Francuzów z La Tempete. Oni połączyli barok z powieścią Virginii Wolf, saksofonem barytonowym, performatywnym czytaniem, gitarami elektrycznymi. Wyszło tak, że nie było widać szwów. Typowa francuska lekka intelektualna rozrywka. Do takiego teatru mógłbym chodzić.

Gruzem z rozdrapywanych własnych i pokoleniowych traum rzucała ze sceny Alejandra Cardenas czyli Ale Hop. Porzuciła pseudonim, by wreszcie opowiedzieć o sobie, dorastaniu w Peru w czasach dyktatury Fujimoriego i wojny domowej ze Świetlistym Szlakiem. Jestem po niedawnej lekturze kilku peruwiańskich pozycji z katalogu ArtRage (ale Czerwony kwiecień Santiago Roncagliolo ciągle przede mną) i dzięki temu lepiej zrozumiałem, co Alejandra chce przekazać tą ścianą dźwięku, wwiercającą się we flaki, skąd ten wściekły hałas. Nie udało mi się zrozumieć, po co tak gruzują Norwedzy z Supersilent. Wymęczył mnie i znudził ten koncert. Przypomniał mi też słowa Orena Ambarchiego z zeszłorocznego wywiadu, że on już przestaje czasem rozumieć, po co jego koledzy ciągle tak hałasują, że to się staje banalne. Jenny Hval piękne piosenki przeplatała wątpliwej jakości konferansjerko-performance’em pt. „jestem dziwaczną Skandynawką”. Z akademickiej awangardy widziałem w całości tylko Hashtag Ensemble i Flow Unit grający utwory Egidiji Medekšaitė. Hipnotyczne, ale ja tam nie słyszałem zapowiadanych inspiracji Indiami.

Trochę niespodziewanie dla mnie najmocniejszym dniem okazała się niedziela. Zdążyłem tylko na końcówkę monumentalnego koncertu poświęconego Mortonowi Feldmanowi i bardzo żałuję. Przepięknie zagrała Elori Saxl, miksując przetworzone nagrania terenowe z dronami, syntezatorowymi plamami i czasem tanecznym bitem. Wyszło z tego wciągające ambient techno. Świetnym pomysłem było danie jej zagrać w muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim, gdzie dźwięki miasta przenikały do muzyki, wchodziły z nią w dialog. Na zakończenie festiwalu zaśpiewała Antonina Nowacka i nie wyobrażam sobie lepiej dobranej artystki do takiego zadania. Było to doświadczenie mistyczne. W przeciwieństwie do występującej dzień wcześniej Japonki Hatis Noit, Antonina nie korzysta z loopów, a jedynie z naturalnego pogłosu przestrzeni. Jej występ wydał się dużo bogatszy, dużo bardziej zniuansowany. Przez 40 minut Nowacka hipnotyzowała swoim głosem, stworzyła własny, osobny, dźwiękowy świat. Jakby przybyła z nieznanej nikomu innemu kultury. Znów wiele od siebie dało otoczenie. W pewnym momencie ptaki ucichły, by jej słuchać. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że występ Hatis Noti był rozczarowaniem, absolutnie nie. Po prostu przy wyczynie Antoniny blednie wszystko.

Na Kodach akademicka awangarda zderza się nie tylko z (nową) tradycją. To spotkanie całego spektrum gatunków. Kurator Grzegorz Paluch swoje sieci rzuca bardzo szeroko, zawsze stara się zaskoczyć zestawiając jednego dnia bardzo różnych wykonawców. Do tego zawsze przyjazny Lublin. Mógł (i powinien) to być festiwal, na który zjeżdża cała muzyczna Polska, samograj przyciągający słuchaczki z różnych muzycznych światów. Można na nim poszerzyć horyzonty, nawet jeśli nie każdy koncert przypadnie do gustu. Nie może jednak – i to kolejna cecha wspólna z Nową Tradycją – przebić się do szerszej świadomości. Nie popełnijcie tego błędu i rezerwujcie ostatni tydzień maja 2027 w Lublinie, dajcie się zaskoczyć i zachwycić.

czwartek, 21 maja 2026

Bezpieczeństwo ma pierwszeństwo

Ale się porobiło. Bartek Nowicki napisał jadowity tekst skierowany w “Młody Polski Jazz” (MPJ), czyli z grubsza debiutantów po 2020 roku. Przede wszystkim w tych, którzy - prawie, że taśmowo - łączą jazz z hip hopem i muzyką klubową.

To dobry tekst, choć często odczytywany ze złą wolą, ale ja nie chcę tutaj pisać o recepcji Podsiadłoizacji polskiego jazzu. Bartek napisał dobrze uargumentowaną, zjadliwą krytykę zjawiska, obnażył słabości polskiego (nie tylko) jazzu. Może tylko na jego miejscu nie zrzucałbym takiej odpowiedzialności na EABSów, bo to, że pojawili się ich epigoni, nie umniejsza muzyce tego składu. To trochę, jakby winić Nirvanę za Puddle of Mudd (a zespół był to koszmarnie zły).

Najmocniejszy zarzut, który Bartek kieruje w stronę MPJ i - co niezwykle istotne - w osoby go promujące i zajmujące się nim w mediach to zachowawczość, brak odwagi, okopanie się na łatwych, dość komercyjnych pozycjach i brak krytyki zjawiska. To nie dotyczy tylko jazzu, ale ogromnej części polskiej muzyki.

Gdy pojawił się ten esej, miałem nie tyle, co rozgrzebane, ale wymyślone zaczątki własnych tekstów. Jeden miał się nazywać Uratujmy polski jazz przed mat(ch)ą, drugi Wszyscy gramy w reklamie piwa. Przez lata wychodziłem z założenia, że lepiej pisać o muzyce interesującej, wymykającej się prostej klasyfikacji, jakoś poszerzającej i przekraczającej granice gatunków, albo po prostu dobrze skomponowanej. Że na tę średnią, bezpłciową i złą nie ma co marnować atramentu i pikseli. Że jako to żywe sito mam raczej wyławiać perełki niż zajmować się wszystkim wokół. Że lepiej chwalić niż ganić. Że jak pochwalę, napiszę, dlaczego uważam dany album za wartościowy, to ktoś go posłucha. Tak chyba nie do końca jest. I to też była (i jest nadal) zachowawcza strategia.

Wróćmy jeszcze na chwilę do jazzu. Nie wiem, czy Bartek czytał przed napisaniem swojego sążnistego eseju kuriozalny artykuł Franciszka Badziaka w Gazecie Wyborczej. Już pomijam błędy poprawione krótko po publikacji (a stało tam, że w remontowanej i zamkniętej od kilkunastu lat Sali Kongresowej nadal odbywają się koncerty, a działający od 2012 roku EABS to stosunkowo nowy zespół) czy reklamę Jassmine, klubu, który jak w soczewce skupia największe wady współczesnego jazzu, od smrodku elitarności i snobizmu zaczynając. Badziak w swoim tekście pisze, że jazz w Polsce znów jest cool dzięki “swojej bezkompromisowości, surowości i emocjonalności”, a jako przykłady podaje Matę, Albo Inaczej czy huberta., który wykonuje matcha rap. Ach, zapomniałbym, wspomina też RAYE. Gdzie tu ta surowość i bezkompromisowość? Tak może sądzić ktoś, dla kogo muzyka jest sączącą się nieprzerwanie papką z playlist, a niekoniecznie perkusista jazzowy. Wymienieni przez niego artyści są do bólu bezpieczni, przezroczyści. Symptomatyczne jest to wymienienie Jassmine - jeśli mówimy o stołecznych klubach - przy przemilczeniu Pardon, To Tu.

Takie asekuranctwo, niechęć do eksperymentów i choćby śladów oryginalności w równie dużym stopniu dotyka piosenkowej alternatywy. Utyskiwałem na to 3 lata temu w relacji z Next Festu (uff, czyli nie tylko chwalę), że nie potrzebujemy “zapasowej Hani Rani, Gabriela Fleszara 2.0, kolejnej Brodki/Nosowskiej/Korteza w spódnicy, nowej sanah”. Narzekałem też w tym roku przy okazji nominacji do Fryderyków i obiecane tam “kiedy indziej” właśnie nadeszło.

Przyznam, że staram się trzymać rękę na pulsie i dość namiętnie słucham New Music Friday i Polskiej Alternatywy w zbrodniczym, szwedzkim serwisie. Samych “Dawidów Podsiadłów z temu” co tydzień można tam znaleźć ze trzech. Tydzień temu wyszła kolejna płyta Darii ze Śląska, a ja nadal nie potrafię stwierdzić, kiedy śpiewa ona, a kiedy Kaśka Sochacka. They’re the same picture. Dziewczyn z wadą wymowy za fortepianem, które chcą zostać tą nową sanah jest na pęczki. Przeczytałem ostatnio wywiad z debiutantem maksem.tachasiukiem, w którym mówi o swojej niechęci do sztucznej inteligencji, ale jego piosenki brzmią jakby wrzucił w Suno prompt “zrób mi piosenkę w stylu Podsiadły” (bo każdy śpiewający chłopak chce być jak Dawid). Kilkanaście dni temu zobaczyłem post, w którym jedna z polskich piosenkarek ogłasza, że doznała przemiany na koncercie Rosalíi i chce być jak Katalonka, a dopiero co chciała być Charli XCX. Nie wiem, czy mnie to bardziej rozbawiło, czy przeraziło, ale nie wróżę temu sukcesu w kraju, w którym większym echem odbiło się to, że Rosalía zjadła schabowego w barze mlecznym niż jej ostatni album. Wreszcie, widziałem komentarze poważnych osób, że efekciarska, ale pusta i wyzuta choćby z grama kreatywności polska piosenka na konkurs, który powinniśmy zbojkotować, jest interesująca. Coraz więcej artystów większą wagę przywiązuje do wizerunku niż muzyki. Słucham teraz playlisty z artystami z tegorocznej edycji Next Festu i od dwóch godzin nie usłyszałem nikogo, kto nie byłby czyimś klonem. Znikąd ratunku.

Sami się tak urządziliśmy, ustawiając rynek i branżę pod reklamę piwa. Od 2010 roku, ponad półtorej dekady, głównym rozgrywającym jest Grupa Żywiec, dla której muzyka to tylko pretekst do sprzedaży piwa. Wspierało ją w tym przez lata publiczne radio, a dziś robi to jeden z jego pogrobowców. Kolejnych dżingli reklamowych (bo inaczej nie da się ich nazwać) nie sposób od siebie odróżnić, a jednak od kilku lat dostają nominacje do Fryderyków (i jak te nagrody traktować poważnie). Muzycy formatują się - mniejsza czy koniunkturalnie, czy podświadomie - nie tylko pod algorytmy serwisów streamingowych, ale i żywcowe excele. Występ nawet na mniejszej scenie to okazja, by wyjść do nowej publiczności, pewnie i godny zarobek. I - podobnie, jak Bartek - nie mam do nich o to żalu. Mam żal do nas, piszących, w tym do siebie, że przez te półtorej dekady nikt nie powiedział odpowiednio głośno, że gramy w reklamie browaru, która nienawidzi kreatywności i oryginalności (a występy Maseckiego na małej scenie tego nie zmienią). To będzie się za nami ciągnąć przez kolejne lata, bo nawet jeśli Żywiec zrezygnuje z MG (a raczej na to się nie zanosi), to niejedyny taki reklamowy festiwal. Zresztą, festiwalizacja to kolejna bolączka polskiej kultury, o której można i trzeba pisać kolejne elaboraty.

Na “męskogranizację” nie są odporni nawet muzycy doświadczeni, o pomnikowym statusie. Nowy singiel Artura Rojka brzmi jak rozwodnione, upopowione Lenny Valentino. A przecież to muzyk, który mógłby sobie pozwolić choćby na odrobinę odwagi. Chyba najbardziej spektakularnym przeobrażeniem jest to, którego dokonał Błażej Król. Kto dziś pamięta, że w Kawałku Kulki i UL/KR robił eksperymentalne piosenki, a dziś jest symbolem zachowawczości “alternatywy”.

Zachowawczy są też wydawcy, zachowawcze są media niespecjalistyczne - albo po prostu polikwidowały działy kultury zastępując je Rozrywką - które wciąż piszą o tych samych artystach, a intrygujące nowości pojawiają się tam na marginesach. Nie mam może aż tylu doświadczeń, co Maciek Okraszewski, który swego czasu żartował, że mógłby wytatuować sobie na czole zdanie Polskiego czytelnika to nie interesuje, ale też się nasłuchałem, że może i fajny temat, ale w sumie to #nikogo. Oczywiście, są media, które interesują się nową, niekoniecznie komercyjną, muzyką, ale ich wpływ na rzeczywistość jest chyba jeszcze mniejszy. Zachowawczy są słuchacze, bo w dobie serwisów streamingowych i oferowanego przez nie nadmiaru, zamykamy się coraz bardziej we własnych bańkach i strefach komfortu. A ponieważ zachowawczy są wydawcy i media, nie bardzo kto ma im pokazać, że istnieje cokolwiek poza kolejnymi klonami Dawida Podsiadły, sanah i słabym rapem. Zachowawczy są producenci, którzy robią nieodróżnialne od siebie piosenki na autopilocie. Wreszcie zachowawcze są nasze festiwale showcase’owe, które z uporem maniaka ignorują to, co jest najciekawsze w polskiej muzyce i odpowiada na światowe trendy, czyli nową tradycję (wiem, w Poznaniu zagrali Oberkas Travel, a zresztą nowa tradycja też ma swoje bolączki, o nich po festiwalu). I tak to się kręci.

Nie trzeba daleko szukać, by zobaczyć, że inna strategia przynosi sukces komercyjny i artystyczny. Skoro wspomniałem już Rosalíę, spójrzmy raz jeszcze, jak to wygląda w Hiszpanii - nie tylko ona wydaje swoje albumy w majorsach, ale też tamtejsze oddziały nie boją się eksperymentów, o czym pisałem w lutym. A my siedzimy i dumamy, czy doczekamy się kogoś na jej miarę. Z takim asekuranckim nastawieniem wszystkich uczestników tej gry to szybko nie nastąpi.

wtorek, 12 maja 2026

Nowoczesna klasyka po polsku


W Bandcamp Daily piszę o Polkach i Polakach (przede wszystkim Polkach), którzy zajmują się "modern classical", czyli trochę poważką, trochę dronami, trochę klasyką, trochę filmami. A jeszcze tak wyszło, że zdecydowana większość albo pochodzi albo jest jakoś związana z Trójmiastem. I od niego wychodzę w tym tekscie, na moje pytania odpowiadają Stefan Wesołowski, Olga Anna Markowska i Dobrawa Czocher, a wspominam jeszcze o Hani Rani, Karolinie Rec, Oldze Wojciechowskiej i Magdzie Drozd. Może te rozmowy kiedyś porządnie spiszę (poza tą z Dobrawą, która trafiła na łamy Czasu Kultury), ale na razie niech się świat dowiaduje, że u nas dzieją się, cytując klasyka, arcyciekawe rzeczy.

środa, 6 maja 2026

Niespokojne duchy

Pogranicza to fascynujące miejsca: z dala od centrów, położone na styku. Nie tylko te fizyczne, ale też kulturowe i – w muzyce – gatunkowe. To tu rodzą się najciekawsze zjawiska, można otworzyć się na Innego, zmienić perspektywę, co zawsze jest ożywcze. Jednocześnie przez to oddalenie pogranicza są zapominane, często pomijane, może nawet zbywane. Europa Środkowo-Wschodnia – poprzecinana granicami państwowymi, pełna powidoków upadłych imperiów, ze swoim etnicznym pomieszaniem – jest takim właśnie pograniczem. Jest także półperyferium, zbyt bliskim centrum, by interesować swoją innością, i zbyt od niego odległym, by centrum miało o nim pojęcie.

A jednak to właśnie tutaj można usłyszeć jedne z najciekawszych głosów w europejskiej muzyce.  

W Czasie Kultury piszę o Nocturnal Consolations Iztoka Korena i Raphaela Rogińskiego.

piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



czwartek, 16 kwietnia 2026

Sycylijska tradycja przepisana na nowo


Palermiańskie trio Lero Lero bierze na warsztat tradycyjne pieśni i zadaje sobie pytanie, na ile możliwe jest dziś wskrzeszenie tradycji, na ile można udawać, że życie toczy się tak samo, jak sto lat temu.


W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o bardzo interesującym debiucie.

wtorek, 14 kwietnia 2026

Dwie drogi


Z Dobrawą Czocher spotkałem się w lutym w barze Studio. Było głośno, tłoczno i ciemno. Dobrawa szykowała się do premiery swojego drugiego albumu, State of Matter”. O nim mieliśmy rozmawiać, ale rozmowa wyszła dużo szersza - od ciemnych stron sukcesy przez komponowanie dla innych po życie poza światem muzyki klasycznej. Stąd te tytułowe dwie drogi. Do przeczytania w Czasie Kultury".

Album, nagrywany i pisany w Sopocie, dokąd Dobrawa przeprowadziła się na rok, ma w sobie ten charakterystyczny trójmiejski respekt przed naturą. Jednoczesny podziw i strach. Próba zrozumienia jej niewzruszonego charakteru, obojętności mylonej z okrucieństwem. I oczywiście, surowe piękno.

Słyszę w State of Matter pokrewieństwo z dwoma pierwszymi albumami Resiny. Nie tylko dlatego, że Karolina Rec również jest wiolonczelistką. Łączy je podobna wrażliwość, grzebanie w pamięci dłuższej niż jedno pokolenie. Łączą je też techniki, podobne, szkicowe wykorzystanie głosu, wychodzenie poza ustalony kanon grania na wiolonczeli, budowanie z zapętlonych fragmentów całych orkiestr. Przede wszystkim łączy je falowanie, pulsowanie, podskórny szum fal. W tym szumie fal rozbijających się o brzeg jest coś najpierwotniejszego, przecież życie narodziło się w morzu, to z morza miliony lat temu wyszło na ląd. 



wtorek, 31 marca 2026

52 skroble dziennie

 


Na last.fm zarejestrowałem się dokładnie 20 lat temu. 30 marca 2006 roku. Namówił mnie kolega z licealnej klasy (sprawdziłem, nie skrobluje od dekady). I tak już zostałem – to społecznościówka, na której jestem najdłużej – na liczniku prawie 385 tysięcy odtworzeń.

Założyłem konto w drugiej klasie liceum, zasłuchiwałem się wtedy w Pearl Jam, Queens of the Stone Age, Red Hot Chili Peppers, muzyczny świat poza Ameryką dla mnie wtedy nie istniał. Może byłoby to widać jeszcze wyraźniej w statystykach, gdybym nie skasował swoich skrobli na początku studiów. No więc niby 20lat, ale niby nie do końca. Nie martwcie się, to nie będzie wpis o statystykach, wspaniałej ewolucji mojego gustu czy coś w tej podobie.

W czasach swojej świetności last.fm był najlepszym kalendarzem wydarzeń i miejscem do dyskusji w sieci. Oraz do odkrywania nowych artystów. Lastowy algorytm, wspomniane dyskusje, polecenia znajomych były najlepszym źródłem nowości. Które potem najczęściej ściągało się z podejrzanych linków do rapidshare czy mediafire albo z jeszcze bardziej podejrzanych torrentów. Był jeszcze soulseek, ale on już wtedy był kombatancki (choć działa do dziś). Legalny streaming czaił się dopiero w przyszłości.

Ten społecznościowy aspekt last.fm i możliwość pochwaleniu się całemu światu swoim wysublimowanym gustem, jego szerokością i rozległością albo przeciwnie – dogłębną znajomością jednego gatunku lub lokalnej sceny, leżało u podstaw sukcesu portalu. Niektóre zawarte tam znajomości trwają do dziś. Kryzys, z którego last się nie podniósł, nazywa się Facebook. Popularność giganta i jego często agresywna działalność odciągała użytkowników innych platform Z Facebookiem przegrał myspace, przegrało lokalne grono, przegrał i last.fm. Kalendarz wydarzeń to dziś Facebook, choć zgodnie z zasadą ukutą przez Cory’ego Doctorowa, ciężko tam cokolwiek znaleźć. Na Facebooka przeniosły się dyskusje i rozmowy. Last.fm nie pomogły nerwowe ruchy włodarzy – od kolejnych chłodno przyjmowanych zmian szaty graficznej portalu po zamianę przyjaciół na followersów i usunięcie grup. Do tego doszły serwisy streamingowe, przede wszystkim ten szwedzki, ze swoimi bardziej zaawansowanymi i ekstremalnie spersonalizowanymi algorytmami, które doskonale wiedzą, czego słuchasz i co ci się może spodobać. Trochę przestało mieć sens kolekcjonowanie skrobli.

A może nadal ma sens? Historię słuchania w serwisach znają tylko one, użytkownicy dostają jedynie wrapy, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Last.fm daje możliwość dogłębnego przejrzenia historii słuchania, wygrzebania zapomnianych wykonawców i utworów. Można w nim łączyć różne źródła – i dlatego to jego podsumowanie uważam w swoim przypadku za najbardziej miarodajne. Cały czas znajduję z jego poleceń kolejnych wykonawców, kolejne płyty. Widzę, że powoli wraca społecznościowy aspekt portalu, choć nadal reklamuje się jako miejsce do budowania statystyk. Już nigdy nie będzie tak popularny, jak w latach swojej świetności, ale na razie nie grozi mu los myspace’a (millienalsi, pamiętamy [*]). I mam nadzieję, że za kolejne dwie dekady napiszę kolejny wspominkowy tekst.

wtorek, 24 marca 2026

Czy akademia Fryderyków słucha muzyki?


Dawno temu obiecałem sobie, że nie będę komentował z własnej woli nominacji do Fryderyków. Jednak kiedy praktycznie dzień po dniu ogłaszane są nominacje do Folkowego Fonogramu Roku i tych nieszczęsnych polskich Grammy, a do tego Wirtualne Gęśle (plebiscyt, który chyba najszerzej patrzy na polski folk) publikują swoją listę, muszę zabrać głos. Mimo że wiem, że będzie to wołanie na puszczy.

Otóż przepaść między tym, jak wygląda polska scena folkowa (tak, ją nazwijmy, a rozważania, czym jest folk oraz czy nazwa fryderykowej kategorii „Muzyka korzeni” ma sens zostawmy na boku) według mainstreamu a osób w nią zaangażowanych jest szersza niż Pacyfik. Jestem wśród głosujących na Fonogram i co roku mam wielką zagwozdkę, na kogo zagłosować, bo co album to lepszy. W tym roku jest tak samo, nominowana dziesiątka jest tak mocarna, że jakby nie wyglądała finałowa trójka, to będę zadowolony. Pisałem w swoim podsumowaniu roku, że 2025 dla polskiego folku był po prostu mocarny, że Oberkas Travel to poziom „klękajcie narody”. „Niepraudzivaja” Hajda Bandy została płytą roku czytelników najważniejszego anglojęzycznego magazynu o muzyce folkowej...

Tymczasem w nominacjach do Fryderyków nie tylko zabrakło ich obu (a wiem, że były zgłaszane przez wydawców), za to pojawili się Vavamuffin – co między innymi dobrze pokazuje idiotyzm nazwy kategorii, bo warszawiacy nie grają korzennego reggae, wręcz przeciwnie, ale miałem o tym nie pisać – dwa zespoły grające warszawskie, przedwojenne piosenki: Warszawskie Combo Taneczne i Warszawska Orkiestra Sentymentalna; i do tego zespół i artystka z podkategorii folk alternatywny (albo alternatywny folk, nie mogą się zdecydować na stronie Fryderyków): Chrust i Basia Giewont. Alternatywność, jak wnioskuję z wynika z tego, że to muzyka elektroniczna. Nawet nie bardzo wiem, jak to skomentować. Czy naprawdę w polskim folku nie ma bardziej interesujących płyt? Czy naprawdę musiały nominacje trafić do dwóch zespołów zajmujących bardzo podobną niszę, nie było niczego ciekawszego? Czy naprawdę Vavamuffin muszą być nominowani za każdym razem, kiedy wydadzą płytę? Czy we fryderykowej akademii ktoś w ogóle słucha muzyki (to pytanie ogólne, nie tylko do tej kategorii)?

Nie zrozumcie mnie źle, to nie są złe rzeczy. One są po prostu do bólu bezpieczne. Kocham Combo Młynarskiego, ale Oberkas Travel jest jego dużo lepszą zeszłoroczną płytą. Nie chcę się powtarzać, ale właśnie takiej muzyki potrzebuje (nie tylko) polska scena folkowa – odważnej, bezkompromisowej, a jednocześnie atrakcyjnej. Może akademia w przyszłym roku zauważy bliźniaczy do Oberkasów Tercet Imperial, bardzo bym chciał, ale trudno mi w to uwierzyć. A po ostatnich dwóch latach można było mieć cień nadziei na skruszenie betonu. Rok temu kolejnego Fryderyka dostała Kapela ze Wsi Warszawa, wśród nominowanych byli Sw@da i Niczos (a ten zaczęli od ficzuringu u Hanki Mlynkovej, może kiedyś napiszę o tym coś więcej), za 2023 nagrodę dostali EABS i Jaubi (a dlaczego nie w jazzie to już inna historia). Był to jakiś progres, a teraz się cofamy.

Wygrają pewnie Vavamuffin, ale z tej piątki najciekawsza jest Basia Giewont. Choć to idealny przykład zmarnowanego potencjału. Na papierze wszystko wygląda dobrze: electro pop stojący na fundamencie muzyki góralskiej. W warstwie wizualnej gdzieś między środkową Rosalią a Aliną Pash. Przyznaję, gdy zobaczyłem zajawkę „Szeptuchy”, od razu ją sobie zapisałem do posłuchania. O jakie było moje rozczarowanie, gdy się w końcu za nią zabrałem. W najgorszych momentach to kolejne popłuczyny po Kayah i Bregoviciu, lekko ubarwione elektroniką sprzed 15 lat, najbardziej bezpłciowy radiowy pop. W najlepszych – okolice Brodki pomieszanej z Kaśką Sochacką, czyli korpoalternatywa. I wcale nie jest tak, że im więcej u niej odniesień do tradycji, to lepiej. Jest tu jakiś zamysł, tylko że wykonanie bardzo toporne, przesadzone, zbyt oczywiste, momentami po prostu nudne. Gdyby tylko przykładała równie dużą uwagę do muzyki, jak do otoczki i kostiumów...

To zresztą część szerszego problemu polskiego mainstreamu i „alternatywy”, ale o tym kiedy indziej.

niedziela, 22 marca 2026

Wielogłos

Muzykę Marii Arnal poznałem w 2021 roku dzięki Clamor jej wspólnemu albumowi z Marcelem Bagésem. Jeśli dobrze pamiętam, trafiłem na nią z polecenia redakcyjna koleżanka z Radia Kapitał. Połamana, ale melodyjna muzyka duetu trafiła do mnie od razu, bo to taki eksperymentalny pop odnoszący się do tradycji, który lubię najbardziej. Już wtedy Maria współpracowała z Holly Herndon, amerykańską kompozytorką, którą od lat zajmuje współpraca człowieka z maszyną.

Z Holly Maria potem jeszcze się spotkała przy Holly+ wraz z duetem Tarta Relena. To był projekt emulatora głosu kompozytorki, który potem można było wykorzystać do tworzenia własnych kompozycji i aranżacji. Już sama (tj. bez Holly, ale we współpracy z Lluisem Nacentą) przygotowała interaktywną instalację Maria CHOIR. Napisała tez ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów, nagrała album z Johnem Talabotem, współpracowała z Barcelona Supercomputing Center. Dużo jej było, rzuciła się w eksplorację nowych technologii.

Z tych wszystkich doświadczeń wyrasta AMA, album który jednocześnie zerka w stronę futuryzmu, posthumanizmu, hyperpopu, ale i mocno stoi na fundamencie tradycji. Może wynika to z faktu, że Maria kończyła barcelońską ESMUC, gdzie - jak się wydaje - kładą naciska na zapoznanie się z tradycyjnymi formami, ale i pozwalają na eksperymenty. Dość powiedzieć, że tę samą szkołę kończyły María José Llergo i Rosalía. Muzyka Marii Arnal to podobne rejony. Szlachetny, eksperymentujący, intelektualny pop, który nie traci nic z przebojowości.

Z tradycji Marię najbardziej interesują wielogłosowe pieśni, z klasyki wokalna ekwilibrystyka. Na AMA śpiewa sama ze sobą, jej głos multiplikuje sztuczna inteligencja, I jak jestem negatywnie nastawiony do wykorzystywania AI w muzyce (dlatego tak bardzo wspieram Bandcamp w ich decyzji zakazania muzyki AI), tak takie zastosowanie mogę zaakceptować. Pod nadzorem ludzkiego artysty, jako kolejne instrument, a nie muzykę prosto z nieludzkiego algorytmu. Na obecności AI muzyka Marii nie traci ludzkiego wymiaru. Może też dlatego, że innymi tematami, który Arnal porusza na swoim solowym debiucie są strata i pamięć - w piosenkach opowiada o swojej kuzynce Amie, zmarłej w latach 90. na AIDS - oraz historia kobieca. Historia zamknięcia w czterech ścianach, zdobywania podmiotowości, wyzwalania się spod patriarchalnej władzy.

Głos i jego modyfikacje są tu najważniejsze. Arnal przepuszcza go przez filtry, tnie na krótkie zapętlone sample, multiplikuje go, tworzy chóry. Producenci Alizzz i Pau Riutort komponują szkieletowe podkłady, złożone z “małych” dźwięków, klików, trzasków, syntetycznych ptasich śpiewów, ale i organów. To muzyka ładna, może nawet - to mój największy zarzut - zbyt ładna, zbyt grzeczna. Brakuje mi odpięcia wrotek, mocnego wejścia w to posthumanistyczne szaleństwo.

Piękny jest głos Marii, wielobarwny. W Por tu penas ślizga się flamenkowych melizmatach, a delikatne organy w tle nadają mu religijnego posmaku. W Que me quiten dzieje się podobnie, ale z jeszcze lepszym skutkiem, bo to najlepszy fragment albumu. Im bliżej jego końca, tym spokojniej, tym warstwa instrumentalna się rozrzedza.

Ama to krótka płyta. 13 piosenek, trochę ponad 27 minut. Najkrótsza ma ledwie 15 sekund, najdłuższa trochę ponad 3 minuty. Czy to efekt dostosowania się do wymogów streamingu? Pewnie tak, to przecież nie jest niszowe wydawnictwo. No właśnie, ta rzecz mnie ciągle uderza, hiszpańskie oddziały majorsów są dużo odważniejsze niż te nadwiślańskie. Ama wyszła nakładem Atlantic, Cru+es Refree i El Nino de Elche Sony, Ultrabelezza Maríi José Llergo również, Lux w Columbii. Tam się jakoś da zrobić pop odnoszący się do tradycji.

czwartek, 12 marca 2026

Z Imperium Osmańskiego na Paradę Równości

W najnowszym numerze “Ruchu Muzycznego” piszę dość rozlegle i szczegółowo o sevdah i sevdalinkach, muzyce i piosenkach emblematycznych dla kultury Bośni I Hercegowiny, jak ona będących na pograniczu między Europą a Turcją, wciśniętą między cywilizacje. I jak wszystko, co na pograniczach, niejednoznacznych.

W tej podróży miałem dwóch przewodników, młodych chłopaków: Igora Božanicia i Zanina Berbicia. Z pozoru wydaje się, że nie może ich więcej różnić. Ten pierwszy sevdalinki wykonuje we współczesnych, indiefolkowych aranżacjach, kawiarnianych, jego wzorem są śpiewacy i śpiewaczki z Banja Luki, miasta, które raczej nie pojawia się na mapach gatunku. Ten drugi gra po sarajewsku, w najsurowszej formie. A jednak obaj w rozmowach ze mną podkreślali, że nie ma jednego właściwego sposobu grania sevdalinek, że właśnie w tym leży siła i żywotność gatunku. Potrafi się łatwo dostosować do zmieniającego się świata i dlatego jest grany i słuchany do dziś. (A dlaczego raz używam sevdah, raz sevdalinka? Po odpowiedź odsyłam do tekstu).

Pierwszą poznałem muzykę Božanicia. To takie granie, które przemawia do mnie najszybciej. Zakorzenione w tradycji, ale nie uwiązane do niej, poszukujące. U Igora to efekt jego artystycznej drogi. Do własnej tradycji dochodził - co łączy go z wieloma polskimi muzykami - naokoło, jako nastolatek grał amerykańsko brzmiący indie folk. Echa tych doświadczeń słychać w jego muzyce do dziś, Žega jest do pewnego stopnia kuzynką muzyki Joanny Newsom czy Marissy Nadler, a jednocześnie przy jej powstawaniu, Igor zasłuchiwał się w Umm Kulsum i Fairuz. Pięknie się ta płyta snuje, niespiesznie posuwa do przodu. Ta niespieszność jest chyba najbardziej sevdaliknkowym aspektem tego albumu (oczywiście poza kompozycjami), za którego aranżancje odpowiada duet braci Popovów.

Berbić, muzykolog, etnograf, badacz i pracownik naukowy, sevdalinki gra od szóstego roku życia, ponad dwadzieścia lat (w różnych wywiadach przyznaje, że i tak jest dopiero na początku drogi). Mnie w rozmowie powiedział, że sevdalinki gra na różne sposoby, ale swój album wypełnił interpretacjami “in crudo”, bo taka forma - to znów jego slowa - wyciąga z niego więcej kreatywności, pozwala mu na więcej swobody. Jest tu tyko głos i saz. Bardzo mocno słychać tureckie korzenie gatunku. Gdyby nie język, możnaby pomyśleć, że Zenin jest aszykiem gdzieś z dalekiej Anatolii. Hipnotyzuje swoim głosem, fascynuje grą na sazie. A jednocześnie potrafi krytykować purystów, którzy chcieliby, by sevdah się nie zmieniała.


To tylko dwaj bohaterowie mojego tekstu, pojawiają się w nim i klasycy, i reformatorzy. Pojawia się przede wszystkim Bośnia i jej miasta - Mostar, Sarajewo, Banja Luka - bo sevdah to muzyka przede wszystkim miejska. A przecież życie w mieście to ciągła zmiana.