Od dawna nie miałem takiego combo. Dwa festiwale tydzień po tygodniu (plus na deser koncert Jacka White’a, który był zupełnie z innej bajki). Najpierw Nowa Tradycja, a zaraz potem Kody w Lublinie. Festiwale w tym roku podobniejsze do siebie niż zwykle.
Najoczywistszymi punktami stycznymi między obiema imprezami były powtarzające się koncerty. WCIAS w Warszawie zagrali dwukrotnie, za każdym razem krótko; w Lublinie, przy okazji swojej premiery swojej piątej płyty Wiwaty (o której więcej już niedługo, obiecuję) – pełnowymiarowy koncert. Wspaniałe jest ich to nowe, dronowe i skupione oblicze. Równie zachwycające były oba występy Jonny’ego Nasha i Tomo Katsurady. Marzycielskie, pełne kolorów, po prostu ładne i tej ładności nie wstydzące się. Pięknie się obaj uzupełniają, słychać w ich graniu wzajemne zrozumienie i przyjaźń. Mógłbym chodzić na takie koncerty co tydzień.
Oba festiwale łączy także odważne podejście do tradycji. Oba zresztą mają wpisane w swojej nazwy. Różnią się przede wszystkim tym, że Nowa Tradycja to przede wszystkim przegląd sceny poszukującego folku. Jak zatem ona wygląda w 2026 roku, jaki był konkurs? Poziom był solidny, ale nie było tak spektakularnie, jak przed rokiem czy dwoma laty. Grand Prix dla Karoliny Matuszkiewicz mnie trochę rozczarowało, ale też rozumiem taką decyzję jury. Na pewno nie miałbym tych wątpliwości, gdyby przez cały konkursowy występ towarzyszył jej Arad Emamgholi. Jego obecność i niesamowita gra na dafie dodawały grze Matuszkiewicz żywiołowości i oryginalności. Moi faworyci, WCIAS zajęli trzecie miejsce. Całkowitym zaskoczeniem był polsko-irański duet ZYEM i choć słychać było, że są na początku, to zasłużenie dostali II nagrodę, a ja nie mogę się doczekać, co z tego dalej wyjdzie. Oby zabrali się do roboty szybciej niż Suferi, którzy każą czekać na swój debiut już ponad dwa lata. Michał Fetler trzeci raz brał udział w konkursie i trzecie wrócił z nagrodą, II za Ucztę. Chyba rozgryzł, jak dotrzeć do jury, a sam zespół i pomysł na niego są bardzo fajne, ale do legendarnego już Polmuzu sporo brakuje (ostatnio sobie włączyłem ich album, potwór, nie płyta). Tyle o głównych nagrodach.
Liczyłem na wyróżnienie dla Olgierda Dokalskiego, którego solowy materiał ma w sobie coś (nawet wiem, co: frazowanie i specyficzny pogłos) z soundtracku do Disco Elysium, ale nie tylko dlatego mnie tak ujął. To – znów do tego wracam – piękne granie, z ciekawą narracją. Wykracza poza folk, idzie w stronę podbitego jazzem ambientu. Jedyne, co można by poprawić to jeszcze mocniej zszyć utwory na koncercie, nie robić między nimi przerw. Płyta Preludes to the Universe nadchodzi i warto na nią czekać. Inny z moich konkursowych faworytów, Paweł Płoskoń, o którym zapisałem sobie w notatkach, że widziałbym go w kościele podczas Le Guess Who?, dostał nagrodę Niemena za oryginalność. Z kolei przy debiutującym duecie Etersoul zapisałem sobie, że to marzycielskie i liryczne granie, a gra gitarzysty odwołuje się do Rogińskiego i jak się okazało, nie myliłem się. Będę obserwował. To może czas na podsumowanie, zanim przejdę do pozakonkursowych koncertów.
Scena folkowa ma się dobrze – ale nie tak dobrze, jak twierdzi patrzący z zewnątrz Darek Mazzone (choć takie słowa otuchy zawsze robią dobrze) – i możliwe, że widać pierwsze oznaki nadchodzącego przesilenia. Po pierwsze, jest ona nieduża i niezauważana poza „środowiskiem” i przyległościami. Co chyba najlepiej podkreśla fakt, że jedną ogólnopolską anteną Polskiego Radia nieobecną podczas Nowej Tradycji jest Trójka (co działa też w drugą stronę, na debacie o Młodym Polskim Jazzie zabrakło autorów trójkowej audycji o tej nazwie) i że Lutosławski podczas przesłuchań był raczej pusty niż pełny. Na biletowanych koncertach było tylko niewiele lepiej. Po drugie, większość stający w szranki to weterani, a nie debiutanci; wygi prezentujące nowe projekty (nawet i fantastycznie przemyślane), a nie młodziaki chcące wywrócić scenę do góry nogami. Po trzecie, festiwalowi po raz drugi towarzyszyła konferencja „branżowa” z gośćmi z zagranicy (w tym z bookerami), a niewielu muzyków się na nią pofatygowało. To świadczy o braku profesjonalizacji sceny – o ile sami muzycy są zjawiskowi, brakuje otoczki, która pomoże im się wybić: managerów, agentów, prowców. To wszystko są problemy, nad którymi trzeba się zastanowić i spróbować je jakoś rozwiązać, zanim będzie za późno.
A teraz koncerty niekonkursowe. Yalla Miku swoją punkową energią bardziej pasowaliby na odbywające się w tym samym czasie urodziny Ady niż do pełnego naturalnego pogłosu Lutosławskiego, gdzie muzyka z tak mocną sekcją rytmiczną zlewa się w magmę (no i mogliby też pomyśleć, czy wszystkie teksty o koledze z Erytrei są na miejscu). Muzyka Gór była zbyt – o ironio – zbyt wygładzona, ale to też chyba immanentna cecha podobnych projektów łączących różne tradycje. Podobno w Ambasadzie Muzyki Tradycyjnej pokazali na co ich naprawdę stać. Ryzykowany pomysł zestawienia bliźniaczych składów Oberkas Travel i Tercetu Imperial (ci pierwsi grali jako laureaci Folkowego Fonogramu Roku, ci drudzy jako zeszłoroczni zwycięzcy Nowej Tradycji. To też pokazuje niewielkość sceny), okazał się trafieniem w dziesiątkę i dowodem na pojemność oberków (a w Dwutygodniku szerzej piszę o obu składach i trójdzielnej odysei Jana Młynarskiego i Piotra Zabrodzkiego). Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie koncert Justyny Jary i jej Aleganckiej Kapeli z nowymi, lekko podbarwionymi punkiem podwórkowymi balladami.
W zaskoczenia obfitowały Kody, festiwal, który – choć programowo zupełnie inny – wypełnia pustkę po białostockim Halfwayu. Czyli kameralny, z bardzo silnym rysem kuratorskim, bezkompromisowy. A do tego wzorem LGW?, Unsoundu czy Sacrum Profanum zamawiający specjalne projekty. Zresztą, można go umiejscowić gdzieś w tym właśnie trójkącie. Tegoroczna edycja zapowiadała się mniej spektakularnie niż zeszłoroczna, ale była równie – a można nawet bardziej – ciekawa.
Jednym z tych specjalnych koncertów było 100 000 polsk Mai Miro, Piotra Gwadery, Pawła Iwana i Ryszarda Lubienieckiego w lekki, bezpretensjonalny i przystępny sposób reinterpretujący najstarsze polski ze szwedzkich archiwów. Polski, czyli szwedzki taniec narodowy, który przywędrował na północ Bałtyku z – you guessed it – Polski. Nie tylko ukradli pół kraju podczas potopu, ale jeszcze zawłaszczyli taniec, a tacy niby progresywni w tym Sztokholmie. Ciekawy skład – zmodyfikowany dżaz, cymbały, różne flety i portatyw organowy – sprawił, że była to muzyka idealnie oddająca podtytuł festiwalu, rozpięta między tradycją a awangardą, folkiem i wykonawstwem historyczny. Zagrali bez nadęcia, czuło się radość kwartetu bijącą ze sceny. Na przyszły rok zapowiadają album. Koncertem... Spektaklem muzycznym bez zadęcia był środowy Orlando – A Melancholic Portrait Francuzów z La Tempete. Oni połączyli barok z powieścią Virginii Wolf, saksofonem barytonowym, performatywnym czytaniem, gitarami elektrycznymi. Wyszło tak, że nie było widać szwów. Typowa francuska lekka intelektualna rozrywka. Do takiego teatru mógłbym chodzić.
Gruzem z rozdrapywanych własnych i pokoleniowych traum rzucała ze sceny Alejandra Cardenas czyli Ale Hop. Porzuciła pseudonim, by wreszcie opowiedzieć o sobie, dorastaniu w Peru w czasach dyktatury Fujimoriego i wojny domowej ze Świetlistym Szlakiem. Jestem po niedawnej lekturze kilku peruwiańskich pozycji z katalogu ArtRage (ale Czerwony kwiecień Santiago Roncagliolo ciągle przede mną) i dzięki temu lepiej zrozumiałem, co Alejandra chce przekazać tą ścianą dźwięku, wwiercającą się we flaki, skąd ten wściekły hałas. Nie udało mi się zrozumieć, po co tak gruzują Norwedzy z Supersilent. Wymęczył mnie i znudził ten koncert. Przypomniał mi też słowa Orena Ambarchiego z zeszłorocznego wywiadu, że on już przestaje czasem rozumieć, po co jego koledzy ciągle tak hałasują, że to się staje banalne. Jenny Hval piękne piosenki przeplatała wątpliwej jakości konferansjerko-performance’em pt. „jestem dziwaczną Skandynawką”. Z akademickiej awangardy widziałem w całości tylko Hashtag Ensemble i Flow Unit grający utwory Egidiji Medekšaitė. Hipnotyczne, ale ja tam nie słyszałem zapowiadanych inspiracji Indiami.
Trochę niespodziewanie dla mnie najmocniejszym dniem okazała się niedziela. Zdążyłem tylko na końcówkę monumentalnego koncertu poświęconego Mortonowi Feldmanowi i bardzo żałuję. Przepięknie zagrała Elori Saxl, miksując przetworzone nagrania terenowe z dronami, syntezatorowymi plamami i czasem tanecznym bitem. Wyszło z tego wciągające ambient techno. Świetnym pomysłem było danie jej zagrać w muszli koncertowej w Ogrodzie Saskim, gdzie dźwięki miasta przenikały do muzyki, wchodziły z nią w dialog. Na zakończenie festiwalu zaśpiewała Antonina Nowacka i nie wyobrażam sobie lepiej dobranej artystki do takiego zadania. Było to doświadczenie mistyczne. W przeciwieństwie do występującej dzień wcześniej Japonki Hatis Noit, Antonina nie korzysta z loopów, a jedynie z naturalnego pogłosu przestrzeni. Jej występ wydał się dużo bogatszy, dużo bardziej zniuansowany. Przez 40 minut Nowacka hipnotyzowała swoim głosem, stworzyła własny, osobny, dźwiękowy świat. Jakby przybyła z nieznanej nikomu innemu kultury. Znów wiele od siebie dało otoczenie. W pewnym momencie ptaki ucichły, by jej słuchać. Oczywiście, nie chcę powiedzieć, że występ Hatis Noti był rozczarowaniem, absolutnie nie. Po prostu przy wyczynie Antoniny blednie wszystko.
Na Kodach akademicka awangarda zderza się nie tylko z (nową) tradycją. To spotkanie całego spektrum gatunków. Kurator Grzegorz Paluch swoje sieci rzuca bardzo szeroko, zawsze stara się zaskoczyć zestawiając jednego dnia bardzo różnych wykonawców. Do tego zawsze przyjazny Lublin. Mógł (i powinien) to być festiwal, na który zjeżdża cała muzyczna Polska, samograj przyciągający słuchaczki z różnych muzycznych światów. Można na nim poszerzyć horyzonty, nawet jeśli nie każdy koncert przypadnie do gustu. Nie może jednak – i to kolejna cecha wspólna z Nową Tradycją – przebić się do szerszej świadomości. Nie popełnijcie tego błędu i rezerwujcie ostatni tydzień maja 2027 w Lublinie, dajcie się zaskoczyć i zachwycić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz