Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2026

Piękno dla każdego

Niektóre teksty powstają z przypadkowych spotkań. Tak było tym razem. Ostatniego dnia Nowej Tradycji zagrali Jonny Nash i Tomo Katsuarada. Przyznaję, że na samym początku nie skleiłem, że to TEN Tomo Katsurada z najwspanialszych Kikagaku Moyo. Piękny był to koncert, zresztą napisałem o nim kilka słów. Porozmawialiśmy chwilę po koncercie, szykowali płytę na początek lipca. Wróciłem do domu i od razu zaproponowałem Bandcampowi wywiad, bo Tomo i Jonny tydzień później mieli grać na Kodach, gdzie i tak planowałem być. Porozmawialiśmy chwilę przed tym lubelskim koncertem, na patio przed studiem im. Budki Suflera. Efekty do poczytania tutaj. Na obu koncertach zagrali materiał ze swojej nadchodzącej wtedy płyty.

At the Emerald Pool, ich pierwszy wspólny album (choć nie pierwszy raz ze sobą grają) jest piękny i kojący. O tej potrzebie uniwersalnego piękna mówią dużo w wywiadzie. To muzyka niespieszna, trochę rozmyta, jakby schowana za mgiełką. Pasuje zarówno do późnoletniego poranka, jak i zimowego wieczoru przy kominku. Jest po prostu przytulna i marzycielska.

Czerpią przede wszystkim z ambientu w duchu Briana Eno, sięgają po folkowe struktury. W swoim graniu są bardzo ludzcy. Czasem dają się porwać improwizacji, czasem są piosenkowo konkretni. Mówią, że chcą pisać i grać muzykę, która spodoba się każdemu. I tak w tym wypadku jest.

czwartek, 20 czerwca 2024

Słuchając duchów


O płycie A Lily Saru l-Qamar pisałem tutaj niedługo po premierze, ale to tak fascynująca historia - maltańscy emigranci nagrywali wiadomości i porady na taśmę w formie śpiewanej i wysyłali je poczta do bliskich na wyspie, a potem James Vella zrobił z nich album, na którym odnosi się też do swojej własnej rodzinnej historii - że porozmawiałem z Jamesem o pomyśle na ten album i o jego własnych doświadczeniach bycia pomiędzy. 

Do poczytania w Bandcamp Daily.

środa, 22 maja 2024

Roztrojenie

Miałem kiedyś tutaj cykl o muzy(cz)kach z najbliższej zagranicy - Litwy, Słowacji, Czech, Ukrainy - ale oczywiście szybko go zarzuciłem. O samym pomyśle nie zapomniałem i teraz na łamach Czasu Kultury trochę do niego wracam, pisząc o Adeli Mede. Porozmawialiśmy o tożsamości, wielojęzyczności, wyjazdach i powrotach, środkoweuropejskiej wspólnocie losów, byciu zbyt blisko i zbyt daleko jednocześnie. 

A do samego blogowego cyklu może kiedyś wrócę.

poniedziałek, 22 kwietnia 2024

Głosy duchów

Kilka dni temu fejs przypomniał mi wpis Bartka Chacińskiego sprzed ośmiu lat o umierających i znikających blogach o muzyce. I o tych, których autorzy wtedy jeszcze stali na posterunku. Dziś ten spis przypomina cmentarzysko wypełnione głosami duchów. Część blogów jeszcze stoi, z ostatnimi wpisami sprzed lat, są jak zatopione w bursztynie świadectwo czasów. Po części nie został nawet adres strony internetowej. I choć mój blog jeszcze istnieje, to sam mam czasem wrażenie, że staje się takim duchem. Ale upadek blogowania i pisania o muzyce (i o kulturze w ogóle) to temat na zupełnie inną dyskusję (trochę o tym pisze u siebie Paweł Klimczak). Tutaj skupmy się na głosach z zaświatów.

Głosami duchów jest wypełniony najnowszy album A Lily, Jamesa Velli, szefa wyśmienitego labelu Phantom Limb (który w katalogu ma takie fantastyczne artystki jak Ami Dang czy Maroulita de Kol). Velle, Maltańczyk z pochodzenia, otrzymał dostęp do archiwów Magna Żmien, fundacji opiekującej się taśmami wysyłanymi przez maltańskich emigrantów do ojczyzny. Nagrywali na nie wiadomości, tęsknotę za starym krajem, dobre rady. Przelewali na nie swój ból emigranta. To były prawdziwe pocztówki dźwiękowe, a jednocześnie odpowiednik polskich pieśni dziadowskich - għana to lokalna poetycko-muzyczno-newsowa forma o charakterystycznym układzie rymów. I to właśnie je nagrywali maltańscy emigranci w Australii, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych najczęściej.

Vella otoczył te nagrania - często jeszcze dodatkowo zniekształcone, żeby jeszcze bardziej przypominały glosy z zaświatów albo rozpadające się artefakty przeszłości, niknące w pamięci - zwiewną warstwą elektroniki. Są tu ambientowe plamy, syntezatorowe loopy, buzujące drony. Wszystko utopione w pogłosach, delikatne, rozwiewające się, lśniące i ulotne niczym babe lato. Nieostre, jakby nadawane z innego świata. Przeszłość tym właśnie jest, David Lieventhal pisał, że “przeszłość to obcy kraj”.

Żadnym zaskoczeniem nie jest, że Saru l-Qamar (Stali się Księżycem) wypełnia żal, nostalgia. Że porusza do łez. Nie trzeba znać maltańskiego, by poczuć te emocje. Często anonimowe, albo znane tylko z imienia głosy śpiewają o swoim bólu, o codzienności, dają dobre rady. Czasem dali się złapać na taśmie znienacka, jak chyba najbardziej poruszającym Sirna l-Qamar, w którym Żiżina (jedyny głos, który pojawia się na albumie dwukrotnie) nuci pod nosem melodię. Funkcjonując tylko jako oderwane głosy, emigranci stali się - jak wskazuje tytuł - Księżycem, według słów samego Velli byli jednocześnie obecni i niedostępni. A teraz, po latach, to oni są wiecznie młodzi, uwiecznieni na taśmie, podczas, gdy ich bliscy dawno zmarli. 

Blisko temu albumowi do niesamowitego projektu Nozhet el nofous Nancy Mounir, na którym kompozytorka dogrywała do nagrań z początków XX wieku własne aranżacje, wchodziła w dialog z dawno zmarłymi śpiewaczkami i śpiewakami ze złotych lat egipskiego kabaretu i muzycznego teatru. Do starych nagrań piosenek przeznaczonych dla emigrantów sięgnął Bartek Kruczyński na Nocach i dniach Pejzażu i podobnie, jak Vella zatopił je w oniryczności. Wreszcie, można szukać pokrewieństwa między Saru l-Qamar a Innymi Pieśniami Piotra Kurka. A niesamowity ładunek emocjonalny, tęsknoty i łączy się z Canary Records i ciężką pracą Iana Nagoskiego odgrzebującego i eksplorującego muzyczne świadectwa emigranckiej Ameryki. Łączy się też na pewnym poziomie z Disintegration Loops Williama Basinskiego, sięga tak samo w przeszłość i jej nietrwałe zapisy.

Głosy duchów, zmarli i rodzinna pamięć traum jest osią Końca Marty Hermanowicz. Tam wnuczka śni sny swojej babki i upodabnia się do niej, jest naczyniem, w którym mieszają się wspomnienia tułaczki i zesłania. Zmarli mają przemożebny wpływ na żywych i rzeczywistość, chyba dużo więksi niż by oni chcieli i mieli za życia. Jeszcze nie skończyłem czytać tej powieści, ale czuję, że to literatura na miarę Księgi szeptów. Tylko że tam ci, którzy przeszli przez piekło mówili sami, szeptem, nie oddawali nikomu swoich snów.

Bohaterowie Saru l-Qamar sami stali się snem.

środa, 13 września 2023

W środku snów

Muzyka Wacława Zimpla na przestrzeni lat zmieniała się jak w kalejdoskopie, muzyk co i rusz wymyśla się na nowo. Jedno, co pozostaje niezmienne to jego fascynacja muzyką indyjską w wielu jej formach. Tą miłością zaraża teraz Sama Shackletona.

czwartek, 18 maja 2023

Jak dym


Za mniej niż tydzień miną dwa miesiące od premiery Love in Exile, a ja nie napisałem o niej ani słowa. Nie dlatego, że nie próbowałem, ani dlatego, że uważam, że nie warto o niej pisać, że mi się nie podoba (a wiadomo, że po pierwsze łatwiej z sensem pochwalić niż zganić). Nie, to album wybitny, często do niego wracam. Po prostu, nie wiem, jak go ugryźć, jak się z nim zmierzyć, by nie wyszło zbyt banalnie albo zbyt pretensjonalnie. I tak siedzę, piszę i wykreślam kolejne zdania. 

Trudno zmierzyć się z Love in Exile, bo to muzyka paradoksów, złożona w swojej prostocie. Nie jest to jazz, jak by chcieli zachodni recenzenci. Nie jest to do końca ambient, za dużo się dzieje. Nie są to wreszcie ragi, bo dzieje się za mało, choć w kilku momentach słyszę podobieństwa do Under the Lilac Sky Arushi Jain. To muzyka odległa od tego, co robi na co dzień Vijay Iyer, ale dość bliska Ismaily’emu i Aftab. 

Dość naturalnym punktem odniesienia jest Vulture Prince. Obie płyty są podobni minimalistyczne, z wiodąca rolą głębokiego jak ocean głosu Arooj. Różnią się przede wszystkim tym, że Love in Exile to album tria. Jako trio Love in Exile Iyer, Ismaily i Aftab występowali jeszcze w nowojorskich klubach. Grali wtedy między innymi utwory, które później trafiły na Vulture Prince w zupełnie innych aranżacjach. Żaden z nich nie trafił na ten album, sześć kompozycji wywiedli ze wspólnej improwizacji. W przeciwieństwie do jazzu nie ma tu miejsca na pełne dźwiękowych fajerwerków solowe popisy. 

Sami muzycy w wywiadach naprowadzają na trop ćwiczeń ze słuchania. Słuchali siebie nawzajem, to muzyka powstała z interakcji. Może dlatego głos Aftab pojawia się nieregularnie, trzeba na niego czekać, jak w To Remain/To Return, kiedy pojawia się dopiero po trzech minutach. Nigdy nie dominuje, jakby sama słuchała powolnych zamyślonych fraz Iyera przemieszczającego się między fortepianem Steinwaya a organami Rhodesa. Fraz, które powstają w niemal ciągłym dialogu z oszczędnym basem Ismaily’ego, który gra tak, jakby wahał się, czy iść w lekki groove, czy drony. Kiedy wybiera te drugie, ciągnie całość w stronę Indii, przecież tam bez dronu nie da się grać muzyki klasycznej.

I wreszcie Arooj. Gdy już się pojawi, jej głos jeszcze bardziej piorunujące wrażenie niż na Vulture Prince. Choć śpiewa bardzo podobnie, ślizgając się glissandami po sylabach urdu. Robi to jednak bardziej zdecydowanie, z większą pewnością, ale nadal zwiewnie. Teksty to raczej powtarzane pojedyncze frazy czy słowa. Abstrakcja, nie narracja. Aftab chciała się pobawić sylabami urdu, mówi, że żaden język nie ma ich tak pięknych. Kiedy tak śpiewa, wierzę jej. Abstrakcja nie wyklucza emocji, a one aż bulgoczą pod powierzchnią. Może dlatego, że czytam teraz o tym książkę, w samym tytule Love in Exile słyszę Podział Indii (ciekawe, że w polskiej Wikipedii nie znajdzie się artykułu o tym wydarzeniu). Echa tego krwawego, ostatniego tchnienia brytyjskiej władzy w Indiach są słyszalne do dziś, możliwe, że słychać je i tu. Aftab i Ismaily mają pochodzenie pakistańskie, możliwe, że ich rodziny, jak miliony innych zostały rozdzielone granicą.

Nie ma na Love in Exile ani jednego zbędnego dźwięku. Umiejętnie grają ciszą, czasem i przestrzenią. Rozciągają ten czas, aż wydaje się, że wcale nie płynie. Jednocześnie jest to muzyka zwiewna, rozmywająca się niczym senne marzenie, zostawiające niejasne wrażenie po przebudzeniu. Rozwiewająca się niczym dym w słońcu.

W jednym z wywiadów, udzielonych jeszcze przy okazji Vulture Prince Arooj opowiadała o porzuceniu ego. O tym samym mówił mi Ali Riaz Baqar, kiedy rozmawialiśmy w sierpniu zeszłego roku. Tylko porzucając ego można tworzyć prawdziwą sztukę. I właśnie tak tutaj jest.

czwartek, 19 stycznia 2023

Chwile spokoju

Przeprowadzka, zmiana kraju, remont, którego zakres jest - jak zawsze - dużo większy od zakładanego. Tym rytmem toczy się w ostatnich tygodniach moje życie. Nie mam chwili, by odetchnąć. W tych rzadkich chwilach, kiedy nic się nie dzieje, wyciszenie zapewnia mi - to paradoks, wiem - kIRk. 

Jeszcze w połowie zeszłego roku byłem pewien, że dawno się rozpadli, zakończyli działalność. A jednak nie, po kolejnej hibernacji wrócili w zmienionym składzie. To nie dziwi, bo kIRk zawsze był dość płynnym zespołem. Do Pawła Bartnika, bez którego kIRka być nie może i Olgierda Dokalskiego dołączył grający na duduku - ormiańskim kuzynie oboju - Stanisław Matys. Tak, kIRk w 2022 to zespół przede wszystkim akustyczny.

To zespół również bardzo spokojny, może nawet stoicki i dostojny. Jakże inny od tego najbardziej znanego wcielenia, z czasów Mszy świętej w Brąswałdzie i Złej krwi. Grali wtedy duszno, gęsto, mrocznie. Muzyka wciągała i oblepiała jak bagno. Depresja w pigułce. A gdy poprawili to jeszcze Mszą świętą w Altonie, zrobiło się naprawdę ciężko. Trochę zmienili kierunek, gdy dołączyła do nich Antonina Nowacka. A potem zamilkli.

Wracają całkowicie odmienieni. Dokalski z Matysem budują powolne motywy, z rzadka podkręcone niepokojem. Trochę w tym przypominają Ellen Arkbro czy Aine O’Dwyer. Bartnik je modyfikuje, zapętla, ale tylko tak, by uwypuklić monumentalność muzyki. Współbrzmienie trąbki Dokalskiego i duduka Matysa momentami przywodzi na myśl nieodżałowany Nor Cold, mój ukochany, choć efemeryczny zespół warszawskiego jazzu. 

Jankowi Błaszczakowi mówili w Dwutygodniku, że porzucili rytm z potrzeby serca, że potrzebują się teraz uspokoić, że są w takim miejscu życia. Głęboko wchodzą w tę medytacyjność i ukojenie, szczególnie słychać to w Alyonie i Teodorze. W tym drugim utworze Matys doskonale wykorzystuje lamentacyjną barwę duduka, Bartnik ją tylko zwielokrotnia, a Dokalski jest gdzieś w tle, buduje drugi, trzeci, czwarty plan. Może lepiej byłoby napisać maluje, bo statyczność muzyki kIRka można porównać do pejzaży - rozległych widoków, najlepiej górskich, z dolinami pełnymi jesiennej mgły. 

środa, 18 marca 2020

Stabilna prowizorka




Melati Malay pochodzi z Indonezji, z najludniejszej wyspy świata, Jawy, Mieszka w Nowym Jorku, gdzie gra w indiepopowym zespole Young Magic. Przynajmniej raz w roku wraca na rodzinna wyspę. W 2018 roku w podróż wybrali się z nią nowojorscy koledzy Tristan Arp i Kaazi. Niedaleko rodzinnego domu Melati i jej dwóch towarzyszy rozstawili studio. Tymczasowe, tak jak tymczasowa miała być ich muzyka.

Melati już w Young Magic czerpała ze swojej rodzimej tradycji (ale nie tylko jej, razem z pochodzącym z Australii Isaakiem Emmanuelem sięgali po różne sample muzyk tradycyjnych z całego świata), czego kulminacją był wydany trzy lata temu Still Life. Z Asa Tone kontynuuje ten kierunek, ale w dużo mniej przebojowy sposób. Temporary Music stoi na rozstaju między zachodnimi eksperymentami, post-minimalizmem, ambientem a jawajską gamelanową tradycją. Skonstruowana przez nich hybryda jest bardzo naturalna, znajdowanie wspólnych mianowników między - wydawałoby się - odległymi idiomami przychodzi im niezwykle łatwo. Nie tylko dlatego, że post-minimalizm dużo zawdzięcza muzykom niezachodnim. Malay, Arp i Kaazi starają się traktować wszystkie elementy tak samo. Oczywiście, to muzyka zachodnia, ale wchodząca w dialog z gamelanem, czerpiąca z niego rytmiczne struktury czy brzmienia. Nigdy jednak nie ma wrażenia, że ten drugi element jest wciskany na siłę czy egzotycyzowany. Syntezatory i metalofony brzmią ze sobą harmonicznie, dopełniają się. Ich połączenie brzmi bardzo naturalnie.

Asa Tone grają muzykę, pełną zapętleń, powtórzeń motywów i fraz. W  ucieczce od nudy pomaga fakt, że mają zmysł do ładnych, kojących melodii. To muzyka jednocześnie wielkiego miasta, jak i samego serca lasu tropikalnego. Pełna spokoju i wytchnienia, ale gdy trzeba dynamiczna. Trochę kalejdoskopowa. Jedyne, czego trochę szkoda, to to, że utwory są krótkie, że nie pozwalają im się rozwinąć, popłynąć w nieznane. Zostawiają po sobie nieznośny niedosyt, zbyt szybko przerywają narrację.

Zgodnie z tytułem, Temporary Music można by potraktować jako wprawki, nieukończone szkice. W końcu powstały w kilka dni podczas improwizowanych sesji, z których później już w Nowym Jorku wykroili najciekawsze fragmenty. A jako wprawki można by je łatwo przeoczyć. To byłby błąd, choć nie jest to płyta idealna, warto się w nią wsłuchać i odpocząć od zgiełku codziennego życia.



poniedziałek, 21 października 2019

Zgoda w niezgodzie



W tym roku Sacrum Profanum przyglądało się współczesnej muzyce litewskiej. Jak pisałem w relacji dla Dwutygodnika, brakował mi utworów dialogujacych z tamtejszą tradycją, stawiającą ją w nowym świetle. Choćby w taki sposób, jak robi to Joshua Sabin na Sutarti.

Sutartinės to wdzięczny temat. Polifoniczne pieśni występujące w tej formie tylko na Litwie, w których głosy się ze sobą ścierają, ale i zgadzają. Stąd zresztą nazwa, sutarti po litewski znaczy zgadzać się. Po sutartinės sięgali Sutari (i uczyniły z nich oś swojej muzyki), Babadag na swojej tegorocznej płycie, Zebry a Mit na zeszłorocznym Laumės (nie tak dawno ten skład przekształcił się w Zvanai, mający szersze zainteresowanie folklorem). Zabrał się za nie też Joshua Sabin, mieszkający na co dzień w Edynburgu kompozytor i artysta dźwiękowy.

Na zaproszenie Niderlandzkiego Instytu Dźwięku, Sabin pojechał do Wilna i tam przeszukiwał i przesłuchiwał archiwa Litewskiej Narodowej Akademii Muzyki i Teatru. Zainspirowany badaniami Rytisa Ambrazevičiusa, jednego z najważniejszych żyjących litewskich etnomuzykologów postanowił stworzyć kompozycje bezpośrednio z archiwalnych nagrań.

Sabin radykalnie przetwarza materiał źródłowy (wzbogacony o nagrania terenowe z litewskich lasów). Pozornie nie sposób poznać, czym były oryginały. Z sutartinės Brytyjczyk buduje ambientowe, minimalistyczne struktury, wolno ewoluujące, prawie że statyczne. Sześć kompozycji, po prostu ponumerowanych, pełnych jest duchowej zadumy, co zbliża Sabina nie tylko do austriackiego kompozytora Dino Spiluttiniego, ale też jednej z bohaterek tegorocznego Sacrum Profanum, Justė Janulytė, choć w porównaniu z tą drugą, Sabin jest duchem niespokojnym. To, co zachowuje z sutartinės to harmonie zderzające się ze sobą, przechodzą z dysonansów do całkowitej zgody, do anielskich głosów z niebios.

Tak, przypomina to Departed Glories Biosphere, jednak w porównaniu z Norwegiem, Sabin bardziej glosy przekształca, mocniej wplata je w tkaninę kompozycji. Zresztą, to nie pierwszy raz, gdy zabiera się za istniejące już nagrania. Jego debiutancki album Terminus Drift składa się z przeprocesowanych nagrań z środków masowego transportu. Choć metoda pracy w obu przypadkach jest podobna, to efekty Sutarti są znacząco inne. Poddane poważnym przekształceniom dźwięki to muzyka z natury wypływająca, bliska lasom i jeziorom Litwy, a jednocześnie tak od nich odległa.


wtorek, 15 grudnia 2015

Heather Trost - "Ouroboros"



Wystarczy tylko zamknąć oczy, by przenieść się w przestrzeni. Do Berkshires, lesistego i górzystego regionu Nowej Anglii i na Świętą Górę (choć ten tytuł ma więcej wspólnego z filmem Alejandro Jodorowsky'ego). Czas... To nieistotne. Przyroda, jej ogrom oddziałuje w każdej epoce tak samo mocno.

Ten ogrom, zachwyt nad stworzeniem słychać od pierwszych sekund Berkshires, mających w sobie coś z patosu Tako rzecze Zaratustra Richarda Straussa. Wschodzi wczesnowiosenne słońce, rozświetlając zamglone wzgórza pełne drzew. Ciepłe promienie padają na twarz. Las powoli budzi się do życia. I tak od tysięcy lat, a w każdym momencie jest przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Choć to niezwykle banalne. Wszystko dzieje się powoli, niespiesznie. Dostojnie.

Święta Góra zaczyna się dużo dynamiczniej, ale rozwija się dość podobnie do Berkshires. Jednak po trzech minutach Trost zaczyna zmieniać narrację. Krajobraz staje się bardziej rozmazany, niewyraźny. Jakby z rozświetlonej łąki wejść w ciemny las. Światło ledwo przebija się przez korony drzew.

Ouroboros Heather Trost jest dużym zaskoczeniem. Ambientowy, bez ani szczypty folku czy dźwięków skrzypiec. Jednocześnie, choć to muzyka z wierzchu bardzo odległa od twórczości A Hawk and a Hacksaw, przy bliższym zapoznaniu łatwo znaleźć podobieństwa, szczególnie do ostatniego albumu, You Have Gone to the Other World. Muzyka jest podobnie odrealniona, surrealistyczna i baśniowa jednocześnie.

Całość kojarzy mi się mocno z kasetą Silver/Lawn Dura wydaną przez Wounded Knife. Zresztą taśma Heatther spokojnie mogłaby się znaleźć w katalogu warszawskiej wytwórni.

PS. Kaseta już dawno wyprzedana, wersję cyfrową można kupić tutaj.


piątek, 10 lipca 2015

Na odwrót



Kilka dni temu Nicolas Jaar oficjalnie udostępnił własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Kwiatu granatu" Siergieja Paradżanowa. Można ją ściągnąć stąd. Wcześniej była jedynie do odsłuchania na YouTube. Jaar do plików oprócz zapowiedzi wersji winylowej dołączył kilka słów o tym, jak powstawał album. Powstał ze zlepków, odpadków, szkiców, nad którymi Jaar pracował w ostatnim czasie. Co najciekawsze, "Kwiat granatu" nie był żadną inspiracją, zupełnie inaczej niż dzieje się w podobnych przypadkach. To wrażenie, jakie wywiera film na muzyku jest zwykle motorem do stworzenia alternatywnej ścieżki dźwiękowej. Tu zadziało się na odwrót:

Zacząłem tworzyć większość muzyki na "Pomegranates" zanim obejrzałem film czy nawet byłem świadomy jego istnienia. (...) Na początku 2015 roku mój przyjaciel Milo usłyszał część z tych utworów i powiedział mi o filmie. Obejrzałem go i oniemiałem. Jego estetyka idealnie pasowała do tych dziwnych tematów, na punkcie których miałem obsesję w ciągu ostatnich paru lat. Byłem ciekaw, jak moje utwory zabrzmią podłożone pod obrazy. To zmieniło się w dwudniowy ciąg, w czasie którego udźwiękowiłem cały film, tworząc dziwny kolaż z ambientu, który tworzyłem przez ostatnie dwa lata.

środa, 12 listopada 2014

Kosmische Musik

Jak wiadomo, dźwięk nie rozchodzi się w przestrzeni kosmicznej. Chyba, że oglądacie Gwiezdne Wojny. W prawdziwym kosmosie panuje ogłuszająca, absolutna cisza. Próżnia nie stanowi jednak problemu dla fal elektromagnetycznych. Naukowcy badający dla Europejskiej Agencji Kosmicznej kometę 67P/C-G odkryli, że ta lodowa kula "śpiewa". 67P/C-G emituje fale o częstotliwości 40-50 milihertzów. Gdy przedstawić je za pomocą fal dźwiękowych, niczego byśmy nie usłyszeli, to infradźwięki daleko poza naszym zakresem słyszenia. Dlatego fizycy przetransponowali "pieśń" do częstotliwości odpowiednich dla ludzkiego ucha. Efekt przypomina rechot żab, stukanie i wiejący wiatr i trochę "Lot trzmiela" Korsakowskiego. Na razie nieznana jest przyczyna tak dziwnego zachowania 67P/C-G.


czwartek, 14 marca 2013

Borowski/Miegoń - "Jellyfishes Diary"



Podwodna muzyka.

Zatoka Gdańska nie wydaje się być specjalnie interesującym akwenem. Woda mętna, zielonkawa. Życie, jak na morze, ubogie. I jakoś tak płytko. No, Karaiby czy Pacyfik to z pewnością nie jest. Jednak ma ona swoich wielbicieli, dwóch gdynian, którzy postanowili nagrać o niej płytę.

Bartek Borowski i Michał Miegoń w swojej twórczości poruszają się w rejonach psychodeliczno-ambientowych. Nic dziwnego, że "Jellyfishes Diary" są w całości wypełnione muzyka improwizowaną. Z różnych szumów wyłaniają się szkielety ciekawych kompozycji. Ta nieokreśloność dobrze wpływa na funkcję ilustracyjną. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by przenieść się pod wody Zatoki Gdańskiej. A pod jej powierzchnią dzieje się zaskakująco dużo  Tu przepłynie ławica śledzi albo dorszy, tam spoczywa wrak statku, gdzie indziej można natknąć się na foki, a nawet na zupełnie tu niepasującego tuńczyka (co wskazuje zupełnie odstająca od całości króciutka, nawiązująca do country kompozycja o tym tytule). To wszystko bardzo dobrze słychać na tym albumie, tym bardziej, że sami autorzy podrzucają tropy nazywając kompozycje od różnych morskich zwierząt. Borowski i Miegoń nie boją się też wypuszczać na inne, głębsze wody, choćby w ostatnim, bluesującym fragmencie "Peter's Elephantnose Fish". Najbardziej wyróżnia się długaśny "The Best Diver Among the Whales", który rzeczywiście zabiera słuchacza w największe głębiny i hipnotyzuje, jak fale rozbijające się o brzeg. Jak cały ten album zresztą.

Najwcześniej nad morze wybieram się w lipcu, więc wypróbuję "Jellyfishes DiarY" w jej naturalnym środowisku. Na Mazowszu sprawdza się całkiem nieźle.