Muzykę Marii Arnal poznałem w 2021 roku dzięki Clamor jej wspólnemu albumowi z Marcelem Bagésem. Jeśli dobrze pamiętam, trafiłem na nią z polecenia redakcyjna koleżanka z Radia Kapitał. Połamana, ale melodyjna muzyka duetu trafiła do mnie od razu, bo to taki eksperymentalny pop odnoszący się do tradycji, który lubię najbardziej. Już wtedy Maria współpracowała z Holly Herndon, amerykańską kompozytorką, którą od lat zajmuje współpraca człowieka z maszyną.
Z Holly Maria potem jeszcze się spotkała przy Holly+ wraz z duetem Tarta Relena. To był projekt emulatora głosu kompozytorki, który potem można było wykorzystać do tworzenia własnych kompozycji i aranżacji. Już sama (tj. bez Holly, ale we współpracy z Lluisem Nacentą) przygotowała interaktywną instalację Maria CHOIR. Napisała tez ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów, nagrała album z Johnem Talabotem, współpracowała z Barcelona Supercomputing Center. Dużo jej było, rzuciła się w eksplorację nowych technologii.
Z tych wszystkich doświadczeń wyrasta AMA, album który jednocześnie zerka w stronę futuryzmu, posthumanizmu, hyperpopu, ale i mocno stoi na fundamencie tradycji. Może wynika to z faktu, że Maria kończyła barcelońską ESMUC, gdzie - jak się wydaje - kładą naciska na zapoznanie się z tradycyjnymi formami, ale i pozwalają na eksperymenty. Dość powiedzieć, że tę samą szkołę kończyły María José Llergo i Rosalía. Muzyka Marii Arnal to podobne rejony. Szlachetny, eksperymentujący, intelektualny pop, który nie traci nic z przebojowości.
Z tradycji Marię najbardziej interesują wielogłosowe pieśni, z klasyki wokalna ekwilibrystyka. Na AMA śpiewa sama ze sobą, jej głos multiplikuje sztuczna inteligencja, I jak jestem negatywnie nastawiony do wykorzystywania AI w muzyce (dlatego tak bardzo wspieram Bandcamp w ich decyzji zakazania muzyki AI), tak takie zastosowanie mogę zaakceptować. Pod nadzorem ludzkiego artysty, jako kolejne instrument, a nie muzykę prosto z nieludzkiego algorytmu. Na obecności AI muzyka Marii nie traci ludzkiego wymiaru. Może też dlatego, że innymi tematami, który Arnal porusza na swoim solowym debiucie są strata i pamięć - w piosenkach opowiada o swojej kuzynce Amie, zmarłej w latach 90. na AIDS - oraz historia kobieca. Historia zamknięcia w czterech ścianach, zdobywania podmiotowości, wyzwalania się spod patriarchalnej władzy.
Głos i jego modyfikacje są tu najważniejsze. Arnal przepuszcza go przez filtry, tnie na krótkie zapętlone sample, multiplikuje go, tworzy chóry. Producenci Alizzz i Pau Riutort komponują szkieletowe podkłady, złożone z “małych” dźwięków, klików, trzasków, syntetycznych ptasich śpiewów, ale i organów. To muzyka ładna, może nawet - to mój największy zarzut - zbyt ładna, zbyt grzeczna. Brakuje mi odpięcia wrotek, mocnego wejścia w to posthumanistyczne szaleństwo.
Piękny jest głos Marii, wielobarwny. W Por tu penas ślizga się flamenkowych melizmatach, a delikatne organy w tle nadają mu religijnego posmaku. W Que me quiten dzieje się podobnie, ale z jeszcze lepszym skutkiem, bo to najlepszy fragment albumu. Im bliżej jego końca, tym spokojniej, tym warstwa instrumentalna się rozrzedza.
Ama to krótka płyta. 13 piosenek, trochę ponad 27 minut. Najkrótsza ma ledwie 15 sekund, najdłuższa trochę ponad 3 minuty. Czy to efekt dostosowania się do wymogów streamingu? Pewnie tak, to przecież nie jest niszowe wydawnictwo. No właśnie, ta rzecz mnie ciągle uderza, hiszpańskie oddziały majorsów są dużo odważniejsze niż te nadwiślańskie. Ama wyszła nakładem Atlantic, Cru+es Refree i El Nino de Elche Sony, Ultrabelezza Maríi José Llergo również, Lux w Columbii. Tam się jakoś da zrobić pop odnoszący się do tradycji.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz