czwartek, 21 maja 2026

Bezpieczeństwo ma pierwszeństwo

Ale się porobiło. Bartek Nowicki napisał jadowity tekst skierowany w “Młody Polski Jazz” (MPJ), czyli z grubsza debiutantów po 2020 roku. Przede wszystkim w tych, którzy - prawie, że taśmowo - łączą jazz z hip hopem i muzyką klubową.

To dobry tekst, choć często odczytywany ze złą wolą, ale ja nie chcę tutaj pisać o recepcji Podsiadłoizacji polskiego jazzu. Bartek napisał dobrze uargumentowaną, zjadliwą krytykę zjawiska, obnażył słabości polskiego (nie tylko) jazzu. Może tylko na jego miejscu nie zrzucałbym takiej odpowiedzialności na EABSów, bo to, że pojawili się ich epigoni, nie umniejsza muzyce tego składu. To trochę, jakby winić Nirvanę za Puddle of Mudd (a zespół był to koszmarnie zły).

Najmocniejszy zarzut, który Bartek kieruje w stronę MPJ i - co niezwykle istotne - w osoby go promujące i zajmujące się nim w mediach to zachowawczość, brak odwagi, okopanie się na łatwych, dość komercyjnych pozycjach i brak krytyki zjawiska. To nie dotyczy tylko jazzu, ale ogromnej części polskiej muzyki.

Gdy pojawił się ten esej, miałem nie tyle, co rozgrzebane, ale wymyślone zaczątki własnych tekstów. Jeden miał się nazywać Uratujmy polski jazz przed mat(ch)ą, drugi Wszyscy gramy w reklamie piwa. Przez lata wychodziłem z założenia, że lepiej pisać o muzyce interesującej, wymykającej się prostej klasyfikacji, jakoś poszerzającej i przekraczającej granice gatunków, albo po prostu dobrze skomponowanej. Że na tę średnią, bezpłciową i złą nie ma co marnować atramentu i pikseli. Że jako to żywe sito mam raczej wyławiać perełki niż zajmować się wszystkim wokół. Że lepiej chwalić niż ganić. Że jak pochwalę, napiszę, dlaczego uważam dany album za wartościowy, to ktoś go posłucha. Tak chyba nie do końca jest. I to też była (i jest nadal) zachowawcza strategia.

Wróćmy jeszcze na chwilę do jazzu. Nie wiem, czy Bartek czytał przed napisaniem swojego sążnistego eseju kuriozalny artykuł Franciszka Badziaka w Gazecie Wyborczej. Już pomijam błędy poprawione krótko po publikacji (a stało tam, że w remontowanej i zamkniętej od kilkunastu lat Sali Kongresowej nadal odbywają się koncerty, a działający od 2012 roku EABS to stosunkowo nowy zespół) czy reklamę Jassmine, klubu, który jak w soczewce skupia największe wady współczesnego jazzu, od smrodku elitarności i snobizmu zaczynając. Badziak w swoim tekście pisze, że jazz w Polsce znów jest cool dzięki “swojej bezkompromisowości, surowości i emocjonalności”, a jako przykłady podaje Matę, Albo Inaczej czy huberta., który wykonuje matcha rap. Ach, zapomniałbym, wspomina też RAYE. Gdzie tu ta surowość i bezkompromisowość? Tak może sądzić ktoś, dla kogo muzyka jest sączącą się nieprzerwanie papką z playlist, a niekoniecznie perkusista jazzowy. Wymienieni przez niego artyści są do bólu bezpieczni, przezroczyści. Symptomatyczne jest to wymienienie Jassmine - jeśli mówimy o stołecznych klubach - przy przemilczeniu Pardon, To Tu.

Takie asekuranctwo, niechęć do eksperymentów i choćby śladów oryginalności w równie dużym stopniu dotyka piosenkowej alternatywy. Utyskiwałem na to 3 lata temu w relacji z Next Festu (uff, czyli nie tylko chwalę), że nie potrzebujemy “zapasowej Hani Rani, Gabriela Fleszara 2.0, kolejnej Brodki/Nosowskiej/Korteza w spódnicy, nowej sanah”. Narzekałem też w tym roku przy okazji nominacji do Fryderyków i obiecane tam “kiedy indziej” właśnie nadeszło.

Przyznam, że staram się trzymać rękę na pulsie i dość namiętnie słucham New Music Friday i Polskiej Alternatywy w zbrodniczym, szwedzkim serwisie. Samych “Dawidów Podsiadłów z temu” co tydzień można tam znaleźć ze trzech. Tydzień temu wyszła kolejna płyta Darii ze Śląska, a ja nadal nie potrafię stwierdzić, kiedy śpiewa ona, a kiedy Kaśka Sochacka. They’re the same picture. Dziewczyn z wadą wymowy za fortepianem, które chcą zostać tą nową sanah jest na pęczki. Przeczytałem ostatnio wywiad z debiutantem maksem.tachasiukiem, w którym mówi o swojej niechęci do sztucznej inteligencji, ale jego piosenki brzmią jakby wrzucił w Suno prompt “zrób mi piosenkę w stylu Podsiadły” (bo każdy śpiewający chłopak chce być jak Dawid). Kilkanaście dni temu zobaczyłem post, w którym jedna z polskich piosenkarek ogłasza, że doznała przemiany na koncercie Rosalíi i chce być jak Katalonka, a dopiero co chciała być Charli XCX. Nie wiem, czy mnie to bardziej rozbawiło, czy przeraziło, ale nie wróżę temu sukcesu w kraju, w którym większym echem odbiło się to, że Rosalía zjadła schabowego w barze mlecznym niż jej ostatni album. Wreszcie, widziałem komentarze poważnych osób, że efekciarska, ale pusta i wyzuta choćby z grama kreatywności polska piosenka na konkurs, który powinniśmy zbojkotować, jest interesująca. Coraz więcej artystów większą wagę przywiązuje do wizerunku niż muzyki. Słucham teraz playlisty z artystami z tegorocznej edycji Next Festu i od dwóch godzin nie usłyszałem nikogo, kto nie byłby czyimś klonem. Znikąd ratunku.

Sami się tak urządziliśmy, ustawiając rynek i branżę pod reklamę piwa. Od 2010 roku, ponad półtorej dekady, głównym rozgrywającym jest Grupa Żywiec, dla której muzyka to tylko pretekst do sprzedaży piwa. Wspierało ją w tym przez lata publiczne radio, a dziś robi to jeden z jego pogrobowców. Kolejnych dżingli reklamowych (bo inaczej nie da się ich nazwać) nie sposób od siebie odróżnić, a jednak od kilku lat dostają nominacje do Fryderyków (i jak te nagrody traktować poważnie). Muzycy formatują się - mniejsza czy koniunkturalnie, czy podświadomie - nie tylko pod algorytmy serwisów streamingowych, ale i żywcowe excele. Występ nawet na mniejszej scenie to okazja, by wyjść do nowej publiczności, pewnie i godny zarobek. I - podobnie, jak Bartek - nie mam do nich o to żalu. Mam żal do nas, piszących, w tym do siebie, że przez te półtorej dekady nikt nie powiedział odpowiednio głośno, że gramy w reklamie browaru, która nienawidzi kreatywności i oryginalności (a występy Maseckiego na małej scenie tego nie zmienią). To będzie się za nami ciągnąć przez kolejne lata, bo nawet jeśli Żywiec zrezygnuje z MG (a raczej na to się nie zanosi), to niejedyny taki reklamowy festiwal. Zresztą, festiwalizacja to kolejna bolączka polskiej kultury, o której można i trzeba pisać kolejne elaboraty.

Na “męskogranizację” nie są odporni nawet muzycy doświadczeni, o pomnikowym statusie. Nowy singiel Artura Rojka brzmi jak rozwodnione, upopowione Lenny Valentino. A przecież to muzyk, który mógłby sobie pozwolić choćby na odrobinę odwagi. Chyba najbardziej spektakularnym przeobrażeniem jest to, którego dokonał Błażej Król. Kto dziś pamięta, że w Kawałku Kulki i UL/KR robił eksperymentalne piosenki, a dziś jest symbolem zachowawczości “alternatywy”.

Zachowawczy są też wydawcy, zachowawcze są media niespecjalistyczne - albo po prostu polikwidowały działy kultury zastępując je Rozrywką - które wciąż piszą o tych samych artystach, a intrygujące nowości pojawiają się tam na marginesach. Nie mam może aż tylu doświadczeń, co Maciek Okraszewski, który swego czasu żartował, że mógłby wytatuować sobie na czole zdanie Polskiego czytelnika to nie interesuje, ale też się nasłuchałem, że może i fajny temat, ale w sumie to #nikogo. Oczywiście, są media, które interesują się nową, niekoniecznie komercyjną, muzyką, ale ich wpływ na rzeczywistość jest chyba jeszcze mniejszy. Zachowawczy są słuchacze, bo w dobie serwisów streamingowych i oferowanego przez nie nadmiaru, zamykamy się coraz bardziej we własnych bańkach i strefach komfortu. A ponieważ zachowawczy są wydawcy i media, nie bardzo kto ma im pokazać, że istnieje cokolwiek poza kolejnymi klonami Dawida Podsiadły, sanah i słabym rapem. Zachowawczy są producenci, którzy robią nieodróżnialne od siebie piosenki na autopilocie. Wreszcie zachowawcze są nasze festiwale showcase’owe, które z uporem maniaka ignorują to, co jest najciekawsze w polskiej muzyce i odpowiada na światowe trendy, czyli nową tradycję (wiem, w Poznaniu zagrali Oberkas Travel, a zresztą nowa tradycja też ma swoje bolączki, o nich po festiwalu). I tak to się kręci.

Nie trzeba daleko szukać, by zobaczyć, że inna strategia przynosi sukces komercyjny i artystyczny. Skoro wspomniałem już Rosalíę, spójrzmy raz jeszcze, jak to wygląda w Hiszpanii - nie tylko ona wydaje swoje albumy w majorsach, ale też tamtejsze oddziały nie boją się eksperymentów, o czym pisałem w lutym. A my siedzimy i dumamy, czy doczekamy się kogoś na jej miarę. Z takim asekuranckim nastawieniem wszystkich uczestników tej gry to szybko nie nastąpi.

wtorek, 12 maja 2026

Nowoczesna klasyka po polsku


W Bandcamp Daily piszę o Polkach i Polakach (przede wszystkim Polkach), którzy zajmują się "modern classical", czyli trochę poważką, trochę dronami, trochę klasyką, trochę filmami. A jeszcze tak wyszło, że zdecydowana większość albo pochodzi albo jest jakoś związana z Trójmiastem. I od niego wychodzę w tym tekscie, na moje pytania odpowiadają Stefan Wesołowski, Olga Anna Markowska i Dobrawa Czocher, a wspominam jeszcze o Hani Rani, Karolinie Rec, Oldze Wojciechowskiej i Magdzie Drozd. Może te rozmowy kiedyś porządnie spiszę (poza tą z Dobrawą, która trafiła na łamy Czasu Kultury), ale na razie niech się świat dowiaduje, że u nas dzieją się, cytując klasyka, arcyciekawe rzeczy.

piątek, 24 kwietnia 2026

Primavera, spring, printemps

Wiosna w pełni, robi się coraz zieleniej. Magnolie przekwitły, zaraz rozkwitną kasztany. Czego słuchać (nie tylko) podczas spacerów?


Dzień przed początkiem kalendarzowej wiosny trafiłem na długogrający debiut Aure, Francuzki, więc można ją nazwać auteure-compositrice-interprète, czyli swojską singer-songwriterką. To był zupełny przypadek, jeden z tych momentów, kiedy algorytmy podpowiadają coś interesującego. Okładka Printemps zapowiada, czego można się spodziewać - dystyngowana, elegancka artystka z gitarą akustyczną, oszczędne liternictwo, błękitne tło. Oczywiste nawiązania do francuskich okładek z lat 70. Wiecie, Gainsbourg, Hardy, Gall.

I tak w zasadzie jest. To francuska nouvelle chanson, oszczędna aranżacyjnie. Oparta na brzmieniu gitary akustycznej, czasem pojawią się zamyślone smyczki, delikatna, przytłumiona gitara elektryczna, wyciszone perkusjonalia. Nie jest to album walczący ze wszystkich sił o uwagę słuchaczki, za to idealny na leniwy, słoneczny poranek. Albo wczesny wieczór. Gdybym miał namecheckować dorzuciłbym do wcześniej wymienionych wczesnego Cohena, Simona z Garfunklem. I Clarę Luciani, do której Aure ma bliźniaczo podobny głos - aksamitny, otulający niczym kocyk, lekko matowy alt.

Printemps zaczyna się od ptasich śpiewów, po których następuje pierwsze i największe zaskoczenie. Aure równie chętnie, co po francusku śpiewa po hiszpańsku i angielsku. Czasem przeskakuje między nimi w ramach jednej piosenki, jak w Mi corazón. W tych momentach najlepiej słychać, jak język wpływa na głos i na odbiór muzyki. Słychać, jak zmieniają się same piosenki pod wpływem języków, ich różnych melodii. W tej wielojęzyczności Aure przypomina mi Myriam Gendron, choć jest w swoich kompozycjach dużo delikatniejsza, bardziej - to chyba słowo klucz do tego albumu - elegancka. To łącznik z MPB i hiszpańskojęzyczną nueva canción. Gdy Aure śpiewa po angielsku, zmiękcza swoje piosenki, jak zmiękcza angielski, gdy przechodzi na hiszpański, pojawiają się delikatne elementy tropikalne, leciutkie pulsowanie (co przestaje dziwić, gdy dowiaduję się, że w poprzednim życiu architektki Aure mieszkała w Meksyku).

Debiut Aure jest albumem staroświecko ładnym, nienachalnym i skromnym. Niczego się po nim nie spodziewałem, a od miesiąca wracam do niego regularnie. 



Dźwięki przyrody pojawiają się też na debiutanckim albumie Sabatini, zespołu, który jakąś dekadę temu mógłby uchodzić za warszawską supergrupę. Karol Strzemieczny (z Pauli i Karola), Igor Nikiforow (z bambiliona zespołów, ale najbardziej z Jerza Igora), Paweł Górski (prawdziwy stołeczny kombatant z Xenonów, no i współszef BarKi). To w studiu, bo na scenie rozrastają się do sekstetu.

W pewnym sensie Koniec świata zaczyna się tam, gdzie kończy się Printemps, gitara w Nasielsku przypomina mi podobnie wznoszącą się partię klawiszy w Le jour se lève. A to nie koniec zbieżności. Koniec świata jest tak samo (choć w inny sposób) niedzisiejszy, wyciszony. Jednak korzenie muzyki Sabatini(ch?) leżą gdzie indziej. To spadkobiercy amerykańskiego indie rocka z lat 90., przepuszczonego przez jamowego Neila Younga (czyli w sumie to, czym żył warszawski piosenkowy niezal 16 lat temu). I jeśli pomyślicie, “o, polski MJ Lenderman”, to muszę was trochę rozczarować. Ich piosenkowość jest rozmyta, niedookreślona, co nie znaczy, że szkicowa. Ciągnie ich w stronę post-rocka (post-folku?) i muzyki ilustracyjnej.

Są w tej muzyce rozgrzane sosnowe bory, pachnące igliwiem i piaskiem, nadjeziorne plaże. Późna wiosna, wczesne lato, barwiące chmury na głęboką czerwień zachodzące słońce, poranna mgła na łąkach. Ucieczka z wielkiego miasta w naturę. Jest polskie przetwarzanie amerykańskiej tradycji, coś podobnego robiła Ola Bilińska na debiucie Babadag (bo potem zespół poszedł w inną, suduwską stronę). A na odwrót, choć z podobnym efektem Mateusz Kowalski.

Koniec świata nie jest radosną płytą, wypełnia go poczucie przemijania, świadomość własnej kruchości; przebrzmiałe związki, strata. Koniec świata po prostu. Ten prozaiczny, codzienny, bez apokaliptycznych ogni. I może dlatego bardziej przejmujący. Ale na spacerach słucha się tego albumu bardzo dobrze, nogi same niosą w stronę horyzontu.

Jak Sabatini wypadają na żywo, będzie można się przekonać w niedzielę 26 kwietnia w warszawskim SPATiFie.


I na koniec króciutko, bo też Już wiosna nie jest przesadnie długim wydawnictwem. Na nie też trafiłem przypadkiem, przeglądając tag “folk” w lokacji Warszawa na Bandcampie. (To podpowiedź, jak wynajduję płyty, o których tutaj piszę). To było nocą, szukałem nowych płyt do posłuchania, obsesyjnie przesłuchuję nowości, to moja choroba zawodowa.

O dziewczynie stojącej za Topielą nie wiem absolutnie nic. Ani czy grała już gdzieś wcześniej, ani czy to jej pierwsze nagrania. Zupełnie nic, poza tym, że nie ma nic wspólnego z dwoma zespołami o tej nazwie, które udało mi się znaleźć.

Jej wiosna to roztopy, brudny śnieg, nocne przymrozki, zmrożone lasy, roztapiające się bagna. Sam jej początek, szary i bury. Bas, głos skąpany w reverbie, automat perkusyjny, czasem gitara i elektryczne pianino. Na pierwszy rzut ucha cold wave pasujący do imprez w Chmurach albo kameralnych koncertów w Młodszej Siostrze. Poetyka jej tekstów kojarzy mi się z Księżycem, magicznym realizmem, niepokojącym, wpełzającym pod skórę. Z drugiej strony, skojarzenia biegną w stronę Grouper i jej muzyki pełnej wilgotnych krajobrazów Oregonu.

Topiel gra bardzo skromnie, przestrzennie, ale nie jest to przyjazna przestrzeń. Rozstrzelone dźwięki, pogłosy i echa przypominają, że my tu w Polsce przez pół roku żyjemy bez słońca, w wiecznej szarzyźnie i błocku. Że to stąd ta nasza depresyjność. I nawet jeśli po zimie przychodzi wiosna, to ten mrok nigdzie się nie wybiera.



czwartek, 16 kwietnia 2026

Sycylijska tradycja przepisana na nowo


Palermiańskie trio Lero Lero bierze na warsztat tradycyjne pieśni i zadaje sobie pytanie, na ile możliwe jest dziś wskrzeszenie tradycji, na ile można udawać, że życie toczy się tak samo, jak sto lat temu.


W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o bardzo interesującym debiucie.

wtorek, 14 kwietnia 2026

Dwie drogi


Z Dobrawą Czocher spotkałem się w lutym w barze Studio. Było głośno, tłoczno i ciemno. Dobrawa szykowała się do premiery swojego drugiego albumu, State of Matter”. O nim mieliśmy rozmawiać, ale rozmowa wyszła dużo szersza - od ciemnych stron sukcesy przez komponowanie dla innych po życie poza światem muzyki klasycznej. Stąd te tytułowe dwie drogi. Do przeczytania w Czasie Kultury".

Album, nagrywany i pisany w Sopocie, dokąd Dobrawa przeprowadziła się na rok, ma w sobie ten charakterystyczny trójmiejski respekt przed naturą. Jednoczesny podziw i strach. Próba zrozumienia jej niewzruszonego charakteru, obojętności mylonej z okrucieństwem. I oczywiście, surowe piękno.

Słyszę w State of Matter pokrewieństwo z dwoma pierwszymi albumami Resiny. Nie tylko dlatego, że Karolina Rec również jest wiolonczelistką. Łączy je podobna wrażliwość, grzebanie w pamięci dłuższej niż jedno pokolenie. Łączą je też techniki, podobne, szkicowe wykorzystanie głosu, wychodzenie poza ustalony kanon grania na wiolonczeli, budowanie z zapętlonych fragmentów całych orkiestr. Przede wszystkim łączy je falowanie, pulsowanie, podskórny szum fal. W tym szumie fal rozbijających się o brzeg jest coś najpierwotniejszego, przecież życie narodziło się w morzu, to z morza miliony lat temu wyszło na ląd. 



wtorek, 31 marca 2026

52 skroble dziennie

 


Na last.fm zarejestrowałem się dokładnie 20 lat temu. 30 marca 2006 roku. Namówił mnie kolega z licealnej klasy (sprawdziłem, nie skrobluje od dekady). I tak już zostałem – to społecznościówka, na której jestem najdłużej – na liczniku prawie 385 tysięcy odtworzeń.

Założyłem konto w drugiej klasie liceum, zasłuchiwałem się wtedy w Pearl Jam, Queens of the Stone Age, Red Hot Chili Peppers, muzyczny świat poza Ameryką dla mnie wtedy nie istniał. Może byłoby to widać jeszcze wyraźniej w statystykach, gdybym nie skasował swoich skrobli na początku studiów. No więc niby 20lat, ale niby nie do końca. Nie martwcie się, to nie będzie wpis o statystykach, wspaniałej ewolucji mojego gustu czy coś w tej podobie.

W czasach swojej świetności last.fm był najlepszym kalendarzem wydarzeń i miejscem do dyskusji w sieci. Oraz do odkrywania nowych artystów. Lastowy algorytm, wspomniane dyskusje, polecenia znajomych były najlepszym źródłem nowości. Które potem najczęściej ściągało się z podejrzanych linków do rapidshare czy mediafire albo z jeszcze bardziej podejrzanych torrentów. Był jeszcze soulseek, ale on już wtedy był kombatancki (choć działa do dziś). Legalny streaming czaił się dopiero w przyszłości.

Ten społecznościowy aspekt last.fm i możliwość pochwaleniu się całemu światu swoim wysublimowanym gustem, jego szerokością i rozległością albo przeciwnie – dogłębną znajomością jednego gatunku lub lokalnej sceny, leżało u podstaw sukcesu portalu. Niektóre zawarte tam znajomości trwają do dziś. Kryzys, z którego last się nie podniósł, nazywa się Facebook. Popularność giganta i jego często agresywna działalność odciągała użytkowników innych platform Z Facebookiem przegrał myspace, przegrało lokalne grono, przegrał i last.fm. Kalendarz wydarzeń to dziś Facebook, choć zgodnie z zasadą ukutą przez Cory’ego Doctorowa, ciężko tam cokolwiek znaleźć. Na Facebooka przeniosły się dyskusje i rozmowy. Last.fm nie pomogły nerwowe ruchy włodarzy – od kolejnych chłodno przyjmowanych zmian szaty graficznej portalu po zamianę przyjaciół na followersów i usunięcie grup. Do tego doszły serwisy streamingowe, przede wszystkim ten szwedzki, ze swoimi bardziej zaawansowanymi i ekstremalnie spersonalizowanymi algorytmami, które doskonale wiedzą, czego słuchasz i co ci się może spodobać. Trochę przestało mieć sens kolekcjonowanie skrobli.

A może nadal ma sens? Historię słuchania w serwisach znają tylko one, użytkownicy dostają jedynie wrapy, ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Last.fm daje możliwość dogłębnego przejrzenia historii słuchania, wygrzebania zapomnianych wykonawców i utworów. Można w nim łączyć różne źródła – i dlatego to jego podsumowanie uważam w swoim przypadku za najbardziej miarodajne. Cały czas znajduję z jego poleceń kolejnych wykonawców, kolejne płyty. Widzę, że powoli wraca społecznościowy aspekt portalu, choć nadal reklamuje się jako miejsce do budowania statystyk. Już nigdy nie będzie tak popularny, jak w latach swojej świetności, ale na razie nie grozi mu los myspace’a (millienalsi, pamiętamy [*]). I mam nadzieję, że za kolejne dwie dekady napiszę kolejny wspominkowy tekst.

wtorek, 24 marca 2026

Czy akademia Fryderyków słucha muzyki?


Dawno temu obiecałem sobie, że nie będę komentował z własnej woli nominacji do Fryderyków. Jednak kiedy praktycznie dzień po dniu ogłaszane są nominacje do Folkowego Fonogramu Roku i tych nieszczęsnych polskich Grammy, a do tego Wirtualne Gęśle (plebiscyt, który chyba najszerzej patrzy na polski folk) publikują swoją listę, muszę zabrać głos. Mimo że wiem, że będzie to wołanie na puszczy.

Otóż przepaść między tym, jak wygląda polska scena folkowa (tak, ją nazwijmy, a rozważania, czym jest folk oraz czy nazwa fryderykowej kategorii „Muzyka korzeni” ma sens zostawmy na boku) według mainstreamu a osób w nią zaangażowanych jest szersza niż Pacyfik. Jestem wśród głosujących na Fonogram i co roku mam wielką zagwozdkę, na kogo zagłosować, bo co album to lepszy. W tym roku jest tak samo, nominowana dziesiątka jest tak mocarna, że jakby nie wyglądała finałowa trójka, to będę zadowolony. Pisałem w swoim podsumowaniu roku, że 2025 dla polskiego folku był po prostu mocarny, że Oberkas Travel to poziom „klękajcie narody”. „Niepraudzivaja” Hajda Bandy została płytą roku czytelników najważniejszego anglojęzycznego magazynu o muzyce folkowej...

Tymczasem w nominacjach do Fryderyków nie tylko zabrakło ich obu (a wiem, że były zgłaszane przez wydawców), za to pojawili się Vavamuffin – co między innymi dobrze pokazuje idiotyzm nazwy kategorii, bo warszawiacy nie grają korzennego reggae, wręcz przeciwnie, ale miałem o tym nie pisać – dwa zespoły grające warszawskie, przedwojenne piosenki: Warszawskie Combo Taneczne i Warszawska Orkiestra Sentymentalna; i do tego zespół i artystka z podkategorii folk alternatywny (albo alternatywny folk, nie mogą się zdecydować na stronie Fryderyków): Chrust i Basia Giewont. Alternatywność, jak wnioskuję z wynika z tego, że to muzyka elektroniczna. Nawet nie bardzo wiem, jak to skomentować. Czy naprawdę w polskim folku nie ma bardziej interesujących płyt? Czy naprawdę musiały nominacje trafić do dwóch zespołów zajmujących bardzo podobną niszę, nie było niczego ciekawszego? Czy naprawdę Vavamuffin muszą być nominowani za każdym razem, kiedy wydadzą płytę? Czy we fryderykowej akademii ktoś w ogóle słucha muzyki (to pytanie ogólne, nie tylko do tej kategorii)?

Nie zrozumcie mnie źle, to nie są złe rzeczy. One są po prostu do bólu bezpieczne. Kocham Combo Młynarskiego, ale Oberkas Travel jest jego dużo lepszą zeszłoroczną płytą. Nie chcę się powtarzać, ale właśnie takiej muzyki potrzebuje (nie tylko) polska scena folkowa – odważnej, bezkompromisowej, a jednocześnie atrakcyjnej. Może akademia w przyszłym roku zauważy bliźniaczy do Oberkasów Tercet Imperial, bardzo bym chciał, ale trudno mi w to uwierzyć. A po ostatnich dwóch latach można było mieć cień nadziei na skruszenie betonu. Rok temu kolejnego Fryderyka dostała Kapela ze Wsi Warszawa, wśród nominowanych byli Sw@da i Niczos (a ten zaczęli od ficzuringu u Hanki Mlynkovej, może kiedyś napiszę o tym coś więcej), za 2023 nagrodę dostali EABS i Jaubi (a dlaczego nie w jazzie to już inna historia). Był to jakiś progres, a teraz się cofamy.

Wygrają pewnie Vavamuffin, ale z tej piątki najciekawsza jest Basia Giewont. Choć to idealny przykład zmarnowanego potencjału. Na papierze wszystko wygląda dobrze: electro pop stojący na fundamencie muzyki góralskiej. W warstwie wizualnej gdzieś między środkową Rosalią a Aliną Pash. Przyznaję, gdy zobaczyłem zajawkę „Szeptuchy”, od razu ją sobie zapisałem do posłuchania. O jakie było moje rozczarowanie, gdy się w końcu za nią zabrałem. W najgorszych momentach to kolejne popłuczyny po Kayah i Bregoviciu, lekko ubarwione elektroniką sprzed 15 lat, najbardziej bezpłciowy radiowy pop. W najlepszych – okolice Brodki pomieszanej z Kaśką Sochacką, czyli korpoalternatywa. I wcale nie jest tak, że im więcej u niej odniesień do tradycji, to lepiej. Jest tu jakiś zamysł, tylko że wykonanie bardzo toporne, przesadzone, zbyt oczywiste, momentami po prostu nudne. Gdyby tylko przykładała równie dużą uwagę do muzyki, jak do otoczki i kostiumów...

To zresztą część szerszego problemu polskiego mainstreamu i „alternatywy”, ale o tym kiedy indziej.

niedziela, 22 marca 2026

Wielogłos

Muzykę Marii Arnal poznałem w 2021 roku dzięki Clamor jej wspólnemu albumowi z Marcelem Bagésem. Jeśli dobrze pamiętam, trafiłem na nią z polecenia redakcyjna koleżanka z Radia Kapitał. Połamana, ale melodyjna muzyka duetu trafiła do mnie od razu, bo to taki eksperymentalny pop odnoszący się do tradycji, który lubię najbardziej. Już wtedy Maria współpracowała z Holly Herndon, amerykańską kompozytorką, którą od lat zajmuje współpraca człowieka z maszyną.

Z Holly Maria potem jeszcze się spotkała przy Holly+ wraz z duetem Tarta Relena. To był projekt emulatora głosu kompozytorki, który potem można było wykorzystać do tworzenia własnych kompozycji i aranżacji. Już sama (tj. bez Holly, ale we współpracy z Lluisem Nacentą) przygotowała interaktywną instalację Maria CHOIR. Napisała tez ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów, nagrała album z Johnem Talabotem, współpracowała z Barcelona Supercomputing Center. Dużo jej było, rzuciła się w eksplorację nowych technologii.

Z tych wszystkich doświadczeń wyrasta AMA, album który jednocześnie zerka w stronę futuryzmu, posthumanizmu, hyperpopu, ale i mocno stoi na fundamencie tradycji. Może wynika to z faktu, że Maria kończyła barcelońską ESMUC, gdzie - jak się wydaje - kładą naciska na zapoznanie się z tradycyjnymi formami, ale i pozwalają na eksperymenty. Dość powiedzieć, że tę samą szkołę kończyły María José Llergo i Rosalía. Muzyka Marii Arnal to podobne rejony. Szlachetny, eksperymentujący, intelektualny pop, który nie traci nic z przebojowości.

Z tradycji Marię najbardziej interesują wielogłosowe pieśni, z klasyki wokalna ekwilibrystyka. Na AMA śpiewa sama ze sobą, jej głos multiplikuje sztuczna inteligencja, I jak jestem negatywnie nastawiony do wykorzystywania AI w muzyce (dlatego tak bardzo wspieram Bandcamp w ich decyzji zakazania muzyki AI), tak takie zastosowanie mogę zaakceptować. Pod nadzorem ludzkiego artysty, jako kolejne instrument, a nie muzykę prosto z nieludzkiego algorytmu. Na obecności AI muzyka Marii nie traci ludzkiego wymiaru. Może też dlatego, że innymi tematami, który Arnal porusza na swoim solowym debiucie są strata i pamięć - w piosenkach opowiada o swojej kuzynce Amie, zmarłej w latach 90. na AIDS - oraz historia kobieca. Historia zamknięcia w czterech ścianach, zdobywania podmiotowości, wyzwalania się spod patriarchalnej władzy.

Głos i jego modyfikacje są tu najważniejsze. Arnal przepuszcza go przez filtry, tnie na krótkie zapętlone sample, multiplikuje go, tworzy chóry. Producenci Alizzz i Pau Riutort komponują szkieletowe podkłady, złożone z “małych” dźwięków, klików, trzasków, syntetycznych ptasich śpiewów, ale i organów. To muzyka ładna, może nawet - to mój największy zarzut - zbyt ładna, zbyt grzeczna. Brakuje mi odpięcia wrotek, mocnego wejścia w to posthumanistyczne szaleństwo.

Piękny jest głos Marii, wielobarwny. W Por tu penas ślizga się flamenkowych melizmatach, a delikatne organy w tle nadają mu religijnego posmaku. W Que me quiten dzieje się podobnie, ale z jeszcze lepszym skutkiem, bo to najlepszy fragment albumu. Im bliżej jego końca, tym spokojniej, tym warstwa instrumentalna się rozrzedza.

Ama to krótka płyta. 13 piosenek, trochę ponad 27 minut. Najkrótsza ma ledwie 15 sekund, najdłuższa trochę ponad 3 minuty. Czy to efekt dostosowania się do wymogów streamingu? Pewnie tak, to przecież nie jest niszowe wydawnictwo. No właśnie, ta rzecz mnie ciągle uderza, hiszpańskie oddziały majorsów są dużo odważniejsze niż te nadwiślańskie. Ama wyszła nakładem Atlantic, Cru+es Refree i El Nino de Elche Sony, Ultrabelezza Maríi José Llergo również, Lux w Columbii. Tam się jakoś da zrobić pop odnoszący się do tradycji.

czwartek, 12 marca 2026

Z Imperium Osmańskiego na Paradę Równości

W najnowszym numerze Ruchu Muzycznego” piszę dość rozlegle i szczegółowo o sevdah i sevdalinkach, muzyce i piosenkach emblematycznych dla kultury Bośni I Hercegowiny, jak ona będących na pograniczu między Europą a Turcją, wciśniętą między cywilizacje. I jak wszystko, co na pograniczach, niejednoznacznych.

W tej podróży miałem dwóch przewodników, młodych chłopaków: Igora Božanicia i Zanina Berbicia. Z pozoru wydaje się, że nie może ich więcej różnić. Ten pierwszy sevdalinki wykonuje we współczesnych, indiefolkowych aranżacjach, kawiarnianych, jego wzorem są śpiewacy i śpiewaczki z Banja Luki, miasta, które raczej nie pojawia się na mapach gatunku. Ten drugi gra po sarajewsku, w najsurowszej formie. A jednak obaj w rozmowach ze mną podkreślali, że nie ma jednego właściwego sposobu grania sevdalinek, że właśnie w tym leży siła i żywotność gatunku. Potrafi się łatwo dostosować do zmieniającego się świata i dlatego jest grany i słuchany do dziś. (A dlaczego raz używam sevdah, raz sevdalinka? Po odpowiedź odsyłam do tekstu).

Pierwszą poznałem muzykę Božanicia. To takie granie, które przemawia do mnie najszybciej. Zakorzenione w tradycji, ale nie uwiązane do niej, poszukujące. U Igora to efekt jego artystycznej drogi. Do własnej tradycji dochodził - co łączy go z wieloma polskimi muzykami - naokoło, jako nastolatek grał amerykańsko brzmiący indie folk. Echa tych doświadczeń słychać w jego muzyce do dziś, Žega jest do pewnego stopnia kuzynką muzyki Joanny Newsom czy Marissy Nadler, a jednocześnie przy jej powstawaniu, Igor zasłuchiwał się w Umm Kulsum i Fairuz. Pięknie się ta płyta snuje, niespiesznie posuwa do przodu. Ta niespieszność jest chyba najbardziej sevdaliknkowym aspektem tego albumu (oczywiście poza kompozycjami), za którego aranżancje odpowiada duet braci Popovów.

Berbić, muzykolog, etnograf, badacz i pracownik naukowy, sevdalinki gra od szóstego roku życia, ponad dwadzieścia lat (w różnych wywiadach przyznaje, że i tak jest dopiero na początku drogi). Mnie w rozmowie powiedział, że sevdalinki gra na różne sposoby, ale swój album wypełnił interpretacjami “in crudo”, bo taka forma - to znów jego slowa - wyciąga z niego więcej kreatywności, pozwala mu na więcej swobody. Jest tu tyko głos i saz. Bardzo mocno słychać tureckie korzenie gatunku. Gdyby nie język, możnaby pomyśleć, że Zenin jest aszykiem gdzieś z dalekiej Anatolii. Hipnotyzuje swoim głosem, fascynuje grą na sazie. A jednocześnie potrafi krytykować purystów, którzy chcieliby, by sevdah się nie zmieniała.


To tylko dwaj bohaterowie mojego tekstu, pojawiają się w nim i klasycy, i reformatorzy. Pojawia się przede wszystkim Bośnia i jej miasta - Mostar, Sarajewo, Banja Luka - bo sevdah to muzyka przede wszystkim miejska. A przecież życie w mieście to ciągła zmiana.

poniedziałek, 9 marca 2026

Dwa kontynenty, trzy milenia

Z pisaniem na blog jest tak, że mogę sobie rozpisać tematy, zrobić plan, a potem go i tak nie dotrzymać, pomęczyć się nad swoimi wyborami, złorzeczyć na siebie… A potem znaleźć taką muzykę, o której trzeba napisać. I tak jest w przypadku Muco.

Od wydania jego debiutu minęło ponad pięć miesięcy, trafiłem na niego dopiero co, szóstego marca, gdy przeglądałem najnowszy numer Songlines (w poszukiwaniu swojej recenzji Trzcin Karabachu, spokojnie, jest). Oliver Nicholson, pół-Brytyjczyk, pół-Burundyjczyk, specjalista od literatury średnio- i staroangielskiej. W eposach, wierszach Beddy i Chaucera, poematach i modlitwach usłyszał pokrewieństwo z burundyjską tradycją. Dojrzał je także w staroangielskiego hearpe, która skojarzyła mu się z inangą, cytrą, którą Burundyjczycy akompaniują sobie podczas śpiewania własnych opowieści. Odległe połączenie Oczywiście, ale przecież muzyka od zawsze służyła do przekazywania historii, wiedzy i mitów.

Jak mu się to wszystko łączy zapytacie? Otóż forma i treść są angielskie, instrument wschodnioafrykański. Śpiewa teksty mające nawet półtora tysiąca lat z towarzyszeniem inangi, wciela się w wielokulturowego i “wieloczasowego” barda. Czasem doda akordeon, wiolę, wplecie nagrania terenowe, strzępki rozmów i śpiew ptaków). Jego głos jest delikatny, bliski gospelowym śpiewakom ze Wschodniej Afryki. Inanga w jego rękach nabiera dostojności, podniosłości, to instrument godny śpiewaków z dworu Wessexu. Słyszę w jego muzyce pokrewieństwo z avantfolkową sceną Glasgow z pierwszej dekady XXI wieku, psychodeliczną, zakorzenioną w tradycji, ale odrealnioną. Z takimi zespołami jak Scatter, The Family Elan, z mającą głos sprzed stuleci Stephanie Hladowski. A jednocześnie wspomniane nagrania terenowe wykorzystuje podobnie do Kenijczyka KMRU, mistrza współczesnego ambientu. Podobnie nie są tylko dodatkami, ale środkiem do zakorzenienia i przeniesienia kompozycji w świat marzeń sennych.

To surrealistyczne połączenie jest po prostu piękne. Sięgające trzech, a może nawet czterech kultur, rozpięte między dwoma kontynentami i dwoma mileniami. Muco duma nad ludzką kondycją, cyklem ludzkiego życia. Album zaczyna się od podwójnej kołysanki, jedynego momentu, w którym tak bezpośrednio łączy swoje ojczyzny, kończy wierszami żałobnymi. Śpiewa w językach z epoki, z każdym utworem coraz mocniej oddalając się od współczesnego angielskiego. W każdym momencie zaklęta jest wieczność, przypomnienie, że niezależnie od epoki ludzie żyją i umierają podobnie. A wszystko na przestrzeni zaledwie 23 minut.

Takie momenty lubię najbardziej w moim momentami obsesyjnym przesłuchiwaniu płyt. Niczego się nie spodziewałem, a otrzymałem muzykę, która zostanie ze mną na długo.



piątek, 6 marca 2026

Nowe otwarcie

 

Który to już raz piszę o Altın Gün? Jeśli dobrze liczę to przynajmniej szósty. W Czasie Kultury rozkładam na czynniki pierwsze ich najnowszy album, Garip, przy okazji zagłębiając się w historię anatolijskiego rocka, szukając wpływów Atatürka, emigracji i tęsknoty za ojczyzną w muzyce tego turecko-holenderskiego zespołu. I o porzuceniu wstydu.

poniedziałek, 9 lutego 2026

Szara nostalgia


Doskonale pamiętam swoje pierwsze spotkanie z Yumi Zouma. To było niedługo po ich debiucie. Okładkę EP I zobaczyłem na blogu Mariusza Hermy. Zachęciła mnie do kliknięcia, spodziewałem się – jak zanotowałem w krótkiej recenzji – czegoś w rodzaju polaroidowego Vampire Weekend. Dostałem cztery sepiowe, późnoletnie piosenki. I zakochałem się w muzyce tych rozsianych po świecie Nowozelandczyków. Od tamtej pory minęło 12 lat.

Jest 2026 rok i – po kilku zmianach składu – Yumi Zouma nadal mieszkają na różnych kontynentach. Wypracowali sposób działania – pomysłami przerzucają się mailami, ale albumy nagrywają wspólnie, w każdej wolnej chwili, gdy są w jednym miejscu. Wyjątkiem były pandemiczne, alternatywne wersje Truth or Consequences. Przez te 12 lat konsekwentnie nagrywali i wydawali epki i albumy co roku. Wypełnione eleganckim, zwiewnym indie popem. Coraz mniej polaroidowym, ale nadal późnoletnim i ślicznym. Jeśli dobrze pamiętam, to napisałem o nich – poza tymi kilkoma zdaniami na blogu – tylko raz, recenzując Willowbank, ich drugi album. Ale ten tekst wyparował razem z portalem, do którego go napisałem.

Po czterech albumach i trzech dziesięciocalowych epkach postanowili coś zmienić, zresztą można było takiej zmiany się spodziewać. Mają już ustalony skład, już na Present Tense grali bardziej organicznie, pochowali syntezatory. EP IV zapowiadała ten nowy kierunek – koniec inspiracji latami 80., koniec tego ciepła. Wchodzą w swoją fazę buntu i naporu, zakładają flanele, farbują się na czarno, słowem, witamy dekadę później.

No Love Lost to Kindness w pełni odsłania nowe oblicze kwartetu. Gdzieś tam majaczy echo Garbage, powidoki Hole, Eels, post-grunge, alt rock. Oczywiście to wszystko jest przefiltrowane przez ich popową wrażliwość. To nie tak, że obrazili się na przystępne, czarujące melodie. Ubierają je po prostu inaczej. To nadal muzyka wypełniona nostalgią. Może nawet bardziej niż wcześniej. A na pewno jest to nostalgia konkretniejsza. Sami urodzili się w latach 90., to dla nich kraina dzieciństwa, bezpieczna i znana. I może dlatego do niej wracają, chcą złapać choć chwilę wytchnienia od świata, który zdaje się pędzić ku zagładzie. A może wchodzą już w ten wiek, kiedy takie spoglądanie w przeszłość staje się naturalne. W „Phoebe’s Song” wplatają nawet dźwięk dzwonka Nokii 3310. „Blister” brzmi jak destylat z najntisowego altrocka, który królował na antenach MTV (RIP). To muzyka wielkich metropolii, nocnych wypadów na miasto. W drugiej połowie albumu zwalniają. Zaczyna się od „Chicago 2am”, które brzmi niczym wprost wyjęte z repertuaru TOPS (to frazowanie i melodia śpiewana przez Christie Simpson). To – kontynuując tę metaforę – długi powrót do domu. Trochę pieszo w świetle neonów, trochę taksówką, w której szybach odbijają błyszczące od deszczu ulice.

Piąty album Yumi Zouma jest utrzymany w szarościach i po 12 latach biegania w kolorach ta odmiana im pasuje.

Nowozelandczycy 15 marca wreszcie zagrają w Polsce, w warszawskiej Hydrozagadce. Bilety jeszcze są.

niedziela, 8 lutego 2026

Ukąszenie pająka


Dopiero co pisałem o październikowym albumie Raüla Refree z Niño de Elche, a ten niestrudzony kataloński producent właśnie wydał kolejną płytę. Z Marią Mazzottą eksplorują południowowłoską, salentyńską tradycją, wywracają ją na drugą stronę i rzucają na nią nowe światło. W szczegółach o San Paolo di Galatina piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

piątek, 30 stycznia 2026

Songlines #215


W świeżutkim wydaniu Songlines, z którego okładki spogląda Steve Martin z banjo w ręce znajdziecie trzy moje recenzje: Oberkas Travel, Julii Kozakovej i Kasi Kadłubowskiej. I tak się ciągnie ten wózek z naszą muzyką na zachód. Może coś z tego będzie, może ktoś ich posłucha.

Można go sobie kupić tutaj, a na stronie możecie wyszukać te recenzje (tylko musicie się zarejestrować).

wtorek, 27 stycznia 2026

Wiatr zaklęty w dźwiękach

W sobotę poszedłem na pierwszy koncert w tym roku. W Młodszej Siostrze zagrał Richard Hronský, słowacki, ekhm, fujarzysta i – według swoich własnych słów – ambientowy pasterz. Piękny i nieoczywisty był to występ. (Zaraz po nim zagrała Marta Forsberg, też bardzo ładnie, ale to temat na zupełnie inną historię).

Hronský na swojej dwumetrowej fujarze grał długimi prawie nieruchomymi statycznymi frazami. Z laptopa dokładał śladowe ilości pogłosów i nagrań terenowych. Ten wyciszony koncert poprzedził krótki wstęp Richarda o instrumencie i swoim pomyśle na muzykę. No więc fujara. To imponujący instrument prosto ze słowackich Karpat. Dla Hronskiego jest łącznikiem z przeszłością. Tą bliższą – wakacjami spędzanymi u dziadków – i tą dalszą. Zakorzenia go w wiejskiej Słowacji, daje oparcie w pędzącym świecie. Wydany we wrześniu 2025 Pohreb jest bardziej slychowiskiem, podróżą w czasie i przestrzeni niż „po prostu” albumem.

W wypełnionej po brzegi małej salce Młodszej Siostry Hronsky skupił się przede wszystkim na dźwiękach swojego instrumentu, zanurzył się w niespiesznej opowieści o pamięci, połoninach i halach. Gdy tak stałem i słuchałem tych dronowych fraz, pomyślałem o dwóch innych, podobnych albumach. Ten pierwszy to przepiękna Quintela Carme Lopez, galicyjskiej dudziarki, która wykorzystuje swój instrument podobnie, co Richard fujarę. Ten drugi to Trzciny Karabachu... przepraszam, Canes of Karabakh, która wyszła kilka dni temu.

Canes of Karabakh to nawet nie tyle projekt poboczny członków kIRk, co inne wcielenie tego tria. Pod polskojęzyczną nazwą zajęli II miejsce na zeszłorocznej Nowej Tradycji. W zasadzie Trzciny – nie mogę przyzwyczaić się angielskiej nazwy, polska jest tak pięknie dźwięczna, ale rozumiem zmianę, kto za granicą będzie w stanie ją wypowiedzieć – niewiele różnią się od tego już nie tak bardzo nowego oblicza kIRk, czyli tria Pawła Bartnika, Olgierda Dokalskiego i Stanisława Matysa. Są jeszcze spokojniejsze i dostojniejsze, a przede wszystkim główną rolę odgrywa tu Matys i jego duduk.

Kaukaski kierunek mogła już podpowiedzieć sama nazwa projektu. Z karabaskich trzcin wyrabia się najlepsze stroiki do duduka, instrumentu emblematycznego dla kultury ormiańskiej. Karabach, przez lata sporny region – należący do Azerbejdżanu, zamieszkany w zdecydowanej większości przez Ormian – dziś kontrolowany jest przez Azerów. Ormianie uciekli. Jednym z efektów przegranej przez Armenię i Arcach wojny jest drastyczny wzrost wspomnianych stroików. Dla Matysa nadal są osiągalne, ale dla wielu ormiańskich muzyków już nie. Jak w takim razie powinien postąpić muzyk z bogatego Zachodu? Czy da się w tej sytuacji postąpić etycznie? Czy nadal można czerpać z i wykorzystywać ormiańską tradycję? Powraca pytanie niezależnie od kontekstu: gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna przywłaszczenie kulturowe?

Z takimi pytaniami musieli się zmierzyć Matys, Dokalski i Bartnik. Ich odpowiedź jest przekonująca. Nie grają tradycyjnych ormiańskich melodii, wykorzystują w pełni swój skład – duduk, flugelhorn i live electronics – i tworzą niedosłowną podróż po wyobrażonym Kaukazie. Hula tu wiatr, przestrzeń przytłacza i wyzwala, góry wydają się wydrapywać dziury w niebie. Z wyjątkiem The Birth of Breath Trzciny grają długimi frazami, jak Hronsky. Głębokiego, melancholijnego brzmienia duduka nie da się pomylić z niczym innym. Czasem zastanawiam się, czy da się na nim zagrać coś wesołego, niepodszytego smutkiem. Dokalski na flugelhornie czasem gra unisono z Matysem, czasem gra niczym na dum duduk, basowym duduku budującym burdonową podstawę pod melodie. Bartnik to wszystko delikatnie przetwarza. Nie modyfikuje, ale uzupełnia, dodając muzyce ciała, ale nie ujmując przestrzeni.

Powoli budowane kompozycje Canes of Karabakh zatrzymują czas, niczym zaklęty w dźwiękach podmuch wiatru. Są jednocześnie odwieczne i ulotne, jak wiatr wiejący nad Kaukazem od tysięcy lat. I właśnie to rozpięcie łączy ich i z Hrosnkym i z Carme Lopez, Brighde Chambeuil i innymi muzykami, którzy wychodzą od tradycji, by opowiedzieć własną historię. 

sobota, 24 stycznia 2026

2025: podsumowanie

 

Może dlatego, że w zeszłym roku pisałem i słuchałem mniej niż latach poprzednich, a blogaska całkiem zaniedbałem, to podsumowanie wyszło mi jeszcze bardziej monstrualne niż wcześniej. To jedna – wada? zaleta? – z cech pisania dla siebie samego, bez oddechu redaktora na plecach. Można pisać, pisać i pisać. Trzeba jednak w pewnym momencie powiedzieć sobie dość.

Nowa tradycja

Dziwny to był rok dla muzyki odnoszącej się do tradycji. Przynajmniej dziwny w Polsce. Kolejny rok z rzędu wychodzą albumy z kategorii „klękajcie narody”, ale nawet w folkowej bańce nie jest o nich głośno. W mediach pojawiają się tylko w Radiowym Centrum Kultury Ludowej (disclaimer, ja też tam piszę), które i tak jest często współwydawcą tych najciekawszych oraz u Bartka Chacińskiego (ale jego blog można już nazwać medium środowiskowym). Gdzie indziej? Bardzo rzadko, w zasadzie mignęła mi tylko wzmianka Oberkas Travel w jednym z instagramowych podsumowań. Może jakimś światełkiem w tunelu będzie Paszport Polityki dla Sw@dy i Niczos, ale nie wiem. Bardzo bym chciał.

Skoro już napisałem „płyty z kategorii klękajcie narody”, to nie powinno nikogo dziwić, że moją płytą roku jest właśnie Oberkas Travel. Co tam robią Zabrodzki, Niwiński, Młynarski i Domagalski... Chciałoby się napisać polskie Altin Gun, ale byłoby to krzywdzące dla wszystkich zainteresowanych. Oberkasi z jednej strony wskrzeszają ladowy humor (począwszy od nazwy), z drugiej – traktują oberki solidną porcją kwaśnej psychodelii. Z trzeciej zachowują oberkową wirowość i transowość, ale dają jej nowe oblicze. F A N T A S T Y C Z N E granie, bardzo mi się podoba to ich stanie w rozkroku między tradycją a odpięciem wrotek. Robią to zupełnie inaczej niż mający prawie ten sam skład osobowy i bardzo podobny repertuar Tercet Imperial (ale o nich więcej w okolicach wakacji). Choć Oberkasi zachwycili mnie od samego początku, to tak naprawdę wielkość tego zespołu najłatwiej doświadczyć na żywo, bo tam na scenie dopiero pokazują, że to są cały czas szalone oberki zapraszające do tańca.

Inne, choć równie transowe oblicze oberków pokazał Mateusz Kowalski. W jego rękach zmieniają się w appalaskie ballady śpiewane na ganku, nie tracąc nic ze swej polskości. To kolejny przykład po Opli przykład na mariaż wyobrażonej, wiejskiej Ameryki z Polską. Hajda Banda! otarła się na Niepraudzivajej o prawdziwą wielkość. Pod sam koniec 2024, tak bardzo, że ja ją zaliczam już do ubiegłego roku ukazała się płyta Trancexpress, zespołu łączącego Polskę Centralną z Oksytanią. Z prawdziwków świetny album wydała Orkiestra Galicja, taneczny, pięknie brzmiący. Pod koniec roku zachwyciła inna orkiestra – Podróżniacy. Zaskakująco blisko tej orkiestrze dętej do swoich włoskich odpowiedników. Robert Piotrowicz na oberkowych rytmach stworzył muzykę wrzynającą się pod skórę.

Tak, polski folk ma się świetnie, ale ani sam nie chce tego przed sobą przyznać, a ni nie wychodzi do szerszego grona słuchaczy. A może stara się wyjść, tylko to szersze grono jest zaimpregnowane na rodzimą tradycję. Trochę, żeby pokazać, że ta muzyka nie gryzie, a wręcz przeciwnie – może być i jest świetnym tworzywem do robienia całkowicie współczesnej muzyki, dla kwartalnika ZaiKSu przygotowałem przegląd współczesnej polskiej sceny. Dobrze to rozumieją metalowcy – Furia już od dawna flirtuje z folkiem i trójkowymi, wirującymi rytmami, w zeszłym roku Ugory weszły na tę ścieżkę.

A jak z tą tradycję i jej modernizacjami, odnóżami jest gdzie indziej? O Hiszpanii i Śródziemnomorzu za chwilę, bo tam dzieje się zbyt dużo, zasługują na własną sekcję w podsumowaniu. Austriaczka Anna Buchegger od kilku lat bierze na warsztat folklor z okolic Salzburga, śpiewa w lokalnym dialekcie i robi z niego porządny alternatywny pop (mamy o niej krotki dokument w ARTE, warto się zapoznać). Sam Amidon nagrał najlepszy album od lat. Przypadkiem trafiłem na drugi album młodziutkiego serbskobośniackiego „sevdalinkarza” Igora Božanicia. A to jedne z najciekawszych interpretacji lokalnej tradycji od lat. Kasai przenosi japońskie minyo (dosłownie muzykę ludu) w świat footworku. To niełatwa rzecz, nieokrzesana, ale bardzo wynagradzająca trud. Warto się z nią zaprzyjaźnić. Po sukcesie Carry them With Us, Brìghde Chaimbeul nie poszła na kompromisy. Sunwise jest jeszcze bardziej dronowa, bardziej nieprzewidywalna, surowa jak szkocki krajobraz. Drugi raz widziałem ją na żywo w tym roku, w największym strasburskim zborze. Piękne doświadczenie.

Cesar y su Jardin też postawili na piękno, poszukali go w dźwiękach swojego rodzinnego Meksyku. Farah Kaddour i Marwan Tohme eksperymentowali z materią lewantyńską dodając do tradycyjnych struktur awangardowe, gitarowe pasaże. Po przerwie wróciło jedno z moich ulubionych muzycznych rodzeństw, bracia Mortazavi, ale niestety ani Nexus Mohammadarezy ani La Fille du soleil Alirezy nie są choć w połowie tak dobre, jak ich poprzednie albumy. Po długiej przerwie wróciła tez Noura Mint Seymali. I to powrót przynajmniej bardzo dobry. Yenbett jest bardzo psychodeliczna, przypomina Group Doueh, ale w przystępniejszej wersji. Młodziaki z Nusantara Beat nasłuchali się starych winyli z kolekcji rodziców i po serii siódemek z coverami nagrali album z własnymi kompozycjami utrzymanymi w klimatach indonezyjskiej muzyki z lat 60. i 70. - tych czasów, kiedy rock rozprzestrzeniał się po świecie i wchłaniał różne lokalne style. Kibicowałem im od początku, cieszę się, że nie zawiedli moich oczekiwań. Nie sugerujcie się okładką epki Ashkana Shafiei, to nie są nagrania terenowe z zapomnianej przez Boga i ludzi wioski w Afganistanie, a pełnokrwiste, podbite funkiem piosenki inspirowane przedrewolucyjnym irańskim i afgańskim popem. Zgadza się za to wiodąca rola rababu. Okładka drugiego albumu młodego irańskiego wirtuoza tanburu, Mohammada Mostafy Heydariana zdradza wszystko, co powinniście o nim wiedzieć.

Raphaelowi Rogińskiemu chyba nigdy nie skończy się dobra passa. Bura jest geograficznie najbardziej określona z serii płyt poświęconych poszukiwaniu duszy Europy Wschodniej, najbardziej bezpośrednio odnosi się do konkretnej tradycji. Pomaga mu w tym trio Ružicnjak Tajni złożone z serbskich specjalistek od awangardy i folkloru. Pedro Vian z Maâlemem Najibem Soudanim otula gnawę analogową elektoniką. Niby nic wielkiego, ale jak to idzie. Percy Flores jako Wayku przenosi w świat jazzu i psychodelicznego rocka peruwiańską, amazońską pandillę. Jak, dlaczego i po co – opowiedział mi w Bandcamp Daily.

Folk ze snów, tropiki z marzeń

Folk nie musi odwoływać się do konkretnej tradycji, może być synkretyczny, czerpiący z różnych źródeł, ale nie wpadający na mielizny world music. Folk może być „syntetyczny”, dostosowany do cyfrowego świata (pachnącego szarością, z papieru miłością), jak na Wynoś się z mojego domu Starej Rzeki. Nie spodziewałem się tego powrotu, ucieszył mnie bardzo. Wyraźnie słychać, że Kuba Ziołek przez tę dekadę dotarł w zupełnie nowe miejsce. Jego doświadczenie z Brutality Garden, nowym wcieleniem ALAMEDY, graniem jako Erva, słuchaniem muzyki innej niż anglosaska wpłynęły na nowe oblicze Starej Rzeki. Choć ten senny, lekko nierealny (a może po prostu surrealistyczny) klimat pozostał. Nieważne, której płyty słucham, zawsze przed oczami mam późnoletnią noc rozświetloną pełnią Księżyca. Z Kubą porozmawiałem dla „Polityki” i teraz sobie uświadomiłem, że poprzedni raz, kiedy zrobiłem z nim wywiad to rok 2010, czasy dziś prehistoryczne. A on spełniał się w Ed Wood i Tin Pan Alley. O tych dwóch zespołach i jeszcze o George Dorn Screams wtedy rozmawialiśmy. Kto o nich dziś pamięta?

Po wyobrażonej, międzykontynentalnej przestrzeni, nowej geografii, gdzie Mzuzu, Warszawa, Białystok i Dar es Salaam ze sobą sąsiadują porusza się Piotr Cichocki na Radio Zodiak Owls Are Not. Fascynujący bardzo niedoceniony (w Polsce po prostu przegapiony). Antonina Nowacka i Sophie Birch zauroczone Sokołowskiem, tym sudeckim pierwowzorem Davos nagrały album pełen harfy, zwiewności, lekkości i wokaliz. Nie tylko o Hiraeth porozmawiałem z Antoniną dla Bandcamp Daily. Dziewczyny z Kuunatic dalej tworzą swoją postapokaliptyczną mitologię opartą na japońskim folklorze, krautrocku i stonerze. Abdullah Miniawy czerpie z egipskiego (nie tylko arabskiego) i lewantyńskiego folku, łączy go ze łzawymi dźwiękami trąbki i tworzy kolejny poruszający, kipiący od emocji album m.in. z udziałem Nino de Elche. Širom – podobnie jak Rogiński – nie są zdolni do wypuszczania czegoś słabego. Każdy ich kolejny album jest niczym wycieczka w nieznane, w stronę nowych muzycznych terenów. Złożonych ze znanych elementów, ale tak wymieszanych, tak poprzestawianych, że tworzy się naprawdę – bez cienia przesady – nowa jakość. Vauruva idzie tropem wytyczonym m.in. przez starą Starą Rzekę i nową Furię. Black metal współbrzmi tu z muzyką brazylijskiej Amazonii. Shackleton dwukrotnie zajmował się muzyką Zimpla. Najpierw wyszła koncertowa wersja ich wspaniałego albumu z Siddhartą Belmannu, a pod koniec roku Brytyjczyk pokazał własną wersję 3 Saagary. Jeszcze bardziej pogłosową, udubowioną.

Polski producent Naraska po wyśnionej podróży do Ameryki Południowej wybrał się – też w świecie rzeczywistym – i przywiózł stamtąd Colours of Morocco. Dużo na tej płycie naszego polskiego Marokańczyka Ayouba Houmanny, jest gnawa, jest muzyka Berberów, są tętniące życiem metropolie – Tanger, Casablanca, Meknes, Marrakesz. Guess What, czyli 1/2 Grup Şimşek bawią się w muzyczne odtwarzanie teorii Ericha von Danikena, do swojej firmowej psychodelii dorzucają trochę egipskich i arabskich elementów. Maciek Sondij z Beluga Stone solowo wytoczył ciężkie, tropikalne działa. Charif Megarbane po raz kolejny zanurzył się w sepiowe oblicze Libanu.

Nie tylko Rosalía

To jest to miejsce w podsumowaniu, w którym porozmawiamy o Rosalíi, Lux i jej recepcji w polskich mediach. A raczej prawie kompletnego jej braku. Głośniejszy był przyjazd Katalonki do Warszawy i strzelenie sobie fotki przed barem mlecznym na Pradze. Kulminacją tego źle ukierunkowanego zainteresowania był kuriozalny wywiad z z impresariatem i członkami orkiestry występującej w teledysku do Berghain w Mint Magazine. Kuriozalny, bo padły tam pytania „czy to wy skomponowaliście partie orkiestry na album” albo „czy to was słychać w nagraniu na teledysku”. Że tez wywiadowani nie pospadali z krzeseł. Recenzji Lux widziałem dwie – w Wysokich Obcasach i Polityce. Natomiast w mediach anglo- i francuskojęzycznych (o hiszpańskich nie wspominam) Rosalía wyskakiwała z lodówki – były wywiady, analizy, dogłębne recenzje. Z większości tych tekstów bije zaskoczenie, że Katalonka porwała się na tak ambitną rzecz. A ja sobie zadaję pytanie, czy oni wszyscy pozapominali o El mal querer, opartej na XII-wiecznym poemacie, wyrastający z flamenco, ale przekraczającym je. Lux to w zasadzie jego kontynuacja. Do tego to ciągłe porównywanie Rosalíi do Bjork, które przypomina mi, że jeszcze nie tak bardzo dawno kobieta w alternatywie była albo kolejną Tori Amos, albo PJ Harvey albo Bjork właśnie. No ile można. Tym bardziej, że muzyka Katalonki wprost wyrasta z lokalnej, iberyjskiej tradycji, kontynuuje drogę wyznaczoną przez Camarona de la Islę. Do tego wpływ Rosalíi jest słyszalny w całym europejskim Śródziemnomorzu - od Portugalii po Grecję. Nie tylko czerpie z całego regionu, ale sama jest inspiracją dla innych.

Trochę o tym wszystkim pisałem w Dwutygodniku przy okazji kreślenia portretu Maríi José Llergo, jednego z najciekawszych głosów współczesnej muzyki iberyjskiej. O Raülu Refree piszę regularnie od mniej więcej siedmiu lat, ale jak nie pisać, skoro to jeden z najważniejszych producentów zajmujących się muzyką (około)tradycyjnej. Na Cru+es z Nino de Elche wspiął się na wyżyny nawet w porównaniu ze swoim własnym katalogiem. A przecież z Aidą Tarrío nagrał piękną wariację na temat katalońskiego i galicyjskiego folku jako Galia i Ovidio. Blisko na tym albumie (wydanym pierwotnie jako dwie EP) album Rodrigo Cuveasa sprzed siedmiu lat. Wszystko jest ze sobą połączone. Ana Arsuaga do baskijskich piosenek dorzuca hiszpańskie, ale nadal jest to zachwycające minimalistyczne, syntezatorowe granie.

Siedem lat młodsza od Rosalíi María Terremoto nagrała piękny surowy album wypełniony flamenco. Inna María, Peláe na El Evangelio odwołuje się do Camarona, idzie tropem świętych, sięga po disco. Amanda Mur tka swoją muzykę niczym pajęczynę z okładki, wplata w folk industrial, dużo tu pogłosu i mroku. Júlia Colom znów inspiruje się balearskim folkiem, ale tym razem pisze własne piosenki. No i zaprosiła Tarta Relena do jednej piosenki, dla tej samej współpracy warto sięgnąć po Paradís. Duet występuje też na debiucie Alosa śpiewającego po katalońsku, trochę ogniskowego, ale bardzo przyjemnego. Lina wydała w tym roku dwa albumy. Jeden bardziej eksperymentalny z Julesem Maxwellem, na którym łączą muzykę elektroniczną i post rock z fado (ale zupełnie inaczej niż robiła to z Refree). Grają dostojnie i snująco. Z balearskim pianistą wyciszoną, skromną – tylko głos i fortepian – O fado. Niby tak odmienne, a bliźniaczo do siebie podobne. Carminho, którą można usłyszeć na Lux, podobnie jak Ana Moura i Lina śmiało wykracza poza tradycyjnie pojmowane fado. La Niña wbrew pseudonimowi nie jest Hiszpanką, lecz Włoszką (pewnie powiedziałaby o sobie, że raczej Neapolitanką). Na Furèsta żeni różne południowowłoskie, stara się być im wierna, ale gdzieniegdzie doda autotune, delikatną elektroniką. Wszystko jednak kręci się wokół wokali, często chóralnych. Jedną z tych chórzystek jest Sara Gioielli, której album był jednym z pozytywnych zaskoczeń ostatnich dni 2025. Tak, tu też się wszystko kręci wokół głosu.

Piosenka jest dobra na wszystko

Chyba jeszcze bardziej niż powrót Starej Rzeki ucieszył mnie powrót sióstr Crutchfield do wspólnego grania. Do takiego indie rocka mam ciągle słabość, nie będę tego ukrywał. Do takiego, jaki gra Indigo de Souza też. Sharon Van Etten po czterdziestce bawi się w gotkę i wychodzi jej to bardzo dobrze. Wreszcie też udało mi się – po prawie 10 latach przerwy – zobaczyć ją na żywo. Derya Yıldırım & Grup Şimşek w nowym, amerykańskim są jeszcze bardziej powłóczyści, jeszcze bardziej rozmyci brzmieniowo. Σtella nagrała idealną letnią płytę, w której zasłuchiwałem się na Korfu. Fajnie, że wreszcie zaczęła też choć czasem śpiewać po grecku. Giorgio Poi wreszcie nagrał album, na którym pokazuje w pełni swój talent do pisania piosenek.

Stara znajoma, Alina Orlova (trudno mi uwierzyć, że słucham jej od 17 lat, czyli od debiutu), z regularnością godną pozazdroszczenia pisze te swoje lekko kabaretowe piosenki będące współczesną wariacją na temat litewskiej poezji śpiewanej. Aż żałuję, że ten litewski mi wyparował głowy. Frànçois & The Atlas Mountains jak zawsze stylowi. Eefje de Visser z powodzeniem wróciła do stylu wypracowanego na Nachtlicht, czyli indie popu opartego na funkowo-postpunkowym basie, plamach syntezatorów, przycinanych gitarach. Tęskniłem. Marcin Masecki raz jeszcze rzucił się w wir starych piosenek z Ameryki Łacińskiej, tym razem w większym składzie i już z całym arsenałem swoich firmowych zagrywek – rozbierania piosenek na części pierwsze, przeplatania różnych motywów, efektu zaciętej płyty. Uśmiałem się przy tym albumie. Drugi album Titanic, czyli duetu Mabe Fratti i I Catolica przynosi doskonały eksperymentalny, hałaśliwy pop. W zeszłym roku słuchałem mniej muzyki z Afryki niż zwykle, ale trzeci album Star Feminine Band polecam z całego serca. Tak jak i pożegnalną płytę Amadou & Mariam. Basia Bulat wreszcie spełniła obietnicą złożoną jeszcze na Green Zoo w 2010 i nagrała pierwszą piosenkę choć trochę po polsku. Z dwóch albumów Lou-Adriane Cassidy wybieram zdecydowanie Triste animal.

W lutym napisałem do Dwutygodnika pochwalną recenzję Iskier Mateusza Franczaka, który wreszcie poszedł na 100% w piosenki. A w grudniu zobaczyłem jego wpis na buniu, że mimo pozytywnych recenzji w prasie, mało kto się tym albumem zainteresował. I to chyba najlepiej oddaje (brak) wpływ(u) krytyki na słuchaczy. A przecież 2T to nie żaden niszowy blogasek czy newsletter, to jedno z największych (o ile nie największe) medium kulturalne w tym kraju.

Trzeci solowy album Yasmine Hamdan po prostu rozdziera serce.

Szumy, spacery, syntezatory

Maciek Polak nie tylko naprawia stare syntezatory, ale też na nich gra. Skromnie mówi, że to zwykle wprawki, ale nie dajcie mu się zwieść. 1977 to album pełen pięknych miniaturek, do których chce się wracać. Wspólny album Patricka Shiroishiego i Piotra Kurka jest niczym spacer po wyludnionym, zimowym mieście. Promenades Felicii Atkinson już samym swoim tytułem odwołuje się do chodzenia i jest to najpiękniejszy muzyczny spacer zeszłego roku. Mieszkająca w Norwegii Szwedka Levina Storåkern drony i nagrania terenowe łączy z przeszywającym skandynawskim folkiem. Earth Sounds Now, międzynarodowy skład, supergrupa właściwie, pod wodzą Nicolasa Jaara porusza się między nagraniami terenowymi, spoken word, ambientem, jazzem.

Pełen złości, przygnębienia i nadziei album nagrał już na wychodźstwie w Holandii Saba Alizadeh. Inspirowany protestami z 2022 roku, zyskał na aktualności pod sam koniec 2025, prawie rok od premiery. Siavash Amini – jak zawsze – wypuścił muzykę duszną i opresyjną niczym atmosfera w Iranie.

Jazz i groove

Znowu nie słuchałem za dużo jazzu z płyt, ale napisałem wszystkie teksty do katalogu 23. Jazzowej Jesieni i pojechałem do Bielska na festiwal. Tam największe wrażenie zrobiło na mnie trio Craiga Taborna z Tomeką Reid i Chesem Smithem (ich wyczekany album ukazał się już na początku 2026) i koncert tria Marcina Wasilewskiego z Joem Lovano i Tomaszem Dąbrowskim poświęcony muzyce Tomasza Stańko. Na lubelskich Kodach z kolei zachwycili Ghosted swoim ciężkim groove’em zanurzeniem w transie. Taki jest też ich trzeci album. Yazz Ahmed tak gra na trąbce i tak zręcznie łączy jazz z muzyką arabską, że ja nie mam pytań. Lepszej jazzowej rzeczy nie słyszałem w tym roku, ale przyznaję, że nie załapałem się na hajp nowych albumów Ciśnienia, Nene Heroine i Niechęci. Obiecują poprawę w przyszłości.

Rozmawiajmy o muzyce

W podsumowaniu 2023 narzekałem na stan czytelnictwa, w tym – jak widzieliście – zżymam się na media. To wszystko dlatego, że mi zależy. Zależy mi na poważnej dyskusji o muzyce, zależy mi na wymianie opinii. Zależy mi na tym, żeby nie zalała nas do szczętu muzyka tworzona przez AI. Chciałbym, żebyśmy słuchali więcej muzyki nie po angielsku, nie z Ameryki i Wielkiej Brytanii, żeby Rosalía i Bad Bunny nie byli pojedynczymi fenomenami, ale zapowiedziami nowego. Żebyśmy wreszcie docenili to, co mamy pod nosem. Czytajcie tych, którzy mają coś do powiedzenia.

W mediach społecznościowych każdy gra na siebie, coraz rzadziej można znaleźć polecajki cudzych tekstów. Przyznaję, że nigdy tego nie rozumiałem, a po ostatnich rozmowach z Łukaszem doszedłem do wniosku, że choć pewnie nie uda się stworzyć jednego wielkiego niezalowego medium, ale chociaż polecajmy się nawzajem. Czytajcie nie tylko Bartka i Jarka, ale Piotrka, Kubę, Ulę, Jacka, Maćka, słuchajcie Krzyśka i Agaty. A jeśli o kimś zapomniałem, to bardzo przepraszam. Czytajcie i dawajcie znać, że czytacie – rozmawiajmy wspólnie o muzyce.