wtorek, 31 grudnia 2013

Polska 2013: wstęp

Spoglądając na mijające dziś 365 dni, śmiało mogę napisać: to był ten rok. Po latach kompleksów (z każdym rokiem coraz mniej uzasadnionych) wobec muzyki zagranicznej, anegdot o niemożności wyboru polskiej płyty roku (bo wszystkie takie złe), można już przestać się czegokolwiek i przed kimkolwiek wstydzić. Pozbądźmy się wstydu raz na zawsze. Ten, 2013 rok zapamiętam przede wszystkim, jako dwunastomiesięczną erupcję kreatywności polskich artystów (a Kuby Ziołka w szczególności). Po raz pierwszy dużo trudniej było mi ułożyć rodzime dziesiątki do podsumowań T-Mobile Music i Uwolnij Muzykę!. Z powodu natłoku dobroci. Wybrana przeze mnie dwudziestka do własnego zestawienia nie wyczerpuje tematu w żadnym wypadku. Poza nią znaleźli się chociażby Ampacity, XXANAXX, Makowiecki, Fern, Cukunft, Shofar, BOKKA i wielu innych, którzy nagrali w 2013 roku dobre i bardzo dobre albumy. Konkurencja była niezwykle silna.

Cieszy fakt, że po latach bezmyślnego kopiowania wzorców anglosaskich, polscy artyści zwrócili się w stronę lokalności, płyt odnoszących się do różnie pojmowanej rodzimej tradycji i kultury. Nie tylko ci związani z muzyka etniczną i ludową. A ci, dla których punktem odniesienia nadal jest Nowy Jork i Londyn, nie boją się przemycać własnej tożsamości. I to moim zdaniem jest najważniejsza cecha 2013 roku w polskiej muzyce.

Dlaczego więc tworzę oddzielne podsumowanie dla naszej muzyki? Z wygody, przyzwyczajenia, wreszcie, zgromadzone na jednej liście robią jeszcze większe wrażenie.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koncerty 2013

Mijający rok był mniej intensywny w materii koncertowej. Przynajmniej dla mnie. Sporo koncertów świadomie ominąłem, część mi umknęła w natłoku informacji. Z tych, na które się wybrałem, zestawiłem trzynastkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. I postarałem się je jakoś ułożyć w kolejności.

13. Ryan Francesconi & Mirabai Peart, 13.08, Pardon, To Tu

Połowa sierpnia była bardzo gorąca. W Pardonie jeszcze goręcej (ale tam niezależnie od pory roku panuje tropikalne temperatury). Ludzi nie przyszło bardzo wielu, by posłuchać tego duetu inspirującego się muzyką Bałkanów. Nie, to nie A Hawk and a Hacksaw, na których koncercie w tym samym miejscu cztery miesiące wcześniej panował konkretny ścisk. Ryan Francesconi i Mirabai Peart zagrali bardzo kontemplacyjnie. Bałkany przefiltrowali przez americanę. Francesconi sięga przede wszystkim po muzykę Wysp Egejskich, trochę sielankową i wycofaną. Najciekawiej robiło się, gdy zamieniał gitarę na bułgarska tamburę. Wtedy muzyka robiła się śmielsza, traciła ilustracyjny charakter i nabierała żywotności. Lepiej też współbrzmiały w tych momentach skrzypce Peart. Ani na chwilkę ich muzyka nie traciła skupionego piękna.

12. kIRk, 12.09, Pardon, To Tu

Nie byłem na marcowym koncercie kIRków z materiałem ze "Złej krwi" w Powiększeniu. We wrześniu przyjechali ze swoją wersją ścieżki dźwiękowej "Zewu Chtulhu" i odkopanymi fragmentami "Mszy św. w Brąswałdzie". Przez ponad godzinę opowiadali o strachu, zepsuciu, nienawiści, nie mówiąc ani słowa. Ich muzyka miała prawie namacalną strukturę, przytłaczała swoim ciężarem i pozbawiała tchu w piersiach. Pod koniec jednocześnie modliłem się, by juz skończyli i nie mogłem wyrwać się z dźwiękowej hipnozy.

11. Kvelertak, 26.03, Hydrozagadka

Metalowa bestia z przebojowym zacięciem w Hydrozagadce rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak powinno się grać metal. Bez spiny, na luzie, ale i bez buractwa. I z takimi fantastycznymi piosenkami. Plus sceniczna charyzma, której Norwegom wielu może pozazdrościć.

10. Jessie Ware, 23.03, Palladium

Jessie Ware, kocham Cię.

9. Maalem Mokhtar Gania, Wacław Zimpel, Paweł Szpura; 12.05, Pardon, To Tu

Znów Pardon, który nie miał w tym roku konkurencji. Z klarnecistą Wacławem Zimplem i perkusistą Pawłem Szpurą zagrał Mokhtar Gania, marokański griot i mistrz gry na gimbri, basowej dwustrunowej lutni. We trzech od razu weszli w saharyjski trans, w którym, gdyby chcieli, mogliby pozostać całą noc. Bardzo taneczny i ekstatyczny groove leżał u podstaw tego występu, więc decyzja organizatorów o rozstawieniu krzeseł była zupełnie niezrozumiała i nietrafiona. Gdzieś w tle pobrzmiewały echa zachodnioafrykańskich big bandów. Czekam na płytę.

8. Konono no. 1, 10.04.2013, Cafe Kulturalna

Z ich poprzedniego koncertu musiałem wcześniej wyjść, żeby porozmawiać z Brianem Shimkovitzem z Awesome Tapes from Africa. W tym roku znów zagrali jednego dnia, ale zamiast namiotu festiwalowego rozgrzali Kulturalną do czerwoności, choć przyjechali w zmniejszonym składzie.

7. Hera, 18.12, Pardon, To Tu

Ostatni tegoroczny koncert, jaki widziałem. Herę na OFFie odpuściłem, wybierając zamiast kwartetu Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura Hokei (ich zresztą też potem widziałem w Pardonie, zagrali dużo lepiej niż w Katowicach). Po "Seven Lines" uświadomiłem sobie ten błąd, a po tym koncercie jeszcze mocniej to do mnie dotarła. Dźwiękowy walec, piękna apokalipsa. Chwilą wytchnienia były tylko bisy, a tak przez półtorej godziny pięknie hałasowali, zatapiając się we własnym graniu.

6. A Hawk and a Hacksaw, 14.04, Pardon, To Tu

Warszawski koncert Amerykanów, choć z tym samym materiałem, był zupełnie inny od zeszłorocznego występu na OFF Clubie. Przede wszytkim nie grali do filmu, mimo że przyjechali promować własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Cieni zapomnianych przodków" Paradżanowa. Muzyka oderwana od obrazu obroniła się świetnie, Jeremy Barnes i Heather Trost w swoich poszukiwaniach przenieśli sie do Europy Środkowo-Wschodniej, więc zabrzmiały rumuńskie, węgierskie i ukraińskie melodie do tańca. We dwoje chwilami brzmieli jak orkiestra, zarówno dzięki technice, jak i nietuzinkowym pomysłom wykonawczym. A gdy zakończyli bis zagranym na środku klubu "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine", poczułem się jak na weselu, gdzieś na końcu świata.

5. Japandroids, 04.08, OFF Festival

Cóż, że przyjechali na festiwal i zagrali krótko w środku dnia, że zabrakło kilku fantastycznych numerów. King i Prowse wiedzą, jak rozpalić mały klub i scenę plenerową. Do tradycyjnego zestawu: pot, głośne gitary, przeboje na OFFie doszedł wszechobecny kurz i piach.

4. Fucked Up, 04.08, OFF Festival

Jak JPNDRDS, tylko bardziej. Nie wiem, jak przeżyłem te dwa koncerty bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dzieliło je pięć minut.

3. Alireza Ghorbani, 08.06, Ethno Port

Czyste piękno. Nie trzeba więcej pisać.

2. Bombino, 21.10, Stodola

Dzięki koncertowi Bombino dowiedziałem się, że Stodoła ma też dodatkową salkę. Ale nie dlatego jest tak wysoko w tym podsumowaniu. Trafił tu, bo przez prawie półtorej godziny byłem na Saharze.

1. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan, 07.06, Ethno Port

Jak numer trzeci, tylko jeszcze piękniejszy i z dachem z gwiazd.

Co tam panie słychać w Afryce?

W 2013 roku muzycy afrykańscy coraz śmielej przebijali się do świadomości słuchaczy zachodnich. Najgłośniej było słychać tych, którzy grali na gitarach.

Przypomniałem kilka najciekawszych afrykańskich gitarowych albumów z mijającego roku.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Odmienne oblicza szamanizmu

Wovoka - "Trees Against the Sky"/T'ien Lai - "Da'at"

Raphaela Rogińskiego i Kubę Ziołka wbrew pozorom łączy całkiem sporo. Obaj są nadaktywni, uczestniczą w niezliczonej ilości projektów, wykształcili wokół siebie prężne środowiska, mają wyrazisty, niepodrabialny styl i, wreszcie, szukają podobnych elementów w muzyce.

T'ien Lai to duet Ziołka z Łukaszem Jędrzejczakiem. Skąpany w oparach kabalistycznej mistyki i wschodniej tajemniczości "Da'at" opiera się na samplerach, przesterach i wyłapanych (przypadkowo?) fragmentach audycji radiowych. W Wovoce wszystko kręci się wokół pierwszych bluesów, potężnego głosu Mewy Chabiery, organiczności brzmienia, sięgania do korzeni. Oba te projekty, tak różne formalnie, są dwoma obliczami sztuki starej, jak ludzkość.



"Trees Against the Sky" przenika do szpiku kości. Przypomina o czasach, gdy duchy przodków były na wyciągnięcie ręki, a biały człowiek nie rządził jeszcze całą Ameryką. Gdzieś pojawiają się dalekie echa Afryki Zachodniej, organy nadają trochę doorsowego klimatu, no ale przecież Morrison też był szamanem. Tutaj mistrzynią ceremonii przywołującą przodków jest debiutantka Chabiera, samorodny talent. Swoim głosem przekazuje smutek i fatalizm Indian i czarnych niewolników, którzy przywieźli swoje duchy zza Oceanu. Ale stare bóstwa nie mgły im pomóc. Raphael Rogiński równie łatwo porusza się po bluesie, co po tradycji żydowskiej.




Od fascynacji kabałą wychodzi "Da'at" i zmierza w zupełnie innym kierunku. Syntezatorowe drony nie uderzają z taką mocą, jak korzenne bluesy, ale wsączają się jeszcze mocniej pod skórę. Z tej magmy wyłaniają się strzępy melodii, krótkie motywy. Nie wpływa to na medytacyjność muzyki Ziołka i Jędrzejczaka. Oni duchy przywołują inaczej, nie w czasie ekstatycznych rytuałów, lecz poprzez wyciszenie i podróż w głąb siebie. Tropy prowadzą do praktyk indyjskich i tybetańskich, i rzeczywiście, pojawiają się dalekie cha klasycznej muzyki indyjskiej i buddyjskich mantr.

"Da'at" i "Trees Against the Sky" są jak dwie strony medalu, jin i jang. Jedno zimnie, beznamiętne, bierne, drugie pełne ognia i żarliwości. Obie są tym samym, współczesnym szamanizmem.

piątek, 29 listopada 2013

Sleigh Bells - Bitter Rivals


Jeszcze nie zdążył opaść kurz po premierze „Reign of Terror”, a Derek Miller i Alexis Krauss ogłaszali, że zaczynają pracę nad jego następca. Tempo mieli szybkie, kilkanaście miesięcy później „Bitter Rivals” ujrzał światło dzienne.

Trzeci album Sleigh Bell jest logicznym krokiem w rozwoju amerykańskiego duetu. Debiutancki „Treats” zdominowały przestery, hałas, mniej skupiali się na melodiach, a przede wszystkim podwaliny pod łobuzerski wizerunek zespołu, z angielska BOSSOSTWO. Choć go uwielbiam, zdaję sobie sprawę, że muzyki jest na nim niewiele. Przy okazji „Reign of Terror” Derek Miller chciał pokazać, że piosenki to przecież potrafi pisać. Przytłaczające brzmienie ustąpiło miejsca ciętym, quasi-metallowym riffom, a piosenki zaczęły ciążyć w stronę teen popu. Jednak Sleigh Bells zatrzymali się wpół drogi.

„Bitter Rivals” składa się z tych samych składników, co poprzednicy. W sferze konceptualnej nie ma mowy o żadnej rewolucji. Graja głośno, trochę nieskładnie, agresywne gitary i (nad)używany automat perkusyjny kontrastują ze słodkim wokalem w stylu kolejnej gwiazdki Disneya, które z kolei soją w opozycji do poważnych tekstów. Jednak już intro utworu tytułowego rozpoczynającego płytę pokazuje, że będzie trochę inaczej.

Pierwsze sekundy to jedynie gitara akustyczna i choć później piosenka rozwija się w przewidywalny sposób, ten początek wzmaga uwagę. Faktycznie, to zapowiedź zmiany, Miller w większym stopniu dopuścił Krauss do kreatywnego procesu. Alexis tym razem w pełni odpowiada za linie wokalne. Słychać tu jej doświadczenie z efemerycznego girls bandu RubyBlue. Melodie stały się wreszcie bezwstydnie popowe, refreny „You Don’t Get Me Twice” czy „Young Legends” już czekają na swoją kolej na szczytach list przebojów. Jednak Sleigh Bells nie byliby sobą, gdyby tej popowości nie popsuli. Tak, jak na „Treats” pod przesterami kryją się całkiem niezłe melodie, tak tutaj wysuwają się na pierwszy plan, a zadziorność została zepchnięta na dalszy plan, ale nie trzeba uważnego ucha, by ją usłyszeć. To świadome przesunięcie akcentów.


Sleigh Bells zostają nadal zespołem idealnym dla pokolenia Internetu 2.0. Patchworkowe kompozycje z powodzeniem łączące różne bieguny muzyki popularnej, głośne, agresywnie walczące o uwagę umysłu w stanie wiecznego rozproszenia. Skutecznie walczące.


sobota, 23 listopada 2013

Pierwsze wyjście z wirtualu

Po tabletowym tygodniku, Pitchfork robi decydujący krok w stronę tradycyjnej prasy, ogłaszając papierowy kwartalnik. Ruch, wydawałoby się, mocno ryzykowny i nieprzemyślany, jeśli weźmiemy pod uwagę dynamikę ruchu prasowego. Czyli zamykanie lub w najlepszym wypadku przenoszenie do sieci wielu tytułów. Taki los spotkał amerykańskie wydanie Newsweeka, taki los spotkał Przekrój.

Z drugiej strony, upadek drukowanej prasy codziennej/cotygodniowej stał się początkiem renesansu kwartalników i dwumiesięczników. Wydawanych w mniejszych nakładach, na grubym papierze, z wysmakowaną szatą graficzną. Taką drogą poszedł po kilku zawirowaniach SPIN (ale w końcu i tak przeniósł się w całości do Internetu), tak są wydawane w Polsce choćby kulinarne magazyny KUKBUK i Smak. Piczforkowy kwartalnik ma być poświęcony dłuższym, krytycznym tekstom niemającym racji bytu w pędzącym za newsem Internecie i, co równie ważne, ładnie prezentować się na półce. Niestety, ta ozdoba domowej biblioteczki kosztuje 127 dolarów rocznego abonamentu (z przesyłką do Polski). 

piątek, 22 listopada 2013

Tatvamasi - Parts of Entirety


Debiut lubelskiego kwartetu jest wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze, został wydany w Cuneiform Records, zasłużonej wytwórni dla poszukującej muzyki. Są pierwszym wykonawcą z Polski w ich katalogu. Po drugie, został zarejestrowany na żywo w studiu. Po trzecie wreszcie, jest powrotem Grzegorza Lesiaka (znanego z folkowej Orkiestry św. Mikołaja) do muzyki po kilkuletniej przerwie.

Tatvamasi, choć nazwę zaczerpnęli z filozofii hinduskiej, od folku i etno przez większość czasu trzymają się na dystans. Oprócz grającego na gitarze Lesiaka w skład zespołu wchodzą Tomasz Piątek na saksofonie, basista Łukasz Downar i perkusista Krzysztof Redos. Każdy z innym bagażem doświadczeń muzycznych. Skoro mają taki i skład i nagrywają dla Cuneiform, można by się spodziewać, ze będą grać jazz. To nie do końca prawda. Lublinianie często wychodza poza jego ramy. Blisko im w tym nieortodoskyjnym podejściu do Niechęci, czy Daktari, podobnie, jak u tych dwóch młodych warszawskich ekip, u fundamentów muzyki Tatvamasi leży rockowa wrażliwość. Nie jest to wychylenie prog rockowe, zbyt duży nacisk kładą na wolność improwizacji, zatracając się w niej. Poruszają się po niej ze swobodą muzyków free jazzowych, ale pamiętają o względnej przystępności,

W początkowych fragmentach „Rhubarb” przenoszą się w stronę bluesa, by potem na jazzowej grze perkusji bawić się w żonglerkę motywami. Trzeba im przyznać, że żadnego nie eksploatują zbyt dlugo, mimo rozbudowanych utworów nie dają się nudzić słuchaczowi. Rozpoczynający album „Unsettled Cyclists Peleton” pokazuje bardziej rockową stronę zespołu, podobnie „Shape Suggestion” zaczynające się od trzęsienia ziemi i powoli cichnące, by w końcówce wyzwolić skumulowaną energię. W „An Eccentric Introvert in a Study Filled with Broken Mirrors” do głosu najmocniej dochodzi jazz, niestety, ten jedenastominutowy utwór jest zbyt poszarpany, zbyt nastawiony na indywidualne popisy i ratuje go tylko przepiękny, melancholijny motyw pod koniec. Jeszcze potężniejszy, bo trwający prawie kwadrans"Astreopeos" rozkręca się powoli, nie rozłażąc się przy tym i dochodzi do quasi-afrobeatu. I wreszcie, na sam koniec zostawili zgrabne "Buy 2, Take 3.

"Parts of Entirety", mimo drobnych potknięć jest albumem fascynującym, unurzanym w eksperymentach i improwizacji.




24 godziny

W 24 godziny można dojechać pociągiem do Konstancy, przejść 96 kilometrów, przesłuchać 35 płyt, dojechać z Warszawy do Barcelony samochodem. Można też obejrzeć raz teledysk (?) do nowego singla Pharrela Williamsa. I posłuchać "Happy" 360 razy. O tu.

środa, 20 listopada 2013

Kaseciarz - Motorcycle Rock and Roll


Ciężka, krakowska zima.

Dużo zmian u Kaseciarza. Z jednoosobowego projektu Maćka Nowackiego przekształcił się w prawdziwy zespół. Trio konkretnie, z Piotrem Lewickim na bębnach i Łukaszem Cegiełką na basie. Nie wydaja się sami, pod swoje skrzydła przygarnęła ich jedna z najciekawszych niezależnych oficyn, krakowski Instant Classic. No i najważniejsze, Nowacki zaczął śpiewać.

Z tym ostatnim można powiązać większą piosenkowość materiału na „Motorcycle Rock and Roll”. „The Greatest Hit” zgodnie z nazwą kusi przebojowymi melodiami, podobnie „Runnin’ Low”. Nie przeszkadza w tym zupełnie fakt, że wokal Maćka jest nagrany niewyraźnie, z nałożonym przesterem i jeszcze na dodatek schowali go głęboko w miksie. Jego chropawość tylko dodaje atrakcyjności kompozycjom. W bardziej rozbudowanych utworach, jak „Roadog” wokal pełni jedynie rolę miłego ozdobnika.

Śpiew jest, za surfu jakby mniej. Surowe i depresyjne warunki ciężkiej krakowskiej zimy, połączone ze smogiem trapiącym to miasto mocno wpłynęły na brzmienie drugiego albumu Kaseciarza. Jest brudniej, ciężej, mroczniej nawet. Depresyjną aurę przerywa promyk słońca w postaci wspomnianego już „The Greatest Hit”, któremu całkiem blisko jest do nowszych dokonań Pearl Jam (ach ta solóweczka). „Drive” to już spojrzenie w przeszłość, w stronę the Doors. „Le Sabre” od rockowego uderzenia przechodzi w jam jako żywo przypominający kyussowe „50 Million Year Trip (Downside UP)”. Chłopaki poprawili też produkcję, choć gitary skrzą się od przesterów, to całość brzmi dużo selektywniej i profesjonalniej. Nie znaczy to jednak, że zatracili swój charakterystyczny, zachęcający do rozróby sznyt.


„Motorcycle Rock and Roll” świata nie zmieni, oblicza rocka również. Pomoże za to przetrwać nadchodzącą zimę w miejskich warunkach. I porozpycha się w końcoworocznych podsumowaniach, niewiele wyszło lepszych gitarowych płyt w ciągu mijających dwunastu miesięcy.


poniedziałek, 18 listopada 2013

Nierówno pod sufitem



Czym jest wolna improwizacja? Co z niej wynika? Czy zupełna wolność dla muzyki jest czymś dobrym? Co daje rytualność? Jak mocno można zatracić się w muzyce? Dlaczego niepowtarzalność występów jest ważniejsza od rutyny? Próbą odpowiedzi na te pytania jest kolejny bootleg (album, nagranie, koncert) Mszy świętej w Altonie, czyli kIRka i Wojtka Kwapisińskiego.

Kompakt można kupić tu.

piątek, 15 listopada 2013

Osobno

Josh Homme - 19.06.2005
Nick Oliveri - 17.06.2007
Brant Bjork - 31.03.2010
John Garcia -12.11.2013

Do reaktywacji Kyussa po ostatnich sądowych starciach już nie dojdzie, jedyne, co pozostało, to zobaczyć byłych muzyków oddzielnie. Mnie zajęło to osiem lat.

Nad pięknym, modrym Dunajem

Z czym kojarzy się Wiedeń? Z walcem, kawą, rogalikami, bokobrodami Franciszka Józefa, dawno minioną chwałą. Z muzyką alternatywną? Raczej nie. Niegdysiejsza stolica europejskiej kultury na kilka długości przegrywa choćby z Berlinem. Nie znaczy to jednak, że największe miasto Austrii nie ma muzycznie nic do zaoferowania.
Napisałem o debiucie Fijuka. 

wtorek, 29 października 2013

Bunt wciąż się tli

Świat zachodni powoli wychodzi z kryzysu, protest songów w tym roku też jakby mniej. Nie znaczy to jednak, że nadszedł dla nich koniec historii. Wiele jeszcze zostało do zrobienia, a tam, gdzie społeczne niezadowolenie, jest i muzyka buntu.
Drugi raz w tym roku napisałem o protest songach, powtarza się tylko jedna. 

wtorek, 22 października 2013

Uskudar 20 X 2013

1. Bombino - Anar
2. Bombino - Niamey Jam
3. Bombino - Imuhar
4. Bombino - Imidiwan
5. Mdou Moctar - A fleur tamgak
6. Mdou Moctar - Chet bogassa
7. Mdou Moctar - Tahoultine
8. Etran Finatawa - Eldam
9. Etran Finatawa - bakuba
10. Tamikrest - Takma
11. Tamikrest - Djanegh Etoumast

wtorek, 15 października 2013

Po końcu świata

Patrząc na zdjęcie autorstwa Peve’a Lety’ego, zdobiące książeczkę bydgoskiego zespołu i słuchając “Późnego królestwa”, mam przed oczami kadry z wydanego w 1990 roku komiksu Neila Gaimana, “Księgi magii”. W czwartej części główny bohater podróżując do końca czasu trafia na Ziemię po wypaleniu Słońca, zamieszkałą przez resztki zdeformowanej ludzkości. Podobny obraz świata po jego końcu kreślą Ziołek, Popowski i Zieliński.
Napisałem o debiucie Alamedy 3. 

poniedziałek, 14 października 2013

Uskudar 13 X 2013

1. A Hawk and a Hacksaw - Espanola Kolo
2. Rata Brass Band - Shapkarevo kasapsko oro
3. Raya Brass Band - Riff Cloud
4. Pitchblak Brass Band - Wime Dat Gyal
5. Marcin Masecki -  Polonaise lente
6. Boban i Marko Marković Orkestar - Bubamara
7. Jaipur Kawa Brass Band - Gore Gore O Banke Chhore
8. Hera - Sounds of Balochistan

środa, 2 października 2013

múm -Smilewound



W 2007 roku múm zmęczeni indie/folktronika, z której uczynili swój znak rozpoznawczy i rozbici odejściem Kristín Valtýsdóttir (wcześniej zespół opuściła jej bliźniacza siostra Gyða) postanowili nie tylko wymienić cały dotychczasowy skład i wykonać poważną woltę stylistyczną. Niestety, przejście do grania folku było najgorszą decyzją w artystycznej karierze duetu Tynes/Smárason. "Go Go Smear the Poison Ivy" i wydana dwa lata później "Sing Along to Songs We Don't Know" były błahe, bezbarwne, wymuszone i przede wszystkim, zupełnie odarte z magii pierwszych nagrań Islandczyków.

Zrozumienie tego błędu zajęło múm sześć długich lat, w czasie których zdążyłem ich definitywnie spisać na straty. Przedwczesnie, bowiem "Smilewound" przywraca wiarę w ten zespół w najprostszy możliwy sposób. Otóż Islandczycy wrócili do wypracowanej przez lata stylistyki. Znów czarują pstrykającymi dźwiękami, znów nad nimi unoszą się niby elfie wokale. Znów jest po prostu pięknie i baśniowo w naturalny sposób. Słychać radość z grania i z powrotu. Piosenki same w sobie są wreszcie interesujące i wyraziste. "Toothwheel" słusznie wybrano na  pierwszy singel, w nim odzywa fenomen "Finally We Are No One". Nie jest jednak tak, że Islandczycy zupełnie zapomnieli o ostatnich latach. Folk też się pojawia, ale te akustyczności nurzają się w bitach, trzaskach, szumach. Múm znów nagrali idealną zimową płytę, już nie mogę doczekać się pierwszego śniegu. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Tylko tyle i aż tyle.

Oczywiście, o powrocie do życiowej formy nie ma co na razie marzyć. "Smilewound" od "Loksins erum við engin" dzieli tak samo wiele, jak od "Sing Along to Songs We Don't Know". Niemniej, to bardzo dobry prognostyk na przyszłość. 

wtorek, 1 października 2013

Zapomniana rewolucja

 W czasie rządów Sekou Toure powstało około 60 sponsorowanych przez rząd orkiestr. Zespół był w każdej prefekturze i większym mieście. Wtedy też, ustalił się typowy skład osobowy: dwie gitary, bas, perkusjonalia, klawisze, sekcja dęta składająca się z trąbki, puzonu i saksofonu. Choć w państwowej skarbnicy często widać było dno, każdej zakupiono instrumenty, każda miała możliwość odbycia sesji nagraniowej w rządowym studiu w stołecznym Conakry, każda mogła wydać nagrania w (państwowej, a jakże) wytwórni Syliphone.
Napisałem o afrykańskich orkiestrach rządowych.

czwartek, 26 września 2013

5 x kaseta

Odprysk nieregularnego cyklu o siedmiocalówkach.

Great Thunder - Strange Kicks EP



Katie Crutchfield ma głowę pełna piosenek. Dwie płyty PS Eliot, dwie jako Waxahatchee, dwie demówki Bad Banana. Wszystko w ciągu czterech lat. Po przeprowadzce do Filadelfii przyszedł czas na kolejny projekt. Tym razem z Keithem Spencerem ze Swearin'. Great Thunder to przede wszystkim te piosenki, które nie pasują do ich głównych zespołów, sześć piosenek leżących na przecięciu sfuzzowanego indie i delikatnego synth popu. Nic wielkiego, ale bardzo ładnego.



Guardians Ov Gilded Peradam and All The Spirit Deeply Dawning In The Dark Of Hazel Eyes - Cacophonic Hymns Against Mistrals Ov Mount Analogue

Warszawska mikrowytwórnia Wounded Knife specjalizuje się w różnej maści muzyce eksperymentalnej. Co prawda, na razie w katalogu widnieją cztery (wyprzedane) pozycje, ale sampler nadchodzących wydawnictw każe mieć na nich oko. Każda z dotychczasowych taśm jest limitowana do 50 sztuk, dopieszczonych w najmniejszych edytorskich szczegółach. Najefektowniej prezentuje się chyba ta współpraca trzech Amerykanów. Muzycznie też jest ciekawie. Dwa utwory oparte o brzmienie indyjskiej tambury i chropawych efektów to wciągająca muzyka paramedytacyjna przywodząca na myśl tybetańskie klasztory. Album wyszedł również na 3 calowym CD.



Sobrenadar - Alucinari



Paula Garcia pojawiła się w mojej audycji prawie rok temu. Jej delikatny, syntezatorowy dreampop jest zupełnie nieoryginalny, ale nawet Brain Eno uważa, że to nie grzech. Za to niezwykle urokliwy i ulotny, co w równym stopniu jest zasługą hiszpańskiego. Kolejny po mum przykład na to, że angielski to niekoniecznie najlepszy wybór.


Stara rzeka - Cień chmury nad ukrytym polem



O solowym debiucie Kuby Ziołka napisano już prawie wszystko. Mało kto jednak wspomni, że "Cień..." to tak naprawdę dwa różne albumy. Zawartość CD wydanego przez Instant Classic (ich warto śledzić bardzo uważnie, nie ogłaszają kasetowych premier) różni się od kasety, która pojawiła się w Few Quiet People. Niby dzieli je niewiele, dwa i pół utworu, ale podjęta pod wpływem Wojtka Krasowskiego (szefa FQP) decyzja, by usunąć momenty blackowe i zastąpić je folkiem zupełnie zmienia całościowy odbiór "Cienia...". W recenzjach pojawiały się porównania do neofolku, ukrytej ludowości i słowiańskości, ale tak naprawdę słychać je tylko na kasecie, która jest zapisem gorącego dnia w Borach Tucholskich, czuć zapach rozgrzanego, sosnowego igliwia, słońce razi oczy, powietrze faluje... coś złego czai się w pobliżu, ale się nie ujawnia. Na razie.



uSSSy - Afghan Music House Party

Wypuszczony pod koniec ubiegłego roku album moskiewskiego duet uSSSy doczekał się we wrzesniu wydania kasetowego. Grają noise rock inspirowany muzyką Środkowego Wschodu, przede wszystkim Afganistanu, Uzbekistanu i Tadzykistanu, używając do tego zmodyfikowanej gitary barytonowej (o dodatkowe progi, by lepiej naśladowała tamtejsze lutnie) i zestawu perkusyjnego. Artjom Galkin i Paweł Eremejew odważnie łączą azjatyckie melizmaty i pokręcone rytmy z gitarową wrażliwością, czasem zbliżając się do metalu, zawsze jednak mając na swoje granie pomysł.




środa, 18 września 2013

Do rymu


Debiutancki singel Misi Furtak z tres.b nie oddala się zbytnio od tego, co Misia robiła wcześniej z chłopakami. Bardziej popowy i przebojowy, "Mózg" mieści się gdzieś koło "Grandy" Brodki, co mnie bardzo cieszy, takiego popu ciągle u nas brakuje. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie dwa wersy: i wypełniam go ołówkiem/bo jestem półgłowkiem, a stąd już niedaleko do herbaty, która u sąsiada wzniosła krzyk (ale i tak leci na pętli).

poniedziałek, 9 września 2013

Wszystko

Muzyka jest wszystkim, matematyką również. Można na nią różnie patrzeć. Jest w niej sporo matematyki, ale akurat mnie najbardziej interesuje muzyka, w którą, czy to grając, czy słuchając, możesz zanurzyć się tak głęboko, że zapominasz o tym wszystkim naokoło.
rozmawiałem z Olgierdem Dokalskim, najbardziej znanym z kIRka i Daktari. 

piątek, 6 września 2013

Ostatni

Wczoraj fantastycznym koncertem na Skwerze Hoovera oficjalnie działalność zakończyły Płyny, jeden z najoryginalniejszych i moich ulubionych warszawskich zespołów. Zamiast pisać im epitafium, przypominam niedostępny już w sieci wywiad z Igorem Spolskim i Szymonem Tarkowskim z kwietnia ubiegłego roku. Będzie ich bardzo brakować.




Kwestia pewnej filozofii
Idzie wiosna, lato coraz bliżej, do tego niedawno wyszła trzecia płyta Płynów. Te trzy powody wystarczyły, by porozmawiać z Szymonem Tarkowskim i Igorem Spolskim. Nazwali swoje najnowsze dzieło „Vacatunes”, więc od wakacji zaczęliśmy.
Jaka jest najlepsza muzyka na wakacje?
Szymon Tarkowski: Ja bardzo lubię włoski pop z lat 60. i 70. Świetnie się tej muzyki słucha w samochodzie przy otwartym oknie, gdy świeci słońce. Tacy artyści jak Pupo albo Drupi.

Igor Spolski: Trupi.

Szymon: Nie ma takiego kolesia… Mówię absolutnie serio. Wiem, że ta muzyka kojarzy się z totalną wiochą, ale w upalne lato świetnie się tego słucha. Podobnie działa Serge Gainsbourg albo The Beach Boys.

Igor: Ja rozkochałem się w bigbicie, który z resztą gram pod szyldem NASI STARZY, lubię Devendrę Banharta na upalne leżenie plackiem na deskach pomostów, Cloud Control do mnie ostatnio przemawia, The Fowles i Captain Beefheart, przy czym kapitan jak nikt inny.

Szymon: Tak, Devendra też jest super na wakacje. W zeszłe lato w moim odtwarzaczu rządziła też dosyć mocno druga płyta Fleet Foxes.

A „Vacatunes”?
Szymon: To też, ale my staramy się nie słuchać własnej muzyki. Ta płyta powstawała dwa lata i wysłuchałem już tych piosenek chyba wystarczającą ilość razy. Natomiast wszystkim innym oczywiście szczerze ją polecam.

Igor: Wiesz, sytuacja jest taka, że każdej piosenki słuchaliśmy po sto kilkadziesiąt razy w studiu.

Skoro zaczęliśmy od muzyki na wakacje, to gdzie je najlepiej spędzić?
Igor: Nie w Europie, czego echa pobrzmiewają w piosence „Camping de Europa”. Taką właśnie miałem refleksję, która po części wynikała z tego, że Europę zjechałem całą, że jest w niej drogo, ale przede wszystkim, że już mi ten kop egzotyki nie wystarcza, że czuję się tu wygodnie i bezpiecznie a dla mnie podróżowanie nie ma nic wspólnego z turystyką, Musi by przygoda, niepewność, brak całkowitego poczucia bezpieczeństwa, jakiś ferment, od którego bierze się instrument, laptopa i pisze się piosenki. Dla mnie wyjazd i powrót bez nowych pachnących songów to wyjazd po nic, taką mam fiksację.

Szymon: Południe Azji ma też taką wielką zaletę, że tam jest ciepło, kiedy u nas jest zima. Warto pojechać tam w zimie i mieć wakacje cały rok.

Igor: Tak też zrobiliśmy w tym roku.

Czemu trzeba było czekać tak długo na „Vacatunes”?
Igor: Chcieliśmy zrobić ją naprawdę porządnie. Ślady były nagrywane w różnych miejscach. Część nawet w Nepalu. Sporo czasu zajęło nam wyszlifowanie jej.

Szymon: Ja w międzyczasie zacząłem grać z zespołem Pustki, zdążyłem z nimi zrobić trzy płyty. To też zajmowało czas i odrywało mnie od Płynów. Natomiast Igor był w Nepalu, gdzie nagrał płytę z tamtejszymi muzykami.

Igor: Wychodzi za dwa miesiące. Razem z książką, czy może bardziej dziennikiem z podróży ze zdjęciami.

To będą te piosenki na ukulele, zapowiadane od dłuższego czasu?

Igor: Tak, instrumentarium jest zupełnie inne niż na dotychczasowych płytach. Większość piosenek opiera się właśnie na brzmieniu tych małych urokliwych, hawajskich gitarek, perkusjonaliów i szczypty nepalskich instrumentów etnicznych.

Skąd się wzięło ukulele w twoich rękach?

Igor: Byliśmy z Szymonem kiedyś na imprezie w Chłodnej 25 i dwóch chłopaczków grało piosenki Beirutu. To był taki moment, kiedy te instrumenty dopiero pokazały się w Warszawie.

Szymon: Z resztą jednym z tych chłopaków był niejaki Filip Pokłosiewicz. Nie wiem, czy dalej gra na ukulele, ale to był właśnie on.

Igor: Teraz wytworzył się silny ruch muzyków grających na ukulele.

No właśnie, nie jesteś zły, że Eddie Vedder ukradł ci pomysł na płytę i palmę pierwszeństwa?

Igor: Eddie ma po prostu przechlapane;-) Prosta sprawa. Trochę mi żal, bo gdyby współpraca z Polskim Radiem odbywała się lepiej i wszystko byłoby na czas, to moje piosenki na ukulele wyszłyby rok wcześniej niż on…

Szymon: się urodził.

A jaki jest stan Leonoff?

Igor: Zespół nagrał płytę i się zamknął. To był ostatni zryw tego składu i chęć zamknięcia pewnego etapu. Poza tym to był bardzo duży zespół i zarządzanie nim partyzanckimi metodami odbierało mi chęć do życia. Z perspektywy czasu patrzę na ten band, jako szkółkę, przez którą przewinęło się z kilkadziesiąt osób, zespół, w którym uczyłem się pisać piosenki i aranżować je i jako skład, który nagrał kilka fajnych piosenek.

Jaki jest najdziwniejszy instrument, jaki wykorzystaliście na „Vacatunes”?

Szymon: Nie było jakichś bardzo dziwnych instrumentów. Mieliśmy gitarę dobro, która u nas nie jest szczególnie popularna, ale na przykład w Stanach możesz ją dostać w każdym sklepie muzycznym. Wykorzystaliśmy ją w utworze „Camping de Europa” i jej country’owe brzmienie nadało nowy wymiar tej piosence.

Igor: Ukulele też się pojawia w dwóch piosenkach, gram na banjo w „Life on Wars” i jakiś pseudo-przeszkadzajkach znalezionych w studiu.

Szymon: Flet bansuri, na którym gra chłopak z Nepalu.

Lubicie Pałac Kultury?

Szymon: Wiem, że Pałac Kultury ma złe konotacje zwłaszcza dla ludzi starszej daty, kojarzy im się ze Stalinem, komunizmem i tak dalej. Dla mnie natomiast, jako człowieka urodzonego w 1978 roku, czyli i tak dosyć dawno temu, Pałac Kultury jest ok.

Igor: Architektonicznie patrząc, Pałac Kultury, podobnie jak samochód Pabieda został żywcem zerżnięty ze wzorców zza Oceanu. Przywodzi mi na myśl Nowy Jork, do którego bardzo chciałbym pojechać, ale wiecznie nie mam kasy.

Szymon: Mnie Pałac Kultury kojarzy się z nieistniejącym klubem Jazzgot, z Cafe Kulturalną, Salą Kongresową, Kinoteką, czyli miejscami, gdzie można zobaczyć fajny koncert lub obejrzeć dobry film.

Igor: A mnie z tym, że jak tam był klub Jazzgot, byłem robotnikiem najemnym i budowałem parking. Widziałem chłopców chodzących z gitarami do Jazzgotu i myślałem, jaki świetny mają lajf. Tak było, czytałem Hłaskę i pracowałem na budowie.

Szymon: I dlatego, że tak bardzo lubimy Pałac Kultury jest o nim piosenka na nowej płycie.

Gdzie chcielibyście mieszkać poza Warszawą?

Szymon: W Portugalii. Mimo tego, co Igor mówił o Europie, to są w niej wciąż fajne miejsca. Portugalia oprócz Polski jest najfajniejszym krajem na świecie. Mają świetne jedzenie, świetne wino, ryby i owoce morza. Jest piękna pogoda. Sympatyczni ludzie. Fakt, jest tam teraz kryzys gospodarczy, ale myślę, że sobie poradzą. Ja mógłbym mieszkać w Lizbonie, a ty?

Igor: W Nepalu i coraz poważniej myślę, by się tam przenieść na stare lata. Chaos, który jest tam, odzwierciedla chaos we mnie.

Jesteście jak Lennon i McCartney czy Jagger i Richards?

Igor: Nie wiem, z którym z nich bardziej się utożsamiam, nie zadaję sobie takich pytań, ale jeśli odwołamy się do Fab Four to Szymon jest jak Epstein.

Szymon: Dokładnie. Coś w tym jest. Chociaż ja, w przeciwieństwie do Briana Epsteina, managera The Beatles, czasami też piszę piosenki.

Igor: Szymon ogarnia wszystkie sprawy organizacyjne, koncertowe.

Szymon: Czasem jest tak, że mam pomysł na piosenkę, ale nie umiem ładnie ubrać jej w słowa. Tak było z „NRF FM”. Przyniosłem ideę piosenki i refren do niej, a Igor dopisał piękne zwrotki i wymyślił super melodię.

Słuchacie jeszcze radia?

Szymon: Ta piosenka wzięła się z jeżdżenia z Pustkami w trasy. Wiadomo, dużo się jeździ samochodem, jest nudno, więc słucha się radia. Duża część Polski jest tak pokryta falami radiowymi, że do wyboru jest albo RMF albo Radio Maryja. To, co leci w jednym i drugim radiu jest dosyć przerażające.

Igor: Tu będzie w nawiasie Igor Spolski idzie po barszczyk (Igor Spolski idzie po barszczyk).

Szymon: Z nośnika muzyki radio stało się nośnikiem treści reklamowych. Kiedyś reklamy były przerywnikiem dla muzyki, dziś muzyka przerywa reklamy.

Na „Vacatunes” śpiewasz w dwóch piosenkach.

Szymon: Wcześniej zaśpiewałem fragment „Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza” na pierwszej płycie i zdarzało mi się śpiewać chórki, ale można uznać, że „Najbrzydsze dziewczyny” i „Naklejka” to mój wokalny debiut. Wynikło to z tego, że to moje utwory, a Igor nie do końca się z nimi identyfikował.

Dużo macie takich niewykorzystanych piosenek jak „Singalong”, która pojawiła się na składance „Daleko od Szosy”?

Szymon: Zawsze wypada z albumu kilka utworów. Na płycie „Rzeszów – St. Tropez” znalazło się dwanaście piosenek, a nagraliśmy szesnaście. Jedną z nich jest właśnie „Singalong”. Pozostałe istnieją w czeluściach mojego dysku twardego i raczej ich nie pokażemy światu, bo trochę się ich wstydzimy. Dopiero po naszej śmierci, gdy będą wychodziły wypasione boksy z reedycjami, ujrzą światło dzienne.

Czujecie się częścią jakiejś większej sceny?

Szymon: To jest kwestia pewnej filozofii. Niektóre zespoły uważają, że trzeba być takimi, jak zespoły z Wielkiej Brytanii czy Stanów. Ubierać się tak samo, grać taką muzykę. Być jak najbliżej ideału takich zespołów.

Igor: Tego wynikiem była scena indierockowa sprzed kilku lat, która rozbłysła tak samo szybko jak zgasła.

Szymon: Ja bardo lubię muzykę anglosaską, całe życie słuchałem takich rzeczy, ale nie uważam, że powinienem tak grać. Oni robią to świetnie i nie widzę powodu, bym miał grać tak samo. Po co wozić drzewo do lasu? I dlatego identyfikuję się ze sceną skupioną wokół naszego wydawcy. Grają po polsku, nie wstydzą się przyznawać do swojej polskości. W takim sensie czuję przynależność do tej sceny. Nie znaczy to jednak, że polskie zespoły grające indie rocka są z założenia złe. Często to są bardzo fajne ekipy.
Uwielbiam na przykład drugą płytę The Car Is on Fire. Grają tam na światowym poziomie.

Igor: Ja się nie identyfikuje z żadną sceną. Po prostu robię swoje.

I już na otarcie łez "Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza" z wideosesji:

poniedziałek, 2 września 2013

Daktari - I Travel Within My Dreams With a German Passport


Nie czekając na premierę "Lost Tawns", od dawna zapowiadanego drugiego albumu, warszawski kwintet jazzujących improwizatorów pojechał do Berlina zarejestrować kolejny materiał. W poszerzonym składzie. Do zespołu na czas tej sesji dołączył Tomi Simatupang, mieszkający w stolicy Niemiec indonezyjski gitarzysta.

Jego obecność wpływa na przesunięcie ciężaru z jazzu na rock psychodeliczny. Klezmerki z "This Is the Last Song I Wrote About Jews, Vol. 1" poza jednym fragmentem też nie uświadczymy.  Zamiast tego muzycy nurzają się w długich, improwizowanych kompozycjach. Momentami melancholijnych, jak "Eine Kleine Weltschmerz" czy początek "Dubel Tęsknię". Innym razem motorycznych, wręcz agresywnych jak "Dance for me, German Sentence" i utwór tytułowy. Wszystkie utrzymane są w konwencji snu, w którym motywy pojawiają się i nagle znikają. Często bez żadnego powodu. Stąd "Dubel" przechodzi znienacka w "Tęsknię" znane z debiutu. To też tłumaczy rozjeżdżające się "Little Hollow" mające wiele wspólnego z nowym wcieleniem How How. Wreszcie tez należy w tym koncepcie widzieć sens umieszczenia na płycie "I Travel..." w dwóch wersjach, wszak sny lubią powracać. Ten konkretny wyrasta na jednym motywie, bu potem w obu wersjach zacząć się poważnie różnić, co też nie jest niczym dziwnym. Ten zabieg, gdy już zostawimy senne metafory, najlepiej pokazuje, jak mocno Daktari opierają się na improwizacji i jak za każdym razem z tego samego zalążka powstaje tak naprawdę nowy utwór.

Jako wynagrodzenie stanowczo zbyt długiego oczekiwania na "Lost Tawns", "I Travel Within My Dream With a German Passport" sprawdza się wyśmienicie. Jako pełnoprawna pozycja w dyskografii warszawiaków również.


środa, 14 sierpnia 2013

Za wcześnie

Pisał o tym w zeszłym roku Krzysiek, w tym wspomniałem ja. Nawet Brytyjczycy uważają, że polscy wykonawcy na OFFie grają za wcześnie:
When I went to OFF Festival in Katowice last year, I was impressed by the quality and diversity of the local bands, but also thought it was a shame that they were often on very early in comparison to the big American and British bands. 
 (z interesującego wywiadu Quietusa z Kubą Ziołkiem)

czwartek, 25 lipca 2013

Mdou Moctar - Afelan



Jeśli choć przez chwilę miałem wątpliwości, kto w 2013 roku wydaje najlepsze płyty, lipiec definitywnie je rozwiał. Chris Kirkley z Sahel Sounds. Ten rok zaczął od drugiej części przeglądu zawartości saharyjskich komórek, a ten miesiąc przyniósł winyle dwóch bohaterów tej kompilacji. Jednym z nich jest tuareski gitarzysta pochodzący z Nigru, Mdou Moctar.

Mdou zasłynął mocno autotune'owanymi hitami z silnymi, syntetycznymi bitami, którym towarzyszy zupełnie niepasująca gitara akustyczna. Stopień przetworzenia wokalu jest podobnie wysoki, co w nigeryjskiej muzyce filmowej inspirowanej Bollywoodem (tak, składanka hitów z tego gatunku również została wydana w Sahel Sounds). Na "Afelan" jednak, Chris Kirkley pokazuje Moctara z zupełnie innej strony.

Mdou gra tu bez żadnych wspomagaczy. Album zaczyna się od wyciszonego "A Fleur Tamgak", bardzo pięknego utworu. Podobnie delikatnie jest w drugiej połowie płyty. Można rozpłynąć się w delikatnych dźwiękach utworu tytułowego i zaśpiewanego na zasadzie "call and response" "Amer Iyan". Goręcej robi się w trzech elektrycznych piosenkach. Moctar, wzorem swoich krajan z Group Inerane pędzi na złamanie karku. Frenetyczne rytmy, nerwowa, ale melodyjna gra na gitarze, przesterowany wokal, psychodela, jamy bez końca. Tak, to wszystko brzmi, jak kolejna część "Guitars from Agadez" Sublime Frequencies. Chris Kirkley poszedł podobną drogą, zarejestrował Mdou poza studiem. Dzięki temu uchwycił energię i magię, której czasem brakuje w studiu, co doskonale pokazało wydawnictwo Bombino dla Cumbancha Records. Mdou ma wiele wspólnego ze swoim sławniejszym kolegą, obaj niezwykle łatwo tworzą porywając melodie. Czyżby to on miał być kolejnym gitarowym Hendriksem i choć na moment odwrócić oczy muzycznego świata z Mali w stronę Nigru? Mam nadzieję, choć niewielki zasięg Sahel Sounds stawia to pod znakiem zapytania.

Piotr Lewandowski zżymał się w recenzji "Nomad" Bombino, że to album skrojony pod gusta członków akademii przyznającej Grammy, że brakuje mu surowości i dzikości. Tutaj znajdzie je z łatwością.

wtorek, 23 lipca 2013

Efekty słuchania starych nagrań.

Z inspiracji przeszłością powstała fantastyczna płyta pełna niezwykłych emocji. Jeden z najlepszych albumów 2013 roku? Z pewnością.
Czyli napisałem o debiucie Nor Cold. 

niedziela, 30 czerwca 2013

Uskudar 30 VI 2013

1. Cuneyt Sepetci & Orchestra Dolapdere - Arnavut Gaydasi
2. Cuneyt Sepetci & Orchestra Dolapdere - Ispanyol Kasabi
3. Cuneyt Sepetci & Orchestra - Gayda
4. Cukunft - Kholem Blum \ Senny kwiatek
5. Idassane Wallet Mohamed - Amarhine
6. Idassane Wallet Mohamed - Ahiyana
7. Samba Toure - Al Barka
8. Samba Toure - Albala
9. Hatti Vatti - Algebra #4
10. Dieuf-Dieul de Thies - Hommage a Cheikhou Oumar Foutiyou

środa, 26 czerwca 2013

Imitacje



"When I was a kid in the late sixties and early seventies, my parents and their friends would play the records of Andy Williams, Dean Martin, Frank Sinatra and Perry Como, music with string arrangements and men singing songs that sounded sad whether they were or not. At home my folks were also listening to country music, Willie Nelson, Johnny Cash, George Jones and Vern Gosdin were some of our favorites. For a long time I’ve wanted to make a record that gave me the same feeling those old records did, using some of the same tunes I loved as a kid and some that I’ve loved as I have gotten older. This record is it. Imitations."
 Czy będzie tak dobrze, jak w przypadku "I'll Take Care of You" przekonamy się 17 września. Na razie wiemy, że będzie zupełnie inaczej
 

niedziela, 23 czerwca 2013

Uskudar 23 VI 2013

1. Bomba Estereo - El alma y el cuerpo
2. Bomba Estereo - Pa' Respirar
3. La yegros - Viene de mi
4. Frikstailers - Murga del guachin
5. Mati Zundel - Senor Montecostez
6. Bombino - Tamiditine
7. Owiny Sigoma Band - Magret Aloor
8. Owiny Sigoma Band - All Together
9. Pablopavo & Ludziki - Do stu
10. Firewater - Weird to Be Back
11. Balkan Beat Box - Marcha de la vida

czwartek, 20 czerwca 2013

Kwestia języka

Nowy singel skreślonych przeze mnie dawno temu múm jest, o dziwo, więcej niż dobry. Szczęśliwie znudziły im się folkowe klimaty i wrócili do tego, co wychodzi im najlepiej, czyli indietroniki."Toothwheels" byłoby jeszcze lepsze, gdyby zostało zaśpiewane po islandzku. I nie, nie jestem żadnym przeciwnikiem twórczości w języku Szekspira, lecz na to, ze múm lepiej wypada w rodzimym są twarde dowody (zaczynamy od 2:50 w obu przypadkach):





środa, 19 czerwca 2013

Trupa Trupa - "++"


Grzegorz Kwiatkowski w rozpoczynającym drugi album Trupy Trupa "I Hate" wyznaje nienawiść całej ludzkości. Potem jest tylko lepiej.

Żyjemy w świecie nieuświadomionych i kreowanych sztucznie potrzeb. Na pewno potrzebujesz ten śliczny, mały samochodzik do jazdy tylko po mieście, a ten smartfon? No nie możesz bez niego żyć. Telewizor 3D? Twoje największe marzenie. Na pewno tęsknisz za rockowymi gitarami, jak możesz nie tęsknić? Ja nie tęskniłem, niespecjalnie brakowało mi klasycznego grania. A potem posłuchałem "++"

"++" można zdefiniować przestrzenią. Przestrzenność brzmienia dominuje podobnie, jak w przypadku "Coexist" the xx. Z tą różnicą, że Brytyjczykom nie wyszło to na dobre i postawienie na brzmienie obnażyło braki kompozycyjne. Gdańszczanie z ciszy i pogłosu korzystają rozsądniej. Delikatne "Influence" dzięki tej umiejętnej grze tylko zyskało na emocjonalności, podobnie poruszające "Here and Then". Również w bardziej motorycznych momentach przestrzenność działa na korzyść grupy. Urywające się zbyt nagle "I Hate" nie byłoby w połowie tak dobre, gdyby nie zmieniło się w psychodelizujący pasaż z towarzyszeniem trąbki Tomasza Ziętka. W inną, bardziej pozytywną stronę rozkręca się kończące "++" "Exist", co kontrastuje z tekstem.

Nie tęskniłem za klasycznym rockiem. Teraz tęsknię. W tej nostalgii pomaga mi Trupa Trupa.

piątek, 14 czerwca 2013

5 powodów, by jechać na Globaltikę

1. Miejsce
Trójmiasto fajne jest. To wiemy wszyscy. Wiemy też, że w Trójmieście najfajniejsza jest Gdynia. Modernistyczne centrum, morze, port, lasy, trolejbusy. Trudno nie pokochac tego miasta. Jeśli przeprowadzać się, to właśnie tam. Na granicy Gdyni i Sopotu znajduje się park Kolibki, w którym zaraz przy plaży co roku odbywa się Globaltica. Dwa lata temu jeden dzień również nad samym brzegiem morza. W tym - jeden koncert będzie miał miejsce w nieodległym Teatrze Muzycznym

2. Termin
Gdynia wśród swoich wszelkich zalet ma jedną wadę. Odwiedza się ją przede wszystkim w trakcie Open'era. Na szczęście, Globaltica odbywa się w ostatni tydzień lipca (w tym roku 24-28), gdy już na pewno wszyscy zamiejscowi openerowicze wrócą do siebie.

3. Spokój
Nie nabiegacie kilometrów między scenami, nie będzie żadnych dylematów pt. "wszystkie zespoły, które chciałem zobaczyć na tym festiwalu grają o tej samej porze", nie będziecie musieli wkuwać rozpiski na pamięć. Kameralność jest jedną z największych zalet Globaltiki. Choć sceny będą w tym roku dwie, żaden koncert się nie nakłada, spokojnie zdążycie przemieścić się z miejsca na miejsce, po prostu doskonale. Festiwal to nie wyścigi.

4. Artyści
Nie znamy jeszcze wszystkich artystów, którzy zagrają w Gdyni, ale już teraz wiadomo, że będzie bardzo interesująco. Znakiem rozpoznawczym organizatorów od kilku lat jest zapraszanie mniej oczywistych artystów "world music". Tak jest i w tym roku. Ja, póki co, najbardziej ciesze się z obecności Watcha Clan, marsylskiej grupy łączącej północnoafrykańską muzykę tradycyjna z elektroniką. Warto też zwrócić uwage na Mahotella Queens, legendę muzyki południowoafrykańskiej, staż mają prawie tak długi, jak Stonesi. Polskim akcentem będzie Orkiestra św. Mikołaja, obchodząca swoje dwudzieste piąte urodziny oraz zespół Buby Kuyateh. Do tego psychodeliczna, kwaśna salsa z Portoryko, cygański rock'n'roll z Serbii, męski chór z Gruzji. Na zakończenie festiwalu zaśpiewa Claudia Aurora, która mnie bardzo kojarzy się z Aną Mourą. A to nie wszystkie atrakcje, następne ogłoszenia pod koniec czerwca.

5. Cena
Choć przez Internet przetoczyła się debata o publicznym wkładzie w kulturę i dlaczego to źle, to jednak ma ona swoje dobre strony. Karnety na tegoroczną edycję kosztują 35 zł i mimo tego że trzeba dopłacić 50 zł za koncert Claudii Aurory w Teatrze Muzycznym, nadal jest to śmiesznie niska cena. Nic tylko jechać do Gdyni.

środa, 12 czerwca 2013

Trzy dotknięcia nieba

Ten dość pretensjonalny tytuł (nie)stety bardzo dobrze opisuje szóstą edycję poznańskiego Ethno Portu. Wśród piętnastu doskonałych koncertów, trzy były z zupełnie innej ligi.

Zacznijmy jednak od początku, którym dla mnie byli Tamikrest. Dagadany z Frankiem Parkerem nie zdążyłem zobaczyć. Szkoda, że Tuaregowie zostali umieszczeni o tak wczesnej porze. Bardziej sprawdziliby się po zachodzie słońca. Nie narzekam jednak, wypadli fantastycznie. Z początku trochę wycofani, z każdą chwilą rozkręcali się coraz bardziej, by na koniec zostać pożegnanymi burza oklasków po drugim bisie. Największe wrażenie, oprócz oszczędnej gry lidera, Ousmane'a Ag Moussy robiła sekcja rytmiczna, która trzymała wszystko w ryzach. Lekkim nieporozumieniem były natomiast rockerskie zapędy drugiego gitarzysty. Szczęśliwie niezbyt częste. Nie zabrakło zarówno hajlajtów z poprzednich wydawnictw Tamikrest, jak i wglądu w nadchodzącą jesienią nową płytę.

Bośniaków z Dubioza Kolektiv słuchałem piąte przez dziesiąte, ponieważ na żywo kazali się być jeszcze bardziej odlegli od moich muzycznych zajawek niż w studiu. Pierwszym z trzech tytułowych dotknięć nieba był występ Kayhana Kalhora i Erdala Erzincana. Przez półtorej godziny na Dziedzińcu Zamkowym dwaj kurdyjscy muzycy tkali swoja opowieść o upadłych imperiach, bezkresnych równinach, wysokich górach, miłości, śmierci. Raz jeden instrument przejmował wątek, by za moment drugi go podjął, poprowadził w nowym kierunku i oddał. Dialog na kamanczę i saz był zdecydowanie jednym z najpiękniejszych momentów w moim życiu. Kalhor i Erzincan zagrali tylko jeden, niezwykle rozbudowany utwór, pełen improwizacji i punktów kulminacyjnych, po którym w gruncie rzeczy bardzo dobry i brawurowy występ wskrzeszających tradycje swojego regionu Canzoniere Grecanico Salentino wypadł dość blado.

Drugi dzień festiwalu rozpoczął się drugim niewypowiedzianie pięknym koncertem. Siedmiu Albańczyków w tradycyjnych strojach śpiewał a capella równie tradycyjne pieśni. Tu szybko skojarzenia pobiegły do występu A Filetta sprzed dwóch lat. Z tej uduchowionej atmosfery szybko wybudził poznańską publiczność Janusz Prusinowski z zespołem. Mazurki, oberki, wiwaty, polonez nawet, do którego zatańczono, niczym na studniówce. Pod scena przez cały koncert trwała regularna wiejska potańcówka. Az żal, że nie znam żadnego z ludowych tańców. Gdy zmęczeni muzycy schodzili ze sceny po drugim bisie (poznaniacy byli pod tym względem bezlitośni), na zewnątrz trwał już koncert Kapeli ze wsi Warszawa, który przywitał mnie wiwatem "Musiałaś ty dziewce co umieć..". Wiwat ten pojawił się już na koncercie Prusinowskiego i muszę przyznać, że jego interpretacja tej melodii wypadła dużo lepiej. Zresztą KzwW to jeden z niewielu zespołów, które bardziej przemawiają do mnie z albumów niż na żywo. I tak było również w Poznaniu, do momentu, gdy na scenie nie pojawiła się Mercedes Peon, wnosząc dużo świeżości do zespołu. Nim jednak koncert się skończył, trzeba było uciekać na dziedziniec (z powodu deszczu koncerty się poprzesuwały), bo tam zaraz zaczynał Hariprasad Chaurasia, wirtuoz bansuri, indyjskiego fleta poprzecznego. Spodziewałem się po tym koncercie czegoś więcej, a wynudziłem się jak mops.

Z ogromną nawiązką wynagrodził mi to kończący sobotnie koncerty występ Alirezy Ghorbaniego z zespołem w całości poświęcony poezji Rumiego. Fantastycznemu irańskiemu wokaliście towarzyszyli doskonali muzycy: Znów byl to bardzo plastyczny koncert, pełen improwizacji, hipnotyzującego transu i melancholii tak charakterystycznej dla muzyki perskiej. Nad wszystkim dominował głos Ghorbaniego. Co ja mogę więcej napisać? To był jeden z tych koncertów, przy których słowa przestają wystarczać.

Koncertowa niedziela zaczęła się dla mnie później, ale od mocnego uderzenia. Orkiestra Bobana i Marka Markoviciów zaprezentowała to, co najlepsze w muzyce bąłkańskich orkiestr dętych, sięgając po takie klasyki, jak "Djurdevdan" czy "Caje Sukarije", przekrój własnych utworów łączących bałkańską tradycję z różnymi stylami czy grając własne wersje popowych klasyków, jak "Smooth Criminal" Jacko. Mnie najbardziej cieszyły wycieczki w stronę tradycji. Dzikość koncertu udzieliła się tez publiczności, która długo nie chciała puścić ze sceny zespołu, a Marko Marković chyba trzy razy wracał na nią, by zaśpiewać motyw "Caje Sukarije". Bałkańska podróż miała swój dalszy ciąg w koncercie Feliksa Lajkó. Od wirtuozerskich popisów muzyków skrzyło się powietrze na Dziedzińcu Zamkowym, jednak w żadnym wypadku nie były to puste popisy. Grający bez wytchnienia Felix każdym dźwiękiem opowiadał historie, a ja cały czas trzymałem szczękę przy ziemi. I wreszcie na koniec jazz z Libanu. Ibrahim Maalouf nie do końca mnie przekonał. Za dużo popisów, za dużo "białego funku", za dużo nowoczesnego smooth jazzu. Jednak wszystkie zarzuty zmył fantastyczną wersją "Beirutu", swojej pierwszej piosenki. I już, po festiwalu.

Zmiana miejsca ze starego koryta Warty na Chwaliszewie na Centrum Kultury Zamek wyszła festiwalowi na dobre. Dzięki temu, że odbyła się w siedzibie organizatora, udało się zaoszczędzić część pieniędzy na przygotowania i infrastrukturą i przeznaczyć je na naprawdę gwiazdorski line up. Festiwal nie stracił tez nic ze swojego klimatu, nadal nie trzeba było biegać między scenami. Jednocześnie widać było, że to pierwsza edycja w nowej lokalizacji, więc nie wszytko działało, jak powinno, ale te drobne usterki można łatwo puścić w niepamięć, bo muzycznie było po prostu doskonale. Widzimy się za rok.

piątek, 7 czerwca 2013

5x7": czerwiec

Miało być  co miesiąc, trochę się spóźniłem, dlatego w czerwcu będą dwa odcinki 5x.

Boy Friend - "Love Dropper / D'Arrest"
Odprysk dreampopowego, teksaskiego Sleep ∞ Over okazał się być dużo bardziej interesujacy. Ten singel to łącznik między debiutancką, kasetową EPką ("D'Arrest") a długogrającym albumem ("Lovedropper"). Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po dreampopie. Rozmyte wokale, plamy dźwięków, atmosfera niczym z marzeń sennych, Crista Palazzolo i Sarah Brown dodają do tego zabójcze melodie i palące słońce. Obie piosenki zostały trochę inaczej zmiksowane niż na swoich pierwotnych wydaniach.


Mdou Moctar / Brainstorm - "Anar/Vanessa"
Marzenie każdego szanującego się hipstera (dlatego mam tę siódemkę). Nieznany portlandzki zespół Brainstorm coveruje nigryjski hit autorstwa Mdou Moctara, tuareskiego gitarzysty, który nie boi się używać automatu perkusyjnego ani nadużywać auto-tune'a. Jego piosenka jest tak zła, że aż dobra. Amerykanie podchodzą do "Anar" dość zachowawczo, ale oni z kolei nie boją się zmienić tej surowej kompozycji w potencjalny hit. I na szczęście dają mniej autotune'a.




Koudede - Guitars from Agadez vol. 6
Koudede, legenda wśród tuareskich gitarzystów, nie doczekał się wydania tego singla. W dniu, kiedy Sublime Frequencies zaakceptowali próbne tłoczenie, Koudede zginął w wypadku samochodowym, wracając z koncertu do swojego rodzinnego Agadezu. Dwa utwory zarejestrowane w styczniu w stolicy Mali, Bamako to tuareski rock w najlepszym wydaniu. Nieokiełznany, dziki, nieidący na żadne kompromisy, psychodeliczny. W "Hat-iman-in" nie biorą jeńców (że pozwolę sobie na takie sformułowanie) swoimi jazgotliwymi gitarami, natomiast "Nelil-igorasan" to chwila wytchnienia.

Muzyka końca lata - "Nie ukryjesz się przede mną / Shake Banana (Bangeliz Eurodance Remix)"
Jeden z moich ulubionych zespołów porwał się na soczysty, peerelowski funk. Oryginał wykonywała Halina Frąckowiak z Grupą ABC. Wersja MKL buja równie mocno, choć dęciaki i klawisze w ich aranżu pojawiają się daleko w tle, ustępując miejsca fantastycznej linii basu i gitarom. Aż chce się tańczyć po prostu. Druga strona tego singla to dyskotekowy remiks Błażeja Króla najabsurdalniejszej piosenki MKL, do której tańczy się jeszcze lepiej.

Adesose Wallace / Simo Lagnawi - Africa
Split wydany przez Ghetto Lounge, małą londyńską wytwórnię zajmującą się, jak można się domyślić, muzyką afrykańską. Adesose Wallace zabiera się za poważne zadanie, gra piosenkę Feli (który to już cover dziś?), wychodzi mu to całkiem zgrabnie, ale brakuje ognia. Ciekawiej prezentuje się druga strona, na której rządzi Simo Lagnawi, grający gnawę na guimbri (basowej lutni). Silnie osadzoną w szamańskiej tradycji, w której łatwo się zatopić.



środa, 5 czerwca 2013

Hatti Vatti - "Algebra"


Między Sopotem a Kairem.

Czasem przypadek odgrywa wielką rolę w powstaniu rzeczy godnych polecenia. Tak jest z "Algebrą". Ta płyta miała w ogóle nie powstać. Tylko propozycja koncertu w gdańskiej Kolonii Artystów zmusiła Piotra Kalińskiego do ponownego zainteresowania się nagraniami terenowymi, które zgromadził podczas licznych podróży na Bliski i Środkowy Wschód (i do Afryki również) i połączenia ich z dubową elektroniką.

"Algebra" to album duszny. W każdym z siedmiu utworów słychać bliskowschodni skwar, czy to w postaci grających w tle cykad, czy zawodzeniu muezzina, czy w ciepłych bitach z nałożonym bardzo silnym pogłosem. Palące słońce bije z każdego dźwięku. Nie przyjemne słoneczko, lecz rozgrzana do białości kula odbierająca chęć do życia. Jednocześnie jest to album niezwykle przestrzenny. Słuchając go mam wrażenie przebywania na zupełnym odludziu, atmosfery sprzyjającej do wędrówki w głąb siebie. Jednym razem jest to niezmierzona pustynia, innym górskie łańcuchy. Pod koniec płyty Kaliński zdaje się wracać do cywilizacji i częściej korzysta z wysamplowanych wokali.

"Algebra" przede wszystkim, przy całej swej sugestywności, jest niezwykle piękna. Hatti Vatti bardzo oryginalnie połączył Wschód z Zachodem. Nagrania terenowe nie są przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, lecz stanowią fundament kompozycji, a szkielet złożony z oszczędnych bitów daleki jest od obciachowości i odpustowości tak częstych w podobnych połączeniach. Tej mieszanki słucha się z zapartym tchem. Mocny kandydat do polskiej płyty roku.



niedziela, 2 czerwca 2013

Uskudar 2 VI 2013

1. Wovoka - John the Revelator
2. Kapela ze wsi Warszawa - Polka żydóweczka
3. Janusz Prusinowski Trio - Serce
4. Boban i Marko Markovic Orkestar - Papigka
5. Boban i Marko Markovic Orkestar - Meksikanka
6. Felix Lajko - Az uton
7. Felix Lajko - Az autoban
8. Ibrahim Maalouf - Will Soon Be a Woman
9. Ibrahim Maalouf - Lily (is 2)
10. Tamikrest - Toumastin
11. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - The Wind pt.5

środa, 22 maja 2013

Baxamaxam

Ze strony wytwórni, Black Sweat Records, jedynego źródła wiedzy o Baxamaxam (ich fejs świeci pustkami, a strony nie mają) nie można dowiedzieć się zbyt wiele. Ot, krótka informacja, że są duetem złożonym z włoskiego gitarzysty, Cristiano Buffy oraz senegalskiego wokalisty i perkusisty Abdou Mbayego, pochodzącego z rodziny griotów. I już. Ma to swoje zalety. Muzyki nie przesłaniają ani biografie muzyków, ani ekstraordynaryjne okoliczności poznania, czy nagrania płyty. Nie, liczą się tylko dźwięki. Nic nie zakłóca ich odbioru

Bardzo dobrze działa to na "Baxamaxam". Nic nie odwraca uwagi, a to jedna z tych płyt, które odwdzięczają się za pełne skupienie. Nie, nie trzeba zanurzać się w nią, by na dziesiątym planie szukać smaczków. To wyjątkowo skromny album, wręcz niepozorny. Nagrany w jeden, gorący lipcowy dzień. Częściowo na dworze, co słychać w "Demb" wypełniony dźwiękami cykad. Jak każdy album związany z Afryką Zachodnią, "Baxamaxam" jest wypełniony transem, bardzo blisko mu do muzyki Sahelu i Sahary. Wiecie, ognisko na pustyni, rozgwieżdżone niebo nad głową, te sprawy. Właśnie dlatego, dla tych przenosin do Afryki warto słuchać debiutu tego międzykontynentalnego duetu w zupełnym oderwaniu od laptopa.



poniedziałek, 20 maja 2013

Retro Stefson

Co było największym wyzwaniem podczas nagrywania “Retro Stefson”?
Największym wyzwaniem jesteśmy zawsze my sami.

Retro Stefson nie należą do rozmownych, przynajmniej za pośrednictwem mejla.

niedziela, 19 maja 2013

Uskudar 19 V 2013

1. Stara Rzeka - 01
2. Stara Rzeka - Korona
3. Angela Gaber Trio - Rzeka
4. Angela Gaber Trio - Sto se beli mori gore
5. Olga Mieleszczuk - Tsvishn di berg di grine
6. Maria Pomianowska i in. - Magic of Suka and Sarangi
7. Maciej Filipczuk - Mazurek od Liciążnej

sobota, 18 maja 2013

Rewolucja nie umarła

Maciek Piasecki na łamach T-Mobile-Music w tekście o śmierci muzycznej lewicy próbuje wyjaśnić, dlaczego muzycy nie piszą już protest songów. Zgodzić można się w pełni jedynie z pierwszym słowem tytułu jego tekstu "TU już nie będzie rewolucji", ona dzieje się gdzie indziej.

Podobnie nie umarły protest songi. W tym samym czasie, gdy zawiązywał się ruch Occupy, a Londyn ogarniały zamieszki, północna Afryka i Bliski Wschód budziły się ze snu Arabskiej Wiosny. Autorytarne reżimy zostały zmiecione przez (naprawdę) masowe protesty w Egipcie, Tunezji i Jemenie. Nie wszędzie poszło tak gładko. Libijczycy w krwawy sposób usunęli Muammara Kaddafiego (co pośrednio wpłynęło na kolejne tuareskie powstanie), a Baszar Al-Assad wraz z antyrządowymi rebeliantami postanowili utopić Syrię we krwi. Wszędzie tam byli muzycy. Część z gitarami, część zamieniła je na karabiny.

Wszystko zaczęło się od samospalenia Mohameda Bouazizego, dwudziestosześcioletniego ulicznego sprzedawcy. Na to wydarzenie niemal natychmiast zareagowała mieszkająca od 2008 roku w Paryżu Emel Mathlouthi. Do Francji wyemigrowała z powodu różnych szykan ze strony reżimu, w tym zakazu emisji jej utworów w radiu i telewizji. Dzięki Internetowi jej piosenka "Kelmti Horra" stała się hymnem tunezyjskiego przewrotu. W swojej muzyce Mathlouthi łączy ciężką, trochę trip-hopową elektronikę z folkiem (nie tylko arabskim, lecz również dylanowskim) i orkiestrowymi, patetycznymi aranżacjami. W marcu ubiegłego roku, gdy rządy Ben Alego były tylko złym wspomnieniem, ukazał się debiutancki album artystki, zatytułowany, jak jej najsłynniejszy protest song. Co ciekawe, wydawcą jest francuska wytwórnia World Village, a Mathlouthi w rodzinnej Tunezji gra sporadycznie.



W Egipcie rewolucja brzmiała na więcej głosów. Najgłośniej przebijał się Ramy Essam, od samego początku biorący udział w manifestacjach na kairskim placu Tahrir. Zamieszkał tam w namiocie i dzień w dzień pisał piosenki, które potem wykonywał publicznie przynajmniej kilka razy dziennie. Najpierw po prostu wśród ludzi, następnie na prowizorycznych scenach. Jego piosenki to z jednej strony klasyka muzyki buntu w zachodnim rozumieniu, tylko na głos i gitarę, z drugiej Essam w nagraniach nie stroni od nowoczesnych brzmień, dubstepowe dropy nie są mu obce. Inną, subtelniejszą drogę obrała Youssra El Hawary niż nie przebierający w słowach i środkach gitarzysta. Jej "bronią" jest akordeon i błyskotliwe teksty. Najsłynniejszy jej utwór "El Soor" do słów Waleda Tahora odnosi się już do porewolucyjnego Egiptu i tytułowego muru oddzielającego dzielnicę rządową od reszty Kairu. Głośno również protestowali egipscy raperzy.

To tylko kilka przykładów, które absolutnie nie są wyczerpujące. Warto przy tym pamiętać, że utożsamianie arabskich protest songów jedynie z lewicą jest równie błędne co zakładanie śmierci muzyki buntu w ogóle. Obalane reżimy odwoływały się do socjalistycznych wartości i były całkowicie świeckie. W manifestacjach natomiast brali udział zarówno członkowie islamistycznych grup, jak różne frakcje lewicowe.Te protesty różniły się od wydarzeń w USA i Zjednoczonym Królestwie również tym, że na przykład Occupy Wall Street otrzymało wsparcie od części uznanych muzyków, jak Bruce'a Springsteena czy Neila Younga, to arabskie gwiazdy siedziały bardzo cicho i zabrały głos dopiero, gdy znany był już wynik starcia.



Świat arabski to tylko jeden z przykładów na fałszywość twierdzenia o śmierci protest songu. Budzi się południowowschodnia Azja, po poluzowaniu reżimu z zupełnego podziemia wyszli birmańscy punkowcy, w Afryce Subsaharyjskiej muzyka zaangażowana społecznie i politycznie przeżywa renesans, szczególnie w Mali, Nigerii i Senegalu (o czym prawdopodobnie napiszę wkrótce), o tuareskiej muzyce zaangażowanej już pisałem. Piasecki pisze "w zachodniej muzyce kończy się zatem etap, który trwał co najmniej od zaangażowanych społecznie bluesowych ballad Wielkiego Kryzysu", jednak nawet w Europie nie jest to zjawisko martwe. Owszem, w Grecji najmocniej i najgłośniej grzmiał ponad sześćdziesięcioletni Yannis Aggelakis, jednak do świadomości ogółu przebijali się z równą mocą raperzy z Soul System czy Active Member, którzy w swoich tekstach nie tylko wzywają do buntu, ale zamieszczają poważne deklaracje polityczne. W Portugalii protesty zostały częściowo zainspirowane piosenką powstałego w 2006 roku kwartetu Deolinda. Wystarczy tylko pamiętać, że świat nie kończy się na Nowym Jorku i Londynie.


środa, 15 maja 2013

Sinusoida

The xx, Mount Kimbie; 14 V 2013

Poprzedzające iksów trio Mount Kimbie nie napawało optymizmem. Nie, nie chodzi o to, że grali źle, czy słabo. Dała o sobie znać legendarna akustyka warszawskiego Torwaru. Dźwięk odbijał się od ścian, tworzyła się bezkształtna magma, z której trudno było cokolwiek wyłowić. Londyńczycy starali się na próżno.

Szczęśliwie the XX mają mniej głuchego akustyka, a i korzystają z mniejszej ilości środków niż Kimbie, więc było o niebo lepiej. Sam występ był dla mnie niczym przejażdżka po rollercoasterze nastrojów. Początek - jazda w dół, żal, że tak masakrują "Crystalised" i "Heart Skipped a Beat". Pierwsze okrutni zwolnili, przez co paradoksalnie pozbawili tę piękną piosenkę zmysłowego napięcia, wywołując ziew i zniecierpliwienie. Drugie wydało się wyblakłe w porównaniu do wersji studyjnej. Następująca po nich wiązka nudów z "Coexist" tylko utwierdziła mnie w zdaniu, że druga płyta iksów to straszliwa pomyłka i należy o niej jak najszybciej zapomnieć. Od "Night Time" jazda w górę. Z każdą kolejną piosenką z debiutu działo się coraz lepiej, a gdy do świetlnego spektaklu dołączyły lasery zrobiło się po prostu magicznie. Nie przeszkodziła nawet kontrowersyjna, klubowa aranżacja "Shelter". Kończące podstawowy set "Infinity" z towarzyszeniem wielkiego, laserowego loga zespołu to jeden z najpiękniejszych muzycznych momentów tego roku. Warto podkreślić spójność konceptu Brytyjczyków. Podczas ich openerowego koncertu, gdy jeszcze "promowali" debiut, głównym elementem scenografii był przezroczysty iks wypełniony dymem, co współgrało z monochromatyczną okładką "xx". Na Torwarze ważką rolę również odgrywał dym, ale rozpływający się w strugach świateł i laserów, co z kolei oczywiście przywodziło na myśl wizualną stronę "Coexist" (która jest jedną z dwóch zalet tego zupełnie nieudanego krążka). Na bis odegrali intro z debiutu i "Angels", jedyny udany utwór z dwójki, który zabrzmiał wyjątkowo potężnie i pięknie.

Iksom w nieprzyjaznym Torwarze udało się wytworzyć intymną atmosferę znaną z nagrań. Gdyby tylko zapomnieli o "Coexist" i skupili się na debiucie (brak "Stars" boli bardzo) byłoby doskonale. A tak, moje odczucia najlepiej opisuje sinusoida.


niedziela, 12 maja 2013

Uskudar 12 V 2013

Po wielu perypetiach i zamieszaniach playlisty wracają na bloga.

1. Mammane Sani et Son Orgue - Kobon Lerai
2. Mammane Sani et Son Orgue - Tunan
3. Charanjit Singh - Raga Yaman
4. Yusuff Khan - Bindraban Basi
5. Yusuff Khan - Sudama Oji
6. Baxamaxam - Nabi Blues
7. Baxamaxam - Xarit
8. Asmara Allstars - Amajo feat. Faytinga
9. Asmara Allstars - Fhemsela
10. Mohammed Bergam - Zine Mlih

poniedziałek, 6 maja 2013

Orchestre National de Mauritanie



Na tylnej okładce wydanej w 1973 roku siódemki Mauretańskiej Orkiestry Narodowej widnieje napis po arabsku obwieszający: "wyglądajcie nadchodzącego albumu". Pięć lat później w zamachu stanu zostaje obalony prezydent Moktar Ould Daddah, a jego następcy dokładają starań, by zatrzeć pamięć o poprzednim reżimie. Radiowe archiwa ratuje jeden z pracowników. Po prawie czterdziestu latach na scenę wkracza Chris Kirkley z Sahel Sounds. Dociera zarówno do Hadramie Ould Meidaha, lidera zespołu, jak i udaje mu się odnaleźć zaginione taśmy, które służą za materiał wypełniający bardzo mocno spóźniony debiut Orkiestry (prawie tak mocno, jak Charlesa Bradleya).

Muzyka afrykańska lat 70. jest dla mnie fenomenem na światową skalę. Liczne, sponsorowane przez (często autorytarne) rządy zespoły zgrabnie i, co ważniejsze, ciekawie, łączą swoją tradycyjną muzykę z zachodnimi trendami, tworząc nową jakość. Może się wydawać z dzisiejszej perspektywy, że to nic takiego, że to na porządku dziennym, ale w przeciwieństwie do wielu późniejszych podobnych nagrań, twórczość z tamtego okresu nadal się broni, a nawet zyskuje na wartości. Nie inaczej jest z Mauretańską Orkiestrą Narodową. Cztery z siedmiu utworów zostały zainspirowane mauretańskim folklorem. Nie tylko arabskim. Tak naprawdę "arabskości" jest tu niewiele  za to słychać poważne podobieństwa do analogicznych ansambli z sąsiednich Gwinei i Mali. Nie dziwi to, jeśli weźmiemy pod uwagę politykę Daddy, Mauretania miała być przede wszystkim państwem afrykańskim. Wiodącą rolę pełnią gitary elektryczne, którym dzielnie sekunduje rozbudowana sekcja dęta. Lokalność reprezentuje część sekcji rytmicznej, hoddu (czyli ngoni) i tradycyjny flet, neyfara. Transowość i charakterystyczny "czarny" groove o raz wyraźne inspiracje popularną wówczas w Gwinei (gdzie członkowie orkiestry pobierali nauki) dopełniają obrazu. Jednak coś wyróżnia Mauretańczyków. To, zaskakująca, niewypowiedziana melancholia, wydająca się zupełnie nie na miejscu. Przecież byli oni głosem młodego, modernizującego się państwa i mieli stać się artystycznym spoiwem rodzącego się narodu.

Czyżby podskórnie przeczuwali nadchodzący przewrót? A może katastrofalną susze, która całkowicie zmieniła demografię Mauretanii? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że było warto czekać 40 lat, by usłyszeć jak brzmiało Nawakszut, kiedy było jeszcze młodym miastem.



piątek, 3 maja 2013

wtorek, 30 kwietnia 2013

How How - "Knick Knack" EP



Upiorne gmaszysko przy warszawskich Alejach Jerozolimskich, dawny szpital dziecięcy, nie jest tak opuszczone, jak wszystkim się wydawało. Mieści się tam przestrzeń artystyczna Jerozolima, jednak nawet, gdy opuszczają ją artyści, ktoś zostaje. To duchy dawno zmarłych w szpitalu małych dzieci. Nieopatrznie ktoś (nie wnikajmy już kto dokładnie) zostawił na czwartym piętrze włączony sprzęt nagrywający na noc. I duchy przyszły. Najpierw nieśmiało, jakby bały się, że jednak ktoś jeszcze został. Delikatnie trącały instrumenty, jeździły paznokciami po strunach, któreś uderzyło w bęben. Wszystko cichutko, na granicy słyszalności. Gdy nikt z żywych nie pokazywał się i są naprawdę samy, stały się bardziej śmiałe i, wydawałoby się, przypadkowe brzdąkania zmieniły się w quasi piosenki. Intymne, eteryczne, pochodzące z zaświatów, tak, jak małe zjawy.

Rano zjawili muzycy How How, by nagrać nową EPkę. Jeden z nich zauważył świecącą się lampkę przy konsoli. Gdy posłuchali tego, co nagrało się w nocy, wiedzieli, że mają świetny materiał i nie muszą niczego nagrywać.

Czy tak było? Odpowiedzcie sobie sami.



Recepta na długowieczność


Jak wam się udało przetrwać 25 lat jako zespół? 
Nie jestem do końca pewien, to zasługa nas wszystkich, całej naszej czwórki, no, piątki, jeśli doliczymy Matta. Chcemy po prostu dobrze spędzić czas i mieć z tego ciągle radochę. Szczerze, trzeba zespół traktować poważnie. To coraz trudniejsze, bo starzejemy się, mamy więcej obowiązków, powiększają nam się rodziny, ale my po prostu lubimy grać w Mudhoney. Dlatego ciężko pracujemy nad tym, by zespół działał cały czas i nie wkurzać się na kolegów, jeśli nie mogą sobie na coś pozwolić. Zrozumieliśmy w pewnym momencie, że każdy z nas coś poświęca, by znaleźć czas na granie. Poza tym, po prostu się lubimy.
Nie tylko o tym porozmawiałem ze Steve'em Turnerem.

sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.