Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójmiasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trójmiasto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2020

Muzyka pod mikroskopem



Malediwy z archipelagiem o tej samej nazwie nie mają nic wspólnego. To raczej małe dziwy, muzyka oglądana i tworzona pod mikroskopem, z malutkich dźwięków, odprysków i pozornej przypadkowości.

Nie mogli chyba dalej odejść od debiutu. Afroaleatoryzm był zapisem koncertu Kuby Janickiego i Marka Pospieszalskiego w bydgoskim Mózgu, gdzie ten pierwszy spędził całe swoje zycie. Grali wtedy ekstatyczny, akustyczny free jazz z silnymi wpływami muzyki zachodnioafrykańskiej. Momentami wydawało się, jakby chcieli odrzeć afrobeat i highlife do samego szkieletu i dać go do zagrania Peterowi Brotzmannowi. Efekt był nerwowy, ale wciągający.

Po dwóch latach Lagos i Sztokholm zamienili na Studio Eksperymentalne Polskiego Radia. Na Dolce Tsunami wchodzą bowiem w świat muzyki elektroakustycznej. Amplifikują swoje instrumenty - perkusję i saksofon - robiąc z nich generatory szumów, trzasków i innych niemuzycznych dźwięków. Chociaż to nie do końca tak. Dla nich muzyką naprawdę może być wszytko i właśnie temu podejściu hołdują na Dolce Tsunami. Mozolnie z tych niewielkich dźwięków budują czasem free jazzowe wariacje, czasem złożone struktury. Czasem trudno stwierdzić, czy dźwięki są przetwarzane, czy już syntetyzowane, saksofon momentami brzmi bardziej jak modular. Choć nagrywali w studiu, nie ma w tej muzyce zimnej precyzji czy mechaniczności. Mimo drapania mózgu szorstkimi dźwiękami, jest dokładnie jak w tytule - to słodkie tsunami.

Mówią, że inspirowali się strukturalnym podejściem soundartu, ale ja słyszę bardziej echa podejścia Lado ABC (wydawcy ich debiutu). Z jednej strony stawiają na dziwność i pozorną nieprzystępność, a z drugiej w tej ciepłej, analogowej masie przemycają bardzo ładne fragmenty, jak Marciale Ballabile. Z Lado łączy ich też specyficzny humor - od beztrosko opisowych i czasem absurdalnych włoskich tytułów przez nawiązującą do starych nagrań klasyki oprawy graficznej do konstrukcji samych utworów, balansujących na granicy rozpadu, ale tak naprawdę doskonale przemyślanych.

A może tą oprawą graficzną sugerują, że ich muzyka jest pomiędzy. Równie dobrze sprawdziłaby się podczas kameralnych koncertów eksperymentalnych w Mózgu czy Młodszej Siostrze, ale tak samo na miejscu wypadłaby chociażby na Sacrum Profanum.


sobota, 25 lipca 2015

Miejcie na nich oko: Resina



Solowe utwory Karoliny Rec, trójmiejskiej wiolonczelistki (możecie ją kojarzyć z Cieślaka i Księżniczek, grała z Olivierem Heimem, Michałem Bielą, czy Nathalie and the Loners) są zawieszone między ilustracją a abstrakcją. Przywołują obrazy natury, spokojnej i pozornie statecznej, choć w rzeczywistości bardzo dynamicznej. To tylko część prawdy, bo muzyka Karoliny jest wielowymiarowa i nieoczywista. Czasem zbliża się do piosenkowej melodyjności, by zaraz zatopić się w powolnych pasażach i budowanych pieczołowicie warstwach dźwięku.

Na razie Karolina udostępniła jeden utwór z nadchodzącej płyty, ale jej koncerty z premierowym materiałem każą z niecierpliwością wypatrywać całości.


poniedziałek, 6 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 5-1

5. Nor Cold - "nor cold"



 Nieoczywisty hołd złożony muzyce bałkańskich Żydów. Powstały z zachęty Mirona Zajferta, dyrektora fetiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Lider, trębacz Olgierd Dokalski do współpracy dobrał sobie Wojtka Kwapisińskiego, Ooriego Shaleva i Zegera Vanderbussche. Określany, jako jazzowy, ale to nieprawda. To wydestylowany smutek, bałkańska sevda, uczucie, które nigdy nie gaśnie w sercu. Tęsknota brzmi w każdym dźwięku tego niezwykłego albumu.



4. Hatti Vatti - "Algebra"



Piotr Kaliński zebrał swoje dźwiękowe wspomnienia z licznych podróży do Orientu i zatopił je w dubowych brzmieniach. Muezzini, cykady, fragmenty audycji radiowych wyłaniaja się z oszczędnych, rozgrzanych, wypalonych bitów, tworząc fascynującą podróż do świata wyblakłych od Słońca barw.



3. Alameda 3 - "Późne królestwo"



Na "Późnym królestwie" najpełniej wyraża się artystyczna osobowość Kuby Ziołka AD 2013. Łączą się tu i przenikają wszystkie wątki jego zeszłorocznych wydawnictw. Drony, folki, podprogowa słowiańszczyzna, ambient, mistycyzm, kabała, black metal, podejrzliwość wobec technologii, kosmos, noise rock. Najmniej tu elementów wspólnych z "Don't Go", ale pamiętajmy, że tam najwięcej do powiedzenia miał Piotr Bukowski. Szkoda, że ten niezwykły materiał został zepchnięty w cień przez Starą Rzekę. Zupełnie na to nie zasługuje. I nie, to wysoki miejsce nie jest z mojej strony próbą rekompensaty, czy zwrócenia uwagi na debiut Alamedy. To po prostu najlepsza dotychczasowa pozycja w pokaźnym dorobku Kuby.



2. Oleś Brothers & Jorgos Skolias - "Sefardix"



 Za tym projektem stoi również Miron Zajfert.Z jego inicjatywy spotkali się nietypowi instrumentaliści z nietuzinkowym wokalistą, by na nowo odkryć muzykę greckich Sefardyjczyków. Do dyspozycji mieli tylko kontrabas, perkusję i głos. Nie odgrywali, lecz, podobnie, jak Nor Cold reinterpretowali materiał źródłowy. Pozostali bliżej tradycji, nie bojąc się jednocześnie wycieczek w stronę współczesnej muzyki improwizowanej. Przy użyciu skromnych środków osiągnęli maksymalny efekt.

1. Hera & Hamid Drake - "Seven Lines"



Ekipa Wacława Zimpla była w zeszłym roku bezkonkurencyjna. W składzie poszerzonym o Raphaela Rogińskiego i Macieja Cierlińskiego ze specjalnym udziałem jednego z najbardziej cenionych free jazzowych perkusistów, Hamida Drake'a Hera zagrała na Krakowskiej Jesieni Jazzowej. To nagranie tego niezwykłego wydarzenia. Pięć kompozycji, opartych na tradycyjnych melodiach  z różnych stron świata. Jest Beludżystan, Indie, Tybet, Japonia, Rosja. Ale nie tylko. W miarę rozwoju improwizacji do mozaiki dołączają kolejne rejony, kolejne tropy. Mnie najbardziej zachwyca "Afterimages", które zmieniają się w saharyjski jam prowadzony przez Rogińskiego. Do tego ekstatyczne zatracenie się w muzyce, bardzo pierwotne w swojej istocie sprawia, że od "Seven Lines" mimo jej pokaźnych rozmiarów oderwać się nie sposób. Klękajcie narody.







Poprzednie piątki tu, tu i tu.

środa, 19 czerwca 2013

Trupa Trupa - "++"


Grzegorz Kwiatkowski w rozpoczynającym drugi album Trupy Trupa "I Hate" wyznaje nienawiść całej ludzkości. Potem jest tylko lepiej.

Żyjemy w świecie nieuświadomionych i kreowanych sztucznie potrzeb. Na pewno potrzebujesz ten śliczny, mały samochodzik do jazdy tylko po mieście, a ten smartfon? No nie możesz bez niego żyć. Telewizor 3D? Twoje największe marzenie. Na pewno tęsknisz za rockowymi gitarami, jak możesz nie tęsknić? Ja nie tęskniłem, niespecjalnie brakowało mi klasycznego grania. A potem posłuchałem "++"

"++" można zdefiniować przestrzenią. Przestrzenność brzmienia dominuje podobnie, jak w przypadku "Coexist" the xx. Z tą różnicą, że Brytyjczykom nie wyszło to na dobre i postawienie na brzmienie obnażyło braki kompozycyjne. Gdańszczanie z ciszy i pogłosu korzystają rozsądniej. Delikatne "Influence" dzięki tej umiejętnej grze tylko zyskało na emocjonalności, podobnie poruszające "Here and Then". Również w bardziej motorycznych momentach przestrzenność działa na korzyść grupy. Urywające się zbyt nagle "I Hate" nie byłoby w połowie tak dobre, gdyby nie zmieniło się w psychodelizujący pasaż z towarzyszeniem trąbki Tomasza Ziętka. W inną, bardziej pozytywną stronę rozkręca się kończące "++" "Exist", co kontrastuje z tekstem.

Nie tęskniłem za klasycznym rockiem. Teraz tęsknię. W tej nostalgii pomaga mi Trupa Trupa.

środa, 5 czerwca 2013

Hatti Vatti - "Algebra"


Między Sopotem a Kairem.

Czasem przypadek odgrywa wielką rolę w powstaniu rzeczy godnych polecenia. Tak jest z "Algebrą". Ta płyta miała w ogóle nie powstać. Tylko propozycja koncertu w gdańskiej Kolonii Artystów zmusiła Piotra Kalińskiego do ponownego zainteresowania się nagraniami terenowymi, które zgromadził podczas licznych podróży na Bliski i Środkowy Wschód (i do Afryki również) i połączenia ich z dubową elektroniką.

"Algebra" to album duszny. W każdym z siedmiu utworów słychać bliskowschodni skwar, czy to w postaci grających w tle cykad, czy zawodzeniu muezzina, czy w ciepłych bitach z nałożonym bardzo silnym pogłosem. Palące słońce bije z każdego dźwięku. Nie przyjemne słoneczko, lecz rozgrzana do białości kula odbierająca chęć do życia. Jednocześnie jest to album niezwykle przestrzenny. Słuchając go mam wrażenie przebywania na zupełnym odludziu, atmosfery sprzyjającej do wędrówki w głąb siebie. Jednym razem jest to niezmierzona pustynia, innym górskie łańcuchy. Pod koniec płyty Kaliński zdaje się wracać do cywilizacji i częściej korzysta z wysamplowanych wokali.

"Algebra" przede wszystkim, przy całej swej sugestywności, jest niezwykle piękna. Hatti Vatti bardzo oryginalnie połączył Wschód z Zachodem. Nagrania terenowe nie są przysłowiowym kwiatkiem do kożucha, lecz stanowią fundament kompozycji, a szkielet złożony z oszczędnych bitów daleki jest od obciachowości i odpustowości tak częstych w podobnych połączeniach. Tej mieszanki słucha się z zapartym tchem. Mocny kandydat do polskiej płyty roku.