Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rock. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

Już nigdy nie będzie takiego zespołu

Cztery albumy, setki zagranych koncertów. I koniec, nie będzie ani jednego więcej.

Jeden z pierwszych tekstów na tym blogu to jednoakapitowa notka o Post-Nothing. Nawet nie recenzja. Po prostu pierwszy zachwyt ich debiutem, bo recenzja w Uwolnij Muzykę! była już zajęta. Zresztą gdyby nie ona, napisana przez Krzyśka, to pewnie nie pisałbym dzisiaj tego pożegnania.

Przez te piętnaście lat wielokrotnie zastanawiałem się, co jest takiego w muzyce Briana Kinga i Davida Prowse'a, że pokochałem ją tak mocno. Proste piosenki, dużo przestery, niezbyt skomplikowane, hasłowe teksty. W podrzędnej amerykańskiej mieścinie podobnych zespołów jest na pęczki. W każdym garażu spotykają się (przeważnie) chłopaki, które marzą o zostaniu gwiazdami rocka albo chociaż o wyrwaniu się na chwilę z małomiasteczkowego marazmu, zagraniu kilku koncertów. Japandroids są idealnym przykładem takie zespołu. King i Prowse założyli go na studiach. Tłukli piosenki w salce prób, sami sobie organizowali koncerty, wiedzeni marzeniem.

Tu, właśnie w tym marzycielstwie upatrywałbym sukcesu. I pewnej niewinności. Świat mógł stanąć u ich stóp, wystarczyło tylko zrobić krok. No i braterstwo. Zupełnie nietoksyczne chłopactwo, trochę naiwne, momentami głupawe, ale w tym wszystkim czyste. I to, co ładnie się nazywa po angielsku reckless abandon. Wreszcie upór.

Japandroids żyli na „pożyczonym czasie”. Post-Nothing miało być ich pierwszym i ostatnim albumem. Sfrustrowani brakiem zainteresowani dwoma epkami, zmęczeni graniem dla nikogo, postanowili, że wejdą do studia, nagrają płytę i rozejdą się każdy w swoją stronę. Nie będą jej promować, zachowają ją jako pamiątkę tamtego okresu, świadectwo własnych marzeń. King zaczął już podobno kombinować nowy skład. A potem się okazało, że te piosenki pokochała najpierw blogosfera, a potem Pitchfork, który wtedy znaczył dużo więcej niż dziś. Musieli wrócić do zespołu, na którym już postawii krzyżyk. Wrócili, jak gdyby nic się nie stało, rzucili się w wir koncertów po Ameryce i Europie. Zachłannie. Wiedzieli przecież, że to może być jedna szansa na – choć chwilowe – życie marzeniem. Grali tak, jakby każdy koncert miał być ich ostatnim. Tak zagrali w Powiększeniu. Klub spływał potem, oni spływali potem, ja spływałem potem i przez kolejne trzy dni nie mogłem mówić.

Wróćmy jednak do Post-Nothing. Osiem piosenek, 35 minut. Tę formułę – jak sami przyznają – podpatrzyli chociaż na Born to Run Springsteena. Stanie się wyrytą w skale zasadą dotyczącą albumów Japandroids, z wyjątkiem Fate & Alcohol, ale nie uprzedzajmy faktów. Zmulone brzmienie, buczące jak podziemne nagrania, punkowe demówki, pełne lo-fi. Pod tą warstwą kryją się proste, ale wybitne piosenki. Rozpędzone, oparte czasem na jednym akordzie. Jednocześnie bliskie noise rocka, indie i tradycji piosenkopisarskiej Toma Petty'ego i Springsteena. W tekstach pełne z jednej strony wspomnianej już młodzieńczej naiwności, a z drugiej silnej nostalgii, świadomości przemijania. W Young Hearts Spark Fire śpiewają wprost „We used to dream / Now we worry about dying”. W kilku słowach potrafili przekazać całe opowieści. Przebłyski były już na tych dwóch zapomnianych epkach, No Allegiance to the Queen czy Press Corps to jedne z najlepszych ich piosenek.

Gdy słucham Post-Nothing po piętnastu latach, to właśnie nostalgia, poczucie utraty, wygórowanych oczekiwań przemawia do mnie najmocniej.

Tropy z debiutu rozwinęli na Celebration Rock, które powstawało w bólach. W wywiadach przyznawali, że nie mają talentu, dlatego napisanie kilku piosenek zajmuje im długie miesiące, że daleko im do artystów, że się za nich nie uważają, że są bardziej rzemieślnikami, przeciętniakami. Rozbrajali tym sposobem oczekiwania. Spełnili je z nawiązką, wycyzelowali swój styl. Było jeszcze głośniej, jeszcze szybciej, jeszcze bardziej na złamanie karku. Budowali swoją mitologię wiecznego poszukiwania miejsca na świecie, ale i wiecznej celebracji życia na przekór wszystkiemu. Jest na niej Younger Us, ucieleśnienie tej drugiej, nostalgicznej twarzy duetu. Najpierw pojawiło się na jednym z trzech singli wydanych między albumami. To do dziś moja ukochana piosenka Japandroids. Nostalgiczna do bólu, z każdym kolejnym rokiem prawdziwsza. A jednocześnie pełna życia.

Celebration Rock zaczyna się i kończy dźwiękami sztucznych ogni, bo sama była fajerwerkiem. Kolorowym, błyszczącym, głośnym.

I znów rzucili się w wir trasy. Już nie popełniłem tego samego błędy i pojechałem na oba polskie koncerty. Na świeżo zapisałem sobie, że ten warszawski był lepszy. Wracałem z niego z Poznania nocnym pociągiem o jakiejś – dziś dla mnie – barbarzyńskiej godzinie, zwinięty w przedziale, próbując złapać choć chwilę snu. Miałem wtedy 24 lata.

Trasa trwała jeszcze ponad rok, a potem zamilkli, wydawało się, że na dobre. Zatrzymali się w pędzie i się rozpadli, pożyczony czas się skończył. W 2013 roku zagrali na OFFie, zrobiłem z nimi wywiad, ale zaginął w czeluściach internetu, zniknął z kolejną stroną, do której pisałem, a która się zamknęła. Tak samo jak moje recenzje ich płyt. Nie pamiętam, o czym wtedy rozmawialiśmy, a nie prowadziłem wtedy jeszcze własnego archiwum, więc nawet nie mam jak sprawdzić. Pamiętam, że biegłem na ich koncert prosto z wywiadu z Fucked Up.

Milczeli tak długo, że ja też postawiłem na nich krzyżyk. Mieli stać się wspomnieniem, symbolem moich wczesnych lat 20., w którym jak w bursztynie zatopione są tamte beztroskie chwile.

Wrócili znienacka i z płytą, która miała być – jak na ich standardy – artystowska, ambitna. Żadnych prób przeniesienia scenicznej energii do studia. Piosenki aranżowali tak, by nie dało się ich zagrać we dwóch. Zdjęli nogę z gazu i przykręcili przestery. Dodali syntezatory, gitary akustyczne. Aż chce się napisać, że dojrzeli. I tak było. Piosenki były trochę bardziej złożone, więcej było w nich heartland rocka niż punku. King zaczął opowiadać bardziej szczegółowe historie, bardzo amerykańskie. Choć nigdy nie zapomnieli Kanady.

Zmianę zwiastowała profesjonalizacja wizerunku. Zamiast przypadkowych, rozmazanych zdjęć zrobionych po koncertach, prawdziwa sesja. Jakby mówili „nagraliśmy się w piwnicach i garażach, małych przepoconych klubach. Teraz chcemy czegoś więcej”. Zmienili wytwórnię na większą, ale tak jak wcześniej nie mieli głowy do promocji. Chcieli grać koncerty. Po to nagrywali płyty, po to miesiącami męczyli się w studiu. Oczywistym było, że nie da się takiego trybu życia utrzymać na zawsze. Na Near to the Wild Heart of Life King napisał In a Body Like a Grave, duchowego następcę Younger Us. „Age is a traitor”, śpiewa w nim, „Gather the gang and make that night an ultimatum to the universe”. Ten jeden ostatni raz, a potem możemy żegnać się z młodością i marzeniami.

Wykrzykiwałem te słowa razem z nimi na koncercie w Berlinie pod koniec kwietnia 2017. W sumie było ich pięć. Dwa razy Warszawa, Poznań, Katowice, Berlin. Wspaniali byli na scenie. Nieuporządkowani, dzicy, niepowstrzymani.

A potem przyszła pandemia i zrozumiałem, że to był ostatni koncert Japandroids, jaki widziałem. Miałem nadzieję, że to nieprawda, ale podskórnie czułem, że to już koniec. Do wspomnień dołączyło Massey Fucking Hall, koncertówka z najsłynniejszej kanadyjskiej sali koncertowej.

Ponownie pogodziłem się z tym, że Japandroids to zamknięty rozdział. A oni, jak się okazało zza grobu, zapowiedzieli czwarty album. Pierwszy, na który nagrali 10 piosenek zamiast 8. By nie budzić niepotrzebnych nadziei, od razu zapowiedzieli, że żadnych koncertów nie będzie. To już koniec, drogi im się rozeszły na dobre, zmienił styl życia. Nie nadają się już na trasę. By się porządnie pożegnać, musieli skończyć album. Zagrać ten ostatni akord.

Fate and Alcohol – zdecydowanie najgorszy tytuł w historii duetu – łączy wszystkie oblicza Japandroids. Nie porywają się na wielowątkowe, piętrowe piosenki, ale i nie wracają do rzężących początków. Zaczynając nagrywać ten album, wierzyli jeszcze ma przyszłość, szukali złotego środka, Japandroids 3.0. I chyba im się to udało.

Album zaczyna się jak gdyby nigdy nic. Eye Contact High i D&T to wyciąg z Japandroids. Znajome riffy, przyśpiewki. Znowu szukają miłości, znowu topią smutki w barach. Szukają tych jedynych, choć tak naprawdę już znaleźli. Wracają do beztroskich nocy i ciężkich poranków. Niczym nie zaskakują, ale to też nigdy nie było ich ambicją. Alice zaczyna się jak kontynuacja Continuous Thunder, ale potem zmierza w stronę country rocka. Grają trochę wolniej, tak jak przyzwyczaili na Near to the Wild Heart of Life, ale nadal na 200%. Mimo że na pewnym etapie musieli wiedzieć, że to koniec.

Najbardziej znaczącą piosenką jest Upon Sober Reflection. Napisany raczej z perspektywy partnerki Kinga, a nie jego samego, wiecznie – do pewnego momentu – imprezującego. A to moment, w którym przyznaje sam przed sobą, że zespół, trasy, koncerty niekoniecznie są najważniejsze, że może przed czymś ucieka. I że czas przestać, zacząć żyć.

Fate & Alcohol i cała historia Japandroids kończy się All Bets Are Off, odą do nowego początku. Post-Nothing kończyli I Quit Girls, w którym King obiecywał, że gdy tylko zdobędzie tę jedyną, przestanie się uganiać za dziewczynami. Tutaj tę jedyną poznaje. Oczywiście w barze.

To koniec. Happy End. Brian King i Dave Prowse odnaleźli się na przestrzeni lat. Przestali uciekać, pędzić na złamanie karku. Symbolicznie zamknęli etap młodości i beztroski. Z nostalgią patrzą na przeszłość, Younger Us gra im gdzieś z tyłu głowy.

Już nigdy nie będzie takiego zespołu. I dobrze, że tak się stało, że skończyli dobrą płytą. Odchodzą tak, jak chcą. Wszystko przecież ma swój czas.

wtorek, 15 marca 2022

Gość idealny


Grunge umierał wielokrotnie – z Cobainem, ze Staleyem czy Cornellem. Są tacy, którzy twierdzą, że niewinność Seattle straciło ze śmiercią Andy’ego Wooda w 1990 roku. A jednak dopiero tak naprawdę z Laneganem – który uciekał od niego jak najdalej się dało – grunge odchodzi w przeszłość. Zostały nagrania i wspomnienia. 

W Dwutygodniku wspominam dwadzieścia lat słuchania Marka Lanegana i jego artystyczną drogę. Żegnaj Mark.

wtorek, 22 lutego 2022

Dorosłem


W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. Zmarł Mark Lanegan, nie przesadzę, że to jeden z najważniejszych dla mnie muzyków. W 2012, gdy wydawał pierwszy solowy album po ośmiu latach przerwy (ale nie braku aktywności) i ruszał w trasę, która obejmowała też Polskę, udało mi się z nim porozmawiać. Telefonicznie, Mark był na spacerze z psem w Los Angeles, ja siedziałem w Warszawie i straszliwie się stresowałem.


Mark Lanegan bardzo się zmienia. Kiedyś nieuchwytny, dziś chętniej udziela wywiadów. Przywiązany do analogowej epoki, ale nie stara się patrzeć w przeszłość. Jedno tylko zostaje takie samo. Fantastyczna muzyka i miłość do koszykówki.

Nadal nagrywasz dema na kasety, po tym, jak całe twoje archiwum rozmagnetyzowało się?

Tak, nadal (śmiech). Staram się jednak coraz częściej korzystać z cyfrowych urządzeń. Mam nadzieję, że twarde dyski trudniej zniszczyć.

Czy przejście z epoki analogowej do cyfrowej było dla Ciebie trudne?

Potrzebowałem na to sporo czasu. Mam sprzęt nagrywający na laptopie, ostatnio nawet skorzystałem z niego po raz pierwszy, więc powoli przestawiam się na nowoczesność (śmiech).

Lubisz pracować z Pro Tools?

Gdy Pro Tools wchodziły do muzyki w latach 90., byłem bardzo sceptyczny. Wydawało mi się, że zabiją duszę muzyki, że brzmią okropnie, ale zmieniłem swoje podejście. To bardzo wygodne i szybkie narzędzie. Dałem się uwieść tej wygodzie i własnemu lenistwu.

Wróciłbyś do analogowej metody nagrywania?

Zaczynam nagrywać kolejny album w styczniu. To będzie kontynuacja “I’ll Take Care of You”, płyty z coverami, którą nagrałem w Seattle pod koniec lat 90. Będę pracował z tymi samymi ludźmi i pewnie z użyciem tej samej, analogowej techniki.

Możesz zdradzić, jakie piosenki będziesz chciał na niej umieścić?

Jeszcze nie wiem, nie zacząłem nagrywać płyty, ale od razu, jak będę wiedział, dam Ci znać (śmiech).

Co znajdzie się na Twojej kompilacji, która jest w przygotowaniu?

Moja kompilacja będzie składać się z dwóch płyt. Pierwsza będzie zawierać już wydane piosenki, a druga nieznane dema, piosenki, które nie trafiły na płyty. Wyda ją wytwórnia z Seattle, Light in the Attic, która zajmuje się takimi wydawnictwami.

Po ośmiu latach przerwy wróciłeś do solowej twórczości.

Nigdy nie planowałem, że minie osiem lat, zanim nagram kolejny album Marka Lanegana. Zaangażowałem się w liczne projekty, album, występy gościnne, trasy koncertowe i zanim się zorientowałem minęło tyle czasu. Teraz nagrywam solowe płyty. Bardzo mi się to podoba, ale mam taki stosunek, do wszystkiego, co robię, a co jest powiązane z muzyką. Chcę nagrywać kolejne płyty Mark Lanegan Band, ale i współpracować z innymi zespołami, artystami.

Zaczęliście już z Gregiem kolejny album Gutter Twins?

Nie, jeszcze niczego nie zaczęliśmy. Nasz plan wygląda tak, że ja wydaję kolejną solową płytę, Greg robi coś z Twilight Singers, czy czymkolwiek, w co będzie zaangażowany, a dopiero potem wracamy do Twins. Na pewno zrobimy kolejną płytę.

Masz już pomysły na piosenki dla Gutter Twins?

Mam jakieś pomysły, które pojawiają się tu i ówdzie, a potem krążą po mojej głowie, ale skoro jeszcze nie wiem, kiedy konkretnie zabierzemy się z Gregiem za kolejną płytę, nie wiem również, czy te szkice staną się moimi piosenkami, czy Gutter Twins.

Ten rok upłynął ci przede wszystkim na trasie koncertowej, jednak w jednym z wywiadów mówiłeś, że nie lubiłeś jeździć w trasy ze Screaming Trees. Coś się zmieniło?

Screaming Trees to był czas pełen konfliktów i zawirowań. Mieliśmy dużo napięć zarówno na płaszczyźnie artystycznej i osobistej, które niezwykle mnie męczyły. Po rozpadzie Trees, zacząłem grać z ludźmi, z którymi potrafiłem się dogadać, i które dzieliły ze mną wizję artystyczną, więc polubiłem trasy koncertowe. Jestem też dużo starszy niż wtedy, bardzo się zmieniłem, a z perspektywy czasu wiem, że przyczyną połowy osobistych konfliktów w Screaming Trees byłem ja. Po prostu dojrzałem. Zawsze lubiłem podróżować, zawsze kochałem śpiewać. Nie wiedziałem tylko, że nie będzie mi to sprawiał radości ze Screaming Trees.

Pojawiły się plotki o reaktywacji Mad Season.

Są nieprawdziwe. Mad Season wydają boks z ich jedyną płytą, “Above”, DVD z koncertem i chyba płytą koncertową. Będą też niewydane wcześniej piosenki. Do trzech z nich nagrałem wokale, ale muzyka pochodzi z końca lat 90. To taki bonus do tego boksu. To wszystko. Nie dołączam do Mad Season i z tego, co wiem, oni nie mają zamiaru się reaktywować. Jeśli już, to beze mnie.

Bardzo cenisz sobie prywatność, przez wiele lat byłeś nieuchwytny dla fanów, jednak ostatnio zawsze po koncertach podpisujesz płyty i rozmawiasz z wielbicielami, co się zmieniło w twoim podejściu?

Cóż, nie jestem tą samą osobą, co pod koniec lat 90. i na początku tego stulecia. Ani tą samą, co w latach 80. i 70. Bardzo doceniam ludzi, którzy kupują moje płyty, przychodzą na koncerty, szczególnie w tych nieciekawych czasach, gdy ludzie nie mają dużo pieniędzy. Jestem im za to niezwykle wdzięczny. To taka forma podziękowania. To też jest dobre dla mnie, zawsze byłem dość małomówny, więc teraz staram się poznawać nowych ludzi, rozmawiać z nimi. A jeśli to ich uszczęśliwia, to tym lepiej.

Jak Clippersi radzą sobie w grach przedsezonowych?

Całkiem nieźle, wczoraj wygrali z Lakersami, ale oni nie zagrali w najmocniejszym składzie. Zobaczymy, co przyniesie sezon.

Wejdą do playoffów?

Na pewno, w zeszłym roku odpadli w drugiej rundzie. Nie wiem, jak im pójdzie w tym roku, ale na pewno przynajmniej tak samo dobrze.

środa, 1 stycznia 2014

Polska 2013: miejsca 20-16

20. Psychocukier - "Diamenty"

Szósta płyta łodzian jest pierwszą, która przekonała mnie w całości. Proste, oszczędne, motoryczne, świetnie wyprodukowane i brzmiące granie. Pustki po obecnie zdziadziałych i bawiących się w herosów rocka QOTSA nie wypełnią, ale przynajmniej osłodzą żałobę.



19. Stefan Wesołowski - "Liebestod"



Drugi album młodego, trójmiejskiego kompozytora i skrzypka hipnotyzuje tajemniczą atmosferą wypełnioną mieszanką elektroniki i klasyki. Dużo tu repetytywności, są nagrania terenowe wzmacniające filmowość całości. Choć filmu do tej muzyki bałbym się oglądać, mam za słabe nerwy.



18. Kaseciarz - "Motorcycle Rock and Roll"



Maciek Nowacki zaczął śpiewać, jego zespół coraz bardziej oddala się od surfu. Same przeboje skąpane w krakowskim smogu.



17. Krzysztof Zalewski - "Zelig"




Po latach otrzaskiwania się w Heyu, Muchach, Japoto, z Brodką, Zalewski wraca na swoje. I to jak wraca. Od "Jaśniej" trudno się oderwać, a potem jest jeszcze lepiej. Bigbit, alternatywa, blues, delikatne machnięcia elektroniką robią wrażenie, pokręcone piosenki. Bombeczka.

16. Tatvamasi - "Parts of Entirety"




Lubelski kwartet miota się między jazzem a rockiem. Stojąc w rozkroku bierze z obydwu gatunków co najlepsze, nie podporządkowując się do końca żadnemu z nich.



poniedziałek, 30 grudnia 2013

Koncerty 2013

Mijający rok był mniej intensywny w materii koncertowej. Przynajmniej dla mnie. Sporo koncertów świadomie ominąłem, część mi umknęła w natłoku informacji. Z tych, na które się wybrałem, zestawiłem trzynastkę, która najmocniej utkwiła mi w pamięci. I postarałem się je jakoś ułożyć w kolejności.

13. Ryan Francesconi & Mirabai Peart, 13.08, Pardon, To Tu

Połowa sierpnia była bardzo gorąca. W Pardonie jeszcze goręcej (ale tam niezależnie od pory roku panuje tropikalne temperatury). Ludzi nie przyszło bardzo wielu, by posłuchać tego duetu inspirującego się muzyką Bałkanów. Nie, to nie A Hawk and a Hacksaw, na których koncercie w tym samym miejscu cztery miesiące wcześniej panował konkretny ścisk. Ryan Francesconi i Mirabai Peart zagrali bardzo kontemplacyjnie. Bałkany przefiltrowali przez americanę. Francesconi sięga przede wszystkim po muzykę Wysp Egejskich, trochę sielankową i wycofaną. Najciekawiej robiło się, gdy zamieniał gitarę na bułgarska tamburę. Wtedy muzyka robiła się śmielsza, traciła ilustracyjny charakter i nabierała żywotności. Lepiej też współbrzmiały w tych momentach skrzypce Peart. Ani na chwilkę ich muzyka nie traciła skupionego piękna.

12. kIRk, 12.09, Pardon, To Tu

Nie byłem na marcowym koncercie kIRków z materiałem ze "Złej krwi" w Powiększeniu. We wrześniu przyjechali ze swoją wersją ścieżki dźwiękowej "Zewu Chtulhu" i odkopanymi fragmentami "Mszy św. w Brąswałdzie". Przez ponad godzinę opowiadali o strachu, zepsuciu, nienawiści, nie mówiąc ani słowa. Ich muzyka miała prawie namacalną strukturę, przytłaczała swoim ciężarem i pozbawiała tchu w piersiach. Pod koniec jednocześnie modliłem się, by juz skończyli i nie mogłem wyrwać się z dźwiękowej hipnozy.

11. Kvelertak, 26.03, Hydrozagadka

Metalowa bestia z przebojowym zacięciem w Hydrozagadce rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak powinno się grać metal. Bez spiny, na luzie, ale i bez buractwa. I z takimi fantastycznymi piosenkami. Plus sceniczna charyzma, której Norwegom wielu może pozazdrościć.

10. Jessie Ware, 23.03, Palladium

Jessie Ware, kocham Cię.

9. Maalem Mokhtar Gania, Wacław Zimpel, Paweł Szpura; 12.05, Pardon, To Tu

Znów Pardon, który nie miał w tym roku konkurencji. Z klarnecistą Wacławem Zimplem i perkusistą Pawłem Szpurą zagrał Mokhtar Gania, marokański griot i mistrz gry na gimbri, basowej dwustrunowej lutni. We trzech od razu weszli w saharyjski trans, w którym, gdyby chcieli, mogliby pozostać całą noc. Bardzo taneczny i ekstatyczny groove leżał u podstaw tego występu, więc decyzja organizatorów o rozstawieniu krzeseł była zupełnie niezrozumiała i nietrafiona. Gdzieś w tle pobrzmiewały echa zachodnioafrykańskich big bandów. Czekam na płytę.

8. Konono no. 1, 10.04.2013, Cafe Kulturalna

Z ich poprzedniego koncertu musiałem wcześniej wyjść, żeby porozmawiać z Brianem Shimkovitzem z Awesome Tapes from Africa. W tym roku znów zagrali jednego dnia, ale zamiast namiotu festiwalowego rozgrzali Kulturalną do czerwoności, choć przyjechali w zmniejszonym składzie.

7. Hera, 18.12, Pardon, To Tu

Ostatni tegoroczny koncert, jaki widziałem. Herę na OFFie odpuściłem, wybierając zamiast kwartetu Zimpel/Postaremczak/Wójciński/Szpura Hokei (ich zresztą też potem widziałem w Pardonie, zagrali dużo lepiej niż w Katowicach). Po "Seven Lines" uświadomiłem sobie ten błąd, a po tym koncercie jeszcze mocniej to do mnie dotarła. Dźwiękowy walec, piękna apokalipsa. Chwilą wytchnienia były tylko bisy, a tak przez półtorej godziny pięknie hałasowali, zatapiając się we własnym graniu.

6. A Hawk and a Hacksaw, 14.04, Pardon, To Tu

Warszawski koncert Amerykanów, choć z tym samym materiałem, był zupełnie inny od zeszłorocznego występu na OFF Clubie. Przede wszytkim nie grali do filmu, mimo że przyjechali promować własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Cieni zapomnianych przodków" Paradżanowa. Muzyka oderwana od obrazu obroniła się świetnie, Jeremy Barnes i Heather Trost w swoich poszukiwaniach przenieśli sie do Europy Środkowo-Wschodniej, więc zabrzmiały rumuńskie, węgierskie i ukraińskie melodie do tańca. We dwoje chwilami brzmieli jak orkiestra, zarówno dzięki technice, jak i nietuzinkowym pomysłom wykonawczym. A gdy zakończyli bis zagranym na środku klubu "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine", poczułem się jak na weselu, gdzieś na końcu świata.

5. Japandroids, 04.08, OFF Festival

Cóż, że przyjechali na festiwal i zagrali krótko w środku dnia, że zabrakło kilku fantastycznych numerów. King i Prowse wiedzą, jak rozpalić mały klub i scenę plenerową. Do tradycyjnego zestawu: pot, głośne gitary, przeboje na OFFie doszedł wszechobecny kurz i piach.

4. Fucked Up, 04.08, OFF Festival

Jak JPNDRDS, tylko bardziej. Nie wiem, jak przeżyłem te dwa koncerty bez żadnego uszczerbku na zdrowiu. Dzieliło je pięć minut.

3. Alireza Ghorbani, 08.06, Ethno Port

Czyste piękno. Nie trzeba więcej pisać.

2. Bombino, 21.10, Stodola

Dzięki koncertowi Bombino dowiedziałem się, że Stodoła ma też dodatkową salkę. Ale nie dlatego jest tak wysoko w tym podsumowaniu. Trafił tu, bo przez prawie półtorej godziny byłem na Saharze.

1. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan, 07.06, Ethno Port

Jak numer trzeci, tylko jeszcze piękniejszy i z dachem z gwiazd.

środa, 19 czerwca 2013

Trupa Trupa - "++"


Grzegorz Kwiatkowski w rozpoczynającym drugi album Trupy Trupa "I Hate" wyznaje nienawiść całej ludzkości. Potem jest tylko lepiej.

Żyjemy w świecie nieuświadomionych i kreowanych sztucznie potrzeb. Na pewno potrzebujesz ten śliczny, mały samochodzik do jazdy tylko po mieście, a ten smartfon? No nie możesz bez niego żyć. Telewizor 3D? Twoje największe marzenie. Na pewno tęsknisz za rockowymi gitarami, jak możesz nie tęsknić? Ja nie tęskniłem, niespecjalnie brakowało mi klasycznego grania. A potem posłuchałem "++"

"++" można zdefiniować przestrzenią. Przestrzenność brzmienia dominuje podobnie, jak w przypadku "Coexist" the xx. Z tą różnicą, że Brytyjczykom nie wyszło to na dobre i postawienie na brzmienie obnażyło braki kompozycyjne. Gdańszczanie z ciszy i pogłosu korzystają rozsądniej. Delikatne "Influence" dzięki tej umiejętnej grze tylko zyskało na emocjonalności, podobnie poruszające "Here and Then". Również w bardziej motorycznych momentach przestrzenność działa na korzyść grupy. Urywające się zbyt nagle "I Hate" nie byłoby w połowie tak dobre, gdyby nie zmieniło się w psychodelizujący pasaż z towarzyszeniem trąbki Tomasza Ziętka. W inną, bardziej pozytywną stronę rozkręca się kończące "++" "Exist", co kontrastuje z tekstem.

Nie tęskniłem za klasycznym rockiem. Teraz tęsknię. W tej nostalgii pomaga mi Trupa Trupa.

piątek, 7 czerwca 2013

5x7": czerwiec

Miało być  co miesiąc, trochę się spóźniłem, dlatego w czerwcu będą dwa odcinki 5x.

Boy Friend - "Love Dropper / D'Arrest"
Odprysk dreampopowego, teksaskiego Sleep ∞ Over okazał się być dużo bardziej interesujacy. Ten singel to łącznik między debiutancką, kasetową EPką ("D'Arrest") a długogrającym albumem ("Lovedropper"). Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po dreampopie. Rozmyte wokale, plamy dźwięków, atmosfera niczym z marzeń sennych, Crista Palazzolo i Sarah Brown dodają do tego zabójcze melodie i palące słońce. Obie piosenki zostały trochę inaczej zmiksowane niż na swoich pierwotnych wydaniach.


Mdou Moctar / Brainstorm - "Anar/Vanessa"
Marzenie każdego szanującego się hipstera (dlatego mam tę siódemkę). Nieznany portlandzki zespół Brainstorm coveruje nigryjski hit autorstwa Mdou Moctara, tuareskiego gitarzysty, który nie boi się używać automatu perkusyjnego ani nadużywać auto-tune'a. Jego piosenka jest tak zła, że aż dobra. Amerykanie podchodzą do "Anar" dość zachowawczo, ale oni z kolei nie boją się zmienić tej surowej kompozycji w potencjalny hit. I na szczęście dają mniej autotune'a.




Koudede - Guitars from Agadez vol. 6
Koudede, legenda wśród tuareskich gitarzystów, nie doczekał się wydania tego singla. W dniu, kiedy Sublime Frequencies zaakceptowali próbne tłoczenie, Koudede zginął w wypadku samochodowym, wracając z koncertu do swojego rodzinnego Agadezu. Dwa utwory zarejestrowane w styczniu w stolicy Mali, Bamako to tuareski rock w najlepszym wydaniu. Nieokiełznany, dziki, nieidący na żadne kompromisy, psychodeliczny. W "Hat-iman-in" nie biorą jeńców (że pozwolę sobie na takie sformułowanie) swoimi jazgotliwymi gitarami, natomiast "Nelil-igorasan" to chwila wytchnienia.

Muzyka końca lata - "Nie ukryjesz się przede mną / Shake Banana (Bangeliz Eurodance Remix)"
Jeden z moich ulubionych zespołów porwał się na soczysty, peerelowski funk. Oryginał wykonywała Halina Frąckowiak z Grupą ABC. Wersja MKL buja równie mocno, choć dęciaki i klawisze w ich aranżu pojawiają się daleko w tle, ustępując miejsca fantastycznej linii basu i gitarom. Aż chce się tańczyć po prostu. Druga strona tego singla to dyskotekowy remiks Błażeja Króla najabsurdalniejszej piosenki MKL, do której tańczy się jeszcze lepiej.

Adesose Wallace / Simo Lagnawi - Africa
Split wydany przez Ghetto Lounge, małą londyńską wytwórnię zajmującą się, jak można się domyślić, muzyką afrykańską. Adesose Wallace zabiera się za poważne zadanie, gra piosenkę Feli (który to już cover dziś?), wychodzi mu to całkiem zgrabnie, ale brakuje ognia. Ciekawiej prezentuje się druga strona, na której rządzi Simo Lagnawi, grający gnawę na guimbri (basowej lutni). Silnie osadzoną w szamańskiej tradycji, w której łatwo się zatopić.



środa, 9 stycznia 2013

Polska 2012: miejsca 10-6

10. Skubas - "Wilczełyko"

Skubas opierając się na akustycznościach, opowiada historie, idąc czasem tropem Toma Waitsa, czasem mocno zagłębiając się w lata 90, w seattlowskim wydaniu. Niepozorny to album i chyba trochę zbyt łatwo go przeoczyć, co byłoby sporą stratą, bo takich barowych przydymionych papierosami nie było lepszych w ubiegłym roku.

wideosesja | Skubas - "Mgła" from Uwolnij Muzykę! on Vimeo.

9. Muchy - "chcecicospowiedziec"

Zdecydowanie najbardziej rockowa propozycja poznaniaków. Odejście Piotra Maciejewskiego i przyjęcie Damiana Pielki skierowały Muchy w mocniejsze rejony, słychać gdzieniegdzie echa QotSA, ale nie stracili nie stracili nic ze swojej taneczności. Wiraszkowe teksty może w całości niezbyt imponujące, ale jak zawsze można wychwycić doskonałe sformułowanie. "Chcecicospowiedziec" jest jednocześnie ich najdzikszą, jak i najdojrzalszą płytą. Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę.


8. Płyny - "Vacatunes"

Płyny konsekwentnie mocno podkreślają lokalność w tekstach, zmiękczając ją muzycznym eklektyzmem. Jest i blues rock, i avant-pop, parodia rosyjskich ballad i radiowego popu, indie, Indie, Bitelsi, wszystko rozgrywające się w Warszawie oglądanej z perspektywy Pałacu Kultury, imprezowiczów, wnikliwego antropologa, podwórka na Dobrej... Warszawie rozgrzanej zachodzącym, wakacyjnym słońcem.


7. Maja Kleszcz & IncarNations - "Odeon"

Maja Kleszcz przeszła długą drogą od folku i białego śpiewu w Kapeli ze wsi Warszawa do bluesa i soulu z IncarNations. Porównania do Amy Winehouse są tyleż pochlebne, co niesprawiedliwe. Mai nie trzeba z nikim porównywać, jest na tyle wyrazista i uzdolniona (ten głos!), że to raczej inni powinni równać do niej. Niemała w tym zasługa Wojtka Krzaka nadzorującego sprawy muzyczne i autora tych stylowych, zanurzonych w tradycji piosenek oraz Bogdana Loebla tekściarza zespołu. Bez nich projekt pt. IncarNations nie byłby skazany na sukces, bo samym, nieważne jak zjawiskowym, głosem nie da się go osiągnąć. Potrzebne są jeszcze tak fantastyczne piosenki, jak te.


6. Merkabah - "A Lament for the Lamb"

Żydowski mistycyzm przełożony na język jazz-metalu. Język pokręcony, skomplikowany, fascynujący i perfekcyjny, choć nie pozbawiony odrobiny szaleństwa, w którym łatwo się zatracić. Główną rolę odgrywają w nim nie wściekłe gitary, lecz demoniczny saksofon. Choć wcześniej mieli na koncie parę EPek, to dopiero pełnokrwisty debiut, jakim jest "A Lament for the Lamb" pokazał, że Merkabah to jeden z najbardziej interesujących polskich zespołów. Nie tylko metalowych.


czwartek, 27 grudnia 2012

Magnificent Muttley - Magnificent Muttley


Zwykle nie pisze o płytach, które mi się nie podobają - po prostu szkoda mi na nie czasu i starań. Jednak spływające zewsząd pozytywne (czasem nawet entuzjastyczne) oceny debiutu warszawiaków są dla mnie  tak zupełnym zaskoczeniem, że musiałem zabrać głos.

Wszystkie przewijające się nazwy w kontekście MM (Hendrix! Cream! Budgie! Led Zeppelin! Black Sabbath!) tak naprawdę można sprowadzić do dwóch: Red Hot Chili Peppers i John Frusciante. Jak to? Przecież robią sobie przejażdżkę po historii rocka, a RHCP to ciągle te swoje funki tłuką (ostatnio mniej) i może ich wpływ słychać w "Phenomenalike", ale to koniec! Otóż nie. W pozostałych kawałkach nie jest to tak dosadne jak w wyżej wymienionym, ale wsłuchajcie się w gitarę. Gitarzysta gra, jakby jedynym muzykiem, który jest godny bycia źródłem inspiracji był Frusciante właśnie. Każdy dźwięk, każda solówka to kopiowanie patentów Amerykanina. Trzeba też zaznaczyć, że cała trójka ma prawdopodobnie ogromne zbiory bootlegów Kalifornijczyków ze szczególnym wskazaniem lat 2004-2007. Stąd te wszystkie jamy, rozwlekłe solówki, męczenie gitary. Prawie wszystkie piosenki brzmią, jak wywiedzione z koncertowych improwizacji Fru, Flea i Smitha. No tylko wokalista stara się śpiewać inaczej niż Kiedis, ale nie wychodzi mu to najlepiej.

To wszystko nie byłoby tak poważną wadą, gdyby przekuli tę inspirację na dobre piosenki, jednak tych ze świecą szukać na "Magnificent Muttley". Wszystko jest wtórne, nudne, wymuszone, bez polotu. Mimo kilku rzetelnych prób przesłuchania tej płyty nie udało mi się wychwycić nic, na czym byłoby można zawiesić ucho.  I co z tego, że warsztatowo nienagannie (a jednak udało mi się znaleźć choć jeden pozytyw)? Polski rockowy materiał eksportowy? Wolne żarty, z polskim rockiem nie jest aż tak źle, by na zachód wysyłać akurat ich.

I tylko jedno mnie zastanawia. Gdzie tu, u licha, słychać At the Drive-In?


czwartek, 6 września 2012

Firewater - International Orange!




Todd Ashley odnalazł dom. Po kilku latach tułaczki po Azji tej dalszej i bliższej, czego wynikiem była terapeutyczna płyta „The Golden Hour” lider i jedyny stały element Firewatoe osiadł w Stambule. Na styku dwóch światów.

Na tej samej granicy porusza się jego muzyka. Trochę cygańska, z jednej strony mocno zakorzeniona w tradycji niezależnego rocka (Ashley był w końcu liderem nieodżałowanego Cop Shoot Cop) z zaangażowanymi tekstami, a z drugiej odważnie sięgająca po dźwięki zwykle zauważane przez fanów muzyki etnicznej. Znajdziemy tu kubańskie mambo, greckie rebetiko, turecko brzmiącą psychodelię w duchu Baba Zula, arabskie melizmaty, bałałajkę, bhangrę prosto z Pendżabu. Na płycie Ashleyowi towarzyszą muzycy z Turcji i Izraela. Istna tytułowa międzynarodówka.

Pomarańcz to w tym wypadku kolor. Kolor spalonej ziemi w Anatolii i zachodzącego słońca nad Bosforem w „Strange Life”, którego początek jest hołdem dla „Paint it Black” Stonesów. To kolor świata będącego na uboczu, rezygnacji w „Feeling No Pain”. To kolor zapomnianych przez wszystkich wiosek, w których można uciec przed galopującym światem,. To wreszcie kolor malej rewolucji, bo te wielkie pod innymi sztandarami nigdy nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań.

„International Orange!” jest naturalną kontynuacją ścieżki obranej na „The Golden Hour”. Podobnie przebojowa, zróżnicowana, wciągająca i, niestety, momentami polityczna. Todd jest ciągle zły na świat, chce z nim walczyć, co czasem wychodzi mu lepiej, jak w "Ex-Millionaire Mambo", ale czasem jego gniew bierze przewagę nad piosenką, jak w nieudanym "Dead Man's Boots". Kiedy jednak rozlicza się z samym sobą, potrafi sięgnąć geniuszu, czego dowodem jest fenomenalne "Nowhere to Be Found"

Swoje piosenki Todd A traktuje jak pocztówki. Plastyczne teksty pomagają w wyimaginowanej podróży na styk Europy i Azji i zanurzeniu się w melancholii kończącej album „Bonney Anne”, która najlepiej oddaje charakter całości. To ja pakuję plecak.


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Taki weekend dwa razy się nie zdarza

Garbage, Orange Warsaw Festival, Warszawa, 9 VI 2012
the Mountain Goats, Halfway Festival, Białystok, 10 VI 2012

1. Moje pierwsze spotkanie z Garbage to chyba jeszcze rok 2000 i ten teledysk obejrzany jeszcze na MTV. Podjarka nimi nie trwała długo, a wymieniona jakiś czas potem za "Break the Cycle" Staind "Version 2.0" kurzyła się na półce ze 3 lata, choć po drodze trafiła się jeszcze zajawka na "Androgyny" i "Cherry Lips". Wszytko zmieniło się przy okazji "Why Do You Love Me?" obejrzanego już na MTV2. Wiecie, miłość na sto procent. Moje pierwsze spotkanie z the Mountain Goats to to wideo. I wystarczyło.

2. Przed Garbage zagrali Fisz (jak zawsze pełna profeska) i De La Soul (świetnie). Przed the Mountain Goats - Low Roar (nie widziałem) i Sebastien Schuller (nudy).

3. Garbage zaczęli "Automatic Systematic Habit", czyli tak samo jak swój najnowszy album. Potem postawili przede wszystkim na single. Chyba jedyną piosenką w secie, której nie wydali na małej płycie było "Metal Heart". Poza tym same hity, "Stupid Girl" zagrali na samym początku, zakończyli "Push It", między nimi fantastyczna wersja "Only Happy When It Rains", "Temptation Waits", "Vow". Zabrakło mi tylko "Hammering in My Head" i "Sex Is Not The Enemy".

4. The Mountain Goats przyjechali bez Jona Wurstera, czyli nie było perkusji, co wpłynęło znacząco na set. Na  pamięć znam jedynie "The Life of the World to Come" i "All Eternal Decks", a z nich John Darnielle i Peter Hughes zagrali tylko "For Charles Bronson", "Ezekiel 7 And The Permanent Efficacy Of Grace" i "Deuteronomy 2:10". Bis był za to wyjątkowy, ktoś z publiczności krzyknął, by zagrali "No Children". I zagrali, ale w nietypowej wersji, jedynie na bas i głos. LOT zgubił ich sprzęt, a do tej piosenki Darnielle potrzebował kapodastra, którego już organizatorzy mu nie zapewnili. Na szczęście.

5. Shirley Manson dwoiła się i troiła na ogromnej scenie OWF, nawet zeszła do fosy, ale nijak nie mogła dotrzeć do publiczności, która w przytłaczającej większości przyszła na Linkin Park i nic innego nich nie obchodziło. Niestety. To była jedyna wada tego koncertu, o ile byłoby lepiej, gdyby zagrali chociażby w Stodole (bo czasy, gdy grali w Spodku już minęły). Garbage zdawali sobie z tego sprawę, ale wcale nie zagrali na pół gwizdka, a Shirley zadedykowała "Why Do You Love Me?" wszystkim tym, którzy czekali na nich te 7 lat (a na koncert 13). W tym mnie. Miło :)

6. John Darnielle nie musiał wiele robić, by podbić nieliczną publiczność zgromadzoną w Filharmonii Podlaskiej. Nic dziwnego, miejsce zupełnie inne, to oni byli gwiazdą wieczoru, wreszcie intymność sali koncertowej sprawiała, że miałem wrażenie uczestniczenia w półprywatnym koncercie. Darnielle szalał po scenie, śpiewał nie do mikrofonu, skakał, zupełnie jak w tej wspaniałej wersji "Psalms 40:2" dla Pitchforka. Brak tej piosenki bolał najbardziej, ale nie przesłonił zachwytu z tego naprawdę niezwykłego koncertu.

7. Marynarka z logo jakiegoś mocno metalowego zespołu Darnielle'a > fryzura Manson.

8. Za to Garbage wygrywają wąsami z the Mountain Goats 2:0. Do Butcha Viga dołączył Steve Marker.

9. Na mojej liście zostali tylko Foo Fighters i Springsteen.

poniedziałek, 20 września 2010

Ekatarina Velika - Ljubav


EKV był jednym z zespołów, poleconych mi przez przygodnie poznanego Serba. O samym fakcie polecania już pisałem.O polecanej muzyce nie. Powróciwszy do domu, zacząłem przeglądać RYMa. I cóż, okładka "Ljubav" wyglądała najlepiej (pozostałe w większości - szkoda gadać). I nie pomyliłem, płyta z taką okładka nie może być słaba (ciągle mam wrażenie, że kiedyś widziałem bardzo, bardzo podobną okładkę - jakieś pomysły).

Wszystko wskazywało na to, że się z Katarzyną nie polubimy. Po pierwsze - lata 80. Po drugie - nowa fala. A jednak zaiskrzyło od razu. I nawet dość kiczowate klawisze nie przeszkadzają. I to, że ta pani z okładki, nie śpiewa, tylko pan, który nie ma jakiegoś super głosu też nie. Bo te piosenki są świetne, tak po prostu. Mroczne, niepokojące, ale melodyjne, proste, ale nie prostackie. I to już wystarczy, żebym nie przestawał jej słuchać od kilku tygodni.


Gdyby na przykład Paul Banks zrzynał nie z Curtisa, tylko z Serbów, to bym go lubił. Polecam.

wtorek, 8 czerwca 2010

Kim jest Kim Nowak?

Nie za wiele o nim (o niej?) wiadomo, ukrywa się przed wścibskimi spojrzeniami, nie za wiele o sobie mówi. Kim właściwie jest Kim Nowak?

Z pewnością nie ma za wiele wspólnego ze swoją imienniczką, Kim Novak, aktorką najbardziej znaną z filmów mistrza grozy, Alfreda Hitchcocka. Nasz Kim Nowak lubi oglądać filmy starego mistrza, ale to facet z krwi i kości. Lubi przykozaczyć, pokazać jaki z niego gość, "tak, jak golem ma charakter", czasem nawet pogrozi bronią, taki z niego twardziel i nie zmienią tego nawet dzwony, które lubi nosić.

Kiedyś pewnie nosił długie włosy i skórę, z tamtych czasów została mu miłość do Black Sabbath i Led Zeppelin. Hendrixa i jego gitarowe wywijasy po prostu ubóstwia. Z młodszych, z młodszych to ostatnio najlepiej mu wchodzi to, co wyszło spod palców dwóch Amerykanów: Josha Homme'ego i Jacka White'a, ze wskazaniem na tego drugiego i jego nowy zespół. Choć Queens of the Stone Age też często słucha. No i żeby nie było, że nie jest patriotą i słucha tylko zgniłego Zachodu - bardzo ceni sobie Breakout.

Ile ma lat? Pierwszą miłość dawno już przeżył, drugą i trzecią też, teraz przestrzega przed nią młodszych kolegów, bo wie, że nie ma z nią żartów, "bo to jest King Kong". Chodzi do pracy, pewnie w jakiejś korporacji, ale ma kłopoty ze snem. Lubi posłuchać Sonic Youth i dobrego rapu, co wskazuje na to, że wychował się w starych, dobrych latach 90. Pewnie więc ma około trzydziestki. A, byłym zapomniał, lubi od czasu do czasu poeksperymentować z używkami. Najchętniej zarzuca kwas i wtedy doświadcza iście hipisowskich wizji. Nie do końca ufa ludziom, bo zdradził go dobry przyjaciel.

Mimo tego, że niektórzy mu zarzucają, że w sumie to nie ma własnej osobowości i łyka wszystko, co jest z lat 60. i to kopiuje w swoim stylu, to fajny chłopak z tego Kima Nowaka.

środa, 10 marca 2010

Muchy - "Notoryczni debiutanci"

Pierwotna, porcysiowo-trójkowa podjarka Muchami , namaszczenie poznaniaków na nadzieję rodzimego rocka, zupełnie mnie ominęła. O istnieniu Much dowiedziałem się, gdy Warna-Wiesławski, wtedy jeszcze młody bałtysta, dał mi do posłuchania „Brudny śnieg”. I powiedzmy, że wsiąkłem, bo chyba jeszcze tego samego dnia, pobiegłem do sklepu po własny egzemplarz „Terroromansu”. O nim już kiedyś pisałem w innym miejscu, więc daruję to sobie i napiszę, że to dobra płyta jest po prostu.

„Notoryczni debiutanci” mieli jeszcze ciężej niż „Terroromans”. Dawni zbawcy polskiego niezalu zbratali się ze znienawidzonym przez środowisko indie Happysadem i, o zgrozo, pojechali z nimi w trasę. W kilka tygodni przeistoczyli się w zespół dla gimnazjalistek. Prawdziwa tragedia. Tak więc Muchy musiały pozbyć się dwóch łatek.

„Przesilenie” usłyszałem w Trójce jakoś w listopadzie/grudniu. Co tu dużo gadać, nie spodobał mi się, więc do przyszłej płyty miałem stosunek dość sceptyczny. Oznaką, że może być dobrze, był koncert w HRC, gdzie naprawdę dali radę. Nowe kawałki wypadły bardzo dobrze, nawet „Przesilenie”. A potem płyta trafiła na majspejsa. I wtedy się zaczęło.

Od „Rekwizytów” do starego, jeszcze z czasów pierwszego dema „Kołobrzegu-Świnoujścia” mamy do czynienia z piosenkami najwyższej próby. Mój największy faworyt to fenomenalni „Księgowi i Marynarze”, od których nie mogę uwolnić od kilku dni. Drugi to „15 minut później”, troszkę roztańczony kawałek o dorastaniu i zakochaniu. Kurde, też czytuję Thorgale, choć za mały jestem, by je zdobywać w księgarniach, tak, jak to robił Wiraszko i, na przykład, mój ojciec, dzięki któremu zainteresowałem się komiksem. Jak już podrosłem, to po Thorgale łaziłem do empiku. Chłopaki częściej sięgają po klawisze i syntezatory, ale nie odważyli się na tak odważny krok, jak Franz Ferdinand. Nadal jest oszczędnie brzmieniowo, może troszkę w stylu alternatywnego rocka sprzed dwóch i pół dekady, ale pojawiają się takie smaczki, jak trąbka czy akordeon. Słabych momentów nie odnotowałem.

Znów wszystko jest po polsku. Z polskimi tekstami jest problem nie od dziś. Nie każdy jest Nosowską czy Pablopavo. No i wiadomo, jakbyś się człowieku nie starał, to i tak „You’re beautiful” brzmi lepiej niż „jesteś piękna”. I jeszcze jest większa (co nie znaczy, że duża) szansa, że cię zauważą na Zachodzie. Głupoty po polsku rażą bardziej niż w jakimkolwiek, nawet najlepiej znanym języku obcym. Czy ktokolwiek zastanawia się, jakie teksty ma Brydzia na przykład? Przeintelektualizowanie i grafomania również jest dużo łatwiejsza do wykrycia. Patrz Rogucki. Słucjać się tego nie da, ale jakby zaśpiewał to po angielsku, nie byłoby pewnie problem. To jak sobie poradził Wiraszko?

Na „Terroromansie” było kilka naprawdę mocnych tekstów (choćby „Brudny śnieg” czy „Zapach wrzątku”). Były też teksty słabsze, jak na przykład „Galanteria”, która dosłownie ocierała się o granicę grafomanii. Tutaj sytuacja wygląda lepiej, najsłabszy tekst na „Notorycznych”, nota bene numer tytułowy, jest dużo lepszy niż najsłabsze teksty „Terroromansu”. Również dzięki temu, że fragment „To będzie dobry rok, bez rocznic i postanowień, bez roszczeń i rozczarowań” to jedne z najlepszych wersów Wiraszki w ogóle, idealnie oddający zmęczenie dwudziestokilkulatków szarą polską rzeczywistością, a jednocześnie jest pełny optymizmu. Wiraszko przez te dwa lata dojrzał, wyrobił się warsztatowo, że tak powiem, stał się bardziej nostalgiczny – zmieniły się i jego teksty.

Udało się skubańcom, poprzeczkę ustawioną przez debiut przeskoczyli z kilkumetrowym zapasem i ustawili ją jeszcze wyżej. Trzeciej płycie będzie jeszcze trudniej niż „Notorycznym”, ale po tym, co pokazali tutaj, wierzę w nich. A nawet jeśli nie przebiją „Notorycznych” to miejsce w historii mają zaklepane. Nowa dekada będzie należeć do nich.