wtorek, 6 stycznia 2026

2025: płyty, o których nie napisałem, a powinienem

O tym, jaki był to rok w muzyce z mojej perspektywy już niedługo. W tym – tamtym – roku pisałem mniej niż chciałem i chyba mniej niż powinienem. Wielu płytom planowałem poświęcić dłuższe teksty, a nie tylko zdanie w podsumowaniu, ale – jak zawsze – nie wyszło. Oto te, których braku recenzji żałuję najbardziej.

Owls Are Not – Radio Zodiak

Zacznijmy od tego, że to, co robi Piotr Cichocki w 1000 Hz w trochę lepszym świecie nie schodziłoby z jedynek portali i działów kulturalnych mediów. Jego idea jest nie tylko ambitna, ale i stojąca w poprzek hierarchii rządzących rynkiem muzycznym. A jednocześnie jest całkowicie świadomy swojego w nie zaplątania. Ciągle z nimi grają, podważają oczekiwania, wywracają wyobrażenia o muzyce afrykańskiej. Wraz z muzykami z Malawi działają na równych zasadach. Po długiej przerwie w tym właśnie duchu Cichocki reaktywuje swój projekt Owls Are Not właśnie w tym duchu, międzynarodówki łączącej Warszawę, Mzuzu, Białystok i Dar Es Salaam – udzielają się tu m.in. Happy Mphande z Tonga Boys, flagowego zespołu 1000 Hz. W pewnym sensie jest to rozwinięcie WILD/LIFE, ale mroczniejsze, bardziej chropowate, nie ma tu tego słońca, które zwykle kojarzymy na Zachodzie z muzyką z Afryki. To album radykalnie polityczny, idący w poprzek algorytmozy, niepokorny, radykalnie polityczny i wspólnotowy. 

Master Stone – Bang'a'gong

Krążyłem wokół tej płyty od premiery, ale tak naprawdę więcej czasu poświęciłem jej dopiero pod koniec roku, gdy zimowa aura kontrastowała ze słoneczną muzyką. I to leniwe, letnie granie w duchu Guess What, Yin Yin czy najbardziej słonecznych i wyluzowanych płyt Branta Bjorka trafiło mnie z całą mocą. 

Group Inerane – Marhajan Bianou

To od albumu Group Inerane zaczęła się moja miłość do tuareskiego rocka. Sublime Frequencies zebrali nagrania tego niesamowitego zespołu z pierwszej i jedynej europejskiej trasy. To był rok 2011, niedługo potem Koudede, jeden z liderów grupy zginie w wypadku samochodowym. Jak oni tu grają, są nieokiełznani, pędzą na złamanie karku. Ta (proto)punkowa energia z Guitars from Agadez jest cały czas obecna, a wygładzenie brzmienia nic w tym nie zmienia. To muzyka prosto z trzewi, nowoczesna i tradycyjna. Grają swoje i cudzesy, a zostawiona na sam koniec Azamane Tiliade Bombino jest tak doskonała jak wersja tego ostatniego Chet Boghassa Tinariwen.

Raül Refree & Niño de Elche – Cru+es


O swojej miłości do Refree i jego modernizowaniu, a czasem wywracaniu tradycji na drugą stronę pisałem już nieraz. Z Niño de Elche, jednym z najważniejszych głosów współczesnego, poszukującego flamenco, Refree współpracuje nie pierwszy raz. Po raz pierwszy jednak występują jako duet. Cru+es to do pewnego stopnia duchowy następca albumu Lina_Raül Refree, podobnie hiszpański producent ogrywa głos szkieletowymi, przestrzennymi (choć dusznymi, niepokojącymi) podkładami. Różnica jest taka, że jest tu jeszcze mroczniej, jeszcze duszniej. Obok elektroniki pojawia się gitara, pierwszy instrument Refree, co zbliża album do el espacio entre. Na takiej podstawie Niño de Elche błyszczy, jego głos jest pełen cierpienia i miłości, tych dwóch uczuć, na których skupia się Cru+es, album z mocnymi religijnymi podtekstami (co przecież nie może dziwić, to w końcu Hiszpania), pełen wyrazistych obrazów, choć tekstowo skromny. Poza epickim Salmo XXI na podstawie wiersza Ernesta Cardenala. Tyle czasu już sobie obiecuję, że napiszę porządny artykuł o Refree, bo to producent wyjątkowy, jedyny w swoim rodzaju, a ciągle nie jest doceniany tak, jak być powinien. Wiecie, to jest album na poziomie Requiem ludowego. Może w 2026 się uda, bo nie tylko Raül kończy pięćdziesiątkę, ale też ma przygotowane przynajmniej dwa albumy.

Farah Kaddour & Marwan Tohme – Ghazel



Zostajemy przy modernizowaniu tradycji, tym razem arabskiej, lewantyńskiej. Farah Kaddour i Marwan Tohme grają w wyśmienitym bejruckim zespole SANAM, ale znaleźli czas na wspólny album. Niedługi, wydany na kasecie. To improwizacje na buzuq, gitarę i efekty pełne czułości, intymne. Tak po prostu piękne.

The Blues of the Indian Ocean

Długo zapowiadana kompilacja segi – wyspiarskiego bluesa, bliskiego maloyi – z Mauritiusu, Rodrigues i diaspory z Chagos. JuJu Sounds znów dostarczają nagrania terenowe najwyższych lotów, poruszające, pełne społecznych i politycznych podtekstów. Jak zawsze skupiają się na marginalizowanych społecznościach, dają wybrzmieć ich historii oporu, rasizmu, dyskryminacji i wysiedleń.

Snocaps – Snocaps 

Wydany z przyczajki wspólny album sióstr Crutchfield – pierwszy taki od 14 lat – był największym zaskoczeniem 2025. Katie i Allison trochę wracają do przeszłości: Bad Banana, ps eliot, pierwszych albumów Swearin' i Waxahatchee, ale nie udają, że da się cofnąć czas. Nie jest to próba wskrzeszenia tamtych lat, ale spojrzenia na przeszłość z perspektywy, z całym dotychczasowym bagażem spróbować przywołać tamte uczucia i chwile. Katie gra dziś country (i to jak), Allison spełnia się jako A&R. Jedna mieszka w Kansas City, druga w Los Angeles, kiedyś w Filadelfii i na Brooklynie tworzyły najciekawsze niezależne sceny w USA. W tej podróży towarzyszą im MJ Lenderman i Brad Cook. Grają indie rock, podbity sepią i nostalgią za końcówką pierwszej dekady XXI wieku. To już nie jest niedzisiejsze, anachroniczne granie, ale szlachetnie ponadczasowe. Piosenkami dzielą się po połowie, jak w Bad Banana. Słychać echa tych ich poprzednich zespołów, czasem bardzo silnie jak w Brand New City będącym hołdem dla debiutu Swearin' czy Hide, dziecku Diane ps eliot. Przypomniały, że Allison jest równie utalentowaną piosenkopisarką, co jej siostra. Słuchając tego albumu poczułem się jednocześnie młodszy – przecież fanuję im obu od 2012 roku – i starszy, z tego samego powodu.


sztr – bedroom rock


Znowu powrót z przeszłości. Paulina Sztramska jakieś szesnaście lat temu grała w zapomnianym dziś warszawskim zespole Lora Lie. No, ja go pamiętam, wspaniałe to były czasy dla stołecznego niezalu. Potem – chyba – wzięła rozbrat z muzyką, wraca do niej dopiero teraz. Bedroom rock to granie w duchu wczesnego the xx, przestrzenne, skromne, intymne i nocne. Jest tu pewna surowość, naturalność, szczególnie w głosie Pauliny, która szczególnie do mnie przemawia. To nie jest wielka płyta, ale nie musi taką być, bym pamiętał o niej za kolejne szesnaście lat.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz