poniedziałek, 19 października 2026

Psychodelia joginki


Od kilku tygodni atakują mnie na Instagramie rolki podrzucające sposoby na wyjście poza algorytmy serwisów streamingowych (pewną ironią jest, że za to idealnie wpisują się w algorytmy platform do scrollowania). Od chodzenia w ciemno na koncerty w małych klubach (2009 welcome to) przez śledzenie ulubionych labeli, sprawdzanie creditsów albumów. Można też czytać i oglądać dziennikarzy, blogerki i - ich chyba też - influencerów muzycznych. Oni - my - też muszą tę nową muzykę skądś brać. Mam kilka wypróbowanych metod, żadna nie jest odkrywcza, a dzięki jednej z nich odkryłem jedną z najfajniejszych (tak, to dobre określenie) płyt tego roku.

Devotee nie znajdziecie u zbrodniczych Szwedów (ale w innych streamingach tak), ja na nią trafiłem przeglądając sekcję New & Notable na Bandcampie. Polecam ją regularnie odwiedzać, to krótkie, jednozdaniowe notki o albumach godnych uwagi. W tej dotyczącej długogrającego debiutu P.P. Rebel moją uwagę przykuło słowo “harmonium”. Na te nieduże, przenośne organy, wykorzystywane przede wszystkim w muzyce subkontynentu Indyjskiego (chociażby w moim ukochanym qawwali z Pakistanu) reaguję podobnie jak na lirę korbową. Przyciągają mnie jak magnes. A kiedy widzę, że są wykorzystywane poza swoim naturalnym kontekstem, to już muszę sprawdzić.

Debiut P.P. Rebel wbrew nazwie nie jest muzyką religijną, ale na pewno uduchowioną. Australijka Paris Rebel Richens, jedna z postaci garażowej sceny Melbourne i okolic zainteresowała się jogą po lekturze Autobiografii jogina Paramahansy Joganandy, propagatora krijajogi na Zachodzie i wstąpiła na tę duchową ścieżkę. To właśnie wtedy postanowiła kupić harmonium i z jego akompaniamentem śpiewać kosmiczne pieśni Joganandy. Tylko że prawie od razu zaczęła pisać własne piosenki. Zrekrutowała zespół i tak - w dużym skrócie - powstał Devotee. W tekście towarzyszącym premierze albumu Paris wspomina, że dopiero, kiedy przestawiła się na myślenie nie poprzez pryzmat ego, pokonała pisarską blokadę, odnalazła nowe pokłady kreatywności.

Wszystkie - z jednym wyjątkiem - piosenki P.P. Rebel opierają się na charakterystycznym brzmieniu harmonium, przypominającym akordeon, ale lżejszym. W zasadzie buduje je podobnie, od solowego intra, wprowadzającego temat, a dopiero później dołącza zespół. I tylko one przypominają muzykę religijną z Południowej Azji, to w tych momentach, jak na początku Sanctuary Paris ślizga się po dźwiękach. Australijka szybko przekształca piosenki w psychodeliczne klejnociki, wiele zawdzięczające latom 60. i 70., wczesnemu The Velvet Underground, 16th Floor Elevators. Swoją wysoką, dziewczęcą barwą głosu, wykorzystaniem harmonium, tą całą psychodeliczną mgiełką rozmywającą brzmienie, budowaniem melodii Paris bardzo przypomina mi Heather Trost. Amerykanka znana najbardziej z pierwszego składu Beirutu i A Hawk and a Hacksaw (w lutym nowy album, nie mogę się doczekać) zamiast harmonium wykorzystuje organy, a jej psychodelia jest bardziej śródziemnomorska niż południowoazjatycka.

Devotee to nie jest wielka płyta, nie ma też takich ambicji. To po prostu fajne siedem piosenek. Uroczych, kolorowych, troszkę kwaśnych. I czasem nie potrzeba więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz