poniedziałek, 9 marca 2026

Dwa kontynenty, trzy milenia

Z pisaniem na blog jest tak, że mogę sobie rozpisać tematy, zrobić plan, a potem go i tak nie dotrzymać, pomęczyć się nad swoimi wyborami, złorzeczyć na siebie… A potem znaleźć taką muzykę, o której trzeba napisać. I tak jest w przypadku Muco.

Od wydania jego debiutu minęło ponad pięć miesięcy, trafiłem na niego dopiero co, szóstego marca, gdy przeglądałem najnowszy numer Songlines (w poszukiwaniu swojej recenzji Trzcin Karabachu, spokojnie, jest). Oliver Nicholson, pół-Brytyjczyk, pół-Burundyjczyk, specjalista od literatury średnio- i staroangielskiej. W eposach, wierszach Beddy i Chaucera, poematach i modlitwach usłyszał pokrewieństwo z burundyjską tradycją. Dojrzał je także w staroangielskiego hearpe, która skojarzyła mu się z inangą, cytrą, którą Burundyjczycy akompaniują sobie podczas śpiewania własnych opowieści. Odległe połączenie Oczywiście, ale przecież muzyka od zawsze służyła do przekazywania historii, wiedzy i mitów.

Jak mu się to wszystko łączy zapytacie? Otóż forma i treść są angielskie, instrument wschodnioafrykański. Śpiewa teksty mające nawet półtora tysiąca lat z towarzyszeniem inangi, wciela się w wielokulturowego i “wieloczasowego” barda. Czasem doda akordeon, wiolę, wplecie nagrania terenowe, strzępki rozmów i śpiew ptaków). Jego głos jest delikatny, bliski gospelowym śpiewakom ze Wschodniej Afryki. Inanga w jego rękach nabiera dostojności, podniosłości, to instrument godny śpiewaków z dworu Wessexu. Słyszę w jego muzyce pokrewieństwo z avantfolkową sceną Glasgow z pierwszej dekady XXI wieku, psychodeliczną, zakorzenioną w tradycji, ale odrealnioną. Z takimi zespołami jak Scatter, The Family Elan, z mającą głos sprzed stuleci Stephanie Hladowski. A jednocześnie wspomniane nagrania terenowe wykorzystuje podobnie do Kenijczyka KMRU, mistrza współczesnego ambientu. Podobnie nie są tylko dodatkami, ale środkiem do zakorzenienia i przeniesienia kompozycji w świat marzeń sennych.

To surrealistyczne połączenie jest po prostu piękne. Sięgające trzech, a może nawet czterech kultur, rozpięte między dwoma kontynentami i dwoma mileniami. Muco duma nad ludzką kondycją, cyklem ludzkiego życia. Album zaczyna się od podwójnej kołysanki, jedynego momentu, w którym tak bezpośrednio łączy swoje ojczyzny, kończy wierszami żałobnymi. Śpiewa w językach z epoki, z każdym utworem coraz mocniej oddalając się od współczesnego angielskiego. W każdym momencie zaklęta jest wieczność, przypomnienie, że niezależnie od epoki ludzie żyją i umierają podobnie. A wszystko na przestrzeni zaledwie 23 minut.

Takie momenty lubię najbardziej w moim momentami obsesyjnym przesłuchiwaniu płyt. Niczego się nie spodziewałem, a otrzymałem muzykę, która zostanie ze mną na długo.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz