
Może dlatego, że w zeszłym roku pisałem i słuchałem mniej niż latach poprzednich, a blogaska całkiem zaniedbałem, to podsumowanie wyszło mi jeszcze bardziej monstrualne niż wcześniej. To jedna – wada? zaleta? – z cech pisania dla siebie samego, bez oddechu redaktora na plecach. Można pisać, pisać i pisać. Trzeba jednak w pewnym momencie powiedzieć sobie dość.
Nowa tradycja
Dziwny to był rok dla muzyki odnoszącej się do tradycji. Przynajmniej dziwny w Polsce. Kolejny rok z rzędu wychodzą albumy z kategorii „klękajcie narody”, ale nawet w folkowej bańce nie jest o nich głośno. W mediach pojawiają się tylko w Radiowym Centrum Kultury Ludowej (disclaimer, ja też tam piszę), które i tak jest często współwydawcą tych najciekawszych oraz u Bartka Chacińskiego (ale jego blog można już nazwać medium środowiskowym). Gdzie indziej? Bardzo rzadko, w zasadzie mignęła mi tylko wzmianka Oberkas Travel w jednym z instagramowych podsumowań. Może jakimś światełkiem w tunelu będzie Paszport Polityki dla Sw@dy i Niczos, ale nie wiem. Bardzo bym chciał.
Skoro już napisałem „płyty z kategorii klękajcie narody”, to nie powinno nikogo dziwić, że moją płytą roku jest właśnie Oberkas Travel. Co tam robią Zabrodzki, Niwiński, Młynarski i Domagalski... Chciałoby się napisać polskie Altin Gun, ale byłoby to krzywdzące dla wszystkich zainteresowanych. Oberkasi z jednej strony wskrzeszają ladowy humor (począwszy od nazwy), z drugiej – traktują oberki solidną porcją kwaśnej psychodelii. Z trzeciej zachowują oberkową wirowość i transowość, ale dają jej nowe oblicze. F A N T A S T Y C Z N E granie, bardzo mi się podoba to ich stanie w rozkroku między tradycją a odpięciem wrotek. Robią to zupełnie inaczej niż mający prawie ten sam skład osobowy i bardzo podobny repertuar Tercet Imperial (ale o nich więcej w okolicach wakacji). Choć Oberkasi zachwycili mnie od samego początku, to tak naprawdę wielkość tego zespołu najłatwiej doświadczyć na żywo, bo tam na scenie dopiero pokazują, że to są cały czas szalone oberki zapraszające do tańca.
Inne, choć równie transowe oblicze oberków pokazał Mateusz Kowalski. W jego rękach zmieniają się w appalaskie ballady śpiewane na ganku, nie tracąc nic ze swej polskości. To kolejny przykład po Opli przykład na mariaż wyobrażonej, wiejskiej Ameryki z Polską. Hajda Banda! otarła się na Niepraudzivajej o prawdziwą wielkość. Pod sam koniec 2024, tak bardzo, że ja ją zaliczam już do ubiegłego roku ukazała się płyta Trancexpress, zespołu łączącego Polskę Centralną z Oksytanią. Z prawdziwków świetny album wydała Orkiestra Galicja, taneczny, pięknie brzmiący. Pod koniec roku zachwyciła inna orkiestra – Podróżniacy. Zaskakująco blisko tej orkiestrze dętej do swoich włoskich odpowiedników. Robert Piotrowicz na oberkowych rytmach stworzył muzykę wrzynającą się pod skórę.
Tak, polski folk ma się świetnie, ale ani sam nie chce tego przed sobą przyznać, a ni nie wychodzi do szerszego grona słuchaczy. A może stara się wyjść, tylko to szersze grono jest zaimpregnowane na rodzimą tradycję. Trochę, żeby pokazać, że ta muzyka nie gryzie, a wręcz przeciwnie – może być i jest świetnym tworzywem do robienia całkowicie współczesnej muzyki, dla kwartalnika ZaiKSu przygotowałem przegląd współczesnej polskiej sceny. Dobrze to rozumieją metalowcy – Furia już od dawna flirtuje z folkiem i trójkowymi, wirującymi rytmami, w zeszłym roku Ugory weszły na tę ścieżkę.
A jak z tą tradycję i jej modernizacjami, odnóżami jest gdzie indziej? O Hiszpanii i Śródziemnomorzu za chwilę, bo tam dzieje się zbyt dużo, zasługują na własną sekcję w podsumowaniu. Austriaczka Anna Buchegger od kilku lat bierze na warsztat folklor z okolic Salzburga, śpiewa w lokalnym dialekcie i robi z niego porządny alternatywny pop (mamy o niej krotki dokument w ARTE, warto się zapoznać). Sam Amidon nagrał najlepszy album od lat. Przypadkiem trafiłem na drugi album młodziutkiego serbskobośniackiego „sevdalinkarza” Igora Božanicia. A to jedne z najciekawszych interpretacji lokalnej tradycji od lat. Kasai przenosi japońskie minyo (dosłownie muzykę ludu) w świat footworku. To niełatwa rzecz, nieokrzesana, ale bardzo wynagradzająca trud. Warto się z nią zaprzyjaźnić. Po sukcesie Carry them With Us, Brìghde Chaimbeul nie poszła na kompromisy. Sunwise jest jeszcze bardziej dronowa, bardziej nieprzewidywalna, surowa jak szkocki krajobraz. Drugi raz widziałem ją na żywo w tym roku, w największym strasburskim zborze. Piękne doświadczenie.
Cesar y su Jardin też postawili na piękno, poszukali go w dźwiękach swojego rodzinnego Meksyku. Farah Kaddour i Marwan Tohme eksperymentowali z materią lewantyńską dodając do tradycyjnych struktur awangardowe, gitarowe pasaże. Po przerwie wróciło jedno z moich ulubionych muzycznych rodzeństw, bracia Mortazavi, ale niestety ani Nexus Mohammadarezy ani La Fille du soleil Alirezy nie są choć w połowie tak dobre, jak ich poprzednie albumy. Po długiej przerwie wróciła tez Noura Mint Seymali. I to powrót przynajmniej bardzo dobry. Yenbett jest bardzo psychodeliczna, przypomina Group Doueh, ale w przystępniejszej wersji. Młodziaki z Nusantara Beat nasłuchali się starych winyli z kolekcji rodziców i po serii siódemek z coverami nagrali album z własnymi kompozycjami utrzymanymi w klimatach indonezyjskiej muzyki z lat 60. i 70. - tych czasów, kiedy rock rozprzestrzeniał się po świecie i wchłaniał różne lokalne style. Kibicowałem im od początku, cieszę się, że nie zawiedli moich oczekiwań. Nie sugerujcie się okładką epki Ashkana Shafiei, to nie są nagrania terenowe z zapomnianej przez Boga i ludzi wioski w Afganistanie, a pełnokrwiste, podbite funkiem piosenki inspirowane przedrewolucyjnym irańskim i afgańskim popem. Zgadza się za to wiodąca rola rababu. Okładka drugiego albumu młodego irańskiego wirtuoza tanburu, Mohammada Mostafy Heydariana zdradza wszystko, co powinniście o nim wiedzieć.
Raphaelowi Rogińskiemu chyba nigdy nie skończy się dobra passa. Bura jest geograficznie najbardziej określona z serii płyt poświęconych poszukiwaniu duszy Europy Wschodniej, najbardziej bezpośrednio odnosi się do konkretnej tradycji. Pomaga mu w tym trio Ružicnjak Tajni złożone z serbskich specjalistek od awangardy i folkloru. Pedro Vian z Maâlemem Najibem Soudanim otula gnawę analogową elektoniką. Niby nic wielkiego, ale jak to idzie. Percy Flores jako Wayku przenosi w świat jazzu i psychodelicznego rocka peruwiańską, amazońską pandillę. Jak, dlaczego i po co – opowiedział mi w Bandcamp Daily.
Folk ze snów, tropiki z marzeń
Folk nie musi odwoływać się do konkretnej tradycji, może być synkretyczny, czerpiący z różnych źródeł, ale nie wpadający na mielizny world music. Folk może być „syntetyczny”, dostosowany do cyfrowego świata (pachnącego szarością, z papieru miłością), jak na Wynoś się z mojego domu Starej Rzeki. Nie spodziewałem się tego powrotu, ucieszył mnie bardzo. Wyraźnie słychać, że Kuba Ziołek przez tę dekadę dotarł w zupełnie nowe miejsce. Jego doświadczenie z Brutality Garden, nowym wcieleniem ALAMEDY, graniem jako Erva, słuchaniem muzyki innej niż anglosaska wpłynęły na nowe oblicze Starej Rzeki. Choć ten senny, lekko nierealny (a może po prostu surrealistyczny) klimat pozostał. Nieważne, której płyty słucham, zawsze przed oczami mam późnoletnią noc rozświetloną pełnią Księżyca. Z Kubą porozmawiałem dla „Polityki” i teraz sobie uświadomiłem, że poprzedni raz, kiedy zrobiłem z nim wywiad to rok 2010, czasy dziś prehistoryczne. A on spełniał się w Ed Wood i Tin Pan Alley. O tych dwóch zespołach i jeszcze o George Dorn Screams wtedy rozmawialiśmy. Kto o nich dziś pamięta?
Po wyobrażonej, międzykontynentalnej przestrzeni, nowej geografii, gdzie Mzuzu, Warszawa, Białystok i Dar es Salaam ze sobą sąsiadują porusza się Piotr Cichocki na Radio Zodiak Owls Are Not. Fascynujący bardzo niedoceniony (w Polsce po prostu przegapiony). Antonina Nowacka i Sophie Birch zauroczone Sokołowskiem, tym sudeckim pierwowzorem Davos nagrały album pełen harfy, zwiewności, lekkości i wokaliz. Nie tylko o Hiraeth porozmawiałem z Antoniną dla Bandcamp Daily. Dziewczyny z Kuunatic dalej tworzą swoją postapokaliptyczną mitologię opartą na japońskim folklorze, krautrocku i stonerze. Abdullah Miniawy czerpie z egipskiego (nie tylko arabskiego) i lewantyńskiego folku, łączy go ze łzawymi dźwiękami trąbki i tworzy kolejny poruszający, kipiący od emocji album m.in. z udziałem Nino de Elche. Širom – podobnie jak Rogiński – nie są zdolni do wypuszczania czegoś słabego. Każdy ich kolejny album jest niczym wycieczka w nieznane, w stronę nowych muzycznych terenów. Złożonych ze znanych elementów, ale tak wymieszanych, tak poprzestawianych, że tworzy się naprawdę – bez cienia przesady – nowa jakość. Vauruva idzie tropem wytyczonym m.in. przez starą Starą Rzekę i nową Furię. Black metal współbrzmi tu z muzyką brazylijskiej Amazonii. Shackleton dwukrotnie zajmował się muzyką Zimpla. Najpierw wyszła koncertowa wersja ich wspaniałego albumu z Siddhartą Belmannu, a pod koniec roku Brytyjczyk pokazał własną wersję 3 Saagary. Jeszcze bardziej pogłosową, udubowioną.
Polski producent Naraska po wyśnionej podróży do Ameryki Południowej wybrał się – też w świecie rzeczywistym – i przywiózł stamtąd Colours of Morocco. Dużo na tej płycie naszego polskiego Marokańczyka Ayouba Houmanny, jest gnawa, jest muzyka Berberów, są tętniące życiem metropolie – Tanger, Casablanca, Meknes, Marrakesz. Guess What, czyli 1/2 Grup Şimşek bawią się w muzyczne odtwarzanie teorii Ericha von Danikena, do swojej firmowej psychodelii dorzucają trochę egipskich i arabskich elementów. Maciek Sondij z Beluga Stone solowo wytoczył ciężkie, tropikalne działa. Charif Megarbane po raz kolejny zanurzył się w sepiowe oblicze Libanu.
Nie tylko Rosalía
To jest to miejsce w podsumowaniu, w którym porozmawiamy o Rosalíi, Lux i jej recepcji w polskich mediach. A raczej prawie kompletnego jej braku. Głośniejszy był przyjazd Katalonki do Warszawy i strzelenie sobie fotki przed barem mlecznym na Pradze. Kulminacją tego źle ukierunkowanego zainteresowania był kuriozalny wywiad z z impresariatem i członkami orkiestry występującej w teledysku do Berghain w Mint Magazine. Kuriozalny, bo padły tam pytania „czy to wy skomponowaliście partie orkiestry na album” albo „czy to was słychać w nagraniu na teledysku”. Że tez wywiadowani nie pospadali z krzeseł. Recenzji Lux widziałem dwie – w Wysokich Obcasach i Polityce. Natomiast w mediach anglo- i francuskojęzycznych (o hiszpańskich nie wspominam) Rosalía wyskakiwała z lodówki – były wywiady, analizy, dogłębne recenzje. Z większości tych tekstów bije zaskoczenie, że Katalonka porwała się na tak ambitną rzecz. A ja sobie zadaję pytanie, czy oni wszyscy pozapominali o El mal querer, opartej na XII-wiecznym poemacie, wyrastający z flamenco, ale przekraczającym je. Lux to w zasadzie jego kontynuacja. Do tego to ciągłe porównywanie Rosalíi do Bjork, które przypomina mi, że jeszcze nie tak bardzo dawno kobieta w alternatywie była albo kolejną Tori Amos, albo PJ Harvey albo Bjork właśnie. No ile można. Tym bardziej, że muzyka Katalonki wprost wyrasta z lokalnej, iberyjskiej tradycji, kontynuuje drogę wyznaczoną przez Camarona de la Islę. Do tego wpływ Rosalíi jest słyszalny w całym europejskim Śródziemnomorzu - od Portugalii po Grecję. Nie tylko czerpie z całego regionu, ale sama jest inspiracją dla innych.
Trochę o tym wszystkim pisałem w Dwutygodniku przy okazji kreślenia portretu Maríi José Llergo, jednego z najciekawszych głosów współczesnej muzyki iberyjskiej. O Raülu Refree piszę regularnie od mniej więcej siedmiu lat, ale jak nie pisać, skoro to jeden z najważniejszych producentów zajmujących się muzyką (około)tradycyjnej. Na Cru+es z Nino de Elche wspiął się na wyżyny nawet w porównaniu ze swoim własnym katalogiem. A przecież z Aidą Tarrío nagrał piękną wariację na temat katalońskiego i galicyjskiego folku jako Galia i Ovidio. Blisko na tym albumie (wydanym pierwotnie jako dwie EP) album Rodrigo Cuveasa sprzed siedmiu lat. Wszystko jest ze sobą połączone. Ana Arsuaga do baskijskich piosenek dorzuca hiszpańskie, ale nadal jest to zachwycające minimalistyczne, syntezatorowe granie.
Siedem lat młodsza od Rosalíi María Terremoto nagrała piękny surowy album wypełniony flamenco. Inna María, Peláe na El Evangelio odwołuje się do Camarona, idzie tropem świętych, sięga po disco. Amanda Mur tka swoją muzykę niczym pajęczynę z okładki, wplata w folk industrial, dużo tu pogłosu i mroku. Júlia Colom znów inspiruje się balearskim folkiem, ale tym razem pisze własne piosenki. No i zaprosiła Tarta Relena do jednej piosenki, dla tej samej współpracy warto sięgnąć po Paradís. Duet występuje też na debiucie Alosa śpiewającego po katalońsku, trochę ogniskowego, ale bardzo przyjemnego. Lina wydała w tym roku dwa albumy. Jeden bardziej eksperymentalny z Julesem Maxwellem, na którym łączą muzykę elektroniczną i post rock z fado (ale zupełnie inaczej niż robiła to z Refree). Grają dostojnie i snująco. Z balearskim pianistą wyciszoną, skromną – tylko głos i fortepian – O fado. Niby tak odmienne, a bliźniaczo do siebie podobne. Carminho, którą można usłyszeć na Lux, podobnie jak Ana Moura i Lina śmiało wykracza poza tradycyjnie pojmowane fado. La Niña wbrew pseudonimowi nie jest Hiszpanką, lecz Włoszką (pewnie powiedziałaby o sobie, że raczej Neapolitanką). Na Furèsta żeni różne południowowłoskie, stara się być im wierna, ale gdzieniegdzie doda autotune, delikatną elektroniką. Wszystko jednak kręci się wokół wokali, często chóralnych. Jedną z tych chórzystek jest Sara Gioielli, której album był jednym z pozytywnych zaskoczeń ostatnich dni 2025. Tak, tu też się wszystko kręci wokół głosu.
Piosenka jest dobra na wszystko
Chyba jeszcze bardziej niż powrót Starej Rzeki ucieszył mnie powrót sióstr Crutchfield do wspólnego grania. Do takiego indie rocka mam ciągle słabość, nie będę tego ukrywał. Do takiego, jaki gra Indigo de Souza też. Sharon Van Etten po czterdziestce bawi się w gotkę i wychodzi jej to bardzo dobrze. Wreszcie też udało mi się – po prawie 10 latach przerwy – zobaczyć ją na żywo. Derya Yıldırım & Grup Şimşek w nowym, amerykańskim są jeszcze bardziej powłóczyści, jeszcze bardziej rozmyci brzmieniowo. Σtella nagrała idealną letnią płytę, w której zasłuchiwałem się na Korfu. Fajnie, że wreszcie zaczęła też choć czasem śpiewać po grecku. Giorgio Poi wreszcie nagrał album, na którym pokazuje w pełni swój talent do pisania piosenek.
Stara znajoma, Alina Orlova (trudno mi uwierzyć, że słucham jej od 17 lat, czyli od debiutu), z regularnością godną pozazdroszczenia pisze te swoje lekko kabaretowe piosenki będące współczesną wariacją na temat litewskiej poezji śpiewanej. Aż żałuję, że ten litewski mi wyparował głowy. Frànçois & The Atlas Mountains jak zawsze stylowi. Eefje de Visser z powodzeniem wróciła do stylu wypracowanego na Nachtlicht, czyli indie popu opartego na funkowo-postpunkowym basie, plamach syntezatorów, przycinanych gitarach. Tęskniłem. Marcin Masecki raz jeszcze rzucił się w wir starych piosenek z Ameryki Łacińskiej, tym razem w większym składzie i już z całym arsenałem swoich firmowych zagrywek – rozbierania piosenek na części pierwsze, przeplatania różnych motywów, efektu zaciętej płyty. Uśmiałem się przy tym albumie. Drugi album Titanic, czyli duetu Mabe Fratti i I Catolica przynosi doskonały eksperymentalny, hałaśliwy pop. W zeszłym roku słuchałem mniej muzyki z Afryki niż zwykle, ale trzeci album Star Feminine Band polecam z całego serca. Tak jak i pożegnalną płytę Amadou & Mariam. Basia Bulat wreszcie spełniła obietnicą złożoną jeszcze na Green Zoo w 2010 i nagrała pierwszą piosenkę choć trochę po polsku. Z dwóch albumów Lou-Adriane Cassidy wybieram zdecydowanie Triste animal.
W lutym napisałem do Dwutygodnika pochwalną recenzję Iskier Mateusza Franczaka, który wreszcie poszedł na 100% w piosenki. A w grudniu zobaczyłem jego wpis na buniu, że mimo pozytywnych recenzji w prasie, mało kto się tym albumem zainteresował. I to chyba najlepiej oddaje (brak) wpływ(u) krytyki na słuchaczy. A przecież 2T to nie żaden niszowy blogasek czy newsletter, to jedno z największych (o ile nie największe) medium kulturalne w tym kraju.
Trzeci solowy album Yasmine Hamdan po prostu rozdziera serce.
Szumy, spacery, syntezatory
Maciek Polak nie tylko naprawia stare syntezatory, ale też na nich gra. Skromnie mówi, że to zwykle wprawki, ale nie dajcie mu się zwieść. 1977 to album pełen pięknych miniaturek, do których chce się wracać. Wspólny album Patricka Shiroishiego i Piotra Kurka jest niczym spacer po wyludnionym, zimowym mieście. Promenades Felicii Atkinson już samym swoim tytułem odwołuje się do chodzenia i jest to najpiękniejszy muzyczny spacer zeszłego roku. Mieszkająca w Norwegii Szwedka Levina Storåkern drony i nagrania terenowe łączy z przeszywającym skandynawskim folkiem. Earth Sounds Now, międzynarodowy skład, supergrupa właściwie, pod wodzą Nicolasa Jaara porusza się między nagraniami terenowymi, spoken word, ambientem, jazzem.
Pełen złości, przygnębienia i nadziei album nagrał już na wychodźstwie w Holandii Saba Alizadeh. Inspirowany protestami z 2022 roku, zyskał na aktualności pod sam koniec 2025, prawie rok od premiery. Siavash Amini – jak zawsze – wypuścił muzykę duszną i opresyjną niczym atmosfera w Iranie.
Jazz i groove
Znowu nie słuchałem za dużo jazzu z płyt, ale napisałem wszystkie teksty do katalogu 23. Jazzowej Jesieni i pojechałem do Bielska na festiwal. Tam największe wrażenie zrobiło na mnie trio Craiga Taborna z Tomeką Reid i Chesem Smithem (ich wyczekany album ukazał się już na początku 2026) i koncert tria Marcina Wasilewskiego z Joem Lovano i Tomaszem Dąbrowskim poświęcony muzyce Tomasza Stańko. Na lubelskich Kodach z kolei zachwycili Ghosted swoim ciężkim groove’em zanurzeniem w transie. Taki jest też ich trzeci album. Yazz Ahmed tak gra na trąbce i tak zręcznie łączy jazz z muzyką arabską, że ja nie mam pytań. Lepszej jazzowej rzeczy nie słyszałem w tym roku, ale przyznaję, że nie załapałem się na hajp nowych albumów Ciśnienia, Nene Heroine i Niechęci. Obiecują poprawę w przyszłości.
Rozmawiajmy o muzyce
W podsumowaniu 2023 narzekałem na stan czytelnictwa, w tym – jak widzieliście – zżymam się na media. To wszystko dlatego, że mi zależy. Zależy mi na poważnej dyskusji o muzyce, zależy mi na wymianie opinii. Zależy mi na tym, żeby nie zalała nas do szczętu muzyka tworzona przez AI. Chciałbym, żebyśmy słuchali więcej muzyki nie po angielsku, nie z Ameryki i Wielkiej Brytanii, żeby Rosalía i Bad Bunny nie byli pojedynczymi fenomenami, ale zapowiedziami nowego. Żebyśmy wreszcie docenili to, co mamy pod nosem. Czytajcie tych, którzy mają coś do powiedzenia.
W mediach społecznościowych każdy gra na siebie, coraz rzadziej można znaleźć polecajki cudzych tekstów. Przyznaję, że nigdy tego nie rozumiałem, a po ostatnich rozmowach z Łukaszem doszedłem do wniosku, że choć pewnie nie uda się stworzyć jednego wielkiego niezalowego medium, ale chociaż polecajmy się nawzajem. Czytajcie nie tylko Bartka i Jarka, ale Piotrka, Kubę, Ulę, Jacka, Maćka, słuchajcie Krzyśka i Agaty. A jeśli o kimś zapomniałem, to bardzo przepraszam. Czytajcie i dawajcie znać, że czytacie – rozmawiajmy wspólnie o muzyce.






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz