środa, 13 listopada 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 12 XI 2019


Zamiast konkretnego geograficznego czy stylistycznego kierunku wybrałem szybki przelot po nowościach.

1. Gaijin Blues - Grief, The Aftermath And a Faint Hope (Gaijin Blues II)
2. Xylouris White - Tree Song (Sisypheans)
3. Lalalar - İsyanlar (İsyanlar)
4. Lalar - Hata Benim Göbek Adım (Mecnun'dan Beter Haldeyim)
5. El Khat - Ya Raiyat (Saadia Jefferson)
6. El Khat - Balagh Al Achbaab (Saadia Jefferson)
7. Tapan Meets Generation Taragalte - Hyatti (Atlas)
8. Radical Polish Ansambl - Tiers Monde (Radical Polish Ansambl)


wtorek, 5 listopada 2019

Festiwal to naturalny krok w rozwoju zespołu - wywiad z Emilią Sitarz

fot. Jacek Poremba
Dosłownie za chwilę, w czwartek 7 listopada zaczyna się piąta edycja festiwalu Kwadrofonik, organizowanego przez jeden z najciekawszych i najoryginalniejszych polskich zespołów zajmujących się muzyką współczesną (i nie tylko, by wspomnieć wspólny album z Adamem Strugiem). O tym, co przygotowali tym razem opowiada mi Emilia Sitarz, z którą spotkałem się całkiem słonecznego, choć wietrznego dnia podczas tegorocznego Sacrum Profanum.

wtorek, 29 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 29 X 2019



Prawie całą godzinę spędziliśmy w Iranie, choć większość muzyków, których dzisiaj usłyszeliśmy z różnych powodów wyemigrowała z kraju. Przysłuchaliśmy się trochę muzyce kurdyjskiej w różnych odmianach - bardziej tradycyjnych pieśniach Şivana Perwera i szaleńczym dabke Rizana Sa'ida. Siavasha Aminiego najlepiej wspomóc, kupując jego płyty na Bandcampie.

1. Rizan Sa'id - Kinana (Saz û Dîlan)
2. Şivan Perwer - Min beriya te kiriye (Min beriya te kiriye)
3. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - Intertwining Melodies (Kula Kulluk Yakışır mı)
4. Kayhan Kalhor & Ali Bahrami Fard - Here I Am Alone Again (I Will Not Stand Alone)
5. Markus Stockhausen & Alireza Mortazavi - Dance of Life (Hamdelaneh - Intimate Dialogue)
6. Mohammad Reza Mortazavi - Exploring (Ritme Jaavdanegi)
7. Saba Alizadeh - Colors Wove Me in Tehran (Scattered Memories)
8. Siavash Amini - Semblance (SERUS)

poniedziałek, 21 października 2019

Zgoda w niezgodzie



W tym roku Sacrum Profanum przyglądało się współczesnej muzyce litewskiej. Jak pisałem w relacji dla Dwutygodnika, brakował mi utworów dialogujacych z tamtejszą tradycją, stawiającą ją w nowym świetle. Choćby w taki sposób, jak robi to Joshua Sabin na Sutarti.

Sutartinės to wdzięczny temat. Polifoniczne pieśni występujące w tej formie tylko na Litwie, w których głosy się ze sobą ścierają, ale i zgadzają. Stąd zresztą nazwa, sutarti po litewski znaczy zgadzać się. Po sutartinės sięgali Sutari (i uczyniły z nich oś swojej muzyki), Babadag na swojej tegorocznej płycie, Zebry a Mit na zeszłorocznym Laumės (nie tak dawno ten skład przekształcił się w Zvanai, mający szersze zainteresowanie folklorem). Zabrał się za nie też Joshua Sabin, mieszkający na co dzień w Edynburgu kompozytor i artysta dźwiękowy.

Na zaproszenie Niderlandzkiego Instytu Dźwięku, Sabin pojechał do Wilna i tam przeszukiwał i przesłuchiwał archiwa Litewskiej Narodowej Akademii Muzyki i Teatru. Zainspirowany badaniami Rytisa Ambrazevičiusa, jednego z najważniejszych żyjących litewskich etnomuzykologów postanowił stworzyć kompozycje bezpośrednio z archiwalnych nagrań.

Sabin radykalnie przetwarza materiał źródłowy (wzbogacony o nagrania terenowe z litewskich lasów). Pozornie nie sposób poznać, czym były oryginały. Z sutartinės Brytyjczyk buduje ambientowe, minimalistyczne struktury, wolno ewoluujące, prawie że statyczne. Sześć kompozycji, po prostu ponumerowanych, pełnych jest duchowej zadumy, co zbliża Sabina nie tylko do austriackiego kompozytora Dino Spiluttiniego, ale też jednej z bohaterek tegorocznego Sacrum Profanum, Justė Janulytė, choć w porównaniu z tą drugą, Sabin jest duchem niespokojnym. To, co zachowuje z sutartinės to harmonie zderzające się ze sobą, przechodzą z dysonansów do całkowitej zgody, do anielskich głosów z niebios.

Tak, przypomina to Departed Glories Biosphere, jednak w porównaniu z Norwegiem, Sabin bardziej glosy przekształca, mocniej wplata je w tkaninę kompozycji. Zresztą, to nie pierwszy raz, gdy zabiera się za istniejące już nagrania. Jego debiutancki album Terminus Drift składa się z przeprocesowanych nagrań z środków masowego transportu. Choć metoda pracy w obu przypadkach jest podobna, to efekty Sutarti są znacząco inne. Poddane poważnym przekształceniom dźwięki to muzyka z natury wypływająca, bliska lasom i jeziorom Litwy, a jednocześnie tak od nich odległa.


piątek, 18 października 2019

Fałszywa egzotyka



Belgia i Holandia, szerzej - północna Europa. To tu, w krajach przez większą część roku zasnutych niskimi, ciężkimi chmurami, gdzie pada prawie codziennie, a 15 stopni to już prawie upał, powstaje intrygująca muzyka z zupełnie innej strefy klimatycznej.

Bladych chłopaków z YĪN YĪN mieszkających w Maastricht połączyła miłość do kina klasy B i indochińskiego psych rocka oraz disco sprzed pół wieku. Na koncie mają dwa single, na tyle obiecujące, że datę premiery The Rabbit That Hunts Tigers zapisałem sobie w kalendarzyku (jest też wydana w mikroskopijnym nakładzie, jeszcze pod poprzednią, niefortunną nazwą, kaseta).

Kees Berkers i Yves Lennertz zagłębiają się w muzykę z delty Mekongu, Bangkoku i Hong Kongu, tę mieszankę uzupełniają delikatnymi wpływami Bollywoodu. Słychać, że kompilacje Finders Keepers i Sublime Frequencies mają w małym palcu, że ta muzyka, choć tak odległa kulturowo jest im bardzo bliska. To granie bardzo w duchu późnego Dengue Fever, gdy szala z coverów przeważyła się na korzyść własnych kompozycji, ale i bardziej psychodeliczne, kwaśniejsze.



Równie blisko jest im do rodaków z Mauskovic Dance Band. To tak samo muzyka pełna radości i nienachalnego humoru. Gdzieś pojawia się gitara rodem ze ścieżek dźwiękowych spaghetti westernów i przypomina, że niewiele je różni od wczesnych filmów z Bruce’em Lee. W finałowym, znanym z singla Dis ko Dis ko puszczają oko, cytując Bee Gees. Samplują filmy, coś tam zaśpiewają, ale wokal jest w tej układance najmniej istotnym instrumentem. Sięgają po lokalne, indochińskie instrumenty jak tajską lutnię phin, bardzo starają się trzymać ten tropikalny klimat, ale podbijają go, wzmacniają, na szczęście zatrzymują się przed linią parodii.



Imprezowa jest trzecia epka Cairo Liberation Front, Eurabia vol. 2. CFL to - znów - dwóch holenderskich przyjaciół dzielących wspólną pasję. W ich przypadku jest to electro chaabi, wywodzące się z ulic i klubów Kairu. Jak napiszę, że chodzi o granie w stylu Islam Chipsy & EEK to już powinniście wiedzieć o co chodzi. Rozpędzone do granic możliwości, melizmatyczne partie keyboardów podbite opętańczą grą na perkusji. Taka była pierwsza część w serii, grał na niej Rizan Sa’id (który w zeszłym tygodniu wydał swój drugi solowy album, ale o nim napiszę przy innej okazji). W dwóch fragmentach śpiewała Bagdaddy, Irakijka mieszkająca w Amsterdamie, która między obiema epkami stała się trzecią członkinią zespołu.



Wydaje się, jakby Yannick Verhoeven i Joep Schmitz, zrekrutowawszy arabską wokalistkę, wyzwolili się z dyktatu grania tylko electro chaabi. Zwolnili tempa, nie pędzą już tak na złamanie karku, pozwalają Bagdaddy rozwinąć skrzydła. A ona im się za to wspaniale odpłaca, błyszczy w tych pięciu piosenkach, w każdej pokazując się z innej strony. Rozszerzenie składu było w przypadku CFL ucieczką do przodu, mają teraz więcej możliwości na przyszłość, co już pokazują na Eurabia vol. 2. To muzyka o nadal jednoznacznie arabskim rodowodzie, ale jest i tu electroclash i basowość rapu. Kolejny debiutant do śledzenia i mam nadzieję, że będę mógł niedługo wpisać premierę ich LP do kalendarzyka.



Z Tilburga i Maastricht niedaleko jest do belgijskiej Gandawy, gdzie stacjonuje Compro Oro. Cztery lata wydali Transatlantic, na który eksplorowali przede wszystkim muzykę latynoską, a teraz, po czterech latach mają znacznie szersze aspiracje. Sięgają po ethiojazz, arabskie rytmy, próbują tę eoxticę jakoś rozruszać, wyciągnąć z hotelowego lobby, gdzie jest idealnym muzakiem. Mam jednak wrażenie, że czasem brakuje im odwagi, że wolą zostać na znanych pozycjach. Brakuje szaleństwa, jakiegoś wygłupu, czegoś niespodziewanego, czegoś po prostu w duchu Mitch & Mitch. Momentami, jak w Mogadishu czy Rastapopoulos słychać, że drzemie w nich chęć zagrania czegoś nieortodoksyjnego, ale te zapędy są szybko przykrywane przez lounge’owy klimat całości. To fajna muzyka do posiedzenia w barze na plaży przy drinku z palemką o zachodzie słońca, ale po prostu brakuje jej wyrazistości.


wtorek, 15 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 X 2019


Nie mam głowy do dat i rocznic. Dzisiaj były urodziny Feli Kutiego, 81, a ja dowiedziałem się o nich dopiero po nagraniu audycji. Tak sobie krążyłem po Afryce Zachodniej, ale do Nigerii nie dotarłem dzisiaj. Zaczęliśmy jednak we Włoszech. Coś jest w tym kraju, w tym powietrzu, że Włosi bardzo dobrze rozumieją muzykę afrykańską i latynoską.

1. Gabriele Poso - Black Sand (Batik)
2. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Obi Nfreno (Obiaa!)
3. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Onfa Nkosi Hwee (Obiaa!)
4. Le Mystere Jazz de Tomboctou - Leli (Le Mystere Jazz de Tomboctou)
5. L'Orchestre Kanaga de Mopti - Sory Bamba (L'Orchestre Kanaga de Mopti)
6. Guelewar - Sama Yaye Demna N'Darr (Sama Yaye Demna N'Darr)
7. Baba Commandant & the Mandingo Band - Siguissi (Siri Ka Bele)

Tekst, o którym mówię w audycji, znajdziecie tutaj.


piątek, 11 października 2019

Prz(y)(e)szłość



Zabawne, że w numerze poświęconym przyszłości oba moje wywiady sięgają mocno w przeszłość.

Jorgos Skolias opowiedział mi o swojej muzycznej drodze, którą idzie już prawie pół wieku - od pierwszych półamatorskich zespołów, przez Krzak (i jak się do nich dostał) aż po ostatnie projekty. Najnowszy z nich, wspólna płyta z Jarosławem Besterem, Rebetiko Poloniko (o którym pisałem w letnim numerze GaMy), był pretekstem do naszego spotkania. Dlatego co jakiś czas wracamy do tych piosenek sprzed stu lat i ogólnie do greckości.

Z Brianem Massaką porozmawiałem o nowych płytach Moo Latte i Bitaminy, jak trafił do tej drugiej, ale też o jazzie, studiach muzycznych i byciu liderem. Największym powrotem do przeszłości było wyznanie, skąd Brian wziął afrykańskie sample, które trafiły na Syd i North. Tego tutaj oczywiście nie zdradzę, musicie iść do kiosku.

Z tematem numeru jest związany za to mój trzeci tekst, o przyszłości i teraźniejszości muzyki ludowej. Sprowokował go występ Śląska na OFFie i zachwyty z nim związane. A przecież ten zespół uosabia właśnie to, przed czym muzyka tradycyjna zażarcie się broni - muzealizację, wyciągnięcie formy z kontekstu, cepeliadę i skostnienie. Tyle innych zespołów i artystów próbuje uratować i popularyzować polską tradycję na ciekawsze sposoby.

Jednym z nich jest Radical Polish Ansambl, który jest na ostatniej prostej zbiórki na swój debiutancki album. RPA tworzy sześcioro skrzypków i perkusista (grający na instrumencie własnej konstrukcji). Szefem muzycznym jest Maciej Filipczuk i już samo to nazwisko powinno sprawić, żebyście zainspirowali się tą ekipą. W RPA niezwykle ważne są jeszcze dwie postacie.

Michał Mendyk z Bôłt Records, występujący tutaj w roli szeptuna nakierował Filipczuka na Tadeusza Sielanka, postać półlegendarną. Jedyne wzmianki o tym skrzypku spod Sochaczewa to wspomnienia Sławomira Rawicza, który miał uciec z Syberii przez Indie do Iranu, a jednym z towarzyszy w tej tułaczce był właśnie Sielanka. Informacje o nim pojawiają się też w artykule Mendyka w książce wokół zeszłorocznej edycji Sacrum Profanum. Muzykę Sielanki odkrył Wacław Zimpel, przeszukując archiwa delhijskiej Biblioteki Publicznej, gdzie natrafił na swojsko brzmiące nazwisko zapisane w dewanagari i kilka fragmentów notacji muzycznej, przypominających mazurki wraz z komentarzem, że stanowią “podstawę rozbudowanych form zbliżonych w swej logice formalnej i tonalnej do ragi, choć niezwiązanych z wyrafinowanym indyjskim systemem rytmicznym”. Brzmi to tak nieprawdopodobnie, jak przypis Jerzego Łozińskiego, dlaczego postanowił przetłumaczyć angielskie “dwarves” jako “krzatów” (również tutaj rolę notatka na marginesie, jednak całkowicie fikcyjna). Sielanka wydaje się być jednak postacią rzeczywistą.

To tym indyjskim mazurkom Sielanki będzie poświęcona pierwsza płyta RPA. Macie jeszcze kilka dni, żeby pomóc w jej wydaniu. Naprawdę warto, właśnie takiej muzyki wychodzącej z tradycji potrzebujemy. Ja się im dołożyłem


wtorek, 8 października 2019

Solidarni z pszczołami


Ostatni tydzień z małym naddatkiem spędziłem w Krakowie. Zobaczyłem prawie całe Sacrum Profanum, ale o tym festiwalu szczegółowo przeczytacie w Dwutygodniku. Udało mi się chwilę porozmawiać z Patrickiem Higginsem o jego udziale w Multiwersjach (o samym kompozytorze na kilka dni przed festiwalem pisałem tutaj), spotkałem kilkoro znajomych. Smogu nie było, więc zszedłem miasto wzdłuż i wszerz, ale i tak najczęściej trafiałem na moje ulubione Kazimierz i Podgórze. Zostałem też na dzień otwarcia Unsoundu.

Tam zobaczyłem koncerty Sote, Moor Mother i Kukengandai (zapowiadany jako wspólny z Hubertem Kostkiewiczem z the Kurws, ale pojawił się tylko na ostatnie piętnaście minut). Ten pierwszy zaprezentował materiał z Parallel Persia i tak jak się spodziewałem, wybrzmiał on wspaniale w ociekającej złotem sali teatru. Towarzyszyli mu Arash Bolouri na santurze i wokalu i Pouya Damadi na tarze (który czasem traktował bardziej jak kamanczę, smyczkiem). Nie spodziewałem się, że tak dużo tego materiału to po prostu przetworzone tradycyjne instrumenty, a nie zsyntetyzowane dźwięki z laptopa. Sote aktywnie manipulował dźwiękami wygrywanymi przez towarzyszy i razem z nimi snuł opowieść o Iranie z innej, alternatywnej rzeczywistości. Moor Mother zabrała się za tematy poważne - niewolnictwo, historię Wielkiej Brytanii - ale zrobiła to w bardzo przegadany i usypiający sposób. Kukangendai rock sprowadzili do rytmicznego szkieletu i transowej powtarzalności, w czym przypominali mi Lotto (ale nie wiem, czy zgodziłby się z tym Mike Majkowski, który stał na koncercie niedaleko mnie). We fragmencie z Kostkiewiczem pojawiło się więcej swobody, ale w zasadzie nie odbiegało to zbytnio od tego, co Japończycy grali przez godzinę. Fajny, przyjemny koncert, odmiana po tygodniu z poważką.

Obejrzałem też jeden film, i dla niego samego warto było zostać te dwa dni dłużej w Krakowie. Kraina miodu nie jest zwykłym dokumentem, nie ma tu żadnego objaśniania, ani gadających głów. Przypomina trochę Badjao, Duchy z morza Elizy Kubarskiej, który pokazywaliśmy na tegorocznej Globaltice. Przypomina swoją formą - to bardziej film fabularny, prezentujący prawdziwą historię, niespieszny, z pięknymi zdjęciami przyrody - i treścią - oba filmy opowiadają o ginących sposobach na życie, o tym jak zachód i nowoczesność wdziera się w kolejne miejsca. Dzieli je sceneria. Kraina miodu rozgrywa się właściwie pod nosem, ale w miejscu odciętym od świata, w którym zatrzymał się czas. To opuszczona wioska w Macedonii Północnej, kilkanaście kilometrów od Skopje. Od stolicy dzieli ją niedługa podróż autobusem lub pociągiem. Można też dostać się do niej pieszo. Mieszka w niej Hatidze i jej schorowana matka. Towarzyszą im pies, koty i pszczoły, którymi opiekuje się Hatidze. Nie jest pszczelarką, lecz ostatnią w Europie bartniczką - jej ule rozsiane są po całej okolicy w skałach i na drzewach. W pewnym momencie do wioski przybywa wielodzietna pasterska rodzina, a z nią zewnętrzny świat. Jednak to nie oni są czarnym charakterem filmu. Jest nim Macedończyk, za którego sprawą do wioski wkracza kapitalizm ze swoją obsesja pomnażania majątku i czynienia sobie ziemi poddaną.

Filmowcy spędzili w tej zapomnianej przez wszystkich wiosce trzy lata. Dlatego wydają się bohaterom niewidoczni, codzienne życie dzieje się bez udziału ekipy, ona zresztą ogranicza się tylko obserwacji, nie wchodzi w interakcje. Można się zastanawiać, czy postępuje etycznie, pozwalając toczyć się sprawom swoim biegiem. Ale też taka jest rola reportażysty/dokumentalisty. Nie zazdroszczę im tego dylematu (ale też nie chcę spojlować, może uda wam się obejrzeć ten film).

Kraina miodu jest pokrewna niektórym moim ulubionym filmom i książkom. Nie ma za dużo dziania, to prosta historia, bez zbędnego rozwlekania, bohaterowie potraktowani są z niezwykłą czułością i zrozumieniem. Jest w nim też pewna melancholia i rezygnacja. Świat, w którym żyli, nieodwracalnie odchodzi. I to jest w tym wszystkim najbardziej przejmujące. Świadomość, że jest się ostatnim.


środa, 2 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 1 X 2019


W tym tygodniu posłuchaliśmy muzyki z Afganistanu. Od tej wykonywanej na miejscu, popowej, klasycznej i tradycyjnej przez eksperymentalne podejście do tradycji afgańskiej diaspory, międzykulturowe zespoły aż po polski cover ludowej piosenki.

1. Kefaya & Elaha Soroor - Jame Narenji (Songs for Our Mothers)
2. Qais Essar - Journey to Qaf (The Ghost You Love Most)
3. Qais Essar - Ilahi Man Namedanam (I Am Afghan, Aghani Is a Currency, vol. III)
4. Ahmad Zahir - Leili Jan (The Rough Guide to the Music of Afghanistan)
5. Setara Husseinzaida - Zim Zim Zim (The Rough Guide to the Music of Afghanistan)
6. Dog Whistle - Zim Zim Zim (2)
7. Khaled Arman - Raga Afgan Bharav - Gat En Rupeh (Rubab Raga)
8. Ustad Rahim Khushnawaz, Gada Mohammad & Azim Hassanpur - Jâm-e Nârenji (Afghanistan : Rubâb et dutâr)
9. Ensemble Kaboul - Khorshid guna-e man (Nastaran)
10. Ensemble Kaboul - Nastaran (Nastaran)


niedziela, 29 września 2019

Równoległy rozwój

O tym, że najlepsza muzyka eksperymentalna obecnie pochodzi z Iranu, pewnie już wiecie, bo pisałem o tym przy okazji debiutu Saby Alizadeha kilka miesięcy temu (i co jakiś czas przypomina o tym Bartek Chaciński).

Sote jest nestorem współczesnej irańskiej sceny muzyki eksperymentalnej. Nie tylko wydaje kolejne, coraz lepsze i błyskotliwsze albumy, ale też prowadzi własne wydawnictwo, w którym publikuje muzykę młodszych kolegów.

Parallel Persia jest naturalnym i logicznym rozwinięciem Sacred Horror in Design. Sote łączy elektronikę z tradycyjnymi irańskimi instrumentami - tarem i santurem. Doskonale wspije się w tradycję Dariusha Dolata-Shahiego (obiecuję, że w przyszłości jeszcze o nim napiszę). Interpretacje podpowiada już tytuł całości - Sote tworzy perską muzykę tradycyjną w innym świecie. W świecie, w którym równocześnie z “normalnymi” instrumentami rozwijała się elektronika i harmonijnie z nimi współgrała. Dlatego jedna i druga warstwa na tym albumie są ze sobą nierozerwalne. Nie da się mówić o tarze i santurze bez elektronicznego kontekstu. To cecha wspólna dla niego, Alizadeha i innych bliskowschodnich twórców muzyki eksperymentalnej. Tradycja jest dla nich tak silna, tak bardzo wdrukowana w ich muzykę, że nie mogą, nie chcą i chyba nie potrafią się jej zupełnie pozbyć. Zresztą, kultura perska jest jedną z najstarszych na świecie, trudno więc oczekiwać, że tak łatwo się z niej wyrwać.

To silne połączenie elektroniki z tradycją wynika z tego, że Sote nie nagrał partii syntezatorowych, a później do nich dograł czy dokleił tar i santur. Od samego początku w procesie nagrywania towarzyszyli mu Arash Bolouri i Pouya Damadi. Ebtekar manipuluje także ich grą, sprawia, że czasem instrumenty zupełnie nie przypominają siebie, by za chwilę wrócić do ich naturalnego brzmienia. Wplata w muzykę wiersze Omara Chajjama i Bidela Dahlaviego, ważnych figur perskiej poezji sprzed kilku wieków.

Parallel Persia maluje bardzo wyraźne obrazy świata pozornie pięknego, ale będącego pod pełną kontrolą. Sote pisze o tajemniczej, nienazwanej agencji, mnie przychodzi na myśl świat z Boga-Imperatora Diuny Franka Herberta. Cała galaktyka znajduje się pod czujnym okiem tytułowego despoty, nic nie dzieje się bez jego wiedzy. Paralele ze współczesnym światem są oczywiste, choć u nas to raczej wielkie, bezosobowe korporacje świata cyfrowego.


wtorek, 17 września 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 IX 2019


W ostatnich tygodniach wyszło kilka tuareskich płyt, w tym reedycja debiutu Abdallaha ag Oumbadougou (oczywiście w Sahel Sounds) i kolejny album Tinariwen. Z tej okazji całą audycje poświęciłem muzyce tuareskiej w różnych odmianach - od dominującego gitarowego grania po eksperymenty z elektroniką Hamy i Mdou Moctara. Na sam koniec jeszcze ciepły singel z nadchodzącego debiutu YĪN YĪN, Holendrów zapatrzonych w muzykę Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

1. Group Inerane - Kuni Majagiani (Guitars from Agadez Vol.1)
2. Bibi Ahmed - La La La (Adghah)
3. Abdallah ag Ombadougou - Tenere (Anou Malane: Poesie et chansons de la resistance Touareg)
4. Bombino - Tenere (Agamagam 2004)
5. Mdou Moctar - Anar (Anar/Vanessa)
6. Mdou Moctar - Chet Boghassa (Blue Stage Sessions)
7. Tinariwen - Amalouna (Amadjar)
8. Tinariwen - Chet Boghassa (Amassakoul)
9. Kel Assouf - Tenere (Black Tenere)
10. Hama - Touareg (Houmeissa)
11.  YĪN YĪN - Pingpxng (The Rabbit That Hunts Tigers)

niedziela, 15 września 2019

70% arabiki 30% robusty



Takie odkrycia lubię najbardziej. Niespodziewane. Ot. dostałem informację, że jedna z wielu wytwórni, które obserwuję na Bandcampie, wydała nową płytę. Już okładka jest intrygująca. Jak się okazuje muzyka również.

Za Cucoma Combo stoi Marco Zanotti, włoski perkusista, który na muzyce latynoskiej i zachodnioafrykańskiej zna się, jak mało kto. Lista projektów, które był zaangażowany jest prawie tak bogata, jak Huberta Zemlera. W tym miejscu wystarczy wspomnieć Orchestra Classica Afrobeat kameralny ansambl reinterpretujący chociażby Regard Sur Le Passe gwinejskiej Bembeya Jazz National, jedną z najważniejszych afrykańskich płyt lat 70. (sam zresztą pisałem o niej dawno temu przy okazji tekstu o rządowych orkiestrach w Afryce Zachodniej).

Cucoma to dialektalna nazwa okładkowej kawiarki. Bo muzyka zespołu, łącząca Afrykę i Amerykę Południową, jest jak mieszanka kawy, która pochodzi z tych dwóch regionów, tak piszą sami. Że wysyłają w świat przesłanie jedności, tolerancji i równości. Trochę to pretensjonalne, ale co zrobić, skoro to prawda. Zanotti miesza highlife, juju, afrobeat, cumbię, soukous, sambę, maloyę w idealnych proporcjach. Wyciąga co z nich najlepsze i najbardziej charakterystyczne, razem z chóralnymi zaśpiewami, nerwowym rytmem, przycinaną gitarą, akcentami dęciaków. Jest tu wszystko, co lubię najbardziej. A humanistyczne przesłanie dosłownie pojawia się w Passa Passa, moim ulubionym fragmencie albumu w postaci czytanej Deklaracji Praw Człowieka. W ramach bonusów na kompakcie i wersji cyfrowej Zanotti z kolegami i koleżankami reinterpretują Kaa Ye Oyai Hedzoleh Soundz i JJD Feli Kutiego, żeby jeszcze bardziej podkreślić, żę na takim graniu się znają i nawet starcie z klasykami jest im niegroźne.

Słoneczna to płyta. Taneczna też, trudno usiedzieć przy niej w miejscu. Radosna, chwytająca życie pełnymi garściami, celebrująca drobne przyjemności. Wypływa z doświadczeń Zanottiego, jego podróży. Podobno pierwsze szkice powstawały na kalimbie i mbirze, spokrewnionych, przenośnych metalofonach. Mieszczą się do plecaka, można je wszędzie ze sobą zabrać. Jak tę kawiarkę.

środa, 4 września 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 3 IX 2019


Poskakaliśmy sobie po mapie w poszukiwaniu najlepszych piosenek na koniec lata. Druga połowa sierpnia i początek września to jeden z moich ulubionych okresów roku. Lato jeszcze trwa, nie chce dać za wygraną, ale wieczorami i porankami czuć już nadchodzącą jesień i czającą się zimę.

1. Moo Latte - Emission Complete (North)
2. Damily - Aomby Mazava Ioha (Valimbilo)
3. K.O.G. & the Zongo Brigade - Suro Nipa (Wahala Wahala)
4. Bomba Estereo - Pa'respirar  (Elegancia Tropical)
5. Bomba Estereo - Pa'ti (Estalla)
6. Fared Shafinury - Harfa (Behind the Seas)
7. Hatti Vatti - Algebra #3 (Algebra)
8. Yumi Zouma - Riquelme (EP)
9. Firewater - Electric City (The Golden Hour)
10. Clea Vincent - Destination Tropicale feat. Kim Gianni (Tropi-Clea)
11. Ryan Francesconi & Mirabai Peart - Parallel Flights (Road to Palios)

czwartek, 29 sierpnia 2019

Rozmowy z offu


Na Offie Brazylijczycy z Boogarins opowiedzieli mi o lokalnej scenie w Goianii, skąd pochodzą i jak się na jej tle wyróżniają, tropicalii, muzyce z Minas  Gerais. Nie mogłem ich nie zapytać o śpiewanie w rodzimym języku, a po angielsku - w Brazylii tez się o  tym rozmawia. Oni konsekwentnie wybierają portugalski, o powodach możecie przeczytać w Soundrive.



W tym samym miejscu przeczytacie moją rozmowę z Juanem Wautersem, urugwajskim nowojorczykiem (czy nowojorskim Uruguwajczykiem, to skomplikowane) o imigranckiej tożsamości, wykorzenieniu  i o tym,czy zaśpiewałby po polsku (i co musiałoby się stać, żeby to zrobił).

wtorek, 20 sierpnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 20 VIII 2019



Dwa miesiące od pierwszej audycji minęły jak błyskawica. Dzisiaj poskakałem po mapie, odwiedzając Ghanę, Indie (przez Baltimore), Ekwador (przez Brooklyn), Senegal (przez Faenzę) i Iran (przez Los Angeles).

Dwa miesiące to chyba też dobry moment, żeby zapytać Was o zdanie. Co poprawić (poza wadą wymowy, pracuję nad tym)? Co jest spoko? Czego byście chcieli więcej, a czego mniej? Gadam za dużo czy za mało? Myśleć o wywiadach czy może tylko puszczać muzyczkę? Chcecie jakieś audycje tematyczne?

1. ROB - Forgive Us All (Funky Rob Way)
2. ROB - Make it Fast, Make it Slow (Make it Fast, Make it Slow)
3. Ami Dang - Souterrain (Parted Plains)
4. Ami Dang - Conch and Crow (Parted Plains)
5. Maria Usbeck - Amor anciano (Envejeciendo)
6. Maria Usbeck - Nostalgia (Envejeciendo)
7. Baxamaxam - Xarit (Baxamaxam)
8. Baxamaxam - Nabi Blues (Baxamaxam)
9. Maral - Avesta Khani Reggaeton (Mahur Club)

środa, 7 sierpnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 06 VIII 2019

Rzadki moment, kiedy Makaveli stoi w miejscu

Aż chciałoby się napisać "raz, raz, raz - próba mikrofonu". Wszystko dojechało, przemówiłem do was, ale - wiadomo - przez to zrobiło się mniej miejsca na muzykę. Wróciłem z OFFa, zabieram się za pisanie relacji i spisywanie wywiadów, z sześciu zaplanowanych udało się zrobić dwa. Porozmawiałem z Boogarins i Juanem Wautersem. Z tymi pierwszymi krócej, bo zrobiła się do nich kolejka dziennikarzy, z tym drugim dłużej. Efekty, mam nadzieję, już niedługo. O najlepszych koncertach tegorocznej edycji opowiadam trochę w audycji.

1. Cucoma Combo - Passa Passa (Cucoma Combo)
2. Bamba Pana & Makaveli - Linga Linga (Poaa)
3. Bamba Pana - Biti Six (Poaa)
4. Jako Maron - Maloya Valsé chok 1 (The electro Maloya experiments of Jako Maron)
5. Boogarins - Sombra ou Dúvida (Sombrou Dúvida)
6. Susso - Son Kunda (Keira)
7. iZem - Water (Hafa)
8. KOKOKO! - Zala Mayele (Fongola)
9. Javva - Sentinel (Balance of Decay)


wtorek, 23 lipca 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 VII 2019

fot. Marek Sałatowski

Znów nie można było mnie usłyszeć, za co was bardzo przepraszam. Mikrofon jest już w drodze i za dwa tygodnie już na pewno się do Was odezwę.

Dzisiejszy set zaczął się od dwóch nowości, które w pewien sposób reinterpretują tradycję. Opla to duet Huberta Zemlera i Piotra Bukowskieg, o których płycie Obertasy bardzo ładnie napisał Jacek Świąder. W sobotę grają premierowy koncert w Wołowcu. Gdybym był w okolicy, to bym poszedł. Druga nowość to kolejna podróż Jorgosa Skoliasa w stronę muzyki greckiej. Tym razem z Jarosławem Besterem biorą się za rebetiko. Na głos i akordeon, rzecz jasna. O ich wspólnej płycie, Rebetiko Poloniko piszę w nowym numerze Gazety Magnetofonowej, który już niedługo.

Po nowościach krótki przelot po muzyce greckiej i tureckiej, od mojej ukochanej interpretacji Uskudar przez nagrania archiwalne i romskie wesele w Stambule do trapowo-elektronicznej interpretacji rebetiko z Marsylii (więcej o EPce Johana Papaconstantino pisałem tutaj).

Cały zeszły tydzień spędziłem na Globaltice, dwa dni byłem tłumaczem francuskiego, ale też miałem czas na koncerty. Bombino nie zawiódł, mimo problemów ze zdrowiem i z każdym kawałkiem grał coraz bardziej ekstatycznie i psychodelicznie, siekając fantastyczne solówki (a jak gra, możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej). Gyedu-Blay Ambolley, choć dostojny, rozkręcił doskonałą imprezę i ze swoim Sekondi Band zagrali najdłuższy koncert festiwalu. Dobrze mi się z tym zgrał fragment z Horizon Trash Kit, zespołu Rachel Aggs, którą poznałem dzięki fantastycznemu debiutowi Sacred Paws. Wyczekany, pierwszy polski występ Gaye Su Akyol nie zawiódł, również dzięki tureckim studentom w pierwszych rzędach.

Na koniec zostały dwie reedycje. Abdallah Ag Oumbadougou to jeden z herosów tuareskiego gitarowego grania, jego kawałki gra chociażby Bombino. W 1995 w Beninie nagrał Anou Malane, które bardziej niż Tinariwen przypomina elektroniczne wycieczki Mdou Moctara (choć wiadomo, że inspiracje szły w drugą stronę). We wrześniu ten album przypomni niezastąpione Sahel Sounds. I wreszcie fragment z Disco Jazz Rupy Biswas, bengalskiej wokalistki, która miała szansę na karierę w Bollywoodzie, ale została naukowczynią. Swój jedyny album nagrała podczas wakacji u rodziny w Kanadzie.

Do usłyszenia za dwa tygodnie.

1. Opla - Zofia (Obertasy)
2. Skolias & Bester - Ime prezakias (Rebetiko Poloniko)
3. A Hawk and a Hacksaw - Uskudar (Cervantine)
4. Kitsos Harisiadis - Frasha (Lament in a Deep Style 1929-1931)
5. Kostas Dousas - Manolakis O Hasiklis (Greek Blues in America vol. 2)
6. Cüneyt Sepetçi & Orchestra Dolapdere - Bahriye Ciftetellisi (Bahriye Ciftetellisi)
7. Johan Papaconstantino - Tsifitetelix (Contre-Jour)
8. Trash Kit - Disco (Horizon)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Teacher (Ketan)
10. Gaye Su Akyol - Biliyorum (Develerle Yaşıyorum)
11. Group Bombino - Boghassa (Guitars From Agadez Vol. 2)
12. Abdallah Ag Oumbadougou - Thingalene (Anou Malane)
13. Rupa Biswas - East West Shuffle (Disco Jazz)


wtorek, 9 lipca 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 09 VII 2019



Ostatnią autorską audycję poprowadziłem prawie sześć lat temu w Radiu Aktywnym. To był październik 2013, audycja nazywała się Uskudar, jak dzielnica Stambułu i melodia śpiewana od Belgradu do Kuala Lumpur. Przez cztery lata (prawie) co tydzień opowiadałem o muzyce niszowej i niezachodniej. Czyli o tym, o czym jest ten blog.

A teraz wracam w eter. Z inną audycją (ale idea zostaje ta sama), do innego radia, co dwa tygodnie. Do powrotu za mikrofon przekonał mnie Janek z Mondoj, świetnego kasetowego labelu. Kilka tygodni temu ruszyło społecznościowe, internetowe Radio Kapitał i właśnie w nim będziecie mnie usłyszeć regularnie. Pierwsza audycja Na obrzeżach właśnie się odbyła, choć może lepiej byłoby napisać pierwszy miks, bo od Warszawy dzieli mnie teraz ponad tysiąc kilometrów i tu gdzie jestem, nie dorobiłem się jeszcze mikrofonu, ale mam nadzieję, że za dwa tygodnie usłyszycie, jak mówię o tym, co zajmuje mnie już ponad dziesięć lat.

Pierwsze wydanie audycji to też próba podsumowania pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku w muzyce. Z 15 ulubionych płyt wybrałem po jednym fragmencie.

1. Carlo Giustini - Se tutto precipitasse (Le voci dal Balcone)
2. Lou-Adriane Cassidy - Poussière (C'est la fin du monde à tous les jours)
3. Beirut - Gallipoli (Gallipoli)
4. Flamingods - Mantra East (Levitation)
5. The Mauskovic Dance Band - Dance Place Garage (The Mauskovic Dance Band, recenzja)
6. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Kar Yağar (Kar Yağar, recenzja)
7. Altın Gün - Kolbastı (Gece, recenzja)
8. EABS - Południca (Slavic Spirits)
9. Mdou Moctar - Wiwasharnine (Ilana: The Creator, recenzja)
10. Hania Rani - Glass (Esja, recenzja, wywiad)
11. Msylma - Fanaa Ghada (Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum, recenzja)
12. Saba Alizadeh - Greetings to Earthfire (Scattered Memories, recenzja)
13. Sote - Brass Tracks (Parallel Persia)
14. Ustad Saami - God Is (God Is Not a Terrorist)
15. Sharon Van Etten - Stay (Remind Me Tomorrow, recenzja)



Do usłyszenia za dwa tygodnie na radiokapital.pl

czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunek muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



wtorek, 11 czerwca 2019

Psychodeliczna międzynarodówka

Berlin, Genewa, Amsterdam, Maastricht. A może Stambuł, Erzurum, Medellin, Kolombo i Sajgon?



W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).

Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.

Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.

Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.

Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.



W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.



The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.

Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.



Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.



Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Di kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.



Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.

Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.

“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.



Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.


wtorek, 4 czerwca 2019

Niezapomniany czas



Nostalgia to potężna siła, o czym można się przekonać chociażby spoglądając na repertuary kin. Królują w nich rebooty, kontynuacje. W muzyce nostalgia przejawia się na wiele sposobów, od revivali zapomnianych stylów, wygrzebywaniu zakurzonych płyt. Można też nostalgię przetworzyć, uczynić ją punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Jednym z ich efektów jest hypnagogic pop i chillwave, o których rodzimych przejawach piszę w Dwutygodniku.

Tytułowy “2009, niezapomniany czas” z płyty, D A V I C I I, jednego z bohaterów mojego tekstu to także rok narodzin hipnagogicznego popu i chillwave’u. Lato chillwave’u mnie ominęło, moje fascynacje lokowały się gdzie indziej, w radosnym indie popie, jak Grand Matt & Kim, którego (aż to sprawdziłem na last.fm) 10 lat temu słuchałem najczęściej. Dość powiedzieć, że hajp na Toro y Moi złapał mnie dopiero przy okazji Underneath the Pine.

Dzisiaj herosi tamtych lat są w zupełnie innym miejscu. Neon Indian i Washed Out od lat milczą. Chaz na tegorocznym albumie już ostatecznie porzucił chillwave’ową mgiełkę efektów i poszedł w funkowo przycinany, syntetyczny, taneczny pop. Outer Peace trwa tylko pół godziny, ale Chaz rozkręca na nim prawdziwą, klubową imprezę (zresztą clubbing był jedną z ważniejszych inspiracji przy pisaniu tego materiału). Królują syntetyczne brzmienia, robotyczne, jak pierwsze płyty Daft Punk, ale Chaz sięga też po R&B czy dancehall. W tekstach i brzmieniu próbuje przemycać wizję świata całkowicie wirtualnego, gdzie wszystkie potrzeby i zachcianki spełniane są za pomocą jednego kliknięcia.

Wizją przyszłości zajął się też James Ferraro, ojciec chrzestny hipnagogii, który jak szalony wydaje kolejne albumy. Tytuł najnowszego, pierwszej pełnoprawnej części cyklu Four Pieces for Mirai, Requiem for Recycled Earth mówi w zasadzie wszystko. Ferraro opłakuje Ziemię. Katastrofa klimatyczna jest nie tyle nieunikniona, co dzieje się na naszych oczach. Rozregulowana pogoda, naprzemienne susze i powodzie, zagłada kolejnych gatunków i ekosystemów. Na złagodzenie efektów ludzkiej niefrasobliwości i opętańczej dewastacji planety (otwieranie kolejnych bloków energetycznych elektrowni węglowych jest tylko jednym z ich przejawów) z każdym dniem czasu jest coraz mniej.

Poważny temat wymaga odpowiedniej formy. Ferraro zdecydował się na syntezatorowe sparafrazowanie symfonii. Rolę orkiestry odgrywają sekwencery, syntezatory, kontrolery MIDI. Zsyntetyzowane są też chyba chorały i partie “prawdziwych” instrumentów. Requiem jest bardziej uporządkowane od For Pieces for Mirai (Ouverture), szalonego wprowadzenia do cyklu, rozpinającego się między muzyka dawną i barokiem a retrofutrystycznymi wizjami. Nie ma miejsca na przeskoki między stylistykami, pozorny chaos, który charakteryzował zeszłoroczne wydanie. Requiem brzmieniowo korzysta z tej samej palety, ale tworzy z niej stateczny i ponury obraz. Obraz umierającego świata, zasypanego odpadami. Świata, w którym życie nie daje łatwo za wygraną. Ruiny obrastają nowymi gatunkami roślin, przystosowanymi do nowych warunków, Ziemia doświadczyła już wcześniej katastrof, masowych wymierań gatunków. To, którego jesteśmy świadkami nie musi być ostatnim. A może jedynym wyjściem (które sugeruje Ferraro) jest ucieczka do przodu, ekspansja. Nie bez powodu Requiem mogłoby funkcjonować jako ścieżka dźwiękowa do dystopijnego filmu sci-fi.

Naprawdę, przyszło nam żyć w niezapomnianym czasie.



środa, 22 maja 2019

MSYLMA - "Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum"


O tym mekkańskim muzyku nie wiadomo w zasadzie nic. Zaśpiewał na płycie Zuli, egipskiego producenta eksperymentalnej elektroniki, wypuścił jeden kawałek w 2017 roku i już. To w zasadzie wszystkie informacje, jakie można znaleźć o nim w anglojęzycznym internecie. MSYLMA pilnie strzeże swojej prywatności, nie ma kont w mediach społecznościowych, jego soundcloud nie zdradza żadnych informacji. W zasadzie trudno mu się dziwić.

Żyje przecież w Mekce, najświętszym mieście islamu, w Arabii Saudyjskiej, jednym z najbardziej konserwatywnych państw świata. W wahabickiej wersji islamu muzyka jest zakazana (poza perkusyjną). Choć trzeba przyznać, że to się powoli zmienia, w tym roku w Rijadzie otwarto pierwsze konserwatorium. Na dodatek MSYLMA sięga na swojej płycie nie tylko do wersów koranicznych, ale też do poezji i teologii przedislamskiej. MSYLMA odwołuje się do rytuałów, modlitw, cytuje sury, ale tworzy z nich opowieść świecką.

Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum wypełniają dźwięki duszne, ciasne, jakby ściany się zamykały nad głową. A jednocześnie głos MSYLMY tonie w pogłosach i echach. To pierwszy paradoks tego albumu - ciasnota i ogromna przestrzeń. W Min Bab AlKama-i w AlDawam wydaje się jakby stał u końcu świata nad bezdenną przepaścią, świadomy, że dalej nie ma już nic. I w tej świadomości spokojny. To drugi paradoks. Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum nurza się w ciemnych barwach, smolistych dźwiękach, ale jest przy tym - poza antywojennym w swojej naturze, przywołującym koszmary wojny Min Bab Jihad-i AlJihad i industrialowym Li-Kul-i Murad-in Hajaa - jest na swój sposób kojąca.

Kluczem do zrozumienia wielkości tego albumu jest głos MSYLMY. Fantastyczne, oszczędne, oryginalne i przemyślane podkłady, pieczołowicie komponowane to tylko połowa czaru. Jego głosem targają emocje, śpiewa z prawie karykaturalnym zaangażowaniem, tak jak to tylko Arabowie potrafią. Raz przypomina duchownego, muezzina nawołujacego wiernych do modlitwy, by w następnej chwili piosence uruchomić prawie soulowy vibe.

Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum ma wiele wspólnego z muzyką Jerusalem in My Heart, choć MSYLMA sięga po zupełnie inne środki niż Radwan Ghazi Moumneh. Obaj w swojej muzyce sięgają po tradycję, żenią ją z zachodnią muzyką eksperymentalną, przetwarzają, ale zostawiają jej esencję.


wtorek, 21 maja 2019

Dziedzictwo

Nie wierzę w magię liczb, ale mogło się okazać, że 13 numer Gazety Magnetofonowej będzie ostatnim. Na szczęście tak się nie stało, #14 powinien być już w kioskach. Można też nadal zamówić prenumeratę

Co w takim razie zrobiłem? Długo porozmawiałem.

Trudno mi w to uwierzyć, ale, choć śledzę poczynania Misi Furtak już 10 (!) lat, od momentu, kiedy tres.b nieśmiało wkraczali na polską scenę (pierwszy raz widziałem ich prawie dokładnie 10 lat temu w Hard Rock Cafe, a potem zaraz się okazało, że jadą na OFFa w zastępstwie za Loco Star) i zrobiliśmy jedną z pierwszych wideosesji dla Uwolnij Muzykę! (nie wierzcie dacie publikacji, kręciliśmy to pod koniec sierpnia 2009), to po raz pierwszy przeprowadziłem z nią wywiad dopiero teraz. A o każdej płycie starałem się napisać minimum kilka zdań. Osią rozmowy jest Co przyjdzie?, spróbowaliśmy podsumować sześć lat, które minęły od wydania Epki i wybiec w przyszłość.

Trochę mimochodem w rozmowie z Misią pojawiła się Hania Rani, której debiut Esja na pewno znajdzie się na mojej liście rocznej (ale o tym powinniście już wiedzieć), choć miał być zupełnie inna płytą. Dlaczego i co się stało z tamtymi, wcześniejszymi pomysłami, dlaczego zrezygnowała z kariery klasycznej pianistki? O tym możecie przeczytać w naszej rozmowie, ale o tym jak się razem pracowało i jak się poznały opowiadała Misia. Obie artystki łączy też w pewien sposób Islandia, ale tego już wam nie zdradzę.

I w sumie tyle, ale to były długie rozmowy, tak na 15 minut czytania każda.

piątek, 10 maja 2019

Śpiewający z duchami



Kanada wydaje się rajem na ziemi i - szczególnie po wyborach prezydenckich w 2016 roku - odwrotnością Stanów Zjednoczonych. Miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze, potrzebny. Gdzie nieważne są poglądy, religia, pochodzenie. Każdy może zbudować swój “kanadyjski sen”. To piękny obrazek, ale nie zawsze tak było i nie do końca tak jest i dzisiaj, o czym przypomina na swoim debiucie Jeremy Dutcher.

Dutcher to ledwie dwudziestoośmiolatek. Wychował się w Nowym Brunszwiku, jednej z atlantyckich prowincji Kanady, w jednym z sześciu tamtejszych rezerwatów Pierwszych Narodów. Pochodzi z narodu Wolastoqiyik i jest jedną ze stu osób, które swobodnie posługują się tym językiem. Studiował śpiew operowy w Nowej Szkocji i tam jedna z jego nauczycielek, również przedstawicielka Pierwszych Narodów, skierowała jego uwagę na archiwum woskowych cylindrów z nagraniami pieśni sprzed ponad stu lat. On sam mówi, że usłyszenie swoich przodków było dla niego momentem transformującym całe dotychczasowego jego życie.

Wolastoqiyik Lintuwakonawa to efekt pięciu lat pracy Dutchera jako archiwisty, mozolnie spisującego zachowane pieśni, które nie przetrwały w żywej tradycji, ale i jako kompozytora i aranżera. To nie tak, że Jeremy usiadł, jak na okładce, i zaśpiewał te pieśni jeszcze raz. Nie, on je zaaranżował na barokowy pop z mocnymi elementami muzyki partyturowej. Dutcher nie boi się patosu i podniosłości. Blisko mu momentami do Antony & Johnsons (ale na szczęście jest mniej egzaltowany) czy Rufusa Wainwrighta, czy też dzięki staniu na rozdrożu między “poważką” a popem do islandzkiego kolektywu Bedroom Community (w szczególności do Sama Amidona i jego interpretacji amerykańskiej tradycji).

Dość oczywistym, ale świetnie przemyślanym pomysłem było wszycie w materię utworów rozmów ze starszą kobietą, która opowiada o potędze muzyki i fragmentów nagrań źródłowych. Już na samym początku Dutcher fenomenalnie wchodzi z nimi w dialog w Mehcinut. Pokazuje ponadczasowość kultury i nadaje jej nowe życie, dosłownie rozmawiając z duchami.

Ten aspekt, przywracania zapomnianej tradycji, odnajdywania dla niej miejsca we współczesnym świecie jest dla mnie jednym z najwartościowszych prądów ostatnich lat. Bo przecież działania Dutchera w zasadzie niewiele różnią się od tego, co robią Altın Gün grający piosenki Neşeta Ertaşa na funkowo-psychodeliczny sposób, Bastarda wychodząca od muzyki średniowiecznej renesansowej, a przerabiająca ją na własny, oparty na burdonach język, Jan Młynarski i Marcin Masecki w Jazz Bandzie, Polmuz wykorzystujący przedwojenne nagrania muzyki wielkopolskiej czy wreszcie zastępy muzyków “niezachowych", łączący swoją tradycję ze współczesnymi dźwiękami i technikami.

Kanada po latach przymusowego wykorzenienia wspólnot rdzennych przeprosiła ustami swoich oficjeli Pierwsze Narody. Wyrządzone szkody są nieodwracalne, a jednak jest nadzieja wyrażona w Eqpahak - muzyka może przywrócić język do życia.


piątek, 26 kwietnia 2019

Turcja z offu

Wiosna okazała się płodna, jeśli chodzi o muzykę turecką. Pięć premier, jedno ogłoszenie na OFF Festival. Choć cała piątka mogłaby spokojnie zagrać w Dolinie Trzech Stawów. 



Ogłoszenie na OFFie to Jakuzi, którzy na początku kwietnia wydali swoją druga płytę, Hata Payı. I o ile jestem zawsze za jak największą liczbą artystów spoza Wielkiej Brytanii i USA na festiwalach, o tyle wybór Jakuzi jest dość wątpliwy. Ot, generyczny post-punk napędzany brzmieniem klawiszy. Niczym nie wyróżnia się spośród zalewu innych zespołów. No, poza tym, że śpiewają po turecku. Są umęczeni i mroczni, momentami wręcz karykaturalnie. Hajp na nich jest, co widać po pozytywnych recenzjach i artykułach, może więc to ja się mylę w swojej pogoni za lokalnością i oryginalnością.




Lepiej wypada Dünya Günlükleri, trzeci album Adamlar, którzy są tylko odrobinę mniej mroczni od Jakuzi. Wplatają w swój rock anatolijska melodykę i nostalgię, ale zostają przy tym całkiem współcześni. Pojawiają się delikatne echa alternatywnego rocka z przełomu wieków, odwołania do grunge’u, nawet szczypta metalu i bardzo dobrze to ze sobą współgra. Żeby nie było za miło, pojawiają się też mielizny, jak nieporadne rapowanie, czy straszna, reggae’owo-juwenaliowa pulsacja w Mavi Ekran. Jednak w ogólnym rozrachunku więcej tu plusów niż minusów.



Jeszcze ciekawszą propozycją jest wspólny album Grup Ses i Ethnique Punch. Ci pierwsi to duet stambulskich diggerów i producentów, ten drugi to raper. A gdy jeszcze dodam, że wydawcą jest niezastąpione Discrepant Records, to już wiecie, że jak najbardziej warto po nią sięgnąć. Ethnique Punch jest podobnie kwadratowy, co Sokół, ma też podobnie niski głos. Oczywiście, o czym rapuje, nie mam pojęcia i dla takich osób, jak ja, którym nie do końca podoba się flow Ethnique, Deli Divan ma drugą, instrumentalną stronę. Te same czternaście miniaturek, ale bez unoszącego się nad nimi monotonnego głosu. Stają się zupełnie inną historią, na pierwszy plan wychodzi skąpany w jesiennych mgłach Stambuł. Grup Ses sklejają swoje bity z sampli ze starych tureckich nagrań, obudowują je warstwą melizmatycznych syntezatorów, rzężącego basu. Przypomina to momentami bruit & Istanbul, podobnie operują psychodelią i dźwiękowym krajobrazem Stambułu.



A skoro jesteśmy przy tureckiej psychodelii, w połowie marca swój debiutancki album wydał dla Riverboat Umut Adan. I wiem, co zaraz powiecie, że to World Music Network, że wyprane z dzikości, że wygładzone. Zwykle tak jest, ale Bahar to wyjątek w katalogu tej brytyjskiej wytwórni. Przede wszystkim to płyta otwarcie i bezwstydnie polityczna (a to z kolei wiadomo, bo tekstom towarzyszą tłumaczenia). Jasne, Adan może sobie pozwolić na tak mocne słowa częściowo dlatego, że mieszka we Włoszech, a nie w swoim rodzinnym Stambule. Brzmieniowo nie odchodzi daleko od wzorców wypracowanych przez Erkina Koraya czy Barisa Manco, ale delikatnie je unowocześnia i z tego względu to rzecz przede wszystkim dla zdeklarowanych fanów gatunku.



I wreszcie dzisiejsza premiera. Tak bardzo turecka, że aż dziw, że tylko jedna osoba z tego sześcioosobowego składu urodziła się w Turcji, a druga ma korzenie tureckie. Reszta to zbieranina Holendrów pod wodzą basisty Jaspera Verhulsta. Poprzedni album Altın Gün, On, wyszedł niecały rok temu i jest jedną z moich ulubionych płyt 2018 roku. No bo czego w nim nie lubić? Retrofuturystyczne brzmienie, przesterowany saz (trzystrunowa turecka lutnia), funkowe, bujające rytmy. Bardzo podobnie skonstruowane jest Gece.

Słychać, że dwa lata wspólnego grania i ponad 200 koncertów zrobiły swoje. Altın Gün brzmią jak solidnie naoliwiona, psychodeliczna maszyna. Bardzo dobrą decyzją było oddanie większego pola Merve Daşdemir, która jest lepszą wokalistką niż Erdinç Ecevit, a on dzięki temu może bardziej popisywać się na syntezatorach, które odgrywają dużo większą rolę niż na On. Na więcej chaosu pozwalają sobie tylko w Şoför Bey, jedynym kawałku napisanym (czy może lepiej byłoby napisać wyimprowizowanym) przez zespół, a nie będący interpretacją tureckiego klasyka. Właśnie, to trzeba podkreślić - Altın Gün to swego rodzaju cover band, odświeżający anatolijskie przeboje, przedstawiający je zachodniej publiczności i przypominający je Turkom (w końcu trzy koncertu z rzędu w Stambule nie wzięły się znikąd). Coś jak Baaba, Gabriela i Michał ze swoją jedyną EPką, czy Mitche odgrzebujący debiut Wodeckiego, Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca Brazilian Octopus tylko że na bardziej globalną skalę.

Gece to świetny album, spokojnie zaspokajający rozbudowane oczekiwania po On. W ogóle nie słychać, że nie grają swoich piosenek, czują się w nich doskonale, każda interpretacja jest przemyślana od początku do końca. Czekam tylko, aż się odważą na więcej własnych piosenek.










poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Mdou Moctar - "Ilana (The Creator)"



Poprzednio pisałem o Mdou Moctarze sześć lat temu, przy okazji premiery Afelan, a on od tamtego czasu zdążył wydać 4 płyty, wcielić się w tuareskiego Prince’a w remake’u Purple Rain, pojechać w kilka tras po świecie, zagrać u Jacka White’a w studiu. Słowem, wyrósł na kolejną gwiazdę tuareskiego, pustynnego rocka. Chyba obecnie najgorętszą.

Ilana, piąty album Moctara wydany przez nieocenioną oficynę Sahel Sounds (obchodzącą w tym roku 10. urodziny) przypieczętowuje ten status. Nagrana w Stanach i dopieszczona w Nigrze płyta pokazuje Moctara jako prawdziwego herosa gitary, równego największym. Sypie solówkami jak z rękawa, prowadzi zespół przez psychodeliczne pasaże, bawi się efektami, brzmieniami, ale nie zapomina skąd przybył.

Od przełomu XX i XXI wieku, kiedy tuareskie gitarowe granie zaczął popularyzować TInariwen, gatunek przeszedł długą od spokojnych, hipnotycznych utworów, śpiewanych wokół ogniska do frenetycznych, szaleńczych gitarowych odlotów. Mdou bliżej jest do Bombino i jego wygibasów niż do spokojnych, dostojnych TInariwen. Może dlatego zamiast na festiwale world music trafia częściej do małych, hipsterskich klubów.

Ilana od samego początku skrzy się riffami, zagrywkami, Mdou bawi się nawet podwójnym tappingiem w stylu Eddiego Van Halena. Tylko że w przeciwieństwie do zachodnich wirtuozów, nie epatuje zbytnio swoimi zdolnościami, solówki są tylko środkiem, a nie celem. Nie ma też w jego grania prężenia muskułów, Mdou wygrywa swoje szalone solówki z niepodrabialnym luzem i łatwością. Świetnie współpracuje z nim zespół, z wyjątkiem Michaela Coltuna grającego na basie, złożony z jego kolegów z Agadezu - fenomenalnego gitarzysty Ahmadou Adassane (o którego solowej płycie pisałem tutaj) i perkusisty Mazawadje Aboubacara Ibrahima. Słychać, że przegrał z nimi niejedną noc na weselu. Dojście do tej perfekcji nie było łatwe - Mdou wychował się w tradycyjnej, religijnej rodzinie, swoją pierwszą gitarę skonstruował sam, z linki od rowerowego hamulca i kawałka drewna (ten motyw DIY z konieczności i biedy pojawia się w biografiach wielu tuareskich gitarzystów).

Osadzenie w tradycji podkreśla Takamba, wariacja Mdou na temat tradycyjnego rytmu i tańca, spopularyzowanego przez Super Onze de Gao. Słychać też wyraźnie korzenie tuareskiego gitarowego grania w rozpoczynającym płytę Kamane Tarhanin, w którym Mdou z zespołem przywołują charakterystyczne struktury issawatTarhatezed daje namiastkę wielogodzinnych improwizacji pod otwartym niebem, które potrafią ciągnąć się przez całą noc w Agadezie. Szalonych nocy wypełnionych muzyką.

Podobnie, jak pozostali tuarescy muzycy znani na zachodzie, Mdou śpiewa w tamaszeku, rodzinnym języku i swoje teksty kieruje przede wszystkim do pobratymców. Poza piosenkami o miłości, porusza politykę - to też nie jest żadnym ewenementem - w utworze tytułowym oskarża Francuzów, dawnych kolonizatorów o pozorne przyznanie niepodległości Nigrowi kontynuowanie wyzysku. Są też hymny pochwalne dla tuareskiego stylu życia i matki pustyni. Czyli znów - utrzymuje się w ramach ustalonej tradycji.

A jednak mam wrażenie, że Ilana to jedna z najlepszych płyt tuareskiego rocka, uwypuklająca zalety tego gatunku i pozbawiona jego wad, Mdou nie przynudza, muzyka cały czas biegnie do przodu, nie zatrzymuje się. Wreszcie, trudno rozpatrywać Ilanę tylko i wyłącznie przez pryzmat innych tuareskich płyt, bo ona śmiało wykracza poza ten idiom, Mdou pełnymi garściami czerpie z bogatej historii rocka, przede wszystkim amerykańskiego. I tutaj leży jego szansa do przebicia się do innych środowisk niż te zainteresowane world music. Tyle mówi się, że rock umiera, albo nawet umarł, a może po prostu on odrodził się na Saharze.



PS. Kilka tygodni przed Ilaną Third Man Records wydał równie świetną koncertówkę Mdou, The Blue Stage Sessions.

środa, 20 lutego 2019

Saba Alizadeh - "Scattered Memories"



Skąd pochodzi najlepsza muzyka eksperymentalna? Odpowiedź na to pytanie coraz częściej powinna brzmieć: z Iranu. Sote, Siavash Amini, fantastyczna kompilacja Girih prezentująca mnogość irańskiego soundartu to przykłady z kilku ostatnich lat. A przecież Dariush Dolat-Shahi już w latach 80. ubiegłego wieku nagrał fenomenalny album o wiele mówiącym tytule Electronic Music, Tar and Setar, który fantastycznie łączy zachodnią awangardę z perską tradycją.

W ten nurt wpisuje się debiutancki album Saby Alizadeha, syna jednego z najwybitniejszych współczesnych muzyków irańskich, Hosseina, w przeciwieństwie do ojca - wirtuoza taru i setaru -grającego na kamanczy, instrumencie daleko spokrewnionym z europejskimi skrzypcami. Saba zwykle grywa z ojcem, razem z nim kultywuje tradycję, a solowo spełnia się w bardziej eksperymentalnej odsłonie. To rzadkość w dzisiejszych czasach, ale gdy przeczytałem o Scattered Memories w podsumowaniu roku na beehype i chciałem go słuchać, nie udało mi się znaleźć żadnych nagrań, nic. Ani na YouTube, ani w streamingach. Ale już jest, wydany w cyfrze i na winylu przez berlińską Karlrecords (w innej wersji niż pierwotna).

Łączenie tych dwóch światów - eksperymentalnej elektroniki z pogranicza soundartu i rodzimej tradycji - przychodzi Alizadehowi niezwykle łatwo i wdzięcznie. Dźwięki kamanczy (raz traktowanej smyczkiem, innym palcami) i setaru toną w pogłosach i efektach, przechodzą w szumy i trzaski (ale nie tak radykalne, jak w przypadku Sacred Horror in Design Sote), zlewają się z nimi w jedno. W spokojniejszych momentach, jak “Dream”, słychać pokrewieństwa ze wspomnianym już albumem Dolat-Shahiego. Alizadeh też sięga po nagrania terenowe, które zakotwiczają kompozycje w kontekście przestrzeni.

To właśnie przestrzeń jest tym, co spaja Scattered Memories, muzyka na niej jest niezaprzeczalnie irańska. Ogromna, obezwładniająca przestrzeń smaganych wiatrem z górami widniejącymi hen, na horyzoncie. Czuć ją chyba nawet w tak zatłoczonych miastach, jak Teheran. jakby cały czas czaiła się gdzieś z tyłu głowy, chowała się w kącie oka, na granicy pola widzenia. W tych dźwiękach zapisane jest także ostre, białe światło słońca odbijające się od pustyni, palące i niemiłosierne.

Scattered Memories lokują się gdzieś między ścieżką dźwiękową Neila Younga do Truposza Jima Jarmuscha, Jerusalem in My Heart (słychać pokrewieństwo przede wszystkim z If He Dies, If If If If If If), a klasyczną muzyką perską, której w tej układance jest w sumie najmniej, ale tworzy podwalinę, na której Alizadeh tworzy swój muzyczny język. Język wciągający, intrygujący, chropowaty, ale w swojej surowości niezwykle piękny.