piątek, 10 lipca 2015

Na odwrót



Kilka dni temu Nicolas Jaar oficjalnie udostępnił własną wersję ścieżki dźwiękowej do "Kwiatu granatu" Siergieja Paradżanowa. Można ją ściągnąć stąd. Wcześniej była jedynie do odsłuchania na YouTube. Jaar do plików oprócz zapowiedzi wersji winylowej dołączył kilka słów o tym, jak powstawał album. Powstał ze zlepków, odpadków, szkiców, nad którymi Jaar pracował w ostatnim czasie. Co najciekawsze, "Kwiat granatu" nie był żadną inspiracją, zupełnie inaczej niż dzieje się w podobnych przypadkach. To wrażenie, jakie wywiera film na muzyku jest zwykle motorem do stworzenia alternatywnej ścieżki dźwiękowej. Tu zadziało się na odwrót:

Zacząłem tworzyć większość muzyki na "Pomegranates" zanim obejrzałem film czy nawet byłem świadomy jego istnienia. (...) Na początku 2015 roku mój przyjaciel Milo usłyszał część z tych utworów i powiedział mi o filmie. Obejrzałem go i oniemiałem. Jego estetyka idealnie pasowała do tych dziwnych tematów, na punkcie których miałem obsesję w ciągu ostatnich paru lat. Byłem ciekaw, jak moje utwory zabrzmią podłożone pod obrazy. To zmieniło się w dwudniowy ciąg, w czasie którego udźwiękowiłem cały film, tworząc dziwny kolaż z ambientu, który tworzyłem przez ostatnie dwa lata.

środa, 1 lipca 2015

Halfway Festival 2015 - relacja

Sharon Van Etten, fot Michał Heller

Trzy dni, czternaście koncertów. Niedużo, prawda? Tyle przy odrobinie dobrej woli i samozaparcia można zobaczyć jednego dnia Offie. Biegając bez wytchnienia między scenami. Jednak mimo niedużego lineupu białostocki festiwal jest wydarzeniem niezwykłym.

Po pierwsze wyróżnia go lokalizacja. Pierwsza edycja odbyła się jeszcze w poprzedniej siedzibie Opery i Filharmonii Podlaskiej, następne już w amfiteatrze będącym częścią nowego kompleksu OiFP. Sam gmach instytucji jest wart uwagi. Zaprojektowany przez zespół Marka Budzyńskiego, młodszy i mniejszy kuzyn warszawskiego BUWu, i podobnie ikoniczny. Naturalnie wpisuje się w otoczenie, czyli centrum Białegostoku. Można zatem zapomnieć o uciążliwych dojazdach. Po drugie, na festiwalu panuje atmosfera zbliżona do mojej ukochanej gdyńskiej Globaltiki. Nikt się nie spieszy, nikt nie wprowadza nadmiernych zakazów, ochrona jest miła i uśmiechnięta, a jedzenie wyśmienite (choć tu sugerowałbym więcej lokalności). No i powiedzcie, na jakim innym festiwalu można zrelaksować się we foyer opery? To nie wszystko, bo mimo tych zalet muzyka pozostaje na pierwszym planie.

W tym roku folku było mniej niż w latach poprzednich, ale za to najwyższej próby. William Fitzsimmons, grający na zakończenie drugiego dnia festiwalu po prostu zachwycił swoimi spokojnymi, melancholijnymi piosenkami. Właśnie, to nie folk, ale pewna melancholia była czynnikiem łączącym zaproszonych artystów i spajającym lineup w jedną całość. Wróćmy do Fitzsimmonsa. Brodaty Amerykanin zagrał najdłużej, ponad dwie godziny, a w swój koncert wplótł covery Backstreet Boys i Katy Perry, które rozładowały zadumę i przełamały ją lekkością. Jednak najwięcej działo się podczas bisów, gdy William wkroczył w publiczność i tam grał prawie czterdzieści minut. Czyli niewiele krócej niż trwał cały występ Gabriela Riosa. Portorykańczyk wyjątkowo przyjechał sam i zaprezentował swoje piosenki w okrojonych, skromnych wersjach, co uwydatniło ich powab. Skromnie zagrali też She Keeps Bees. To było dla mnie największe zaskoczenie festiwalu. O ile na płytach zespół Jessiki Larrabee i Andy'ego La Platta wypada po prostu dobrze, to na scenie są fenomenalni. Momentami brzmieli, jakby nie grali w Białymstoku, tylko na Rancho de la Luna podczas legendarnych Desert Sessions. Gitary buczały przesterami, wchodzili w piękne dysonanse, Jessica zachwyciła swoim zachrypniętym głosem i sceniczną charyzmą. Niestety nie można tego powiedzieć o Sister Wood. W ich występie zabrakło po prostu muzyki, która ginęła pod stylizacją. Nie zachwycili również zbyt islandzcy Jóga z Katowic. Z tego samego powodu.

Bardzo żałuję, że nie zdążyłem na koncert Nathalie and the Loners w piątek, bo na Natalię Fiedorczuk zawsze można liczyć. Litwini z Garbanotas Bosistas bawili się patentami ogranymi przez Tame Impala, Bitelsów i hipisowską psychodelię. Wyszło im to bardzo przyzwoicie. Maggie Bjorklund rozpoczęła ostatni dzień festiwalu od filmowej podróży przez Dziki Zachód. Wspierana przez trzyosobowy zespół duńska gitarzystka tworzyła sugestywne obrazy prerii i małych miasteczek. Przed przyjazdem do Białegostoku nie byłem fanem The Antlers i po ich występie nim nie zostałem. Rozumiem, co przyciąga ludzi do zespołu Petera Silbermana, ale nowojorczycy nie przemawiają do mnie.

I wreszcie ona. Sharon Van Etten ukradła cały festiwal. Takie koncerty wspomina się latami. Nie tylko dlatego, że dla Sharon była to podróż sentymentalna, bo jej pradziadek urodził się w Białymstoku. W stolicy Podlasia Sharon kończyła długą trasę promującą Are We There oraz spotkała się z dawno niewidzianymi przyjaciółmi z The Antlers i She Keeps Bees. Wszystko to sprawiło, że jej występ kipiał od emocji. Żarliwe piosenki z miejsca zachwyciły licznie zgromadzoną publiczność. Gdy Sharon została sama na scenie, by zagrać Much More Than That nie było wątpliwości, że cokolwiek wydarzy się później, to właśnie jest najlepszy koncert festiwalu.


Do Białegostoku pojechałem bez oczekiwań. Organizatorom udało się mnie przekonać, że ich festiwal jest naprawdę niezwykły. Już nie mogę doczekać się przyszłorocznej edycji.

mimagazyn.pl, 01.07.2015

środa, 24 czerwca 2015

Dlaczego Taylor Swift ma rację w sporze z Apple?



Jeden z poczytniejszych polskich blogerów napisał tekst o tym, jak to - pardon le mot - "Taylor wszystkich nas zrobiła w chuja". W czym rzecz? Oczywiście w tym, że Taylor nie spodobał się pomysł niepłacenia tantiem przez Apple za odtworzenia utworów przez pierwsze trzy miesiące działania usługi streamingowej Apple Music. I postanowiła o tym napisać list otwarty. Tak, Taylor Swift ma pozycję, żeby sobie pozwolić na taki ruch, choć nie była pierwszą osobą, która wypowiedziała się ten temat. Podobne zdanie wyraził lider Brian Jonestown Massacre, Anton Newcombe oraz przedstawiciele niezależnego wydawcy Beggars Group. Newcombe na dodatek twierdzi, że w wypadku odmowy przyjęcia warunków Apple'a, koncern zagroził usunięciem dyskografii BJM z iTunes.

Apple zachowało się nieetycznie, wykorzystując swoją dominującą pozycję na rynku, żeby narzucić warunki niekorzystne dla pozostałych stron umowy. Taylor by sobie poradziła, zresztą sama w liście przyznaje, że jest już na takim etapie, że spokojnie może zarabiać tylko na graniu koncertów (i kontraktach reklamowych), a walka toczy się przede wszystkim o mniejszych artystów. Dobrze ich punkt widzenia opisuje na swoim blogu Aram Bajakian:

Nie sprzedaję dziesiątek tysięcy albumów i zdaję sobie sprawę, że moja muzyka nie będzie sprzedawać się w takich nakładach. Jednak mogę sprzedać kilka setek albumów i każdy taki zakup robi różnicę. Różnicę między tym, czy będzie mnie stać na nagranie nowej płyty, czy nie. Różnicę między tym, czy będę w stanie wspierać branżę muzyczną zatrudniając inżyniera dźwięku i specjalistę od masteringu, czy nie. Ma wpływ na to, ile mogę zapłacić moim kolegom po fachu za grę na moim albumie.

O to właśnie chodzi w tym sporze. Nie o wielkich, nie o brak milionów dla Taylor Swift, tylko o muzyków, dla których każdy grosz jest ważny, by móc dalej tworzyć. Jeśli Newcombe nie kłamał, Apple posunęło się do szantażu, by zmusić muzyków i wytwórnie do przyjęcia swoich warunków. Usunięcie utworów z iTunes dla wielu twórców byłoby pobawieniem ich poważnego źródła dochodów, bo sklep Apple ma pozycję niemal monopolistyczną na rynku cyfrowej dystrybucji.

Skoro Apple stać na trzymiesięczny darmowy okres próbny, bo przewidywane zyski będą tak wysokie, że takie działanie jest opłacalne, stać ich również na to, żeby zapłacić tantiem artystom.

Wreszcie, całe to zamieszanie może mieć wpływ na zupełnie inne rynki, bo przecież problem niepłacenia za korzystanie z efektów cudzej pracy, czy za samą pracę (lub rażąco niskich płac) nie jest jedynie właściwy rynkowi muzycznemu.


piątek, 19 czerwca 2015

Błędna interpretacja

W 1984 roku Ronald Reagan w przemówieniu wyborczym wykorzystuje Born in the U.S.A. Bruce'a Springsteena. Wybór kuriozalny, ponieważ piosenka Bossa jest antywojennym manifestem, pełnym zgorzknienia i rozczarowania Ameryką, która wysyła swoich żołnierzy na bezsensowną wojnę w Wietnamie. Mino tego dość jasnego przekazu, Reagan skupił się tylko na tytule i refrenie, interpretując go jako przejaw patriotycznej dumy, choć w rzeczywistości jest przesiąknięty ironią i desperacją.


We wtorek podobny błąd popełnił Donald Trump, ogłaszając swój start w nadchodzącej kampanii, wykorzystał podobny hymn - Rockin' in the Free World Neila Younga. Miliarder ubiega się o nominację Republikanów, z którymi, delikatnie mówiąc, nie jest Youngowi po drodze. Wystarczy wspomnieć album Living With War, krytykujący interwencję w Iraku i Let's Impeach the President z niego, nawołującą do odwołania Busha juniora. Rockin' in the Free World też niesie ładunek polityki - to bezpośrednia krytyka administracji Busha seniora oraz Ameryki końcówki lat 80. Znów wydaje się, że najważniejszy jest tytuł, będący pozorną pochwałą USA i dlatego Trump wykorzystał nagranie. Na to oczywiście odpowiedział Young, oświadczając, że żadnej zgody nie udzielał Trumpowi. Bo nie musiał, wystarczyło, że komitet wyborczy Trumpa wykupił odpowiednią licencję od BMI i ASCAP, amerykańskich Organizacji Zbiorowego Zarządzania.



Najbardziej kuriozalnym przypadkiem wykorzystania utworu jest zdecydowanie użycie piosenki Manic Street Preachers przez British National Party. Skrajnie prawicowa partia wykorzystała piosenkę skrajnie lewicowego zespołu. Zresztą takich wpadek BNP ma na swoim koncie więcej. Antyimigrancyjną akcję "Bitwa o Anglię" promowała plakatem z myśliwcem Dywizjonu 303, ale to zupełnie inna historia.

czwartek, 11 czerwca 2015

Wszystkie kwiaty granatu



Kwiat granatu radzieckiego reżysera Siergieja Paradżanowa jest jednym z najniezwyklejszych obrazów w historii kina. Opowiada historię Sayat Novy, słynnego ormiańskiego aszyka (kaukauskiego odpowiednika barda lub trubadura). Swoją surrealistyczną atmosferą inspiruje do dziś. W lutym ukazała się alternatywna ścieżka dźwiękowa autorstwa Nicolasa Jaara (ale bardzo szybko zniknęła z YouTube już wróciła, razem z darmowym downloadem albumu, a wersja winylowa w planach), niedługo 15 listopada Aram Bajakian (amerykańsko-ormiański gitarzysta znany ze współpracy z Johnem Zornem i Lou Reedem) wydaje album z muzyka inspirowaną filmem, a w 2013 roku Juno Reactor na zlecenie Białostockiego Festiwalu Filmowego również stworzył własną ścieżkę dźwiękową. Każde z tych podejść jest zupełnie inne. Jaar łączy charakterystyczną dla siebie eksperymentalną elektronikę z brzmieniem fortepianu, trzaskami i zgrzytami, Bajakian po prostu gra na gitarze, a Juno Reactor zestawia industrial z orkiestrą i chórem. Wszystkie trzy są na swój sposób intrygujące i warte uwagi.







To niejedyne przypadki zazębiania się twórczości Paradżanowa ze współczesną muzyką. Trzy lata temu A Hawk and a Hacksaw jeździli po świecie z własną wersją ścieżki dźwiękowej do Cieni Zapomnianych przodków, a rok później wydali z nią podwójny album You Have Already Gone to the Other World.