środa, 11 lutego 2015

Ulice Kinszasy



Jeśli poniedziałkowy występ Konono no 1 można uznać za bardzo udany, wtorkowy był po prostu genialny. Pozornie nic się nie zmieniło, grali prawie dokładnie to samo, co dzień wcześniej, ale nie tak samo, W poniedziałek muzycy wydawali się wycofani, zmęczeni, ale i tak udało im się poderwać publiczność do tańca. Dzień później, wypoczęci i wreszcie uśmiechnięci już od początku mieli w sobie więcej energii. Transowe partie wygrywane na likembach hipnotyzowały ze zdwojoną siłą. Mniej było przerw, najdłuższy utwór trwał ponad 25 minut. Było też jeszcze goręcej, duszniej i głośniej, jeszcze bliżej rozgrzanych ulic Kinszasy. Muzycy pozwalali sobie na żarty i drobne psikusy, widać było, że są po prostu wyluzowani i zadowoleni z grania. Największą różnicą między tymi dwoma koncertami było, że we wtorek w stu procentach oddali się muzyce, zatopili się w niej, zabierając ze sobą (początkowo dość oporną) publiczność. Pod koniec tańczyli wszyscy, uczestnicząc w quasi-rytuale, liczył się tylko moment obecny, nie istniała przyszłość ani przeszłość, wszystko było wieczną teraźniejszością.

To nie tylko wrażenie z koncertu, muzyka Konono sama w sobie jest zawieszona w bezczasowości. Od czterdziestu lat nic się nie zmieniła, mimo upływu czasu, zmieniających się muzyków i nowych doświadczeń. Pierwsze dostępne nagranie zespołu na kompilacji wydanej przez Ocorę w 1978 roku, Zaire, musiques urbaines a Kinshasa, brzmi prawie dokładnie tak samo jak ich koncerty w Pardon, To Tu.


niedziela, 8 lutego 2015

Melancholijne lato



Prawie dokładnie rok temu zachwycałem się debiutancką czwórką Yumi Zouma i jego atmosferą wypłowiałego lata, pełnego spranych kolorów i melancholii. Na marzec Nowozelandczycy zapowiadają drugą dziesięciocalówkę z pięcioma piosenkami. Dwa udostępnione fragmenty są kontynuacją tego, co Yumi Zouma grali wcześniej. Nie są może tak błyskotliwe, jak Riquelme czy A Long Walk Home for Parted Lovers, ale można się spodziewać, że EP II ugruntuje ich status jako jednej z nadziei indie popu. Na pewno nie zrobią tego ich koncerty, bo to, co można zobaczyć choćby tutaj, sprawiło że trochę straciłem wiarę w ten zespół. Nie o tym jednak chciałem pisać.

Bardzo podobną do Yumi Zouma, jeśli chodzi o atmosferę, płytę nagrał Olivier Heim, ciągle najbardziej znany jako były gitarzysta tres.b. Po dwóch folkowych epkach zwrócił się w stronę zachodzącego słońca, ciepłego letniego brzmienia i Kalifornii.Brzmienie A Different Life klei się prawie tak bardzo, jak rozpalone teksańskim słońcem Egyptian Wrinkle Boy Friend (które zmieniły ostatnio nazwę na Veil Divide). Jednak to nie jest muzyka na martwe godziny południa, lecz wieczorny surfing, gdy upał trochę zelżeje. O cieple i melancholii rozmawiałem z Olivierem w środku polskiej zimy.

środa, 4 lutego 2015

Warszawska Orkiestra Rozrywkowa (i Gaba Kulka) gra Brazilian Octopus (i okolice)



Środowisko Lado ABC znane jest z uwielbienia do muzyki brazylijskiej. Widać to nie tylko w nazwie wytwórni - lado to po portugalsku strona - ale i w twórczości Mitch & Mitch czy wspólnych koncertach ze Zbigniewem Wodeckim, kończące się klasykiem Jorge Bena. Tym razem sięgnęli po album Brazilian Octopus, który stał się osią wczorajszego występu ciągle zmieniającej skład Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej w TR Warszawa.

Brazilian Octopus była krótko działającą supergrupą, zmontowaną z muzyków z różnych środowisk na zamówienie potentata branży tekstylnej. Efektem tego zamówienia jest album z 1969 roku wypełniony charakterystycznymi dla muzyki brazylijskiej, wysmakowanymi melodiami. Ładny, ale bardzo poprawny. Nic dziwnego, że WOR nie ograniczyła się do odegrania utworów, lecz muzycy pod wodzą Macia Morettiego postanowili je trochę "popsuć". Pojawili się na scenie ubrani w stroje naśladujące epokę - kolorowe koszule, wzorzyste krawaty - i się zaczęło. Perkusja co i rusz wychodziła z tempa, Macio dokładał dodatkowe uderzenia, Piotr Zabrodzki za elektrycznym pianinem podśpiewywał, na chwilę na scenę wskoczył Marcin Masecki i zagrał solówkę na keytarze, piosenki kończyły się w niespodziewanych momentach, albo były przedłużane, zdarzały się niespodziewane przerwy, muzycy wplatali w utwory inne melodie. Nigdy jednak nie przekroczyli granicy dekonstrukcji - to nadal były przede wszystkim bardzo ładne piosenki. Żarty bawiły nie tylko publiczność, dawno nie widziałem tak roześmianych muzyków. W kilku piosenkach, już spoza płyty, zaśpiewała Gabriela Kulka, wnosząc urozmaicenie do instrumentalnej formuły. Jak zawsze świetna, z gracją "masakrowała" język portugalski.

To był świetny koncert, nie tylko dlatego, że przypomniał nieznany w Polsce klasyk, ale przede wszystkim dlatego, że był prezentacją czystej miłości do muzyki. Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grała już Becka, grała Brazylię, ciekawe, co będzie następne.

niedziela, 25 stycznia 2015

10 płyt, 10 krajów, 10 języków



Kilka dni temu ukazało się moje zestawienie 10 nieanglosaskich zeszłorocznych płyt, które zapowiadałem tak:
Angielski jest językiem globalnym, zdominował większość dziedzin życia. Muzykę również. Choć jej większość nadal jest tworzona w innych językach, nie widać tego w podsumowaniach. Ze świecą szukać artystów śpiewających w innych językach, nawet tak szeroko używanych, jak francuski, hiszpański czy hindi. Nasze podsumowanie polskich albumów również wygrała anglojęzyczna płyta. Warto jednak wyjść poza utarte schematy i spróbować poznać coś więcej. Muzyka w innych językach nie gryzie, a często jest ciekawsza niż to, co pojawia się w największych serwisach. Dlatego przygotowałem dla Was 10 płyt, które zachwyciły mnie w ubiegłym roku. 10 albumów, 10 krajów, 10 języków.
Możecie przeczytać je tutaj, ale wiem, że dzisiaj ta dziesiątka wyglądałaby trochę inaczej, bo musiałbym wcisnąć gdzieś debiut La Feline, który znalazłem we francuskim podsumowaniu Beehype. Podejrzewam, że kiedy przesłucham w końcu wszystkie albumy, które pojawiły się w tym potężnym podsumowaniu, moje skromne zestawienie wyglądałoby jeszcze inaczej.


wtorek, 20 stycznia 2015

Ostatnich dwóch muzyków

Gdy rozmawiałem z Bułatem Chalilowem z Ored Recordings, zapowiadał on kolejne nagrania terenowe. W tym nielicznych pontyjskich Greków zamieszkujących Abchazję, separatystyczną republikę nieuznającą władz w Tbilisi. Skąd Grecy akurat na tym wybrzeżu Morza Czarnego? Część przybyła podczas Wielkiej Kolonizacji, którą pewnie wszyscy kojarzą z lekcji historii, część wyemigrowała na przełomie XIX i XX wieku wskutek tureckich represji. Dziś w Abchazji zostało ich niewiele ponad tysiąc, większość opuściła ten region po wojnie domowej z lat 90. Muzyków zostało jeszcze mniej. Właściwie jeden. Nikolas Singerow, do którego kontakt dostała ekipa Ored Recordings i Sayat Nova Project. Nikolas mieszka na skraju wsi Czernigowka, żyje z uprawy roli. W wolnych chwilach gra na lirze pontyjskiej, zwanej też kemendze, instrumencie wywodzącym się z perskiej kamanczy, ale z wyglądu przypominającym bardziej skrzypce.

Gdy etnomuzykolodzy dojechali na miejsce okazało się, że ostatnich muzyków jest dwóch. Brat Nikolasa, Konstantinos pamięta stare melodie i słowa. I tak płaczliwym dźwiękom liry na nagraniach towarzyszy zawodzący głos Konstantinosa.

Te osiem utworów zostało nagranych w zeszłym roku, ale tak naprawdę należą one do zamierzchłej przeszłości. Pamięć o ich pochodzeniu dawno się zatarła, bracia rzucali tylko ogólnymi określeniami - albo to melodia antyczna, albo pontyjska. To świadectwo wielowiekowej obecności Greków na wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Smutne i melancholijne melodie wyrażają tęsknotę. Za miłością? Utraconą młodości? Za nigdy niewidzianym Pontem i Peloponezem? A może za spokojniejszymi czasami, do których wcale nie trzeba się tak daleko cofać? Ten smutek jest obecny w rebetiko, "greckim bluesie" (nie wdawajmy się w dyskusję, na ile to uprawnione określenie), a jeszcze mocniej w muzyce osiadłych w Ameryce wygnańców z Imperium Osmańskiego. Marikę Papagikę i Konstantinosa Singerowa dzieli prawie sto lat, ale łączy tęsknota, w ich głosach brzmi to samo poczucie nieodwracalnej straty. Gdy uświadamiam sobie, że prawdopodobnie Konstatntinos wie, że jest ostatnim strażnikiem tradycji i wraz z nim i jego bratem odejdzie 25 wieków, ogarnia mnie podobne uczucie.