piątek, 18 października 2019

Fałszywa egzotyka



Belgia i Holandia, szerzej - północna Europa. To tu, w krajach przez większą część roku zasnutych niskimi, ciężkimi chmurami, gdzie pada prawie codziennie, a 15 stopni to już prawie upał, powstaje intrygująca muzyka z zupełnie innej strefy klimatycznej.

Bladych chłopaków z YĪN YĪN mieszkających w Maastricht połączyła miłość do kina klasy B i indochińskiego psych rocka oraz disco sprzed pół wieku. Na koncie mają dwa single, na tyle obiecujące, że datę premiery The Rabbit That Hunts Tigers zapisałem sobie w kalendarzyku (jest też wydana w mikroskopijnym nakładzie, jeszcze pod poprzednią, niefortunną nazwą, kaseta).

Kees Berkers i Yves Lennertz zagłębiają się w muzykę z delty Mekongu, Bangkoku i Hong Kongu, tę mieszankę uzupełniają delikatnymi wpływami Bollywoodu. Słychać, że kompilacje Finders Keepers i Sublime Frequencies mają w małym palcu, że ta muzyka, choć tak odległa kulturowo jest im bardzo bliska. To granie bardzo w duchu późnego Dengue Fever, gdy szala z coverów przeważyła się na korzyść własnych kompozycji, ale i bardziej psychodeliczne, kwaśniejsze.



Równie blisko jest im do rodaków z Mauskovic Dance Band. To tak samo muzyka pełna radości i nienachalnego humoru. Gdzieś pojawia się gitara rodem ze ścieżek dźwiękowych spaghetti westernów i przypomina, że niewiele je różni od wczesnych filmów z Bruce’em Lee. W finałowym, znanym z singla Dis ko Dis ko puszczają oko, cytując Bee Gees. Samplują filmy, coś tam zaśpiewają, ale wokal jest w tej układance najmniej istotnym instrumentem. Sięgają po lokalne, indochińskie instrumenty jak tajską lutnię phin, bardzo starają się trzymać ten tropikalny klimat, ale podbijają go, wzmacniają, na szczęście zatrzymują się przed linią parodii.



Imprezowa jest trzecia epka Cairo Liberation Front, Eurabia vol. 2. CFL to - znów - dwóch holenderskich przyjaciół dzielących wspólną pasję. W ich przypadku jest to electro chaabi, wywodzące się z ulic i klubów Kairu. Jak napiszę, że chodzi o granie w stylu Islam Chipsy & EEK to już powinniście wiedzieć o co chodzi. Rozpędzone do granic możliwości, melizmatyczne partie keyboardów podbite opętańczą grą na perkusji. Taka była pierwsza część w serii, grał na niej Rizan Sa’id (który w zeszłym tygodniu wydał swój drugi solowy album, ale o nim napiszę przy innej okazji). W dwóch fragmentach śpiewała Bagdaddy, Irakijka mieszkająca w Amsterdamie, która między obiema epkami stała się trzecią członkinią zespołu.



Wydaje się, jakby Yannick Verhoeven i Joep Schmitz, zrekrutowawszy arabską wokalistkę, wyzwolili się z dyktatu grania tylko electro chaabi. Zwolnili tempa, nie pędzą już tak na złamanie karku, pozwalają Bagdaddy rozwinąć skrzydła. A ona im się za to wspaniale odpłaca, błyszczy w tych pięciu piosenkach, w każdej pokazując się z innej strony. Rozszerzenie składu było w przypadku CFL ucieczką do przodu, mają teraz więcej możliwości na przyszłość, co już pokazują na Eurabia vol. 2. To muzyka o nadal jednoznacznie arabskim rodowodzie, ale jest i tu electroclash i basowość rapu. Kolejny debiutant do śledzenia i mam nadzieję, że będę mógł niedługo wpisać premierę ich LP do kalendarzyka.



Z Tilburga i Maastricht niedaleko jest do belgijskiej Gandawy, gdzie stacjonuje Compro Oro. Cztery lata wydali Transatlantic, na który eksplorowali przede wszystkim muzykę latynoską, a teraz, po czterech latach mają znacznie szersze aspiracje. Sięgają po ethiojazz, arabskie rytmy, próbują tę eoxticę jakoś rozruszać, wyciągnąć z hotelowego lobby, gdzie jest idealnym muzakiem. Mam jednak wrażenie, że czasem brakuje im odwagi, że wolą zostać na znanych pozycjach. Brakuje szaleństwa, jakiegoś wygłupu, czegoś niespodziewanego, czegoś po prostu w duchu Mitch & Mitch. Momentami, jak w Mogadishu czy Rastapopoulos słychać, że drzemie w nich chęć zagrania czegoś nieortodoksyjnego, ale te zapędy są szybko przykrywane przez lounge’owy klimat całości. To fajna muzyka do posiedzenia w barze na plaży przy drinku z palemką o zachodzie słońca, ale po prostu brakuje jej wyrazistości.


wtorek, 15 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 X 2019


Nie mam głowy do dat i rocznic. Dzisiaj były urodziny Feli Kutiego, 81, a ja dowiedziałem się o nich dopiero po nagraniu audycji. Tak sobie krążyłem po Afryce Zachodniej, ale do Nigerii nie dotarłem dzisiaj. Zaczęliśmy jednak we Włoszech. Coś jest w tym kraju, w tym powietrzu, że Włosi bardzo dobrze rozumieją muzykę afrykańską i latynoską.

1. Gabriele Poso - Black Sand (Batik)
2. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Obi Nfreno (Obiaa!)
3. Pat Thomas & Kwashibu Area Band - Onfa Nkosi Hwee (Obiaa!)
4. Le Mystere Jazz de Tomboctou - Leli (Le Mystere Jazz de Tomboctou)
5. L'Orchestre Kanaga de Mopti - Sory Bamba (L'Orchestre Kanaga de Mopti)
6. Guelewar - Sama Yaye Demna N'Darr (Sama Yaye Demna N'Darr)
7. Baba Commandant & the Mandingo Band - Siguissi (Siri Ka Bele)

Tekst, o którym mówię w audycji, znajdziecie tutaj.


piątek, 11 października 2019

Prz(y)(e)szłość



Zabawne, że w numerze poświęconym przyszłości oba moje wywiady sięgają mocno w przeszłość.

Jorgos Skolias opowiedział mi o swojej muzycznej drodze, którą idzie już prawie pół wieku - od pierwszych półamatorskich zespołów, przez Krzak (i jak się do nich dostał) aż po ostatnie projekty. Najnowszy z nich, wspólna płyta z Jarosławem Besterem, Rebetiko Poloniko (o którym pisałem w letnim numerze GaMy), był pretekstem do naszego spotkania. Dlatego co jakiś czas wracamy do tych piosenek sprzed stu lat i ogólnie do greckości.

Z Brianem Massaką porozmawiałem o nowych płytach Moo Latte i Bitaminy, jak trafił do tej drugiej, ale też o jazzie, studiach muzycznych i byciu liderem. Największym powrotem do przeszłości było wyznanie, skąd Brian wziął afrykańskie sample, które trafiły na Syd i North. Tego tutaj oczywiście nie zdradzę, musicie iść do kiosku.

Z tematem numeru jest związany za to mój trzeci tekst, o przyszłości i teraźniejszości muzyki ludowej. Sprowokował go występ Śląska na OFFie i zachwyty z nim związane. A przecież ten zespół uosabia właśnie to, przed czym muzyka tradycyjna zażarcie się broni - muzealizację, wyciągnięcie formy z kontekstu, cepeliadę i skostnienie. Tyle innych zespołów i artystów próbuje uratować i popularyzować polską tradycję na ciekawsze sposoby.

Jednym z nich jest Radical Polish Ansambl, który jest na ostatniej prostej zbiórki na swój debiutancki album. RPA tworzy sześcioro skrzypków i perkusista (grający na instrumencie własnej konstrukcji). Szefem muzycznym jest Maciej Filipczuk i już samo to nazwisko powinno sprawić, żebyście zainspirowali się tą ekipą. W RPA niezwykle ważne są jeszcze dwie postacie.

Michał Mendyk z Bôłt Records, występujący tutaj w roli szeptuna nakierował Filipczuka na Tadeusza Sielanka, postać półlegendarną. Jedyne wzmianki o tym skrzypku spod Sochaczewa to wspomnienia Sławomira Rawicza, który miał uciec z Syberii przez Indie do Iranu, a jednym z towarzyszy w tej tułaczce był właśnie Sielanka. Informacje o nim pojawiają się też w artykule Mendyka w książce wokół zeszłorocznej edycji Sacrum Profanum. Muzykę Sielanki odkrył Wacław Zimpel, przeszukując archiwa delhijskiej Biblioteki Publicznej, gdzie natrafił na swojsko brzmiące nazwisko zapisane w dewanagari i kilka fragmentów notacji muzycznej, przypominających mazurki wraz z komentarzem, że stanowią “podstawę rozbudowanych form zbliżonych w swej logice formalnej i tonalnej do ragi, choć niezwiązanych z wyrafinowanym indyjskim systemem rytmicznym”. Brzmi to tak nieprawdopodobnie, jak przypis Jerzego Łozińskiego, dlaczego postanowił przetłumaczyć angielskie “dwarves” jako “krzatów” (również tutaj rolę notatka na marginesie, jednak całkowicie fikcyjna). Sielanka wydaje się być jednak postacią rzeczywistą.

To tym indyjskim mazurkom Sielanki będzie poświęcona pierwsza płyta RPA. Macie jeszcze kilka dni, żeby pomóc w jej wydaniu. Naprawdę warto, właśnie takiej muzyki wychodzącej z tradycji potrzebujemy. Ja się im dołożyłem


wtorek, 8 października 2019

Solidarni z pszczołami


Ostatni tydzień z małym naddatkiem spędziłem w Krakowie. Zobaczyłem prawie całe Sacrum Profanum, ale o tym festiwalu szczegółowo przeczytacie w Dwutygodniku. Udało mi się chwilę porozmawiać z Patrickiem Higginsem o jego udziale w Multiwersjach (o samym kompozytorze na kilka dni przed festiwalem pisałem tutaj), spotkałem kilkoro znajomych. Smogu nie było, więc zszedłem miasto wzdłuż i wszerz, ale i tak najczęściej trafiałem na moje ulubione Kazimierz i Podgórze. Zostałem też na dzień otwarcia Unsoundu.

Tam zobaczyłem koncerty Sote, Moor Mother i Kukengandai (zapowiadany jako wspólny z Hubertem Kostkiewiczem z the Kurws, ale pojawił się tylko na ostatnie piętnaście minut). Ten pierwszy zaprezentował materiał z Parallel Persia i tak jak się spodziewałem, wybrzmiał on wspaniale w ociekającej złotem sali teatru. Towarzyszyli mu Arash Bolouri na santurze i wokalu i Pouya Damadi na tarze (który czasem traktował bardziej jak kamanczę, smyczkiem). Nie spodziewałem się, że tak dużo tego materiału to po prostu przetworzone tradycyjne instrumenty, a nie zsyntetyzowane dźwięki z laptopa. Sote aktywnie manipulował dźwiękami wygrywanymi przez towarzyszy i razem z nimi snuł opowieść o Iranie z innej, alternatywnej rzeczywistości. Moor Mother zabrała się za tematy poważne - niewolnictwo, historię Wielkiej Brytanii - ale zrobiła to w bardzo przegadany i usypiający sposób. Kukangendai rock sprowadzili do rytmicznego szkieletu i transowej powtarzalności, w czym przypominali mi Lotto (ale nie wiem, czy zgodziłby się z tym Mike Majkowski, który stał na koncercie niedaleko mnie). We fragmencie z Kostkiewiczem pojawiło się więcej swobody, ale w zasadzie nie odbiegało to zbytnio od tego, co Japończycy grali przez godzinę. Fajny, przyjemny koncert, odmiana po tygodniu z poważką.

Obejrzałem też jeden film, i dla niego samego warto było zostać te dwa dni dłużej w Krakowie. Kraina miodu nie jest zwykłym dokumentem, nie ma tu żadnego objaśniania, ani gadających głów. Przypomina trochę Badjao, Duchy z morza Elizy Kubarskiej, który pokazywaliśmy na tegorocznej Globaltice. Przypomina swoją formą - to bardziej film fabularny, prezentujący prawdziwą historię, niespieszny, z pięknymi zdjęciami przyrody - i treścią - oba filmy opowiadają o ginących sposobach na życie, o tym jak zachód i nowoczesność wdziera się w kolejne miejsca. Dzieli je sceneria. Kraina miodu rozgrywa się właściwie pod nosem, ale w miejscu odciętym od świata, w którym zatrzymał się czas. To opuszczona wioska w Macedonii Północnej, kilkanaście kilometrów od Skopje. Od stolicy dzieli ją niedługa podróż autobusem lub pociągiem. Można też dostać się do niej pieszo. Mieszka w niej Hatidze i jej schorowana matka. Towarzyszą im pies, koty i pszczoły, którymi opiekuje się Hatidze. Nie jest pszczelarką, lecz ostatnią w Europie bartniczką - jej ule rozsiane są po całej okolicy w skałach i na drzewach. W pewnym momencie do wioski przybywa wielodzietna pasterska rodzina, a z nią zewnętrzny świat. Jednak to nie oni są czarnym charakterem filmu. Jest nim Macedończyk, za którego sprawą do wioski wkracza kapitalizm ze swoją obsesja pomnażania majątku i czynienia sobie ziemi poddaną.

Filmowcy spędzili w tej zapomnianej przez wszystkich wiosce trzy lata. Dlatego wydają się bohaterom niewidoczni, codzienne życie dzieje się bez udziału ekipy, ona zresztą ogranicza się tylko obserwacji, nie wchodzi w interakcje. Można się zastanawiać, czy postępuje etycznie, pozwalając toczyć się sprawom swoim biegiem. Ale też taka jest rola reportażysty/dokumentalisty. Nie zazdroszczę im tego dylematu (ale też nie chcę spojlować, może uda wam się obejrzeć ten film).

Kraina miodu jest pokrewna niektórym moim ulubionym filmom i książkom. Nie ma za dużo dziania, to prosta historia, bez zbędnego rozwlekania, bohaterowie potraktowani są z niezwykłą czułością i zrozumieniem. Jest w nim też pewna melancholia i rezygnacja. Świat, w którym żyli, nieodwracalnie odchodzi. I to jest w tym wszystkim najbardziej przejmujące. Świadomość, że jest się ostatnim.


środa, 2 października 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 1 X 2019


W tym tygodniu posłuchaliśmy muzyki z Afganistanu. Od tej wykonywanej na miejscu, popowej, klasycznej i tradycyjnej przez eksperymentalne podejście do tradycji afgańskiej diaspory, międzykulturowe zespoły aż po polski cover ludowej piosenki.

1. Kefaya & Elaha Soroor - Jame Narenji (Songs for Our Mothers)
2. Qais Essar - Journey to Qaf (The Ghost You Love Most)
3. Qais Essar - Ilahi Man Namedanam (I Am Afghan, Aghani Is a Currency, vol. III)
4. Ahmad Zahir - Leili Jan (The Rough Guide to the Music of Afghanistan)
5. Setara Husseinzaida - Zim Zim Zim (The Rough Guide to the Music of Afghanistan)
6. Dog Whistle - Zim Zim Zim (2)
7. Khaled Arman - Raga Afgan Bharav - Gat En Rupeh (Rubab Raga)
8. Ustad Rahim Khushnawaz, Gada Mohammad & Azim Hassanpur - Jâm-e Nârenji (Afghanistan : Rubâb et dutâr)
9. Ensemble Kaboul - Khorshid guna-e man (Nastaran)
10. Ensemble Kaboul - Nastaran (Nastaran)