czwartek, 18 kwietnia 2013

Muzyka a Biznes

W zeszłym roku mądrowałem się po internetach na temat konferencji Muzyka a Biznes, i jak to mocarne w zapowiedziach panele dyskusyjne mnie rozczarowały, że panel folkowy to tylko narzekania, że panel radiowy spoko, ale że trochę bez sensu, że panel festiwalowy nudny jak flaki z olejem. Nieopatrznie przyjąłem zaproszenie na tegoroczną edycję konferencji, gdzie będę się mądrował na temat przyszłości i kondycji polskiego dziennikarstwa muzycznego w towarzystwie Łukasza Kuśmierza, Ilony Rosiak, Borysa Dejnarowicza oraz Andżeliki Kaczorowskiej (to jutro, 17.30-19) oraz spróbuję wycisnąć coś nowego i ciekawego na temat organizacji koncertów (choć mam obawy, że Kuba Knera skutecznie rozpracował temat) z Michała Borkiewicza (Powiększenie), Piotra Miecznikowskiego (MADA Music), Wojciecha Oleksiaka (Sztuki&Sztuczki) i Stanisława Trzcińskiego (STX Jamboree) w sobotę (14.30-16). To wszystko za darmo i bez rejestracji w Sztukach&Sztuczkach w podwórku kamienicy Wedla na Szpitalnej.

Poza tym dowiemy się, jak funkcjonują niezależne wytwórnie (od tych większych, jak Asfalt, do naprawdę małych, ja Thin Man Records. Mnie zabrakło odwagi organizatorów i zaproszenia przedstawiciela kończącej właśnie działalność Biedoty), czy otwarcie zasobów publicznych jest takie fajne, jak o nim piszą (ja się nie dowiem, ale wg mnie nie jest), jak wypromujesz swój zespół i o roli filmu w muzyce i muzyki w filmie.

PS. I pamiętajcie, w sobotę jest Record Store Day. Macie kupić przynajmniej jedną płytę.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Magia


A Hawk and a Hacksaw prawie cały ubiegły rok spędzili na graniu we dwójkę do "Cieni zapomnianych przodków" Siergieja Paradżanowa, dwa tygodnie temu wydali album z tym materiałem. Swój warszawski koncert zaczęli zupełnie inaczej, przypominając o swoich korzeniach. Pierwszy utwór zagrali, stojąc wśród publiczności. Dopiero po nim weszli na scenę i sięgnęli do "You Have Gone to the Other World", konkretnie do przepięknego, ukraińskiego motywu weselnego. Potem przenosili się i na Węgry, do Rumunii, na Bałkany, przeplatając tradycyjne kompozycje własnymi utworami. W żywszych momentach robiło się niczym na wiejskiej potańcówce gdzieś w Serbii, w spokojniejszych zabierali do dawno minionego świata. Świata, którego nie da się odtworzyć, można mieć tylko jego wyobrażenie. Nierzeczywistego, a silnie zakorzenionego w nas samych.

Jeremy Barnes i Heather Trost przyjechali do Warszawy sami, więc musieli się wspomagać technologią w postaci maszyny do loopów, na którą Barnes zapętlał partie perkusji, choć trzeba przyznać, że większość koncertu spędził grając jednocześnie na bębnie i akordeonie. W tym okrojonym składzie bardzo ciekawie zabrzmiał utwór tytułowy z najnowszego albumu Amerykanów, ze zmieniona aranżacją i dużą dawką improwizacji. Fantastycznym pomysłem jest wykorzystanie w muzyce AHAAH santuru, perskich cymbałów, których brzmienie uwalnia od jednoznacznych skojarzeń geograficznych ich twórczość. To już nie tylko muzyka bałkańska, czy wschodnioeuropejska. To muzyka ze starego świata. Bezczasowa.

Amerykanie zakończyli koncert tak samo, jak go rozpoczęli. Stojąc wśród publiczności i grając ludowe melodie. Oraz "No Rest for the Wicked" z mojej ukochanej "Cervantine". Piękny koncert.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Powrót króla

10 lat to nie przelewki.

Wydanie trzeciej płyty Elvis Deluxe zgrało się z dziesięcioleciem zespołu. Koncert premierowy materiału musiał być więc wyjątkowy.

Na samym początku poczułem się nie jak 10, a sześć lat temu. Moje jedyne spotkanie z Natural High to impreza "Futboleiro" (albo jakoś tak) w trakcie Weltmeisterschaft w rok 2006. W Aurorze. Przy Dobrej 33/35. Tamten koncert zatarł mi się w pamięci, wczorajszy zapamiętam przede wszystkim dzięki nadpobudliwemu wokaliście i groove'owi utworów NH oraz niechybnemu wpływowi Turbowilków.

Dla mnie największą atrakcją zdecydowanie był pierwszy po siedmiu latach występ Oregano Chino, jednego z pionierów pustynnego rocka w Polsce. Lata ich działalności przypadają na okres świetności myspace'a, a mnie nie udało się nigdy zobaczyć ich na żywo. Aż do soboty. Oczekiwania miałem wygórowane, ale trio szczęśliwie je spełniło, grając, jakby nigdy nie wyjeżdżali z Kalifornii, a ich ulubionym środkiem transportu była lokomotywa pojawiająca się na okładce ich jedynej EPki. Pozycja Elvisów jako najlepszego polskiego stonerowego zespołu przez moment była zagrożona.

Zagrożenie się skończyło, gdy scenę zajęła gwiazda wieczoru. Warszawski kwartet postawił na przekrojowość materiału i można było usłyszeć piosenki ze wszystkich trzech płyt Elvisów. Dawno ich nie widziałem, i zapomniałem, że to tak fantastyczna koncertowa maszyna. Niby wszystko luzackie, od niechcenia, ale tak naprawdę (prawie) wszystko było dopięte na ostatni guzik. Oczywiście, można narzekać, że stoner rock jest mało innowacyjnym gatunkiem i opiera się na zrzynaniu z Kyussa/Fu Manchu/Queens of the Stone Age (w niewielkim uproszczeniu), ale żeby zażarło, to trzeba robić to dobrze. Elvis Deluxe robi to doskonale, bawiąc się konwencją.

Szkoda tylko, że nagłośnienie było w najlepszym wypadku słabe.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Z gitarą przez pustynię

Wyprawa Omary Moctara do stolicy country zaowocowała nową jakością w tuareskim rocku. Nie odcina się od tradycji, lecz otwiera się na nowe wpływy w towarzystwie doskonałych piosenek.
Całość tutaj.