Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 marca 2024

Metafizyczne mazurki po 15 latach


Dokładnie 15 lat temu ukazał się album, który sprawił, że pokochałem oberki i mazurki. Nietypowy, nie do końca tradycyjny, ale od pierwszej do ostatniej sekundy hipnotyzujący.

W lutym 2008 roku zmarł Kazimierz Meto, legendarny – nie bójmy się tego słowa – skrzypek z Gliny spod Rzeczycy. Jedna z najważniejszych postaci dla ruchu ożywienia muzyki tradycyjnej, uczenia się od wiejskich mistrzów. Do niego i Jana Gacy pielgrzymowały zastępy mieszczuchów pragnących poznać tajniki oberków, mazurków, kujawiaków. Obaj wychowali następców, którzy przekazują ich melodie i styl gry dalej. Jednym z nich jest Maciej Filipczuk, wtedy jeszcze „po prostu” lider Lautari, zespołu grającego muzykę z Rumunii, dziś jedna z najważniejszych postaci ruchu in crudo i nowej tradycji, odważniej łączącej ją ze współczesnością.

Miesiąc po śmierci pana Kazimierza, Filipczuk postanowił złożyć hołd swojemu mistrzowi i jednocześnie podsumować lata, które spędził na terminowaniu u Mety, te wszystkie miesiące spędzone w Glinie. Do współpracy – przecież każdy porządny skrzypek potrzebuje kapeli – zaprosił sekcję rytmiczną wrocławskiego Robotobiboka, Marcina Ciupidrę i Kubę Suchara. Żaden z nich nie grał wcześniej muzyki tradycyjnej.

Kiedy pierwszy raz słuchałem MetaMuzyki (to było chyba nawet nie tak długo po jej premierze) ten kontrast miedzy tradycyjnie grającym Filipczukiem, a zupełnie nowoczesną, tylko momentami odwołującą się do oberkowego idiomu, meandrującą sekcją rytmiczną, mnie ujął. Po prostu. Wtedy to była dla mnie zupełna nowość, traktowanie muzyki tradycyjnej – polskiej w szczególności – jako źródła do dalszych poszukiwań, ale dalekich od folku czy, wybaczcie to określenie, world music. Z perspektywy czasu widzę, że to był ten moment, który pchnął mnie w stroję zgłębiania (różnych) tradycji i – przede wszystkim – szukania połączeń ich ze współczesnością, dialogu i współistnienia. Jeśli dzisiaj uważam, że to właśnie na tym styku dzieją się najciekawsze rzeczy w muzyce, że tradycja nie może być tylko skamieliną, źródłem jest MetaMuzyka. Choć w 2009 roku wcale nie byłem tego tak świadomy.

Filipczuk, Suchar i Ciupidro łączą dynamikę wiejskiej kapeli i jazzowego bandu. Jakby szukali wspólnych źródeł, nici łączącej Nowy Orlean i Glinę. Tą nicią jest oczywiście oczyszczająca moc muzyki, możliwość wytańczenia traum i ran. Dlatego grają tak zapamiętale, z niewieloma momentami na zaczerpnięcie oddechu. Najpiękniejszym z nich jest zakładajcie, zaprzęgajcie, marimbowa, króciutka, zamyślona wariacja. Szybko przechodzi w szalony mazurek waloskowy. W nim Moog fantastycznie zastępuje wiejskie basy, dodaje nie tylko burdonu, ale też bulgocze, chrobocze, pulsuje. Gra Suchara raz jest bliska oberkowym kanonom, raz daleko od nich odjeżdża. Ta muzyka faluje, przypływ, odpływ.

Po jazzowemu (ale w żadnym wypadku nie można tej muzyki określić jazzem) każdy z muzyków dostaje swoje pięć minut, czasem Filipczuk wycofuje się całkowicie, daje sekcji zabłyszczeć. Po mazurkowemu wszystko wiruje i orbituje wokół skrzypiec. W końcówce Okrąglaka po latach można dosłuchać się natomiast zaczynów muzyki Radical Polish Ansambl i opery Devil’s Fiddle napisanej dla nich przez Cezarego Duchnowskiego.

Przez 15 lat wielokrotnie wracałem do MetaMuzyki, za każdym razem zadziwiony, jak wspaniały i jednocześnie przeoczony jest to album. Mazurki Kazimierza Mety zespół przenosi w zupełnie nowe muzyczne uniwersum, a one odwdzięczają się melancholijną melodyjnością. Jest w tej muzyce namysł nad odchodzącą tradycją, zanikającymi sposobami życia, ale jednocześnie nadzieja, że nie wszystko jest stracone.

piątek, 23 kwietnia 2021

Podróż na południe

Zapomnieć o 10 urodzinach jednej z płyt życia, no nieźle. Chyba tylko ja to potrafię. Niewielką pocieszeniem jest fakt, że Jeremy Barnes i Heather Trost też chyba o niej zapomnieli.

10 lat temu napisałem o Cervantine. To nie jest album, który odkryłem po czasie, zachwycił od razu. Choć z perspektywy czasu tamta recenzja jest nieporadna, zbyt skrótowa, to głównych myśli nie zmieniłbym i dziś. Wtedy podskórnie wiedziałem, co w muzyce A Hawk and a Hacksaw zachwyca mnie najbardziej. To ten kolor sepii, nostalgia i pewna bezczasowość. Zdjęcie sprzed kilkunastu dziesięcioleci, świadectwo świata, którego już nie ma.

Oczywiście, to wszystko tylko sztuczne konstrukty, sam od dawna piszę, że muzyki nie da się zamknąć w ramach, że ona musi być żywa, musi się zmieniać. Akordeon był nowością, która miała zniszczyć charakter muzyki tradycyjnej, tak jak kilkadziesiąt lat później keyboard. Barnes i Trost też to doskonale wiedzą. To, co prezentują to nieprawdziwy obrazek (bo też i nie mają takich folklorystycznych ambicji), ale zbudowany na bardzo solidnych podstawach. Na Cervantine doprowadzili go do perfekcji, a ona stała się punktem wyjścia do dalszych podróży.

Zmierzali w tym kierunku - na południe - od samego początku. Czerpali z muzyki bałkańskiej (i środkowoeuropejskiej), zamieszkali w Budapeszcie, uczyli się od tamtejszych muzyków, jeździli po Bałkanach, puszczali oko do Imperium Osmańskiego i Grecji. Choć Jeremy ciągle śpiewał po angielsku w tych coraz rzadszych momentach, kiedy stawał przed mikrofonem. Tutaj takie momenty są dwa, ale śpiewa obdarzona niesamowicie plastycznym głosem Stephanie Hladowski, która brzmi, jakby nagrano ją na początku XX wieku w Smyrnie albo Konstantynopolu. Jakby dzieliła kawiarniane sceny z Rozą Eskenazi albo moją ukochaną Mariką Papagiką. Tak się dzisiaj nie robi. A ona tak wykonuje Uskudar, piosenkę-symbol jednoczący całe Bałkany i będący przedmiotem odwiecznych sporów. I robi to po grecku, wybór kontrowersyjny i odważny, bo najbardziej znany jest tekst turecki. Mana Thelo Enan Andra jest z kolei popisem jej brata, Chrisa, którego bouzouki kieruje wszystko w stronę rebetiko. Niekoniecznie tego kawiarnianego, nie ma tu tej ciasnoty, jest przestrzeń. To muzyka otwartych przestrzeni, widoków na morze i góry. Jak w Grecji.

Do tej Grecji, która dominuje, Barnes i Trost dodają szczyptę Hiszpanii i swojego rodzinnego Nowego Meksyku. Jednoznacznie wychodzą poza Europę Południowo-Wschodnią, ale przecież krajobrazy Andaluzji, okolic Albuquerque i Krety czy Cypru nie są tak bardzo różne. Uciekają z szufladki kolejnego amerykańskiego zespołu, który chce grać jak Bregović, Kusturica albo Boban Marković. Nie, oni zawsze dodawali wiele od siebie, czerpali chociażby z psychodelicznego folku spod znaku New Weird America. Tutaj tworzą świat, w którym Via Egnatia zahacza o Kordobę i Santa Fe.

Dlatego można potraktować Cervantine jako muzykę drogi. Ten motyw powtarza się w ich muzyce, na Forest Bathing z 2018 roku chyba najsilniej. Podróżują także w czasie, utwory brzmią jak pocztówki z przeszłości (ale mniej tu mityczności i baśniowości niż na You Have Already Gone to The Other World), trzeszczą jak stary szelak, mam wrażenie, jakbym wchodził do wnętrza starej płyty. To podróż pełna wrażeń. Od nawałnicy jaką jest No Rest for the Wicked po czyste niebo i widok na upstrzone wyspami Morze Egejskie w The Loser. To chyba też ucieczka przed rzeczywistością, przynajmniej dla mnie. Przypomina o tych wszystkich razach, kiedy byłem na południu Włoch, Dalmacji, Cyprze, Grecji, ten jeden raz w Stambule, który przebijał niebo minaretami Hagi Sophii i Błękitnego Meczetu. Każdą podróż na południe, każdą podróż za słońcem.