czwartek, 14 stycznia 2016

Paweł Bartnik – "bez tytułu"


Po latach grania w kIRku, jednym z najciekawszych polskich eksperymentalny zespołów, producent Paweł Bartnik postanowił podjąć się wyzwania stworzenia całkowicie własnej artystycznej wypowiedzi.

Ciężkie, przytłaczające bity, niemal fizyczna obecność muzyki, poczucie klaustrofobii i beznadziei – to znaki rozpoznawcze kIRka. Na nich również oparty jest solowy debiut lidera i założyciela zespołu. Jednak w przeciwieństwie do i kIRka , czy Mszy świętej w Altonie (innego projektu, w którym udział bierze Paweł), bez tytułu nie jest materiałem improwizowanym, ani instrumentalnym. Teksty, wypowiadane, skandowane, mruczone przez Pawła potęgują klaustrofobię. Zniekształcony, poszatkowany głos Bartnika w Mięsie budzi grozę, choć nie ma w nim ani krzty emocji, jest odczłowieczony, jakby sztuczny. Emocjami za to kipią Teodycea i Lejtmotyw, które są najintensywniejszymi fragmentami albumu. Bez tytułu jest zanurzone w techno, które trzyma utwory w ryzach, nie pozwala im się rozlać, wyjść poza ramy. Muzyka na bez tytułu to klasyczny „bad trip”, nieudana podróż po narkotykach albo ścieżka dźwiękowa do koszmaru rozgrywającego się w głowie schizofrenika. Co jest rzeczywistością, a co wytworem schorowanego umysłu?

Mam wrażenie, ze bez tytułu jest próbą poradzenia sobie z różnymi traumami, sam Bartnik przyznaje w notce wysyłanej razem z płytą, że w poprzedniej dekadzie przeżył za dużo. Jego debiut spełnia podobna rolę, co nagrania kIRka, szczególnie fenomenalna Zła krew – to swoiste katharsis, oczyszczenie się z negatywnych emocji poprzez wyrzucenie ich z siebie, jak w Teodycei, której podmiot liryczny fantazjuje na temat zbrodni. Innym razem, mówi o bezsensownej konieczności w Ananke. Zresztą te tytuły utworów są wiele mówiące. Teodycea, czyli rozważania, jak pogodzić istnienie Boga z istnieniem zła, a Ananke to grecka personifikacja konieczności, nieuchronnego przeznaczenia, przed którym nic nie ucieknie.

Piekło to ograny temat, ale też jedyny lejtmotyw, który potrafię zagrać na 1000 sposobów – mówi Bartnik w Lejtmotywie kończącym płytę. To jedno zdanie wyjaśnia cały album. Osiem wizji piekła, każda narkotyczna, schizofreniczna i równie przerażająca, ale jednak fascynująca. Jednocześnie bez tytułu to maska szaleńca, za którą kryje się Bartnik, by wyrzucić z siebie wszelkie traumy, by się z nimi rozliczyć i wreszcie zostawić za sobą.

tekst ukazał się pierwotnie na iratemusic.com

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza