niedziela, 4 lutego 2018

2017: płyty



Ukazały się już chyba wszystkie płytowe podsumowania z moim udziałem. Swoje listy wysyłałem do zestawień beehype'a, Gazety Wyborczej, Uwolnij Muzykę! i Gazety Magnetofonowej.


A tak wygląda 30 moich ulubionych płyt zeszłego roku:

Alameda Duo - The Luminous Guitar Craft of Alameda Duo
Ellen Arkbro - For Organ and Brass
Avec le Soleil sortant de sa bouche - Pas pire pop [I ♥ You So Much] (kilka słów więcej)
Bad Karma Boy - Prekrásny nový svet
Bastarda Trio - Promitat eterno (kilka słów więcej)
Broken Social Scene - Hug of Thunder
Colombre - Pulviscolo
Dog Whistle - 2
Alex Ferreira - CanapéYasmine Hamdan - Al Jamílat
HVOB & Winston Marshall - Silk
Japandroids - Near to the Wild Heart of Life (kilka słów więcej)
Jazz Band Młynarski-Masecki - Noc w wielkim mieście (kilka słów więcej)
Maniucha i Ksawery - Oj, borom, borom
Marcin Masecki - Chopin nokturny
Kelly Lee Owens - Kelly Lee Owens
Paramore - After Laughter
Raphael Rogiński - Plays Henry Purcell
Rostam - Half-Light
Saagara - 2
Sacred PawsStrike a Match
Omar Souleyman - To Syria, With Love
Sorja Morja - Sorja
St. Vincent - Masseduction
TOPS - Sugar at the Gate
Heather Trost - Agistri (kilka słów więcej)
Lina Tullgren - Won
Waxahatchee - Out in the Storm
WCIAS - Hejnały
Yumi Zouma - Willowbank

czwartek, 18 stycznia 2018

2017: koncerty


W zeszłym roku widziałem trochę mniej koncertów niż w 2016, ale i tak jest co wspominać. Przede wszystkim powrót po czterech latach Japandroids (na których wybrałem się do Berlina, zanim ogłosili koncert w Polsce), zupełnie zaskakującego Astronautalisa, wyczekane Alsarah, La Yegros i Waxahatchee i 30 innych najlepszych.

Vołosi, 22 stycznia Teatr Syrena
Astronautalis, 18 lutego, Cafe Kulturalna
Avec le soleil sortant se sa bouche, 19 lutego, Cafe Kulturalna
Warszawska Orkiestra Rozrywkowa, 26 lutego, POLIN
Saagara, 27 lutego, NInA
Queer Resource Center, 18 marca, Chmury
Hubert Zemler, 22 marca, Teatr Studio
Horse Lords, 7 kwietnia, RE, Kraków
Jambinai, 13 kwietnia, Proxima
Japandroids, 22 kwietnia, Columbiatheater, Berlin
HVOB & Winston Marshall, 23 kwietnia, NIEBO
Zeal & Ardor, 25 kwietnia, Hydrozagadka
Masecki/Rogiewicz, 18 maja, Fontanna
The Afghan Whigs, 6 czerwca, Palladium
TOPS, 11 czerwca, Cafe Kulturalna
Juana Molina, 24 czerwca, Halfway Festival, Białystok
Thurston Moore, 5 lipca, Proxima
Xylouris White, 19 lipca, Pardon, To Tu
Alsarah & the Nubatones, 21 lipca, Globaltica, Gdynia
La Yegros, 21 lipca, Globaltica, Gdynia
Red Hot Chili Peppers, 25 lipca, Stadion Cracovii
Shellac, 4 sierpnia, Off Festival, Katowice
Feist, 4 sierpnia, Off Festival
PJ Harvey, 5 sierpnia,Off Festival
Żywizna,  5 sierpnia, Off Festival
Waxahatchee, Soundrive Festival, Gdańsk
Mumford and Sons, 9 września, Lollapalooza, Berlin
Foo Fighters, 10 września, Lollapalooza, Berlin
Meridian Brothers, 29 września, Skrzyżowanie Kultur
Bastarda Trio, 9 listopada, DK Kadr
Muzyka Końca Lata, 19 listopada, DK Kadr
Jazz Band Młynarski-Masecki, 23 listopada, Hala Gwardii
Pin Park, 9 grudnia, Pogłos
Kristen, 9 grudnia, Pogłos
Senyawa, 18 grudnia,  Teatr Syrena

wtorek, 9 stycznia 2018

2017: teksty



Podobnie, jak przed rokiem, dość narcystycznie wybrałem swoje ulubione teksty minionych 12 miesięcy. Od propagandy w internecie po hity z Syrii, od Gazety Magnetofonowej po POLITYKĘ. Jeden tekst cytowały zagraniczne muzyczne Pudelki, w dwóch innych rozmawiałem z artystami z zupełnie spoza mojej bajki, co chyba wyszło tym tekstom na dobre. Z nieswoich tekstów najmocniej zapadły mi w pamięć wnikliwy portret Annie Clark Nicka Paumgartena i pożegnanie Eufy Kuby Bożka.

Cyberbomba w trawie (Astroturfing i propaganda w internecie)

Spodek świata (WOMEX w Katowicach)

Z Syrii, z miłością (Omar Souleyman i dabke)

Sylwetka i wywiad z Anną Meredith

Mam za dużo szczęścia (wywiad z Jeremym Garą)

Cytrynka z tefałki (wywiad z Igorem Herbutem)

Jak sam nie zrobisz, nie będziesz miał (sylwetka Stajni Sobieski)

Między klubem a galerią (wywiad z Horse Lords)

Walka z łatką (wywiad z Mrozem)

Melancholia i mity (sylwetka Marka Pędziwiatra)

Szukałem odpowiedzi (wywiad z Gregiem Foxem)

W piątek ukazał się mój pierwszy tegoroczny tekst - polemika z felietonem Kultura i demokracja profesora Jana Hartmana.

wtorek, 31 października 2017

Bastarda - "Promitat eterno"


Paweł Szamburski z Bastardą kontynuuje wątki rozpoczęte na Ceratitis capitata, swoim solowym debiucie, na którym poruszał znaczenie ciszy i skupienia w muzyce. Tym razem z Michałem Górczyńskim i Tomaszem Pokrzywińskim interpretują utwory Piotra z Grudziądza, kompozytora z przełomu średniowiecza i renesansu.

Skład nietypowy jak na muzykę dawną - klarnet, klarnet kontrabasowy i wiolonczela. Równie nietypowe są interpretacje, zupełnie inne nie tylko od wykonań na instrumenty dawne, ale i też zupełnie inne od wykonań eksperymentalnych Noela Akchote. Wszystko odbywa się w niskich rejestrach. Szamburski zostawił tylko melodyczny szkielet, jego klarnet sunie ponad niemalże infradźwiękową podbudową Górczyńnskiego. Między nimi dryfuje, czy może lepiej, lawiruje wiolonczela Pokrzywińskiego, raz włączając się do budowania melodii, raz towarzysząc w burdonach klarnetowi kontrabasowemu, z rzadka przejmując kontrolę nad muzyką. W kończącym album utworze tytułowym gościnnie pojawia się Marcin Masecki, którego oszczędna gra rozjaśnia mroki Bastardy.

Utwory Piotra z Grudziądza w wykonaniu Bastardy stają się tajemnicze zupełnie jak postać ich autora. Zgodnie z jeszcze średniowiecznym zwyczajem, Piotr nie podpisywał swoich dzieł, informacje na temat autorstwa szyfrował w akrostychach. Zagadkę jego tożsamości udało się rozwiązać dopiero w latach 70. XX wieku. Z kilkudziesięciu przypisywanych Piotrowi Szamburski wybrał siedem i nadał im dostojnego, nokturnalnego, może nawet momentami funeralnego, charakteru.

Paweł Szamburski ponownie staje do walki z horror vacui, charakteryzującym jego granie. Odpuszcza i wychodzi z tej walki zwycięsko. Bastardowe interpretacje Piotra z Grudziądza, radykalne i nowoczesne, ale jednocześnie bardzo archaiczne, odwołujące się do wyobrażeń o średniowieczu jako epoki upływającej pod znakiem memento mori, mają wiele wspólnego z Plays Henry Purcell Raphaela Rogińskiego. Łączy je nie tylko osoba Sebastian Witkowskiego, odpowiedzialnego za brzmienie obu płyt, ale także nokturnalność, radykalizm i paradoksalny szacunek do materiału źródłowego. Obie także są oszczędne brzmieniowo, nieprzegadane, stojące w kontrze do pędzącego świata.

Podobnie jak Ceratitis capitataPromitat eterno wymaga stuprocentowej uwagi, żadnych rozpraszaczy. Nie dzieje się wiele, każdy dźwięk musi odpowiednio wybrzmieć. Nie ma się co spieszyć, w tej muzyce trzeba się zanurzyć, a ona zagina czas.



niedziela, 24 września 2017

Orzeł odleciał na zawsze

fot. Mark Shaw

Wczoraj, kilkanaście dni po odwołaniu trasy koncertowej, zmarł Charles Bradley.

Charles nie miał szczęśliwego życia. Trudne dzieciństwo, nastoletnia bezdomność, tułaczka po całych Stanach, przez wiele lat Bradley był funkcjonalnym analfabetą, porządnie czytać i pisać nauczył się dopiero po pięćdziesiątce. Gdy tylko wydawało się, że los się do niego uśmiechnął, zaraz dostawał w kość. Jego pierwszy zespół, z którym wiązał nadzieje, rozpadł się, gdy muzycy dostali powołania do Wietnamu. Gdy po latach pogodził się z matką i wrócił na Brooklyn, jego brat został zamordowany. Charles już raz żegnał się z tym światem, gdy infekcję lekarze potraktowali penicyliną, na którą był uczulony. O karierze muzyka zamarzył, mając czternaście lat. Siostra zabrała go na koncert Jamesa Browna, a mały Charles postanowił być jak król soulu. Przez lata wcielał się w Browna w podrzędnych barach. Dopiero spotkanie z szefem Daptone Records sprawiło, że o Charlesie i jego przesłaniu usłyszał cały świat.

Najbardziej uderzające w jego twórczości jest to, że mimo wszystkiego, co przeżył, epatuje z niej niezachwiany optymizm i wiara w potęgę miłości. Tą wiarą dzielił się na koncertach, gdy żarliwie śpiewał swoje teksty, a w jego głosie słychać było jego życie i gdy schodził ze sceny, żeby rozdawać uściski. Dzielił się nią po koncertach, gdy cierpliwie i z uśmiechem podpisywał płyty, rozmawiał, radził, przybijał piątki. Dzielił się nią wreszcie w piosenkach, zastanawiał się, co się stało z Ameryką, że jest tak bezduszna, nawoływał do miłości bliźniego. Nie był jednak idealistą z głową zawieszoną wysoko w chmurach.

Widziałem tylko jeden koncert Charlesa, prawie sześć lat temu w katowickim Rialto. Charles grał na Ars Cameralis. Tak pisałem o tym wydarzeniu na świeżo:
Charles wszedł na scenę w czarnej marynarce z cekinowym wzorem korony na plecach (gdzieś w połowie koncertu znów zniknął na dwa utwory, by powrócić w złotej marynarce z haftem orlich skrzydeł, a pod nią miał kamizelką z cekinową panoramą Waszyngtonu). Na mikrofonie stała figurka czarnego łabędzia. Kicz przeokrutny, ale jakoś to do niego pasowało. Przestałem zwracać na to uwagę w chwili, gdy Bradley zaczął śpiewać. Jest po prostu doskonałym wokalistą. Trudno opisać jego głos, po prostu trzeba to usłyszeć na żywo. Mimo sześćdziesiątki na karku Charles na scenie kipiał energią. Rzucał się na ziemię z mikrofonem w ręku, tańczył, a nawet płakał.
Ten obraz Charlesa śpiewającego ze łzami w oczach zostanie ze mną na długo. Po koncercie ubrany w dres Bradley długo rozmawiał i rozdawał autografy. Nie pamiętam, co mi powiedział, pewnie coś o miłości. Dałem mu podpisania płytę wcześniej, kiedy podczas koncertu zszedł ze sceny, by ściskać się z fanami. Potem podpisał ją jeszcze raz, dodając dedykację LOVE ALWAYS.

Rok temu Bradley ogłosił, ze choruje na raka, ale da mu radę, tak jak wszystkim poprzednim przeciwieństwom losu. Odwołał koncerty, ale obiecał, że wróci. Wrócił w maju, wydawało się, że wszystko będzie dobrze, że nadal będzie zarażał miłością i humanizmem. Miał 68 lat.