środa, 15 stycznia 2020

Słoneczne peryferie


Copacabana latem. Pełna ludzi, tętniąca życiem od świtu do zmierzchu, nocą zresztą też. Dziewczyny spacerują, chłopaki grają w piłkę na piasku. Wszyscy taplają się w ciepłej wodzie Atlantyku. Opalone ciała skrzą się od soli morskiej. A wieczorem imprezy w trochę kiczowatych barach, na szczęście z dobrą muzyką. Imprezy, na których tańczy się całą noc i po których nigdy nie ma kaca.

Oczywiście, to nieprawdziwa wizja, ale taką roztoczył przede mną Bodikhuu. Rozgrzesza go to, że - podobnie jak ja - nigdy w Brazylii nie był. Na co dzień pracuje jako operator żurawia na budowach w stolicy Mongolii, Ułan Bator. Pomysł na ten album przyszedł mu podczas jazdy autobusem do pracy. Do końca zrealizował go w listopadzie 2014 roku, gdy mróz ścisnął tak bardzo, że przez sześć dni nie chodził do pracy, bo budowa stanęła. Powycinał więc sample z różnych starych brazylijskich nagrań, posklejał je, dodał bity na wysłużonym MPC. Wszystko w swoim mieszkanku w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach Ułan Bator. W zeszłym roku do dwóch EP - Rio i Bodianova dotarł Cyrus Moussavi, irański reżyser i wydał w swoim nowym labelu, Farsi Records. Niby z Teheranu, ale tak naprawdę ze Stanów. Globalizacja w pełnej krasie.

Rio/Bodianova przypomina mi trochę Fado Music Galusa, swoim ciepłym, wakacyjnym brzmieniem. Brzmieniem przypominający "złotą godzinę", te kilka chwil przed zachodem, kiedy wszystko wydaje się idealnie piękne i sielankowe. Słychać inspiracje miękkością bitów J Dilli, tym jego niepowtarzalnym sznytem.

Bodikhuu - producent znany w swym rodzinnym kraju, dwukrotnie pojawiała się na listach rocznych bihajpa - nie musiał do Brazylii jechać, by uchwycić jej muzyczną duszę. Wystarczyły mu znane na pamięć płyty. Reszty dopełniła jego wyobraźnia. To jego Brazylia, z jego snów, błąkania się myślami w kabinie żurawia nad miastem, z którego do najbliższego morza jest dalej niż z Warszawy do Lizbony. Chociaż nie, jest otoczone morzem traw. I tak Rio/Bodianova staje się opowieścią o tęsknocie. Gdy Bodikhuu kleił te utwory, nigdy nie wyjechał ze swojego rodzinnego kraju. Może to sobie dopowiadam, znając jego historię, ale jest w tej muzyce ukryty gdzieś na trzecim planie smutek.

A może to po prostu sama natura muzyki brazylijskiej, łączącej tęsknotę wykorzenionych niewolników i saudade kolonizatorów, poczucie, że życie dzieje się gdzieś indziej, że w domu czeka tylko śmiertelna nuda. Że nikt się nie nie interesuje, oczy świata zwrócone są gdzie indziej. To chyba najmocniej łączy Bodikhuu z Brazylią, to właśnie poczucie, że jest się na peryferiach.


wtorek, 7 stycznia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 I 2020


Przyjrzałem się kilkorgu pionierów modernizacji tradycji i dwójce modernizatorów, którzy przekraczają dotychczasowe granice, tworząc muzykę osobną, nieprzystającą do ram gatunkowych. Pretekstem - inauguracja nowej serii Modernizations w ramach 1000Hz, najlepszego polskiego (ale tu nie mają zbyt dużej konkurencji) i wyrastającego na jedno z najciekawszych wydawnictw zajmujących się muzyką na przecięciu tradycji i nowoczesności. Do tej pory zajmowali się przede wszystkim muzyką z północnego Malawi, razem z premierą Dubin, śmiało wkroczyli na Podlasie, prezentując dokonania zespołu, który nie tylko doskonale wpisuje się w misję Modernizations, ale też jest jednym z pierwszych przedstawień przemian, jakie dokonały się w muzyce polskich mniejszości narodowych. Aż zamarzyła mi się podobna płyta zespołu złożonego z polskich Wietnamczyków, choć może ona już powstała i jak nagrania Dubin czeka na swój czas.

1. Dubiny - Cichy wieczar (Vianie Ruta)
2. Dubiny - Haj zielony haj (Vianie Ruta)
3. Katawa Singers - Ufulu (Ufulu 1991-1997)
4. Katawa Singers - Tikauwone (Ufulu 1991-1997)
5. Mamman Sani - Zara Zarakay (Taritt)
6. Abdallah Oumbadougou - Akokass (Anou Malane)
7. El Wali - The Day of the Free Nation (Tiris)
8. Antoinette Konan -  Kokoloko Tani (Antoinette Konan)
9. Moulay Ahmed El Hassani - Lgaro Ya Ould Lhram (Atlas Electric)

piątek, 3 stycznia 2020

2019: podsumowanie



Z roku na rok coraz mniej mam ochotę przygotowywać podsumowania roku. Choć słucham coraz więcej, mam wrażenie, że coraz więcej muzyki mi umyka. No, ale spróbujmy, choć ciągle dosłuchuję podsumowania beehype’a i bandcampa. Tak wyglądał 2019 rok z mojej perspektywy.

Nowa tradycja

Rok 2019, jak i poprzednie, upłynął mi pod znakiem muzyki reinterpretującej tradycję. Ten trend wybrzmiewał też w polskiej muzyce, ale nie tak głośno, jak powinien. Zaczęło się od Slavic Spirits EABS, albumu, który w nowy sposób chce opowiedzieć o słowiańskiej melancholii. O tym pomyśle mówił mi jeszcze w 2017 roku Marek Pędziwiatr. I nie kłamał, to wybitny album, ze świetnie poprowadzoną narracją i przez długi czas mój faworyt do zostania polską płytą roku. Tylko że w listopadzie cały na biało wjechał Radical Polish Ansambl ze swoim debiutem, który okazał się bezkonkurencyjny. Swoim zachwytom dawałem upust kilkukrotnie - na blogu i w GaMie, a w Dwutygodniku przeprowadziłem z nimi chyba dość wyczerpujący wywiad. Szkoda, że album RPA przeszedł niezauważony, widziałem, że pisał o nim tylko Bartek Chaciński (bo któżby inny).

W GaMie zastanawiałem się też, jak powinna brzmieć przyszłość polskiej muzyki tradycyjnej. Jeszcze zanim poznałem RPA, więc niestety nie ma o nich ani słowa, ale wspominam za to o Provinz Posen i Opli, czyli dwóch składach złożonych z muzyków zajmujących się na co dzień muzyka nietradycyjną. Ci pierwsi z sampli zszywają nową powieść o muzyce Wielkopolski, ci drudzy grają oberki z garażu na gitarę i perkusję. Ola Bilińska po przeprowadzce na Sejneńszczyznę wymieniła skład Babadag i przeniosła ich za Niemen, opierając muzykę na sutartines (które jeszcze tutaj wrócą). MSYLMA, tajemniczy wokalista i producent z Arabii Saudyjskiej połączył islamską i przedislamską poezję, tradycyjne wokalizy z R&B i lodowato chropowatą elektroniką. Na ten rok życzę sobie, żeby takich prób było coraz więcej.

Ku korzeniom

Jorgos Skolias z Jarosławem Besterem po “polsku” zinterpretowali rebetiko sprzed stu lat (a dlaczego to zrobili, Skolias opowiedział mi w sierpniu). Do rebetiko odwołuje się także Francuz Johan Papaconstantino, choć wychodzi z zupełnie innych pozycji. Wbrew pozorom te dwie płyty łączy więcej niż się wydaje, to część szerszego ruchu. Skolias i Papaconstantino pochodzą z imigranckich rodzin, w swoją muzykę wplatają tradycję starego kraju lub czynią ją jej osią. Podobnie robią Mauvais Œil, których indie rock podbity jest algierszczyzną. Nowojorska kompozytorka Natalie Joachim haitańską tradycję żeni z awangardą tak, że aż świerzbią mnie palce, żeby kupić jej Namn d’Ayiti nie bacząc na horrendalne koszty przesyłki. Derya Yıldırım & Grup Şimşek i Altın Gün głoszą ewangelię tureckiej psychodelii. Ami Dang i Amirtha Kidambi elementy muzyki hindustańskiej przenoszą odpowiednio w elektronikę/ambient i free jazz. O problemach życia w dwóch kulturach opowiedział mi Juan Wauters. El Khat, izraelska grupa, której muzycy mają korzenie w Polsce, Iraku, Włoszech i Jemenie zajmuje się dekonstrukcją muzyki z tego ostatniego kraju i wychodzi im to nadzwyczaj dobrze i przebojowo. Długo by jeszcze można wymieniać, ale dla mnie było to najważniejsze globalnie zjawisko mijającego roku.

Fałszywa egzotyka

Do elementów muzyki pozaeuropejskiej odwołują się także zespoły bez muzyków-imigrantów. Zwracają się w stronę Trzeciego Świata, wiedząc, że serce muzyki niekoniecznie bije w Nowym Jorku czy Londynie. W Polsce to przede wszystkim Gaijin Blues, którzy w tym roku wydali dwie rzeczy, obie mocno podlane fascynacją kulturą japońską i grami JRPG. Ciekawsza jest II, gdzie sample i nagrywane instrumenty są zszyte niemal niezauważalnie. Javva buduje obraz rozpadającego się świata globalnego Południa i swój wściekły post-punk podbija echami Ameryki Łacińskiej i Afryki. Włosi z Cucoma Combo budują własną wizję afrobeatu, Holendrzy z YIN YIN udają, że mieszkają gdzieś w Azji Południowo-Wschodniej. Ich rodacy z Mauskovic Dance Band zamieszkują przedmieścia Bogoty i Medellin, ale zamiast wciągać kokainę łykają LSD. Innercity Ensemble zabawili się new age’em i nagrali najbardziej piosenkową płytę w swojej karierze. Craig Leon wrócił do pozaziemskich folków po czterdziestu latach przerwy.

Z Teheranu

2019 był rokiem, w którym zdanie “najlepsza muzyka eksperymentalna pochodzi z Iranu” było prawdziwsze niż zwykle. Moja płytę roku nagrał Saba Alizadeh, którego Scattered Memories po 10 miesiącach brzmi jeszcze lepiej. Podobnie rzecz ma się z Parallel Persia Sote, który zachwycił także na żywo, w krakowskim teatrze Słowackiego. Nie wolno zapominać o działalności wydawniczej Ebtekara, pokazującego w Zabte Sote młode oblicze perskich eksperymentatorów. Kolejną świetną płytę wydał Siavash Amini. Pod koniec roku zachwyciły mnie dwie, wydawałoby się, bardziej tradycyjne płyty braci Mortazavi. A jednak obie to muzyka awangardowa, abstrakcyjna, choć zanurzona w tradycji, czyli znów to, czego w zeszłym roku słuchałem najwięcej.

Girls to the Front

Muzyka bardziej mainstreamowa miała w tym roku twarz kobiety. Bardzo dobre płyty nagrały Taylor Swift i Carly Rae Jepsen, świetną Sharon Van Etten, której porzucenie gitar na rzecz syntezatorów - trend, którym jakieś dwa lata temu zachłysnął się polski niezal - wyszło na dobre. Pod koniec roku o sobie i o zasadzie, że mniej znaczy więcej przypomniała Annie Hart. Nie pamiętam już, jak wpadłem na debiut bzu, wiem tylko, że przyciągnął mnie fakt, że wokalistka gra na lirze korbowej i dostałem najlepszy, późnoletni shoegaze. W kategorii smutnych dziewczyn z gitarami w tym roku najbardziej przekonująco wypadła Lou-Adriane Cassidy, o której chciałem i powinienem był napisać kilka słów więcej. Litku Klemetti jak zawsze psychodeliczna i zwariowana. Z dwóch płyt Big Thief wybieram Two Hands. Jedną z najpiękniejszych płyt roku nagrała Hania Rani, tak piękną, że zrecenzowałem ją dwukrotnie, raz za pomocą słów, drugi - zdjęć. Porozmawialiśmy też do wiosennego numeru Gazety Magnetofonowej, choć wydaje się, że od kwietnia minęło więcej niż rok. Nie podzielam aż tak entuzjastycznych opinii o płycie FKA Twigs, za dużo w niej ech Kate Bush i Tori Amos, ale słuchałem jej z przyjemnością.

Szumy, trzaski, eksperymenty

Swoje istnienie zakończyła jednoosobowa wytwórnia ACR, która od kilku lat dostarczała mi - razem z Mondoj - najciekawszych kaset z muzyką eksperymentalną. W zeszłym roku najbardziej zachwycił mnie Carlo Giustini nagraniami dźwięków ze swojego balkonu. Z rzeczy wydanych przez Janka i Paulinę najwięcej radości przyniosła mi pozycja ostatnia, wydana dzień przed moimi urodzinami kaseta Poly Chain. A z tytułem pierwszego utworu nie mogę się bardziej utożsamiać. Joshua Sabin zmienił litewskie sutartines w glacjalne drony i wziął mnie z zaskoczenia w październiku, kiedy - korzystając ze sprzyjającej aury - chodziłem sobie po Krakowie podczas Sacrum Profanum i pierwszego dnia Unsoundu.

Koniec jest blisko

Australia płonie, planeta się gotuje, Amazonia pod rządami Bolsonaro wycinana jest na potęgę. Nic dziwnego, że katastrofa klimatyczna i ogólniej strach przed przyszłością stały się ważnymi tematami również w muzyce już od początku roku. Co przyjdzie? Misi Furtak to właśnie płyta na te nieciekawe czasy, czasy końca starego i początku nieznanego, nowego (o tym też trochę rozmawialiśmy wiosną). Cudowne Lata i Enchanted Hunters swoje lęki ukrywają pod warstwą nostalgii za przełomem lat 80. i 90. Kółko i krzyżyk przy okazji wskazuje winnego katastrofy - nieokiełznany kapitalizm. Plan działania może robić za hymn straconego pokolenia. Jego przedstawicielem jest Adonis, który ucieka w pogłosy i echa, apokalipsę stara się przykryć rajskimi obrazkami. Jego kolega z Panów, D A V I C I I cofa się do roku 2009. I ja ich rozumiem. Na czasy po apokalipsie przygotowuje się (i nas) James Ferraro.

BNNT

BNNT w ubiegłym roku byli zjawiskiem osobnym. Najpierw igrali z samym pojęciem zespołu, oddając szyld innym artystom, by nagrali własną wersję Multiverse. Niektórzy zaproponowali “wersję producencką”, inni w ogóle nie dotykali się materiału źródłowego, tworząc zupełnie własną, autonomiczną wypowiedź. Tak zrobił Patrick Higgins, którego sylwetkę nakreśliłem w Dwutygodniku. Już w podstawowym duecie BNNT wydali najbardziej polityczną płytę roku, Middle West, o której opowiedzieli mi do zimowego numeru Gazety Magnetofonowej.

Jakość, nie ilość?

Tak wyszło, że w 2019 roku widziałem znacznie mniej koncertów niż w poprzednich latach. Na dodatek większość na festiwalach. Udało mi się za to zobaczyć kilkoro artystów, na których trochę się naczekałem. Bombino po sześciu latach przerwy, Belle & Sebastian po ośmiu, Vampire Weekend i Mdou Moctar po raz pierwszy. I do tej pory nie wiem, czy bardziej przemówiły do mnie niekończące się solówki Mdou Moctara czy Bombino. Ezra Koenig z kolegami i gościnnym występem Angelique Kidjo sprawili, że przetańczyłem ponad dwie godziny. Nic nie mogło się jednak równać z podwójną dawką Bamba Pany i Makaveliego na OFF Festivalu.

Wszystkie moje ulubione zeszłoroczne płyty znajdziecie tutaj.

niedziela, 29 grudnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 24 XII 2019



Ostatnia tegoroczna audycja to przegląd moich ulubionych płyt z drugiej połowy 2019 roku. Tym razem sama muzyka, bez gadania. Na pełniejsze podsumowanie przyjdzie czas w styczniu, ciągle dosłuchuję kolejne płyty.

1. Radical Polish Ansambl - Il combattimento di Gaca e Meto (Radical Polish Ansambl)
2. Skolias & Bester - Htes to vradhi stu karipi (Rebetiko poloniko)
3. Opla - Gaweł (Obertasy)
4. El Khat - Marhaban Ahlan (Saadia Jefferson)
5. Jazz Band Młynarski-Masecki - Warszawo, moja Warszawo (Płyta z zadrą w sercu)
6. Joshua Sabin - Sutarti VI (Sutarti)
7. Provinz Posen - Moje życie (Provinz Posen)
8. YĪN YĪN - The Rabbit That Hunts Tigers (The Rabbit That Hunts Tigers)
9. Javva - Ancaman (Balance of Decay)
10. Cucoma Combo - Funky Oli (Cucoma Combo)
11. Xylouris White - Tree Song (The Sisypheans)
12. Ami Dang - Souterrain (Parted Plains)


sobota, 14 grudnia 2019

Najszybsza dekada

Oczywiście nie piszę na maszynie do pisania, nie jestem aż takim hipsterem
Wszędzie podsumowania dekady, choć ona kończy się dopiero za rok. Dla mnie jednak kończy dekada kończy się właśnie dzisiaj. Dziesięć lat temu opublikowałem tutaj pierwszy wpis. O tym, że zaczynam (kolejnego) bloga. Kolejnego, bo na koncie miałem już dwa, a ten konkretny miał być internetowym przedłużeniem audycji. Nazywał się też wtedy zupełnie inaczej, jak ta audycja, która nigdy nie powstała.

Blog został, audycja też się w końcu pojawiła - po dwóch latach, pod jeszcze inną nazwą i z innym pomysłem, do którego wróciłem w lipcu tego roku w Radiu Kapitał i wreszcie audycja i blog nazywają się tak samo.

Przez te 10 lat opublikowałem 529 wpisów. Niby dużo, ale to po pierwsze prawie dokładnie jeden post w tygodniu, po drugie sporo z nich to playlisty audycji, inne to linki do moich tekstów opublikowanych gdzie indziej, jeszcze inne to jakieś krótkie notki spisywane na szybko i publikowane bez większych przemyśleń. Może nie drugie tyle, ale niezliczona liczba wpisów leży gdzieś rozgrzebana w chmurze, albo nie wyszła poza fazę pomysłu. Tytanem pracy nie jestem, choć ciągle sobie obiecuję co styczeń, że tym razem to już na pewno będę pisał i publikował prawie codziennie.

Dziesięć lat to szmat czasu, a ta dekada biegła jeszcze szybciej niż inne. Z blogów, które istniały (i które czytałem), kiedy publikowałem tutaj pierwszy wpis, żaden już nie jest aktywny, albo - jak w przypadku Ziemi Niczyjej - wpisy pojawiają się maksymalnie kilka razy w roku (przypominam, że na Polifonii Bartek Chaciński zaczął pisać dopiero w kwietniu 2010). Przestali publikować nawet tacy stachanowcy jak WAFP! I ja to doskonale rozumiem, zajawka musi się kiedyś skończyć, jeśli nie przynosi żadnej gratyfikacji i satysfakcji. Fakt przeniesienia pisania o muzyce na Facebookowe walle i peje boli. W 2010 roku przez moment wydawało się, że może trend uda się odwrócić, ale musicspot upadł prawie tak nagle, jak powstał. Dobrze, że chociaż nie zniknął z sieci, bo kilka wartościowych tekstów zniknęłoby bezpowrotnie. Najbardziej żałuję, że Marta Słomka już nie pisze (a może pisze, tylko o tym nie wiem).

Dla mnie ta dekada była dobra. Poza blogiem pisałem do kilkunastu miejsc, od Bandcampa po Politykę. Po kilku z nich nie został nawet ślad w sieci - zniknęła chociażby strona M/I. W niektórych miejscach nie zagrzałem miejsca, w innych pojawiam się nieregularnie, w kilku jestem na stałe. Czyli chyba całkiem spoko.

Myślałem, jak zaznaczyć te dziesięć lat - może zmienić wygląd bloga, może zupełnie go przearanżować? I tak rozkminałem, aż zrobiło się za późno, żeby zrobić coś większego. Mam ze dwa niespisane wywiady (spisywanie nagrań to jedna z najgorszych rzeczy w tym zawodzie), a wydają się zbyt ciekawe, żeby siedziały tylko w chmurze, nieprzeczytane. Do końca roku postaram się je tutaj opublikować.