wtorek, 21 maja 2019

Dziedzictwo

Nie wierzę w magię liczb, ale mogło się okazać, że 13 numer Gazety Magnetofonowej będzie ostatnim. Na szczęście tak się nie stało, #14 powinien być już w kioskach. Można też nadal zamówić prenumeratę. Ale ja nie o tym. Nie napisałem nic do tematu numery, którym jest - bliskie mi - pojęcie dziedzictwa. 

Co w takim razie zrobiłem? Długo porozmawiałem.

Trudno mi w to uwierzyć, ale, choć śledzę poczynania Misi Furtak już 10 (!) lat, od momentu, kiedy tres.b nieśmiało wkraczali na polską scenę (pierwszy raz widziałem ich prawie dokładnie 10 lat temu w Hard Rock Cafe, a potem zaraz się okazało, że jadą na OFFa w zastępstwie za Loco Star) i zrobiliśmy jedną z pierwszych wideosesji dla Uwolnij Muzykę! (nie wierzcie dacie publikacji, kręciliśmy to pod koniec sierpnia 2009), to po raz pierwszy przeprowadziłem z nią wywiad dopiero teraz. A o każdej płycie starałem się napisać minimum kilka zdań. Osią rozmowy jest Co przyjdzie?, spróbowaliśmy podsumować sześć lat, które minęły od wydania Epki i wybiec w przyszłość.

Trochę mimochodem w rozmowie z Misią pojawiła się Hania Rani, której debiut Esja na pewno znajdzie się na mojej liście rocznej (ale o tym powinniście już wiedzieć), choć miał być zupełnie inna płytą. Dlaczego i co się stało z tamtymi, wcześniejszymi pomysłami, dlaczego zrezygnowała z kariery klasycznej pianistki? O tym możecie przeczytać w naszej rozmowie, ale o tym jak się razem pracowało i jak się poznały opowiadała Misia. Obie artystki łączy też w pewien sposób Islandia, ale tego już wam nie zdradzę.

I w sumie tyle, ale to były długie rozmowy, tak na 15 minut czytania każda.

piątek, 10 maja 2019

Śpiewający z duchami



Kanada wydaje się rajem na ziemi i - szczególnie po wyborach prezydenckich w 2016 roku - odwrotnością Stanów Zjednoczonych. Miejscem, gdzie każdy może poczuć się dobrze, potrzebny. Gdzie nieważne są poglądy, religia, pochodzenie. Każdy może zbudować swój “kanadyjski sen”. To piękny obrazek, ale nie zawsze tak było i nie do końca tak jest i dzisiaj, o czym przypomina na swoim debiucie Jeremy Dutcher.

Dutcher to ledwie dwudziestoośmiolatek. Wychował się w Nowym Brunszwiku, jednej z atlantyckich prowincji Kanady, w jednym z sześciu tamtejszych rezerwatów Pierwszych Narodów. Pochodzi z narodu Wolastoqiyik i jest jedną ze stu osób, które swobodnie posługują się tym językiem. Studiował śpiew operowy w Nowej Szkocji i tam jedna z jego nauczycielek, również przedstawicielka Pierwszych Narodów, skierowała jego uwagę na archiwum woskowych cylindrów z nagraniami pieśni sprzed ponad stu lat. On sam mówi, że usłyszenie swoich przodków było dla niego momentem transformującym całe dotychczasowego jego życie.

Wolastoqiyik Lintuwakonawa to efekt pięciu lat pracy Dutchera jako archiwisty, mozolnie spisującego zachowane pieśni, które nie przetrwały w żywej tradycji, ale i jako kompozytora i aranżera. To nie tak, że Jeremy usiadł, jak na okładce, i zaśpiewał te pieśni jeszcze raz. Nie, on je zaaranżował na barokowy pop z mocnymi elementami muzyki partyturowej. Dutcher nie boi się patosu i podniosłości. Blisko mu momentami do Antony & Johnsons (ale na szczęście jest mniej egzaltowany) czy Rufusa Wainwrighta, czy też dzięki staniu na rozdrożu między “poważką” a popem do islandzkiego kolektywu Bedroom Community (w szczególności do Sama Amidona i jego interpretacji amerykańskiej tradycji).

Dość oczywistym, ale świetnie przemyślanym pomysłem było wszycie w materię utworów rozmów ze starszą kobietą, która opowiada o potędze muzyki i fragmentów nagrań źródłowych. Już na samym początku Dutcher fenomenalnie wchodzi z nimi w dialog w Mehcinut. Pokazuje ponadczasowość kultury i nadaje jej nowe życie, dosłownie rozmawiając z duchami.

Ten aspekt, przywracania zapomnianej tradycji, odnajdywania dla niej miejsca we współczesnym świecie jest dla mnie jednym z najwartościowszych prądów ostatnich lat. Bo przecież działania Dutchera w zasadzie niewiele różnią się od tego, co robią Altın Gün grający piosenki Neşeta Ertaşa na funkowo-psychodeliczny sposób, Bastarda wychodząca od muzyki średniowiecznej renesansowej, a przerabiająca ją na własny, oparty na burdonach język, Jan Młynarski i Marcin Masecki w Jazz Bandzie, Polmuz wykorzystujący przedwojenne nagrania muzyki wielkopolskiej czy wreszcie zastępy muzyków “niezachowych", łączący swoją tradycję ze współczesnymi dźwiękami i technikami.

Kanada po latach przymusowego wykorzenienia wspólnot rdzennych przeprosiła ustami swoich oficjeli Pierwsze Narody. Wyrządzone szkody są nieodwracalne, a jednak jest nadzieja wyrażona w Eqpahak - muzyka może przywrócić język do życia.


piątek, 26 kwietnia 2019

Turcja z offu

Wiosna okazała się płodna, jeśli chodzi o muzykę turecką. Pięć premier, jedno ogłoszenie na OFF Festival. Choć cała piątka mogłaby spokojnie zagrać w Dolinie Trzech Stawów. 



Ogłoszenie na OFFie to Jakuzi, którzy na początku kwietnia wydali swoją druga płytę, Hata Payı. I o ile jestem zawsze za jak największą liczbą artystów spoza Wielkiej Brytanii i USA na festiwalach, o tyle wybór Jakuzi jest dość wątpliwy. Ot, generyczny post-punk napędzany brzmieniem klawiszy. Niczym nie wyróżnia się spośród zalewu innych zespołów. No, poza tym, że śpiewają po turecku. Są umęczeni i mroczni, momentami wręcz karykaturalnie. Hajp na nich jest, co widać po pozytywnych recenzjach i artykułach, może więc to ja się mylę w swojej pogoni za lokalnością i oryginalnością.




Lepiej wypada Dünya Günlükleri, trzeci album Adamlar, którzy są tylko odrobinę mniej mroczni od Jakuzi. Wplatają w swój rock anatolijska melodykę i nostalgię, ale zostają przy tym całkiem współcześni. Pojawiają się delikatne echa alternatywnego rocka z przełomu wieków, odwołania do grunge’u, nawet szczypta metalu i bardzo dobrze to ze sobą współgra. Żeby nie było za miło, pojawiają się też mielizny, jak nieporadne rapowanie, czy straszna, reggae’owo-juwenaliowa pulsacja w Mavi Ekran. Jednak w ogólnym rozrachunku więcej tu plusów niż minusów.



Jeszcze ciekawszą propozycją jest wspólny album Grup Ses i Ethnique Punch. Ci pierwsi to duet stambulskich diggerów i producentów, ten drugi to raper. A gdy jeszcze dodam, że wydawcą jest niezastąpione Discrepant Records, to już wiecie, że jak najbardziej warto po nią sięgnąć. Ethnique Punch jest podobnie kwadratowy, co Sokół, ma też podobnie niski głos. Oczywiście, o czym rapuje, nie mam pojęcia i dla takich osób, jak ja, którym nie do końca podoba się flow Ethnique, Deli Divan ma drugą, instrumentalną stronę. Te same czternaście miniaturek, ale bez unoszącego się nad nimi monotonnego głosu. Stają się zupełnie inną historią, na pierwszy plan wychodzi skąpany w jesiennych mgłach Stambuł. Grup Ses sklejają swoje bity z sampli ze starych tureckich nagrań, obudowują je warstwą melizmatycznych syntezatorów, rzężącego basu. Przypomina to momentami bruit & Istanbul, podobnie operują psychodelią i dźwiękowym krajobrazem Stambułu.



A skoro jesteśmy przy tureckiej psychodelii, w połowie marca swój debiutancki album wydał dla Riverboat Umut Adan. I wiem, co zaraz powiecie, że to World Music Network, że wyprane z dzikości, że wygładzone. Zwykle tak jest, ale Bahar to wyjątek w katalogu tej brytyjskiej wytwórni. Przede wszystkim to płyta otwarcie i bezwstydnie polityczna (a to z kolei wiadomo, bo tekstom towarzyszą tłumaczenia). Jasne, Adan może sobie pozwolić na tak mocne słowa częściowo dlatego, że mieszka we Włoszech, a nie w swoim rodzinnym Stambule. Brzmieniowo nie odchodzi daleko od wzorców wypracowanych przez Erkina Koraya czy Barisa Manco, ale delikatnie je unowocześnia i z tego względu to rzecz przede wszystkim dla zdeklarowanych fanów gatunku.



I wreszcie dzisiejsza premiera. Tak bardzo turecka, że aż dziw, że tylko jedna osoba z tego sześcioosobowego składu urodziła się w Turcji, a druga ma korzenie tureckie. Reszta to zbieranina Holendrów pod wodzą basisty Jaspera Verhulsta. Poprzedni album Altın Gün, On, wyszedł niecały rok temu i jest jedną z moich ulubionych płyt 2018 roku. No bo czego w nim nie lubić? Retrofuturystyczne brzmienie, przesterowany saz (trzystrunowa turecka lutnia), funkowe, bujające rytmy. Bardzo podobnie skonstruowane jest Gece.

Słychać, że dwa lata wspólnego grania i ponad 200 koncertów zrobiły swoje. Altın Gün brzmią jak solidnie naoliwiona, psychodeliczna maszyna. Bardzo dobrą decyzją było oddanie większego pola Merve Daşdemir, która jest lepszą wokalistką niż Erdinç Ecevit, a on dzięki temu może bardziej popisywać się na syntezatorach, które odgrywają dużo większą rolę niż na On. Na więcej chaosu pozwalają sobie tylko w Şoför Bey, jedynym kawałku napisanym (czy może lepiej byłoby napisać wyimprowizowanym) przez zespół, a nie będący interpretacją tureckiego klasyka. Właśnie, to trzeba podkreślić - Altın Gün to swego rodzaju cover band, odświeżający anatolijskie przeboje, przedstawiający je zachodniej publiczności i przypominający je Turkom (w końcu trzy koncertu z rzędu w Stambule nie wzięły się znikąd). Coś jak Baaba, Gabriela i Michał ze swoją jedyną EPką, czy Mitche odgrzebujący debiut Wodeckiego, Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca Brazilian Octopus tylko że na bardziej globalną skalę.

Gece to świetny album, spokojnie zaspokajający rozbudowane oczekiwania po On. W ogóle nie słychać, że nie grają swoich piosenek, czują się w nich doskonale, każda interpretacja jest przemyślana od początku do końca. Czekam tylko, aż się odważą na więcej własnych piosenek.










poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Mdou Moctar - "Ilana (The Creator)"



Poprzednio pisałem o Mdou Moctarze sześć lat temu, przy okazji premiery Afelan, a on od tamtego czasu zdążył wydać 4 płyty, wcielić się w tuareskiego Prince’a w remake’u Purple Rain, pojechać w kilka tras po świecie, zagrać u Jacka White’a w studiu. Słowem, wyrósł na kolejną gwiazdę tuareskiego, pustynnego rocka. Chyba obecnie najgorętszą.

Ilana, piąty album Moctara wydany przez nieocenioną oficynę Sahel Sounds (obchodzącą w tym roku 10. urodziny) przypieczętowuje ten status. Nagrana w Stanach i dopieszczona w Nigrze płyta pokazuje Moctara jako prawdziwego herosa gitary, równego największym. Sypie solówkami jak z rękawa, prowadzi zespół przez psychodeliczne pasaże, bawi się efektami, brzmieniami, ale nie zapomina skąd przybył.

Od przełomu XX i XXI wieku, kiedy tuareskie gitarowe granie zaczął popularyzować TInariwen, gatunek przeszedł długą od spokojnych, hipnotycznych utworów, śpiewanych wokół ogniska do frenetycznych, szaleńczych gitarowych odlotów. Mdou bliżej jest do Bombino i jego wygibasów niż do spokojnych, dostojnych TInariwen. Może dlatego zamiast na festiwale world music trafia częściej do małych, hipsterskich klubów.

Ilana od samego początku skrzy się riffami, zagrywkami, Mdou bawi się nawet podwójnym tappingiem w stylu Eddiego Van Halena. Tylko że w przeciwieństwie do zachodnich wirtuozów, nie epatuje zbytnio swoimi zdolnościami, solówki są tylko środkiem, a nie celem. Nie ma też w jego grania prężenia muskułów, Mdou wygrywa swoje szalone solówki z niepodrabialnym luzem i łatwością. Świetnie współpracuje z nim zespół, z wyjątkiem Michaela Coltuna grającego na basie, złożony z jego kolegów z Agadezu - fenomenalnego gitarzysty Ahmadou Adassane (o którego solowej płycie pisałem tutaj) i perkusisty Mazawadje Aboubacara Ibrahima. Słychać, że przegrał z nimi niejedną noc na weselu. Dojście do tej perfekcji nie było łatwe - Mdou wychował się w tradycyjnej, religijnej rodzinie, swoją pierwszą gitarę skonstruował sam, z linki od rowerowego hamulca i kawałka drewna (ten motyw DIY z konieczności i biedy pojawia się w biografiach wielu tuareskich gitarzystów).

Osadzenie w tradycji podkreśla Takamba, wariacja Mdou na temat tradycyjnego rytmu i tańca, spopularyzowanego przez Super Onze de Gao. Słychać też wyraźnie korzenie tuareskiego gitarowego grania w rozpoczynającym płytę Kamane Tarhanin, w którym Mdou z zespołem przywołują charakterystyczne struktury issawatTarhatezed daje namiastkę wielogodzinnych improwizacji pod otwartym niebem, które potrafią ciągnąć się przez całą noc w Agadezie. Szalonych nocy wypełnionych muzyką.

Podobnie, jak pozostali tuarescy muzycy znani na zachodzie, Mdou śpiewa w tamaszeku, rodzinnym języku i swoje teksty kieruje przede wszystkim do pobratymców. Poza piosenkami o miłości, porusza politykę - to też nie jest żadnym ewenementem - w utworze tytułowym oskarża Francuzów, dawnych kolonizatorów o pozorne przyznanie niepodległości Nigrowi kontynuowanie wyzysku. Są też hymny pochwalne dla tuareskiego stylu życia i matki pustyni. Czyli znów - utrzymuje się w ramach ustalonej tradycji.

A jednak mam wrażenie, że Ilana to jedna z najlepszych płyt tuareskiego rocka, uwypuklająca zalety tego gatunku i pozbawiona jego wad, Mdou nie przynudza, muzyka cały czas biegnie do przodu, nie zatrzymuje się. Wreszcie, trudno rozpatrywać Ilanę tylko i wyłącznie przez pryzmat innych tuareskich płyt, bo ona śmiało wykracza poza ten idiom, Mdou pełnymi garściami czerpie z bogatej historii rocka, przede wszystkim amerykańskiego. I tutaj leży jego szansa do przebicia się do innych środowisk niż te zainteresowane world music. Tyle mówi się, że rock umiera, albo nawet umarł, a może po prostu on odrodził się na Saharze.



PS. Kilka tygodni przed Ilaną Third Man Records wydał równie świetną koncertówkę Mdou, The Blue Stage Sessions.