poniedziałek, 12 października 2020

Odszedł głos Iranu



W czwartek zmarł Mohammad Reza Szadżarian, postać dla irańskiej kultury i społeczeństwa fundamentalna. To jego głos przez lata obwieszczał koniec dziennego postu podczas Ramadanu. Na wieść o jego śmierci pod teherańskim szpitalem Jams zebrały się tysiące, mimo obowiązujących w Iranie obostrzeń, by pożegnać tego, który był głosem rewolucji i jej zagorzałym krytykiem.

Szadżarian urodził się w 1940 roku w Meszhedzie, w Chorasanie, na wschodzie Iranu, jednym zew świętych miast szyizmu. Wychował się w rodzinie bardzo konserwatywnej. Dla jego ojca, zawodowego recytatora Koranu, każda inna forma muzyki była haram. Mohammad Reza jako dziecko szedł w ślady ojca, zaczął recytować Koran w wieku pięciu lat, ale u bardziej liberalnego wujka po raz pierwszy usłyszał „świecką” muzykę w radiu. Radifów – repertuaru podstawowego perskiej muzyki klasycznej –uczył się początkowo po kryjomu, pierwsze występy dawał pod pseudonimem. W 1959 roku po raz pierwszy wystąpił w lokalnym radiu, niedługo potem przeniósł się do stolicy, by tam się dalej szkolić i później uczyć na uniwersytecie.

Gdy szach wprowadził w 1978 roku stan wojenny, a podczas Czarnego Piątku siły rządowe zabiły 100 osobo, Szadżarian i inny muzycy odcięli od państwowego radia. W tym samym czasie Mohammmad zaczął śpiewać pieśni otwarcie polityczne, sprzeciwiające się władzy szacha i SAWAK, wszechwładnej służby bezpieczeństwa. Gdy jednak fala rewolucji wyniosła do władzy Chomejniego i ajatollahów (o roli kaset w tym procesie fantastyczny tekst napisała Karolina Jakubiak dla Glissanda), Szadżarian wycofał się z życia publicznego – również dlatego, że religijni radykałowie mieli podobny pogląd na muzykę, co jego ojciec. Jego repertuar koraniczny był nadal wykorzystywany przez ajatollahów, a jego interpretacja Rabbany, modlitwy kończącej post podczas Ramadanu, była emitowana przez państwowe radio przez 30 lat. Do publicznych występów Szadżarian wrócił w latach osiemdziesiątych, a jego Bidaad do słów żyjącego w XIV wieku poety Hafiza była tylko lekko zawoalowaną krytyką reżimu. Z czasem krytyka stawała się coraz wyraźniejsza i bardziej dosadna, aż w 2009 roku – podczas kolejnych wielkich protestów – Szadżarian znów wystosował list do władz radia z żądaniem wykorzystywania jego muzyki, z wyjątkiem Rabbany. Władze zdjęły i ją, bo Szadżarian jednoznacznie poparł protestujących. Zakazano mu też występów w kraju. Irańczycy, by obcować z muzyką mistrza jeździli między innymi do Turcji. Szadżarian często grywał w Stanach i Francji. Ostatni koncert zagrał właśnie w Turcji, w Konyi, z okazji rocznicy śmierci Rumiego, najważniejszego perskiego poety. Kilka miesięcy później ogłosił, że od lat zmaga się z rakiem nerek.

Szadżarian był tak skromny, jak wspaniała była jego muzyka. Poruszająca, nie trzeba znać perskiego, by się w niej zakochać. Był niezrównanym wirtuozem, panował nad głosem, jak nikt inny, może tylko Alim Qasimov. Grali z nim najwięksi muzycy irańscy – Hossein Alizadeh, Kayhan Kalhor. Nie ograniczał się tylko do śpiewania, grał na santurze, tworzył nowe instrumenty. Cały czas rozwijał muzykę klasyczną, nie chciał, by stała się skansenem. Przede wszystkim jednak był głosem Irańczyków. Słuchała go diaspora, zasłuchany w nim był cały kraj. I gdy sobie myślę, z kim można go porównać w polskiej muzyce, by choć trochę przybliżyć jego status w Iranie, do głowy przychodzi mi tylko Chopin. Obaj stali się symbolami za życia, obaj uchwycili dusze swoich narodów.

Moje pierwsze spotkanie z głosem Szadżariana to Night Silence Desert, nagrane wspólnie z Kalhorem. To było też jedno z moich pierwszych zetknięć z perską muzyką klasyczną. Od tamtej pory muzyka z Iranu ma u mnie specjalne miejsce. Chyba jeszcze lepszym wprowadzeniem w fenomen Szadżariana jest jego krótki koncert w siedzibie NPR z 2013 roku. 15 minut, jeden utwór, Nowruz, czyli perski Nowy Rok. Mohammad Reza wygląda jak akademik sprzed lat, nienagannie ubrany, skupiony. Zespół gra, on czeka. A gdy już zaczyna śpiewać, to czas się zatrzymuje. 15 minut, które mogłoby trwać i trwać...

 

czwartek, 8 października 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 X 2020

W ostatnim odcinku było mało słów, mało utworów i bardzo dużo muzyki prezentujących różne oblicza transu z trzech kontynentów.

1. Praed Orchestra! - Embassy of Embarrassment (Live in Sharjah)
2. Radical Polish Ansambl - Tiers Monde (Radical Polish Ansambl)
3. Maalem Mahmoud Gania - La Ilha Illa Allah (Aicha)
4. Baba Zula - Kücük Kurbaga (Hayvan Gibi)
5. KMRU - Insubstantial (Peel)

poniedziałek, 5 października 2020

Najmłodsza pustynia świata


Tam, gdzie kilkadziesiąt lat temu było jezioro tak wielkie, że nazywano je morzem, teraz znajduje się toksyczna pustynia. Dawne miasta portowe znajdują się pośrodku księżycowego krajobrazu, kilkadziesiąt kilometrów od jakiejkolwiek wody. Przerdzewiałe statki kołyszą się na wietrze i pokrywają brązowym pyłem.

Tę tragedię na własne oczy mogła obserwować Galya Bisengalieva, pochodząca z Kazachstanu skrzypaczka, wykształcona i mieszkająca w Wielkiej Brytanii. Obrazy znikającego Aralu wryły się jej w pamięć i wróciły po latach, gdy eksperymentowała z elektroniką i tym, jak współpracuje ze skrzypcami. Usłyszała kolebiący się rytm, rytm kadłubów skrzypiących w wyschniętym porcie. Za nim przyszedł pomysł na cały album – Aralkum – o najmłodszej pustyni świata.

Bisengalieva nie wymyśla nowego muzycznego języka – choć sama w wywiadzie dla Bandcamp Daily twierdzi inaczej – by opowiedzieć tę tragedię. Sięga po muzykę, w której czuje się swobodnie i która jest dość przystępna, czyli po podbitą elektronicznymi brzmieniami post-klasykę. Można by powiedzieć, że islandzką, taką, która bez problemy mogłaby znaleźć się w katalogu Bedroom Community. Bisingalieva buduje swoją muzykę podobnie do Resiny, zapętlając skrzypce, nakładając na siebie kolejne warstwy dźwięku. Tak samo buduje klimat, obraz niedostępnej, nieprzyjaznej przyrody. Gra przestrzennością, w końcu opowiada o pustyni. Czuć tę obezwładniając przestrzeń, na swój perwersyjny sposób piękną. To z kolei zbliża ją do innych trójmieszczan – duetu Nanook of the North, Piotra Kalińskiego i Stefana Wesołowskiego. W podobny sposób łącza elektronikę ze skrzypcami, dla nich też pojęcie przestrzeni jest kluczowe, na swoim jedynym albumie zajmowali się Grenlandią, pustynią z innej strefy klimatycznej.

Zastanawiałem się, na ile Galii udało się opowiedzieć o katastrofie aralskiej. To trudne zadanie, zniknięcie Jeziora jest w czołówce największych katastrof spowodowanych przez człowieka. Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że Aralkum jest bardziej zapisem żałoby w jej końcowych fazach. Beznadzieja i depresja zaszyte również w tytułach utworów – nazwach nieistniejących osad rybackich, dawnych wysp – jest wszechobecna i obezwładniająca, dopiero pod koniec pojawia się cień optymizmu wynikający z akceptacji sytuacji taką, jaka jest. Dopiero wtedy jest szansa na zmianę. Dzięki zaporze Kokarał udało się choć częściowo uratować północną, kazachską część Jeziora, do której wróciło życie. Może jednak nie wszystko jest stracone.

Znikające, tytułowe Jezioro Aralskie jest również osią powieści Bianki Bellovej, którą koniecznie trzeba przeczytać. Jego obecność i późniejszy brak wpływają na mieszkańców. Kiedyś dawało pracę i wyżywienie. Zniknięcie jeziora, do którego trafiały setki tysięcy ton nawozów i przemysłowych odpadów, sprawiło, że ludzie zaczęli umierać na niespotykane wcześniej choroby, złamało życie całym pokoleniom. Zmieniło klimat, zrujnowało gospodarkę i stosunki społeczne. Katastrofa wpłynęła na wszystkie aspekty życia i jest praprzyczyną wszystkich tragedii, które nawiedzają region. Trudno tej historii nie traktować jak ostrzeżenia.


piątek, 2 października 2020

To już tradycja



Przyznaję, że coraz trudniej wymyślać mi wstępy do tych cyklicznych przeglądów bandcampowych piątków. Listę poprzednich znajdziecie tutaj, nadal warto zajrzeć.

Miałem zaczynać ten przegląd od zupełnie innej płyty, ale w nocy berliński label Morphine Records zapowiedział premierę zapisu koncertu Praed Orchestra, czyli bigandowego wcielenia libańskiego duetu Praed. Na zamówienie emirackiej fundacji Sharjah przygotowali specjalny projekt, który opiera się na reinterpretacji shaabi, egipskiej muzyki ulicznej. Współpracują z nimi sami dobrzy znajomi - Alan Bishop, Radwam Ghazi Moumneh, Maurice Louca, Nadah El Shazly, Michael Zerang. Jeśli te nazwiska wam nic nie mówią, spróbuję przełożyć je na polskie warunki. To zespół podobny do Musiquette A, albo do bigbandowej wersji Radical Polish Ansambl. Potężny skład, skomplikowane, wielowątkowe brzmienie, ekstatyczne w swej transowości. Na razie udostępnili tylko jeden singiel i słucham go już piąty raz od rana. 

Równie ekstatycznie zapowiada się nowy album EABS, którzy po Komedzie i słowiańskiej melancholii wzięli się za przybysza z Saturna, Sun Ra (z błogosławieństwem jego spadkobierców). Discipline of Sun Ra ukaże się pod koniec miesiąca i ptaszki ćwierkają, że to może być ich najlepsza rzecz. Do uduchowionego jazzu EABS podchodzą jak zwykle po swojemu, z dużą dawką hip hopu, ale też sięgają dalej, po juke czy house. Ładnie się z tym komponuje koncert Sun Ra Orchestra z Kalisza z 1986 roku, a z kodem lq25 macie 25% zniżki i reedycja egipskich albumów tej kosmicznej załogi.

Lonker See wydali album z improwizowanymi duetami, Bartosz Weber i Miłosz Pękała z hipnotyczną muzyką elektroakustyczną. Basy tropikalne - epkę peruwiańskiego duetu Vudufa, który porusza się między cyfrową cumbią, muzyką basową, afroperuwiańską a andyjską. Nyege Nyege zapowiadają winyl HHY & The Kampala Unit, a siostrzana Hakuna Kulala - debiut WULFFLUW XCIV, rosyjskiego producenta, który bardzo dobrze odnalazł się we Wschodniej Afryce. A skoro już jesteśmy przy tym regionie - koniecznie zwróćcie uwagę na KMRU, ambientowego muzyka, który w tym roku wydał płyty w Editions Mego, Seil Records i Dagoretti Records. Każda z nich to kojący ambient, z dźwiękami otoczenia w tle. Na pobudzenie idealny będzie nowy album Maćka Maciągowskiego, na którym gabbery łączą się z singeli, brazylijskimi rytmami i szalonymi tańcami.

Death is Not The End przypominają postać Hiski Salomy, fińskiego pieśniarza, który w Stanach Zjednoczonych na początku ubiegłego stulecia śpiewał piosenki o trudach emigracji z politycznym podtekstem. Jakiś czas temu ukazała się reedycja absolutnego skarbu muzyki indonezyjskiej sprzed pół wieku, albumu Yanti Bersaudara (czemu jest tak ważny, pisze Krzysiek Dziuba w RCKL) i o dziwo, można go jeszcze kupić. Podobnie jak reedycję ścieżki dźwiękowej do francuskiego kryminału Le Pacha, napisaną przez Serge'a Gainsbourga i Michela Colombiera.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


piątek, 25 września 2020

Król gór i gitary


Wielu już było królów gitary. Prawie każdy kraj, gatunek i styl ma swojego. Bo gitara to niezwykle elastyczny instrument, odnajdujący się prawie pod każdą szerokością geograficzną. Weźmy taki Azerbejdżan, gdzie w latach sowieckich wyrosła cała subkultura skupiona wokół gitary elektrycznej. Jej królem jest Rüstəm Quliyev, którego postać dla zachodnich słuchaczy odkrywają Mountains of Tongues i Les Disques Bongo Joe.

Mountains of Tongues (ta inicjatywa pojawiała się już tutaj kilkukrotnie, jej członkiem jest Stefan Williamson Fa, który śledził losy Aziza Baloucha) Quliyevem zajęli się już kilka lat, a w zeszłym roku, przy okazji premiery filmu dokumentalnego Gitara, poświęconej tej azerskiej obsesji wydali kasetę z jego kilkoma nagraniami. Azerbaijani gitara to w zasadzie jej rozszerzona wersja.

Rüstəm urodził się w 1969 roku na terenie Górskiego Karabachu, terenu spornego między Armenią a Azerbejdżanem. To ważne dla jego dalszej historii, jak i fakt, że mając siedem lat nauczył się grac na tarze, perskiej, popularnej na całym Kaukazie lutni, a niedługo potem na baglamie, jeszcze innej lutni, bardziej kojarzonej z Turcją. Znajomość ich obu odcisnęła wyraźne piętno na jego późniejszym stylu gry. Choć gitara elektryczna była obecna w Azerbejdżanie od lat 60., to Rüstəm zetknął się z nią dopiero podczas służby wojskowej w głębi Związku Radzieckiego. Nie on pierwszy zaprzągł ten instrument do muzyki azerskiej – dworskich mughamów i ballad aszyków. Chyba do dziś nie wiadomo, kto wpadł na ten pomysł. Wiadomo, że przed Quliyevem nikt nie grał lepiej niż Rafiq Hüseynov, który zresztą także pochodził z Karabachu. Grali też na takim samym modelu czechosłowackiej jolany.

Czuję, że oddalam się od tematu, obiecuję, że wracam za moment do muzyki. Rüstəm wraca ze służby, ale zaraz potem musi uciekać z Karabachu, bo Azerbejdżan przegrywa wojnę i region odrywa się, stając się niezależną republiką, może i nieuznawana, ale blisko związaną z Armenią. Z rodziną dwudziestokilkuletni Rüstəm trafia do stolicy, Baku. Ciągle tęskni za małą ojczyzną, ale to nad Morzem Kaspijskim rozwija się jego kariera.

Jego styl gry jest wszystkożerny i wirtuozerski. Inspiruje go wszystko – od melodii sąsiedniego Iranu, przez echa afgańskiego popu, bollywoodzkie soundtracki, patos i smutek flamenco. Słychać, ze wiele zawdzięcza Hüseynovowi, ale idzie własną, bardziej kosmopolityczną drogą. Gra na gitarze szybkimi ruchami, jakby była to baglama albo tar, ale z ochotą korzysta z przesterów. Gra świdrująco, nieziemsko szybko, ale jest w tym dusza (której często brakuje zachodnim wymiataczom). Nie boi się korzystać z technicznych nowinek, możliwe, ze również z powodów ekonomicznych. Keyboard jest tańszy nić cały zespół. A może po prostu gonił za nowinkami, chciał być na czasie, bo funkcjonował na rynku weselnym, na którym nie ma litości. Ten, kto nie podąża za modami, ten nie dostaje zleceń. Rüstəm miał ich co niemiara, regularnie pojawiał się także w telewizji, dlatego pamiętany jest do dziś. To połączenie świdrującej gitary, niedrogich syntezatorów, które zastępowały sekcję rytmiczną i tworzyły podkład imitujący chociażby instrumenty smyczkowe, w latach 90. było bardzo popularne. Keyboardy wkraczały w różne muzyki ludowe i tradycyjne – muzyka Omara Souleymana czy rodzime disco polo u swych korzeni są bardzo podobne.

Rüstəm sięga do rodzimej tradycji także bezpośrednio. Trzy ostatnie fragmenty na Azerbaijani gitara to dwie ballady aszyków i jeden mugham. Aszykowie są kaukaskimi strażnikami pamięci, odpowiednikami bardów czy zachodnioafrykańskich griotów. Słychać w nich, że Rüstəm lubi gitarą naśladować głos. Najlepszym, a może po prostu najwidoczniejszym dla mnie przykładem jest Baş Sarıtel. Posłuchajcie sobiejego wersji i porównajcie z nagraniem Aşıq Nargilə z londyńskiegoCafe OTO. Quliyev swobodnie meandruje między partiami baglamy a wokalem. Podobnie robi w Tancor disco, będącym jego interpretacją bollywoodzkiego hitu Jimmy Jimmy Aja z lat 80. Razem z niesamowitą szybkością i kreatywnością w wykorzystaniu różnych inspiracji i źródeł, to właśnie ta pewna wielogłosowość i elastyczność sprawia, że do dziś jest uznawany za króla azerskiej gitary.

A może tym królem jest, bo nieważne, co grał, skąd w danym momencie czerpał inspirację, słychać w jego grze góry. Kaukaz, który musiał opuścić. Jego zamglone szczyty, ostre słońce, tę przestrzeń. Przestrzeń, za która Rüstəm tęsknił do końca swojego zbyt krótkiego życia. Zmarł na raka płuc w 2005 roku, nie powróciwszy do Karabachu, gdzie najwyraźniej zostawił swe serce.