środa, 1 kwietnia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 31 III 2020



Pół audycji wypełnił indie pop w językach innych niż angielski i krótka rekapitulacja z koncertów w czasach pandemii (tak, mówię o Cuarentena Fest). Świat jednak nie do końca się zatrzymał, mimo trudności wychodzi nowa muzyka - drugie pół godziny to przegląd świeżynek z Etiopii, Iranu, Grecji, Mali i Palestyny.

1. Caliza - Call of Duty (Mar de Cristal)
2. Evripidis & His Tragedies - Μια Τρίτη στην Καντίνα (Μια Τρίτη στην Καντίνα)
3. Sobrenadar - Nordzee
4. Colombre - Crudele
5. Kumisolo - Transport en commun
6. Clea Vincent - Du sang sur le congas
7. Hailu Mergia - Abichu Nega Nega
8. Evritiki Zygia - Maritsa
9. Tamikrest - Azawad
10. Mentrix - Nature
11. Zenobia - Desert Hafla


piątek, 27 marca 2020

Na kwarantannie


W Dwutygodniku piszę o koncertach w czasach… dobrze wiecie, jakich. Ostatnie dwa tygodnie nie tylko spędziłem w zamknięciu, ale też śledziłem różne inicjatywy koncertów w sieci. Z tych najbardziej swoim rozmachem ujęły mnie Soundrive Online Festival (który jeszcze trwa, jutro finałowe koncerty Siksy i Woshka/Khris) i hiszpański Cuarentena Fest, który kończy się dzisiaj. A to dopiero początek, festiwale streamingowe rosną jak grzyby po deszczu.

O tym, że Hiszpanie w przeciwieństwie do Włochów grających i śpiewających na balkonach, część koncertowego życia chcą przenieść do sieci i zrobić onlajnowy, streamingowy festiwal, dowiedziałem się dzięki Oli, warszawskiej specjalistki od hiszpańskiego i fińskiego indie (koniecznie sprawdźcie jej dwie audycje w Radiu Kapitał). Żadna nazwa z lineupu nic mi nie mówiła. Zdałem się na ślepy los.

Pierwszy koncert na Cuarentenie zachwycił mnie od pierwszych chwil. Planowałem go oglądać jednym okiem, ale się nie dało. Miałem jakieś wyjątkowe szczęście, albo po prostu Hiszpanie robią świetny indie pop. W każdym razie nadająca ze swojego madryckiego mieszkania, obstawiona klawiszami, z roślinami za plecami, Caliza zagrała urzekająco naturalnie, co tylko uwypukliło jej ładne piosenki. Możliwe, że streamingi ze swoimi ograniczeniami, pomagają wybrzmieć piosenkom, bo nie ma się za czym kryć. Grała utwory ze swojego jak na razie jedynego albumu Mar del Cristal. Syntezatorowy pop Hiszpanki od razu skojarzył mi się z piosenkami Sobrenadar, są podobnie rozmyte i oniryczne. Szczęście miałem podwójne, bo od razu zagrała Call of Duty, który od razu stał się moim prywatnym przebojem. Tak, jak i Mil Piedras i prawie wszystkie pozostałe piosenki z Mar del Cristal.



Drugim największym odkryciem festiwalu jest dla mnie Evripidis & His Tragedies, czyli Evripidis Sabatis, Ateńczyk, który swoim domem nazywa Barcelonę. Wcześniej śpiewał po angielsku, ale na ostatnim albumie Μια Τρίτη στην Καντίνα wrócił do greki. Może dlatego jego słoneczny pop wydaje się jeszcze bardziej wakacyjny. Jego koncert był bardziej performatywny od w sumie skupionego występu Calizy. Może dlatego, że Evirpidisowi towarzyszył jego partner Marc Ribera, kamerzysta (i jak się okazało później, pilarz), dzięki czemu mógł się skupić na występowaniu i tańczeniu po mieszkaniu. I znów, jak w przypadku Calizy, muzyka Evripidisa zauroczyła mnie od pierwszych dźwięków.



Widziałem jeszcze kilkanaście koncertów, codziennie coś się dzieje nie tylko na Cuarentenie, kwarantanna nie pozbyła problemu nadmiaru i ciężkich wyborów, z których najmilej wspominam ten Pavvli. Ponownie uroczo amatorski, widać, że muzycy uczą się tej formy wirtualnego obcowania z widzami, że trzeba inaczej utrzymywać uwagę, nie widząc ich. A jednak taka intymna obecność to coś odświeżającego, może do łask wrócą małe, kameralne koncerty, gdy to wszystko się już skończy. Choć, oczywiście, możemy się obudzić w rzeczywistości, kiedy na koncerty w realu będą mogą sobie pozwolić najwięksi, a najmniejszym zostanie tylko internet.

środa, 18 marca 2020

Stabilna prowizorka




Melati Malay pochodzi z Indonezji, z najludniejszej wyspy świata, Jawy, Mieszka w Nowym Jorku, gdzie gra w indiepopowym zespole Young Magic. Przynajmniej raz w roku wraca na rodzinna wyspę. W 2018 roku w podróż wybrali się z nią nowojorscy koledzy Tristan Arp i Kaazi. Niedaleko rodzinnego domu Melati i jej dwóch towarzyszy rozstawili studio. Tymczasowe, tak jak tymczasowa miała być ich muzyka.

Melati już w Young Magic czerpała ze swojej rodzimej tradycji (ale nie tylko jej, razem z pochodzącym z Australii Isaakiem Emmanuelem sięgali po różne sample muzyk tradycyjnych z całego świata), czego kulminacją był wydany trzy lata temu Still Life. Z Asa Tone kontynuuje ten kierunek, ale w dużo mniej przebojowy sposób. Temporary Music stoi na rozstaju między zachodnimi eksperymentami, post-minimalizmem, ambientem a jawajską gamelanową tradycją. Skonstruowana przez nich hybryda jest bardzo naturalna, znajdowanie wspólnych mianowników między - wydawałoby się - odległymi idiomami przychodzi im niezwykle łatwo. Nie tylko dlatego, że post-minimalizm dużo zawdzięcza muzykom niezachodnim. Malay, Arp i Kaazi starają się traktować wszystkie elementy tak samo. Oczywiście, to muzyka zachodnia, ale wchodząca w dialog z gamelanem, czerpiąca z niego rytmiczne struktury czy brzmienia. Nigdy jednak nie ma wrażenia, że ten drugi element jest wciskany na siłę czy egzotycyzowany. Syntezatory i metalofony brzmią ze sobą harmonicznie, dopełniają się. Ich połączenie brzmi bardzo naturalnie.

Asa Tone grają muzykę, pełną zapętleń, powtórzeń motywów i fraz. W  ucieczce od nudy pomaga fakt, że mają zmysł do ładnych, kojących melodii. To muzyka jednocześnie wielkiego miasta, jak i samego serca lasu tropikalnego. Pełna spokoju i wytchnienia, ale gdy trzeba dynamiczna. Trochę kalejdoskopowa. Jedyne, czego trochę szkoda, to to, że utwory są krótkie, że nie pozwalają im się rozwinąć, popłynąć w nieznane. Zostawiają po sobie nieznośny niedosyt, zbyt szybko przerywają narrację.

Zgodnie z tytułem, Temporary Music można by potraktować jako wprawki, nieukończone szkice. W końcu powstały w kilka dni podczas improwizowanych sesji, z których później już w Nowym Jorku wykroili najciekawsze fragmenty. A jako wprawki można by je łatwo przeoczyć. To byłby błąd, choć nie jest to płyta idealna, warto się w nią wsłuchać i odpocząć od zgiełku codziennego życia.



wtorek, 17 marca 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 17 III 2020


Dzisiaj było zdecydowanie mniej gadania niż muzyki, dlatego zmieściło się aż 12 i kawałek piosenki. Trochę marcowych nowości, sporo grania z singli. Wszystko pełne lata i radości, bo rzeczywistość jaka jest.

1. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
2. Marina Satti - Mantissa (Mantissa)
3. Mauvais Œil - Salam Salomé (Salam Salomé)
4. Baharat - On the Way to Wedding (The Egyptian)
5. Los Bitchos - Pista (The Great Start) (Pista (The Great Start))
6. Los Bitchos -  Frozen Margarita (Pista (The Great Start))
7. Mameen 3 - Kudreda (Kudreda)
8. Mameen 3 - Mamermaids (Kudreda)
9. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Hoş Geldin (Peeping Through The Porthole)
10. Graham Mushnik featuring his Group Martini - Group Martini's Theme (Peeping Through The Porthole)
11. Konstantinos Aigiros - Ximeromata (To Kati Parapano)
12. Yumi Zouma - Southwark (Truth or Consequences)
13. Idrissa Soumaoro et l'Eclipse de I.J.A. - Fama Allah (Le Tioko-Tioko)

piątek, 13 marca 2020

Morska muzyka



Kocham morze. Stały rytm fal, przypływów i odpływów ma w sobie coś uspokajającego hipnotyzującego, ale też każde uderzenie fal o kamienie przypomina, że chwilowy spokój może zmienić się w niszczycielski żywioł. Nawet takie małe, niewydarzone i zimne jak Bałtyk. A może właśnie dlatego, że jest takie nietypowe, lubię je szczególnie. Najbardziej po sezonie, kiedy nawet Gdynia zapada w letarg. Miejska plaża i bulwar nadmorski w lecie pełne tak, że ledwo da się przejść, w listopadzie czy grudniu są prawie wymarłe. Zresztą, gdy jest gorąco i tłoczno, też to miasto uwielbiam.

Między innymi dlatego tak bardzo lubię Kiev Office, zespół będący emanacją Gdyni, a teraz i całego Pomorza. Już tytuł ich siódmego albumu, Nordowi Môl, wyznacza nowy kierunek, po raz pierwszy bezpośrednio sięgają do kaszubszczyzny. A to dopiero początek. Jeszcze wyraźniej niż wcześniej kierują się ku lokalności, wyciągają zapomniane historie, inspirują się historią regionu i dziewiętnastowiecznymi reportażami o życiu helskich rybaków. Michał Miegoń w dwóch utworach sięga po diabelskie skrzypce, kaszubski instrument ludowy, używany kiedyś przede wszystkim w obrzędach. Wreszcie, słychać też kaszubski, co prawda tylko w jednym fragmencie, ale to interpretacja ludowej piosenki. Na tym etapie powinniście wiedzieć, że jestem kupiony.

Nie chodzi o to, że Miegoń, Lewandowski i Wroński przebrali się w ludowe stroje, rzucili gitary w kąt i udają, że jest ten XIX wiek. Oni po prostu poszerzyli swoje inspiracje, ale nadal grają bardzo współczesny rokendrol. Trochę w tym post-punku, trochę lokalnej, trójmiejskiej sceny, szczypta noise rocka. Chyba też dali sobie więcej swobody, wydłużyli piosenki, wprowadzili miejsce na instrumentalne, momentami ilustracyjne pasaże czego apogeum jest w najlepszym fragmencie płyty, ponaddziesięciominutowej Abrazji. Zanurzyli się w Bałtyku po uszy. Jeszcze bardziej niż wcześniej w każdym dźwięku słychać wiatr od morza. Skąpane w echach gitary raz brzmią jak delikatna bryza letnim wieczorem na molo w Orłowie, innym razem to wiuga przynosząca sztorm i fale podcinające redłowski klif.





Trudno nie pisać o Nordowim Môlu bez chociażby wspomnienia o innej emanacji gdyńskości, Lonker See. Oba zespoły łączy wiele, od podobnego zakochania w rodzinnym mieście, przez Joannę Kucharską, która opuściła Kiev Office, by w całości skupić się na Lonkerach, podobny ładunek psychodelii, aż do wspólnych płyt Michał Miegonia i Bartka Borowskiego, lidera Lonker See (Jellyfishes Diary, choć ma już siedem lat to niedościgniony wzór morskiej muzyki).

Lonker See (nazwę biorą od Jeziora Łąkiego) bardziej niż na morze patrzą na kosmos i wychodzi im uduchowiony space rock ze sporą dawką jazzowych improwizacji. Tak przynajmniej było do tej pory, bo Hamza to bardziej przyziemne, osadzone na solidnych riffach granie. Jeszcze nie piosenkowe, ale już nie oparte tylko na improwizacji. Lonkersi w przeciwieństwie do Kiev Office nakładają na siebie ograniczenie szaleństwa. Pozwalają sobie na pewną przebojowość. No, przebojowość w kontekście do ich wcześniejszych odjazdów, bo takie Open & Close to Lonker See w pigułce - od melodii do hałasu przez jazzowe odloty.

Gdynia dosłownie pojawia się tylko raz, w tytule jednego utworu, ale nie da się zapomnieć, że Lonker See powstali na gruzach najbardziej gdyńskiego zespołu, 1926. Słychać w tej muzyce stocznię i port, przed oczami mam niebo pocięte trakcją trolejbusową i maszty żaglowców. Lonker See przenoszą swoje miasto w psychodeliczny świat, gdzie niebo ma wiecznie barwę taką, jak tuż po zachodzie słońca, a morze mieni się tysiącem barw.

Tęskno mi nad morze.