środa, 20 lutego 2019

Saba Alizadeh - "Scattered Memories"



Skąd pochodzi najlepsza muzyka eksperymentalna? Odpowiedź na to pytanie coraz częściej powinna brzmieć: z Iranu. Sote, Siavash Amini, fantastyczna kompilacja Girih prezentująca mnogość irańskiego soundartu to przykłady z kilku ostatnich lat. A przecież Dariush Dolat-Shahi już w latach 80. ubiegłego wieku nagrał fenomenalny album o wiele mówiącym tytule Electronic Music, Tar and Setar, który fantastycznie łączy zachodnią awangardę z perską tradycją.

W ten nurt wpisuje się debiutancki album Saby Alizadeha, syna jednego z najwybitniejszych współczesnych muzyków irańskich, Hosseina, w przeciwieństwie do ojca - wirtuoza taru i setaru -grającego na kamanczy, instrumencie daleko spokrewnionym z europejskimi skrzypcami. Saba zwykle grywa z ojcem, razem z nim kultywuje tradycję, a solowo spełnia się w bardziej eksperymentalnej odsłonie. To rzadkość w dzisiejszych czasach, ale gdy przeczytałem o Scattered Memories w podsumowaniu roku na beehype i chciałem go słuchać, nie udało mi się znaleźć żadnych nagrań, nic. Ani na YouTube, ani w streamingach. Ale już jest, wydany w cyfrze i na winylu przez berlińską Karlrecords (w innej wersji niż pierwotna).

Łączenie tych dwóch światów - eksperymentalnej elektroniki z pogranicza soundartu i rodzimej tradycji - przychodzi Alizadehowi niezwykle łatwo i wdzięcznie. Dźwięki kamanczy (raz traktowanej smyczkiem, innym palcami) i setaru toną w pogłosach i efektach, przechodzą w szumy i trzaski (ale nie tak radykalne, jak w przypadku Sacred Horror in Design Sote), zlewają się z nimi w jedno. W spokojniejszych momentach, jak “Dream”, słychać pokrewieństwa ze wspomnianym już albumem Dolat-Shahiego. Alizadeh też sięga po nagrania terenowe, które zakotwiczają kompozycje w kontekście przestrzeni.

To właśnie przestrzeń jest tym, co spaja Scattered Memories, muzyka na niej jest niezaprzeczalnie irańska. Ogromna, obezwładniająca przestrzeń smaganych wiatrem z górami widniejącymi hen, na horyzoncie. Czuć ją chyba nawet w tak zatłoczonych miastach, jak Teheran. jakby cały czas czaiła się gdzieś z tyłu głowy, chowała się w kącie oka, na granicy pola widzenia. W tych dźwiękach zapisane jest także ostre, białe światło słońca odbijające się od pustyni, palące i niemiłosierne.

Scattered Memories lokują się gdzieś między ścieżką dźwiękową Neila Younga do Truposza Jima Jarmuscha, Jerusalem in My Heart (słychać pokrewieństwo przede wszystkim z If He Dies, If If If If If If), a klasyczną muzyką perską, której w tej układance jest w sumie najmniej, ale tworzy podwalinę, na której Alizadeh tworzy swój muzyczny język. Język wciągający, intrygujący, chropowaty, ale w swojej surowości niezwykle piękny.




wtorek, 8 stycznia 2019

2018: teksty



Na blogu w zeszłym roku pisałem rekordowo mało, średnio jeden wpis w miesiącu, za to wszędzie indziej pisałem całkiem sporo. O wielu rzeczach, o których chciałem, nie udało mi się napisać, kilka tekstów utknęło w fazie szkiców, albo luźnych pomysłów, kilka rzeczy czeka jeszcze na publikację. Zebrało się jednak tego tyle, że w przeciwieństwie do poprzednich lat, kiedy tylko wypisywałem listę tekstów, z których byłem najbardziej zadowolony, postanowiłem pogrupować je tematycznie.

Królestwo streamingu

Dużo pisałem w zeszłym roku o nie do końca muzycznych aspektach rynku muzycznego. Tematem przewodnim były rządy cyfry - w POLITYCE kreśliłem krajobraz streamingu w przeddzień wejścia Spotify na nowojorską giełdę, rok skończyłem szerszym spojrzeniem w dwutygodniku na to, jak cyfrowa rewolucja i wszechobecne algorytmy wpływają na słuchanie muzyki i muzykę samą w sobie. Po drodze mówiłem o streamingu w Czwórce i dla POLITYKI przybliżyłem aferę związaną ze sztucznym zawyżaniem cen biletów na największe koncerty (i jaką rolę odgrywały w niej m.in. boty).

Retromania po polsku

W roku stulecia odzyskania niepodległości, trend odwoływania się do historii polskiej muzyki rozrywkowej przybrał jeszcze na sile. W dwutygodniku pisałem o czterech płytach jeszcze z 2017 roku czerpiących z muzyki przedwojnia, w Gazecie Wyborczej opisałem historię Noama Zylberberga i jego Małej Orkiestry Dancingowej, z kolei w Gazecie Magnetofonowej zrecenzowałem ich debiut oraz album Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis, czyli nowego wcielenia Jazz Bandu. Warszawska Orkiestra Sentymentalna wydała w zeszłym roku dwie płyty, ale o nich już nie zdążyłem napisać. Retromania Reynoldsa nie mogła wyjść po polsku w lepszym momencie.

Muzyka ludu

Piotrek Kowalczyk podsumowując rok w muzyce dla dwutygodnika, napisał o folkofobii i folkofilii, wymieniając moje dwa teksty - polemikę z felietonem prof. Hartmana i długaśny wywiad z Dorotą Murzynowską o ruchu muzyki tradycyjnej w dużych miastach. Adam Strug natomiast w równie długiej rozmowie dla Gazety Magnetofonowej opowiedział mi o swoich pasjach - muzyce polskiej, muzyce Bliskiego Wschodu, Leśmianie, ale też kondycji artysty-rzemieślnika, edukacji i współczesności.

Panie

Najlepszą polską płytę nagrały Rycerzyki, których wielką siłą jest Gosia Zielińska, jej wokal oraz jej teksty. O tym, co zainspirowało Traces opowiedziała mi Karolina Rec w (kolejnej) długiej rozmowie dla Gazety Magnetofonowej, Aleksandra Grunholz zdradziła, czemu lubi przedstawienia diabła, a dziewczyny z Drekotów rozmawiały o brzmieniu słów i dziewczyńskości. Nadal nie rozumiem fenomenu Siksy.

Panowie

Trochę rozczarowuje fakt, że w ubiegłym roku za mało mówiło się o Piotrze Kalińskim. Gdański muzyk wydał kilka fenomenalnych płyt - EP Janki, długograj Ffrancis i debiut Nanook of the North, opowiedział mi o nich na łamach Magnetofonowej. Marcin Masecki miał kolejny świetny rok - poza Fogg. Pieśniarz Warszawy wydał świetne Ragtime z Jerzym Rogiewiczem (pisałem o niej do Gazety Magnetofonowej) i porażająco piękne interpretacje polskich kolęd po arabsku z Barbara Kingą Majewską. Do tego pan Rogiewicz dołożył swoje dobre na perkusję, a pan Noon porozmawiał ze mną i o nowej płycie, Grammatiku, pracy producenta i wydawcy. Chłopaki z the Spouds podsumowali 10 lat. Nic nie pisałem o Dawidzie Podsiadło, ale bardzo podoba mi się jego płyta.

Muzyka skądinąd

Mimo że rok upłynął mi przede wszystkim na pisaniu o rodzimej muzyce, udało mi się trochę napisać o muzyce “niepolskiej”, choć często przez nasz pryzmat. Porozmawiałem z Jacques’em Greene’em przy okazji jego koncertu na OFFie, napisałem, dlaczego najnowsza płyta A Hawk and a Hacksaw jest najlepsza w ich karierze (i niedługo wreszcie opublikuję wywiad), ucieszyłem się powrotem Bombino do formy, dwukrotnie napisałem o płytach reinterpretujących lokalne tradycje. Piotr Cichocki opowiedział mi o muzyce wiejskich regionów Malawi i Tanzanii, a Kornelia Binicewicz o kobietach w muzyce tureckiej w drugiej połowie XX wieku. Wywiadem pożegnałem się z Janką Nabay. W końcu udało mi się napisać (dość zwięzły) profil Johna Darnielle'a, ale na katowicki koncert the Mountain Goats ostatecznie nie dojechałem.

Nie tylko muzyka

Z pozamuzycznych tematów - napisałem o incelach i fenomenie karcianki Magic: the Gathering do POLITYKI.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Z narodzenia

Zacznę od małego coming outu. A nawet dwóch. Ja naprawdę lubię kolędy. Może wynika to z tego, żę dziecięciem będąc, śpiewałem w Warszawskim Chórze Chłopięcym i Męskim przy UMFC. Między wykonywaniem Jutrzni czy Credo Pendereckiego, wyjazdów na Wratislavia Cantans, chór w okresie świątecznym zajmował się przede wszystkim koncertami kolęd. Najbardziej z tego czasu pamiętam ćwiczenia, żeby wyraźnie wymówić "którzy trzód swych strzegli" z Gdy się Chrystus rodzi, choć od tamtych dni mija właśnie 20 lat.

Jak co roku, pod koniec listopada zaczyna się wysyp świątecznych płyt. Jednych lepszych, innych gorszych, dwie wśród nich są wyjątkowe.



Za polskie kolędy - o których historii rozmawiałem dwa lata temu do "Gazety Magnetofonowej" z dr. Tomaszem Nowakiem - zabrał się duet Barbary King Majewskiej i Marcina Maseckiego. Zrobili to dokładnie tak, jak można było się tego po nich spodziewać (o Taratil ‘id al milad pisałem też już tegorocznego zimowego numeru Gazety Magnetofonowej). Oboje lubią dekonstruować, zmieniać znaczenia, robić zamachy na świętości. W tym wypadku jeden zabieg ustawia całą narrację o projekcie. Majewska śpiewa - podkreślam - polskie kolędy w arabskim dialekcie z okolic Aleppo. I już wszystko wydaje się jasne. Józef i Maria z małym Jezusem musieli uchodzić z Palestyny do Egiptu. Uciekali dokładnie tak, jak tysiące Syryjczyków uciekających z kraju targanego wojną domową trwającą już prawie osiem lat. Jednak wybór tego konkretnego dialektu ma jeszcze jedno znaczenie. Aleppo i okolice przed wybuchem walk były największym skupiskiem chrześcijan w Syrii.

Za decyzją lingwistyczną poszła decyzja muzyczna. Wielka radość zmienia się w wielki smutek. Kolędy przenieśli w skale molowe, przez co nabierają charakteru skargi. Rozwlekłe, oszczędne granie Maseckiego koresponduje z powolnie śpiewanymi frazami przez Majewską. Efekt jest po prostu porażający, bliski temu, co Majewska zaśpiewała w Warszawo ma na płycie Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis. Sześć kolęd, najdłuższa z nich trwa ponad dwanaście minut wypełnionych smutkiem i podskórnym gniewem na zadowoloną z siebie Europę. Pisałem to już w swojej recenzji tej płyty dla Gazety Magnetofonowej, powtórzę to i tutaj. To jedna z najważniejszych tegorocznych premier, nie tylko wśród płyt świątecznych.




Dużo lżejszy ciężar mają interpretacje kolęd Jerzego Rogiewicza, który jak cień podąża za Maseckim nie tylko grając ragtime, choć trzeba przyznać, że na pomysł grania kolęd wpadł wcześniej, bo pierwsze koncerty z tym materiałem grał już pięć lat temu. Idea Kolęd jest jednak równie karkołomna - Rogiewicz gra je na klasycznym zestawie perkusyjnym z kilkoma dodatkami w stylu dzwonków, czy cytry akordowej, a duża część materiału jest improwizowana.

Z tego powodu łatwiej kolędy rozpoznać po tytułach odnoszących się do tekstów niż po samej muzyce. Szczególnie tam, gdzie Rogiewicz nie korzysta z instrumentów melodycznych, a opiera się na samym rytmie. Dużo w tych utworach jazzowego ducha, dezynwoltury, czasem pędzenia na złamanie karku, czasem zamyślenia. To interpretacje intrygujące, wciągające i nieoczywiste. Rogiewicz, podobnie jak duet Majewska/Masecki, wyciąga kolędy z przezroczystości, zwraca na nie należytą im uwagę, to w końcu pieśni, które znają tak naprawdę wszyscy. I znów pojawia się pytania, na ile dobrze je znamy? Niby są tak bardzo wdrukowane w zbiorową świadomość, a jednak można sprawić, że staną się prawie nierozpoznawalne i tajemnicze. Tak jak tajemnicza była ta szczególna noc w Betlejem.


piątek, 23 listopada 2018

Muzyka z "pomiędzy"


Żyjących na marginesie chłopaków poznał prowadzący w Mzuzu badania terenowe dr Piotr Cichocki. Spotkanie z nimi nakłoniło go założenia labelu 1000Hz i wydawania muzyki, którą poznawał podczas swojej pracy naukowej. O tym, dlaczego wybrał Malawi, jako teren swoich badań, o społecznych i religijnych aspektach wykonywania i słuchania muzyki opowiedział mi w wywiadzie, który możecie przeczytać w Dwutygodniku (pod świetnym tytułem "600 uderzeń na minutę").

Cichocki opowiedział mi także o swojej pracy z Tonga Boys. O ile ich pierwsza płyta to w zasadzie nagranie terenowe, nieedytowane, tak Vindodo można nazwać pierwszym, prawdziwym albumem Tonga Boys. Może jeszcze nie studyjnym, ale z pewnością nie jest to nagranie etnograficzne, bowiem w przestrzeń wchodzi jak najbardziej zachodnia elektronika. Na prośbę członków zespołu ubarwił ich kompozycje nienachalnymi, ale bardzo sugestywnymi syntezatorowymi plamami i syntetycznym rytmem. Do pomocy zaprosił Wojtka Kucharczyka i Czarnego Latawca, każdy z nich dodał coś od siebie do jednej piosenki.



W efekcie otrzymujemy jedną z najciekawszych tanecznych płyt roku, z jednej strony jednoznacznie przypisaną do regionu, ale z drugiej wyrywającą się z niego w przestrzeń, jak to określa sam Cichocki, pomiędzy. I to jest w niej najbardziej fascynujące - dodanie do niej warstwy elektroniki nadaje jej delikatnie klubowego sznytu i tylko podkreśla jej osobność.



Historia Tonga Boys przypomina trochę inny malawisjki zespół, Malawi Mouse Boys. To też społeczne wyrzutki, żyjący na skraju nędzy, nawet jak na warunki jednego z najbiedniejszych państw świata. Utrzymują się z przydrożnej sprzedaży grillowanych gryzoni (stąd nazwa). Ich też znalazł zachodni producent, Ian Brennan, i tak samo dał im wolną rękę, nie majstrował wiele przy ich oszczędnym, akustycznym gospel.



Najnowszy album Malawi Mouse Boys, Score for a Film About Malawi Without Music From Malawi radykalnie odchodzi od tego, co grali wcześniej. Nie wiem, w jak dużym stopniu jest to wpływ Brennana, ale chłopaki nagrali krótką, bo ledwie dwudziestotrzyminutową, w pełni eksperymentalną płytę. I tak samo jest ona przywiązana do ziemi, a jednocześnie oderwana od geograficznego kontekstu. Za pomocą tego, co jest pod ręką - własnoręcznie wytworzonych gitar, drutów, blach - Malawi Mouse Boys stworzyli muzykę, której nie powstydziłyby się Małe Instrumenty i bez problemu mogłaby się znaleźć w katalogu nieodżałowanej BDTA albo wyjść w jakiejś niszowej kasetowej wytwórni. Zaledwie w kilku momentach przywołują delikatne brzmienie, z którego są znani.

Dlatego, choć to muzyka fascynująca i obezwładniająca, nie dziwię się, że ostatecznie nie została wykorzystana w filmie, do którego została napisana.


Równie eksperymentalna jest ścieżka dźwiękowego do nowego filmu zrealizowanego przez Chrisa Kirkleya w Agadezie. Po tuareskiej interpretacji Purple Rain przyszedł czas na pierwszy tuareski psychodeliczny western.

Za oprawę muzyczną Zerzury odpowiada grający jedną z ról w filmie gitarzysta Ahmoudou Madassane. Składają się na nią przede wszystkim gitarowe impresje równie mocno zanurzone w tuareskiej tradycji, co w amerykańskich eksperymentalnych poszukiwaniach opartych na bluesie i folku z elementem noise'u. Tak, słychać echa Dead Man Neila Younga. Ponownie, nie wiem, na ile jest to wpływ Chrisa Kirkleya i amerykańskich muzyków, w tym Marisy Anderson, którzy pracowali z nim nad tą ścieżką dźwiękową.



Jaka by nie była przyczyna, Madassane nagrał bardzo odświeżającą płytę. Wyrwał się z okowów krepujących większość tuareskich gitarzystów - Tinariwen i poszukał własnego języka. Dźwięki gitary mieszają się z nagraniami terenowymi, dźwiękami Mooga. Madassane co i rusz zbliża się tradycji, by zaraz się od niej odbić w rejony bliższe wolnej improwizacji, czy nawet ambientowych plam.

Właśnie to balansowanie między geograficznym i kulturowym zakotwiczeniem a nieokreślonością łączy te trzy albumy. 

środa, 7 listopada 2018

Powidoki

Utkane ze skrawków starych tureckich popowych piosenek Loopworks Koraya Kantarcioğlu są niczym powidoki w wersji dźwiękowej. Skąpane w pogłosach i efektach pętle to odbicia oryginałów. Zniekształcone, surrealistyczne, splątane jak sny zaraz po przebudzeniu.

Wszechobecne, długie echo nadaje tym sucho i technicznie nazwanym utworom mistycznego charakteru. Może to nawet nie tyle marzenia senne, co głosy z zaświatów uwięzione w taśmie (Loopworks pierwotnie ukazało się na kasecie). Szumy trzaski, rozchodzące się jak pod wodą dzięki, hipnotyzujące, stałe i zmieniające się zarazem nie wydają się stworzoną ludzką ręką.

Loopworks to także głos z przeszłości, czyli właściwie nadal z zaświatów. Mimo daleko idącej ingerencji, czasem daje się rozpoznać popowe i folkowe pochodzenie oryginałów. Dwukrotnie Kantarcioğlu układa wręcz coś na kształt piosenki, te fragmenty to 263 Loop i ATLAS, który kończy album. Wart uwagi jest szczególnie ten drugi utwór - przywołuje obraz orszaku idącego zboczem zielonego wzgórza, powoli znikającego za ukrytym we mgle horyzontem. Znikającego jak powoli zapominana przeszłość.



Podobnie “powidokowy” jest inny album przypomniany przez Discrepant Records (warto śledzić ich działalność), Make Mine, Macaw Spencera Clarka, ukrywającego się pod pseudonimem Monopoly Child Star Searchers. Tak samo to powidoki innego świata, oddalonego jednak przede wszystkim geograficznie.



Clark tworzy własną wersję tropików, w której odbijają się przede wszystkim Karaiby i Ameryka Łacińska. Na “etnicznie” brzmiących rytmach tka syntezatorową opowieść. Z jednej strony jest leniwie, rozciągliwie, z drugiej - dyskretnie tanecznie. Jeśli to sen, to lepiej zapamiętany i ustrukturyzowany. Choć nadal, jak na sen przystało, nie zawsze jasny i zrozumiały. Może to drzemka za dnia, albo sen na jawie. Przyjemny i miły.

Pięć długich utworów funduje wycieczkę do świata, pełnego psychodelicznych, ale pastelowo wyblakłych kolorów. To one łączą najmocniej Make Mine, Macaw i Loopworks.