środa, 7 sierpnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 06 VIII 2019

Rzadki moment, kiedy Makaveli stoi w miejscu

Aż chciałoby się napisać "raz, raz, raz - próba mikrofonu". Wszystko dojechało, przemówiłem do was, ale - wiadomo - przez to zrobiło się mniej miejsca na muzykę. Wróciłem z OFFa, zabieram się za pisanie relacji i spisywanie wywiadów, z sześciu zaplanowanych udało się zrobić dwa. Porozmawiałem z Boogarins i Juanem Wautersem. Z tymi pierwszymi krócej, bo zrobiła się do nich kolejka dziennikarzy, z tym drugim dłużej. Efekty, mam nadzieję, już niedługo. O najlepszych koncertach tegorocznej edycji opowiadam trochę w audycji.

1. Cucoma Combo - Passa Passa (Cucoma Combo)
2. Bamba Pana & Makaveli - Linga Linga (Poaa)
3. Bamba Pana - Biti Six (Poaa)
4. Jako Maron - Maloya Valsé chok 1 (The electro Maloya experiments of Jako Maron)
5. Boogarins - Sombra ou Dúvida (Sombrou Dúvida)
6. Susso - Son Kunda (Keira)
7. iZem - Water (Hafa)
8. KOKOKO! - Zala Mayele (Fongola)
9. Javva - Sentinel (Balance of Decay)


wtorek, 23 lipca 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 23 VII 2019

fot. Marek Sałatowski

Znów nie można było mnie usłyszeć, za co was bardzo przepraszam. Mikrofon jest już w drodze i za dwa tygodnie już na pewno się do Was odezwę.

Dzisiejszy set zaczął się od dwóch nowości, które w pewien sposób reinterpretują tradycję. Opla to duet Huberta Zemlera i Piotra Bukowskieg, o których płycie Obertasy bardzo ładnie napisał Jacek Świąder. W sobotę grają premierowy koncert w Wołowcu. Gdybym był w okolicy, to bym poszedł. Druga nowość to kolejna podróż Jorgosa Skoliasa w stronę muzyki greckiej. Tym razem z Jarosławem Besterem biorą się za rebetiko. Na głos i akordeon, rzecz jasna. O ich wspólnej płycie, Rebetiko Poloniko piszę w nowym numerze Gazety Magnetofonowej, który już niedługo.

Po nowościach krótki przelot po muzyce greckiej i tureckiej, od mojej ukochanej interpretacji Uskudar przez nagrania archiwalne i romskie wesele w Stambule do trapowo-elektronicznej interpretacji rebetiko z Marsylii (więcej o EPce Johana Papaconstantino pisałem tutaj).

Cały zeszły tydzień spędziłem na Globaltice, dwa dni byłem tłumaczem francuskiego, ale też miałem czas na koncerty. Bombino nie zawiódł, mimo problemów ze zdrowiem i z każdym kawałkiem grał coraz bardziej ekstatycznie i psychodelicznie, siekając fantastyczne solówki (a jak gra, możecie zobaczyć na zdjęciu wyżej). Gyedu-Blay Ambolley, choć dostojny, rozkręcił doskonałą imprezę i ze swoim Sekondi Band zagrali najdłuższy koncert festiwalu. Dobrze mi się z tym zgrał fragment z Horizon Trash Kit, zespołu Rachel Aggs, którą poznałem dzięki fantastycznemu debiutowi Sacred Paws. Wyczekany, pierwszy polski występ Gaye Su Akyol nie zawiódł, również dzięki tureckim studentom w pierwszych rzędach.

Na koniec zostały dwie reedycje. Abdallah Ag Oumbadougou to jeden z herosów tuareskiego gitarowego grania, jego kawałki gra chociażby Bombino. W 1995 w Beninie nagrał Anou Malane, które bardziej niż Tinariwen przypomina elektroniczne wycieczki Mdou Moctara (choć wiadomo, że inspiracje szły w drugą stronę). We wrześniu ten album przypomni niezastąpione Sahel Sounds. I wreszcie fragment z Disco Jazz Rupy Biswas, bengalskiej wokalistki, która miała szansę na karierę w Bollywoodzie, ale została naukowczynią. Swój jedyny album nagrała podczas wakacji u rodziny w Kanadzie.

Do usłyszenia za dwa tygodnie.

1. Opla - Zofia (Obertasy)
2. Skolias & Bester - Ime prezakias (Rebetiko Poloniko)
3. A Hawk and a Hacksaw - Uskudar (Cervantine)
4. Kitsos Harisiadis - Frasha (Lament in a Deep Style 1929-1931)
5. Kostas Dousas - Manolakis O Hasiklis (Greek Blues in America vol. 2)
6. Cüneyt Sepetçi & Orchestra Dolapdere - Bahriye Ciftetellisi (Bahriye Ciftetellisi)
7. Johan Papaconstantino - Tsifitetelix (Contre-Jour)
8. Trash Kit - Disco (Horizon)
9. Gyedu-Blay Ambolley - Teacher (Ketan)
10. Gaye Su Akyol - Biliyorum (Develerle Yaşıyorum)
11. Group Bombino - Boghassa (Guitars From Agadez Vol. 2)
12. Abdallah Ag Oumbadougou - Thingalene (Anou Malane)
13. Rupa Biswas - East West Shuffle (Disco Jazz)


wtorek, 9 lipca 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 09 VII 2019



Ostatnią autorską audycję poprowadziłem prawie sześć lat temu w Radiu Aktywnym. To był październik 2013, audycja nazywała się Uskudar, jak dzielnica Stambułu i melodia śpiewana od Belgradu do Kuala Lumpur. Przez cztery lata (prawie) co tydzień opowiadałem o muzyce niszowej i niezachodniej. Czyli o tym, o czym jest ten blog.

A teraz wracam w eter. Z inną audycją (ale idea zostaje ta sama), do innego radia, co dwa tygodnie. Do powrotu za mikrofon przekonał mnie Janek z Mondoj, świetnego kasetowego labelu. Kilka tygodni temu ruszyło społecznościowe, internetowe Radio Kapitał i właśnie w nim będziecie mnie usłyszeć regularnie. Pierwsza audycja Na obrzeżach właśnie się odbyła, choć może lepiej byłoby napisać pierwszy miks, bo od Warszawy dzieli mnie teraz ponad tysiąc kilometrów i tu gdzie jestem, nie dorobiłem się jeszcze mikrofonu, ale mam nadzieję, że za dwa tygodnie usłyszycie, jak mówię o tym, co zajmuje mnie już ponad dziesięć lat.

Pierwsze wydanie audycji to też próba podsumowania pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku w muzyce. Z 15 ulubionych płyt wybrałem po jednym fragmencie.

1. Carlo Giustini - Se tutto precipitasse (Le voci dal Balcone)
2. Lou-Adriane Cassidy - Poussière (C'est la fin du monde à tous les jours)
3. Beirut - Gallipoli (Gallipoli)
4. Flamingods - Mantra East (Levitation)
5. The Mauskovic Dance Band - Dance Place Garage (The Mauskovic Dance Band, recenzja)
6. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Kar Yağar (Kar Yağar, recenzja)
7. Altın Gün - Kolbastı (Gece, recenzja)
8. EABS - Południca (Slavic Spirits)
9. Mdou Moctar - Wiwasharnine (Ilana: The Creator, recenzja)
10. Hania Rani - Glass (Esja, recenzja, wywiad)
11. Msylma - Fanaa Ghada (Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum, recenzja)
12. Saba Alizadeh - Greetings to Earthfire (Scattered Memories, recenzja)
13. Sote - Brass Tracks (Parallel Persia)
14. Ustad Saami - God Is (God Is Not a Terrorist)
15. Sharon Van Etten - Stay (Remind Me Tomorrow, recenzja)



Do usłyszenia za dwa tygodnie na radiokapital.pl

czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunek muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



wtorek, 11 czerwca 2019

Psychodeliczna międzynarodówka

Berlin, Genewa, Amsterdam, Maastricht. A może Stambuł, Erzurum, Medellin, Kolombo i Sajgon?



W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).

Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.

Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.

Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.

Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.



W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.



The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.

Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.



Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.



Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Di kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.



Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.

Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.

“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.



Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.