wtorek, 4 lutego 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 4 II 2020


Wyzwolone kobiety, podejrzani mężczyźni. Kieliszki raki i nargile z haszyszem. Portowe dzielnice Stambułu, Smyrny, Aten i Nowego Jorku. Buzuki, gitary, zawodzące skrzypce i cymbały. Nieznośny ból serca. Te wszystkie elementy dają razem rebetiko. Często porównywane do bluesa, ale bliżej mu do rzewnego fado, choć i to jest krzywdząca opinia. Rebetiko to niezwykła mieszanka muzyki europejskiej, greckiej, tureckiej i arabskiej. Sięgnąłem do jej korzeni, przyjrzałem się, jak zmieniała się w Ameryce, sprawdziłem też, jak rezonuje w dzisiejszej muzyce greckiej.

1. Marika Papagika - Sta Vervena Sta Giannena (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
2. Rita Abatzi - Μη με στέλνεις μάνα στην Αμερική (I'm Burning, I'm Burning)
3. Jorgos Katsaros - Ο ντοκτορ (George Katsaros: Greek Blues in America, Vol. 1)
4. Dimitris Mystakidis - Ο ντοκτορ (Amerika)
5. Kostas Dousas - Μανωλις ο Χασικλης (Kostas Dousas: Greek Blues in America, Vol. 2)
6. Dimitris Mystakidis - Μανωλις ο Χασικλης (Amerika)
7. A. Kostis - Giannis Hasiklis (The Jail's a Fine School)
8. A. Kostis - I Fylaki Einai Scholeio (The Jail's a Fine School)
9. Marika Ninou - I Ached in My Heart (The Sun is Setting on the World)
10. Yiota Lydia - Badworld (The Sun is Setting on the World)
11. Çiğdem Aslan - Vale Me Stin Agalia Sou (Mortissa)


Muzyka totalna


Moim pierwszym koncertowym spotkaniem z muzyką Wacława Zimpla nie był przywoływany przeze mnie w Dwutygodniku ostatni koncert Hery, ale ten występ z plakatu. Z Maalemem Moktarem Ghanią i Pawłem Szpurą. Dosłownie kilka dni później widziałem go w tym samym miejscu z Giridharem Udupą (z którym później założą Saagarę), Jackiem Mazurkiewiczem i Fabrice'em de Graefem.

Pamiętam, że te dwa koncerty były zupełnie różne. Z Ghanią i Szpura Zimpel zagrał tanecznie i transowo. Muzyka podrywała do tańca i do tej pory nie wiem, po co były miejsca siedzące. Z Udupą i Mazurkiewiczem zagrali bardziej medytacyjnie, bardziej do siebie niż na zewnątrz. Łączył je rytm ,w końcu muzyka Afryki Zachodniej i Indii to królestwo rytmu, choć inaczej pojmowanego. I to on łączy te dwa koncerty z tym, co robi Wacław prawie siedem lat później. Choć muzykę gra zupełnie inną, to jednak w duchu podobną. A o jego najnowszej płycie, Massive Oscillations możecie przeczytać mój tekst w Dwutygodniku. Przy okazji polecam dwa wywiady, których udzielił niedawno Bartkowi Chacińskiemu i Kubie Knerze.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kto nie dostanie Grammy za rok



Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby choć trochę obejrzeć tegoroczne rozdanie nagród Grammy. Już nawet nie chodzi o to, że ceremonia była przeraźliwie nudna, jeszcze nudniejsza niż rozdanie Oskarów. Podzielona na dwie części, podczas pierwszej rozdano nagrody w większości kategorii - od kuriozalnie szczegółowych (jak Best Tropical Latin Album, nie zmyślam) do takich, które mogłyby spokojnie zmieścić się w głównej części.

Oglądałem jednym okiem i czekałem na kategorię, która mnie interesowała najbardziej, czyli Best World Music Album, a jakże. Trafiła się na samym końcu tej pierwszej, tylko streamowanej części, kiedy rozdawali nagrody taśmowo, a chyba połowa zwycięzców odpuściła sobie obecność (i ja im się nie dziwię). Nominowani byli Altin Gun, Burna Boy, Angelique Kidjo, Nathalie Joachim i Bokante. Najbardziej kibicowałem tym pierwszym, na nagrodę najbardziej zasłużyła Natalia Joachim swoją brawurową wizją haitańskiej muzyki poważnej. Wygrała Angelique Kidjo, trzeci raz w ciągu sześciu lat, za Celię, album, na którym śpiewa piosenki kubańskiej pieśniarki Celii Cruz, przenosząc je “z powrotem” do Afryki. To niestety słabsza pozycja w dorobku Beninki, ale wybór akurat tej płyty pokazuje, że akademia lubi najbezpieczniejsze wybory. Wróć, cała ta kategoria pokazuje, że bezpieczeństwo ma pierwszeństwo. I już naprawdę nie chce mi się pisać, że jest ona bez sensu - bo mamy tu anatolijski rock, muzykę klasyczną z wpływami Haiti, afropop, muzykę afrokubańską. Zresztą, dobór nominowanych pokazuje, jak wąsko traktowana jest muzyka świata. Muzyka latynoska raz się w niej się nie mieści, ma swoje własne kategorie, czasem trafiają się nominacje chociażby dla Caetano Veloso. Muzyka indyjska, chińska, środkowoazjatycka, arabska czy turecka pojawiają się incydentalnie w postaci naprawdę najważniejszych i najoczywistszych postaci. Dlatego obecność wśród nominowanych Altin Gun zaskakuje, ale chyba jest wypadkiem przy pracy niż zwiastunem nowej ery.

A już tak na marginesie - o tym, jak była to straszna ceremonia najlepiej świadczy występ Angelique Kidjo, która dwoiła się i troiła na scenie, żeby to zblazowane i znudzone towarzystwo choć trochę rozruszać.

Kibicowałem też Rosalii, szczególnie w kategorii Best New Artist, ale okazało się, że była bez szans w starciu z Billie Eilish, która w tym roku zgarnęła całą pulę (mniejsza o to, czy zasłużenie, czy niekoniecznie). Razem z siostrą nagrodę odebrał też Finneas, odpowiedzialny za produkcję When We All Fall Asleep, Where Do We Go?. Pomyślałem sobie wtedy, że już wiem, kto powinien odebrać nagrodę dla najlepszego producenta za rok. Raul Refree. Poświęciłem mu jeden odcinek audycji, ale od tamtego czasu wyszły dwa wyprodukowane przez niego albumy, a on zapowiedział kolejne.

W zasadzie, jeśli zajmujesz się muzyką tradycyjną z Półwyspu Iberyjskiego i okolic lub gitarowy folk i chcesz w swojej muzyce coś radykalnie zmienić, wypada się do niego zgłosić. No bo spójrzmy, to współpraca z nim przyniosła rozpoznawalność Rosalii w rodzimej Hiszpanii (oczywiście do światowego gwiazdorstwa, wyniosła ją El mal querer, płyta nagrana z El Guincho), to on produkuje od kilku lat albumy Lee Ranaldo, to on pomógł nagrać Richardowi Youngsowi. Stał się też twarzą eksperymentalnego podejścia do flamenco.

Jeszcze pod sam koniec zeszłego roku (ale według zasad Grammy, będzie się to liczyć do nominacji za 2020) premierę miał wspólny album Refree i Rodrigo Cuevasa, asturyjskiego wokalisty, Manual del Cortejo. To najbardziej popowa pozycja w obszernej dyskografii Refree. I, co może wydawać się trochę paradoksalne, najbliższa El mal querer. Syntetyczne dźwięki momentami wypierają gitarę, Refree z Cuevasem zostawiają często sam rytmiczny szkielet piosenek, automat perkusyjny współgra z kastanietami. Manual de cortejo zbiera muzykę z różnych regionów Hiszpanii, przede wszystkim rodzinnej Asturii Cuevasa i sąsiedniej Galicji. Rodrigo jest równie sprawnym i odważnym wokalistą, co Rosalia, łączy ich też kolorowy wizerunek. Cuevas wyciąga stare teksty, baśniowe opowieści, ale brzmieniowo jest to bardzo współczesna muzyka, pełna autotune’a, zapętleń. Im bliżej końca, tym muzyka się wygładza, nabiera krągłości w brzmieniu, ale nie traci na odwadze. Aż żal, że wyszła tak późno, bo powinna się znaleźć w większości podsumowań roku.



Powinna się w nich też znaleźć wspólna płyta Refree i Liny Cardoso Rodrigues, uznanej interpretatorki fado Amalii Rodrigues. Po latach zmagania się z tym repertuarem, potrzebowała odmiany, odświeżenia związku z tymi klasykami, które zna każdy Portugalczyk. Refree był idealnym wyborem, robił już podobne rzeczy z flamenco (nie tylko towarzysząc Rosalii, ale tez El Nino de Elche czy Sylvii Perez Cruz), choć z fado nie miał wcześniej styczności. A może właśnie dlatego ta współpraca jest tak udana. Fado to głos i gitara portugalska, nie mogą bez siebie istnieć. Co robi Refree? Stwierdza, że mu gitara zupełnie ni pasuje. Zamienia ją na baterię syntezatorów i keyboardów, pianino i akordeon. Otula nimi głos Liny. Podkreśla go dronami, delikatnymi arpeggiami, zanurza w ogromnej przestrzeni, daje mu wybrzmieć. To on ma być i jest na pierwszym planie. Nie da się od niego uwolnić, ani go zapomnieć. Głos Liny, pełen emocji, rozedrgany, łamiący się, ale silny, nie potrzebuje barwnych, skomplikowanych aranżacji, by błyszczeć. Refree to usłyszał, a że nie jest skrępowany zasadami gatunku, pozwolił sobie na taki ruch. Opłaciło się. Lina odkrywa na nowo repertuar, który zna dobrze, jak prawie nikt inny. Odkrywa przed sobą, odkrywa go dla świata.



To tylko albumy z ostatnich dwóch miesięcy (i nie wszystkie, nie wspominam tu o płycie z Richardem Youngsem). Za niecały miesiąc wychodzi wspólny album Refree i Lee Ranaldo oraz druga płyta Cocanhi, żeńskiego tria z Tuluzy zajmującego się oksytańską polifonią. Wydawać by się mogło, że Refree nie będzie miał tu dużo do roboty, to tylko wokale i perkusjonalia. A jednak właśnie w takich warunkach czuje się najlepiej i po dwóch fragmentach Puput słychać, że podkręcił muzykę dziewczyn, że razem z nim poszły w nową, nieoczekiwaną stronę. A właśnie to popychanie artystów, pomaganie im zrobienia kroku w nieznane cechuje najlepszych producentów. Do tego na szczęscie nie potrzeba Grammy.

wtorek, 21 stycznia 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 21 I 2020


Wiem, że zapowiadałem audycję bardziej jako przegląd po światowych obrzeżach hip hopu, ale na koniec zaserwowałem wściekłą elektronikę, przy której techno to zabawa dla małych, grzecznych dzieci. Cóż jednak mogłem innego zrobić, skoro już zaraz do Polski na kilka koncertów przyjeżdża reprezentacja Nyege Nyege, najlepszego labelu zajmującego się afrykańską elektroniką. Na szczęście na samiusieńki koniec posłuchaliśmy trochę "klasycznego" balani, więc zwolniliśmy do jakichś 200 uderzeń na minutę. Zacząłem natomiast leniwie, od dwóch kawałków Bodikhuu z jego podwójnej EPki Rio / Bodianova, o której pisałem tutaj.

1. Bodikhuu - Rio Beach (Rio / Bodianova)
2. Bodikhuu - Nova Start (Rio / Bodianova)
3. Jaubi - Dilla Taal (For J Dilla)  (The Deconstructed Ego)
4. Grup Ses & Ethnique Punch - Kulustur (Deli Divan)
5. Grup Ses & Electro Hafiz - Mega Hafiza 2 (Varyete)
6. Johan Papaconstantino - J'amerai (Contre-Jour)
7. Muqata'a - Thakira Jama'iya (Inkanakuntu)
8. DJ Diaki - But Show DD 1 (Balani Fou)
9. Dion Zilla - From the Cave to the World (From the Cave to the World)
10. DJ Bamanan - Gnoukobala (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)
11. DJ Sandji - Bacoungana  (Balani Show Super Hits: Electronic Street Parties from Mali)

środa, 15 stycznia 2020

Słoneczne peryferie


Copacabana latem. Pełna ludzi, tętniąca życiem od świtu do zmierzchu, nocą zresztą też. Dziewczyny spacerują, chłopaki grają w piłkę na piasku. Wszyscy taplają się w ciepłej wodzie Atlantyku. Opalone ciała skrzą się od soli morskiej. A wieczorem imprezy w trochę kiczowatych barach, na szczęście z dobrą muzyką. Imprezy, na których tańczy się całą noc i po których nigdy nie ma kaca.

Oczywiście, to nieprawdziwa wizja, ale taką roztoczył przede mną Bodikhuu. Rozgrzesza go to, że - podobnie jak ja - nigdy w Brazylii nie był. Na co dzień pracuje jako operator żurawia na budowach w stolicy Mongolii, Ułan Bator. Pomysł na ten album przyszedł mu podczas jazdy autobusem do pracy. Do końca zrealizował go w listopadzie 2014 roku, gdy mróz ścisnął tak bardzo, że przez sześć dni nie chodził do pracy, bo budowa stanęła. Powycinał więc sample z różnych starych brazylijskich nagrań, posklejał je, dodał bity na wysłużonym MPC. Wszystko w swoim mieszkanku w bloku z wielkiej płyty na obrzeżach Ułan Bator. W zeszłym roku do dwóch EP - Rio i Bodianova dotarł Cyrus Moussavi, irański reżyser i wydał w swoim nowym labelu, Farsi Records. Niby z Teheranu, ale tak naprawdę ze Stanów. Globalizacja w pełnej krasie.

Rio/Bodianova przypomina mi trochę Fado Music Galusa, swoim ciepłym, wakacyjnym brzmieniem. Brzmieniem przypominający "złotą godzinę", te kilka chwil przed zachodem, kiedy wszystko wydaje się idealnie piękne i sielankowe. Słychać inspiracje miękkością bitów J Dilli, tym jego niepowtarzalnym sznytem.

Bodikhuu - producent znany w swym rodzinnym kraju, dwukrotnie pojawiała się na listach rocznych bihajpa - nie musiał do Brazylii jechać, by uchwycić jej muzyczną duszę. Wystarczyły mu znane na pamięć płyty. Reszty dopełniła jego wyobraźnia. To jego Brazylia, z jego snów, błąkania się myślami w kabinie żurawia nad miastem, z którego do najbliższego morza jest dalej niż z Warszawy do Lizbony. Chociaż nie, jest otoczone morzem traw. I tak Rio/Bodianova staje się opowieścią o tęsknocie. Gdy Bodikhuu kleił te utwory, nigdy nie wyjechał ze swojego rodzinnego kraju. Może to sobie dopowiadam, znając jego historię, ale jest w tej muzyce ukryty gdzieś na trzecim planie smutek.

A może to po prostu sama natura muzyki brazylijskiej, łączącej tęsknotę wykorzenionych niewolników i saudade kolonizatorów, poczucie, że życie dzieje się gdzieś indziej, że w domu czeka tylko śmiertelna nuda. Że nikt się nie nie interesuje, oczy świata zwrócone są gdzie indziej. To chyba najmocniej łączy Bodikhuu z Brazylią, to właśnie poczucie, że jest się na peryferiach.