czwartek, 23 lutego 2017

Pardon, gdzie teraz?


We wtorek Pardon, To Tu po raz ostatni wczoraj działał przy placu Grzybowskim. W ciągu kilku lat stal się jednym z najważniejszych miejsc (a może i najważniejszym) na koncertowej mapie Warszawy i całej Polski.

Do PTT trafiłem stosunkowo późno, w 2013 roku. Pierwszy koncert, jaki tam widziałem - Slavicada. Nie pamiętam już dlaczego akurat wybrałem się na ten występ. Pamiętam doskonale kolejne koncerty, zresztą większość z nich pojawiła w moich rocznych podsumowaniach. Najlepszy? To za trudne pytanie. Daniel i Magda tak dobierali program, żeby każdy koncert by interesujący i zaskakujący.

Oczywiście, Pardon, To Tu to przede wszystkim jazz i improwizacje, ale nie tylko. Mnie najbardziej cieszyły ogłoszenia niezachowe. Dwie dwudniowe rezydencje Konono, Ogoya Nengo, Hailu Mergia z Tonym Buckiem i Mike'iem Mjakowskim, Alhousseini Anivolla, Tal National, Paradise Bangkok Molam International Band. Na każdym z nich temperatura sięgała zenitu nie tylko z powodu niedziałającej klimatyzacji. Wcześniej tacy wykonawcy grali w Polsce prawie wyłącznie na festiwalach poświęconych world music, a na tych konkretnych artystów w ogóle nie liczyłem, bo trzeba pamiętać, że i world music ma swój niezal, który bardzo rzadko grywa na Ethno Porcie, czy Skrzyżowaniu Kultur. Dzięki PTT można było ich zobaczyć w warunkach klubowych, na wyciągnięcie ręki.

Dwa razy w Pardonie zagrali moi ukochaniu A Hawk and a Hacksaw. Za drugim - dokładnie w moje urodziny i był to najlepszy prezent, jaki mogłem sobie wymarzyć. Fantastyczne były występy Owena Palleta, Ryana Francesconi i Mirabai Peart, Colina Stetsona, Marissy Nadler. Na plac Grzybowski artyści wracali. Najczęściej chyba Peter Brotzmann, który w Warszawie postanowił świętować swoje urodziny pięciodniową rezydencją.

Jednocześnie, polska muzyka miała w Pardonie bardzo ważne miejsce. Wokół niego wyrosła scena, która dzisiaj święci tryumfy - Wacław Zimpel zdobył w tym roku Paszport Polityki, a w 2014 roku zmontował To Tu Orchestra, w Pardonie grał z LAM, Herą, solo, w rozmaitych jednorazowych składach.

Pardon, To Tu znikł z placu Grzybowskiego, ale obiecali, że wrócą. Oby jak najszybciej.

środa, 15 lutego 2017

Avec le soleil sortant de sa bouche - Pas pire pop, I Love You so Much

Już na papierze Avec le soleil wygląda bardzo zachęcająco. Wydaje ich Constellation Records, jedna z najważniejszych wytwórni zajmujących się muzyką poszukującą. Muzycy związani są od lat z montrealską scenę alternatywną, grali w rozmaitych składach i konstelacjach. Czego zatem można spodziewać się po ich drugiej płycie?

Sądząc po debiucie, Zubberdust! sprzed prawie trzech lat, można spodziewać się wszystkiego. I tak jest w istocie. Pas pire pop, I Love You so Much tylko momentami ociera się o popowe melodie, to przejażdżka po gatunkach i stylach. Blackmetalowe blasty sąsiadują z delikatnym prawie-folkowym motywem, post-rock przeplata się z krautową motoryką, gitary grają jak w najlepszych zachodnioafrykańskich składach. Wszystko miesza się ze wszystkim, czysty postmodernizm podszyty absurdem.

W tym szaleństwie jest metoda, bo Jean-Sebastien Truchy, zarządca tej wesołej gromadki, to bardzo sprawny kompozytor i choć Pas pire pop jest mocno absurdalną płytą, to słucha się jej nawet nie tyle bezboleśnie, co po prostu z wielką przyjemnością i uśmiechem. Śmiałe, brawurowe wręcz pomysły, sprawiają, że za każdym razem co innego przykuwa uwagę. Jest tu nerw, funkowy groove, który potrafi przejść w psych-rockową monotonię, by zaraz zamienić się w rasowy afrobeat. Tym, co najmocniej zszywa rozmaite motywy jest taneczność, wokół niej kręci się wszystko. Nóżka sama chodzi niczym w najlepszych momentach Gang Gang Dance czy Goat, choć Avec le soleil grają muzykę jeszcze bardziej poszatkowaną.

W ten weekend będzie można się przekonać, jak do tego można potańczyć, bo Avec le soleil przyjeżdżają na dwa koncerty do Polski. W sobotę zagrają w poznańskim Lesie, a dzień później w stołecznej Kulturalnej.


środa, 8 lutego 2017

Medytacja wśród dysonansów


Rozmawiałem ostatnio z trzema perkusistami. Jeremym Garą, Gregiem Foxem i Hubertem Zemlerem (ponownie, pierwszy raz spotkaliśmy się dwa lata temu, rozmowa ukazała się w ostatnim numerze M/I, tę będziecie mogli przeczytać w marcowej Gazecie Magnetofonowej). Każdy  tej trójki oprócz grania w głośnych składach, prowadzi artystyczne poszukiwania na własną rękę. W ich twórczości jest wiele elementów wspólnych, wynikających tylko częściowo z tego, ze grają na bębnach. Najważniejszym z nich jest medytacyjność, skupienie na drobnych szczegółach.

Jeremy Gara na swojej debiutanckiej płycie Limn w ogóle nie używa perkusji, zamieniając ją na baterię syntezatorów i przetworzonych nagrań terenowych. Z nich tworzy posępny ambient, przywodzący na myśl post-apokaliptyczne, niepokojące krajobrazy, ale jednocześnie dziwnie uspokajający. Greg Fox co prawda na koncertach gra na perkusji, jednak od niedawna, dzięki Sensory Percussion, zmienił ją w "niezwykle wszechstronny kontroler MIDI", co pozwala mu grać na tradycyjnym zestawie perkusyjnym muzykę elektroniczną. Natomiast jego ostatnia jak dotąd solowa płyta, Mitral Transmission to próba zmierzenia się z dalekowschodnią tradycją, ale wzmocnioną rytmicznie, "uperkusyjnioną".

Hubert Zemler, po dość swobodnej i impresyjnej Gostak and Doshes  nagrał album będący hołdem dla roli perkusji i rosnącego znaczenia rytmu w muzyce XX wieku, ale także podsumowaniem etapu fascynacją minimalizmem. Stąd obecność na Pupation of Dissonance kompozycji Steve'a Reicha Music for Pieces of Wood, którą Zemler brawurowo zaaranżował na jednego muzyka. Hubert bierze się też za Waves Pera Nørgårda, jednak najciekawsza jest kompozycja tytułowa. Podzielona na cztery części opowiada właśnie o rytmie i jego przekształceniach. To też jedyny utwór, w którym pojawiają się inne instrumenty niż perkusyjne - klawesyn (na którym gra Małgorzata Sarbak) i syntezator analogowy. Ten drugi, brzmiący w ostatniej części utworu, jest wprowadzeniem do muzyki elektronicznej, dla której rytm jest najistotniejszy.

Pupation of Dissonance podobnie jak Gostak and Doshes to płyta wymagająca skupienia, skoncentrowana na detalach, ale nielekceważąca ogólniejszego obrazu. W obu przypadka skupienie tylko na muzyce uchroni przed pominięciem ulotnych, cichych dźwięków, pomoże docenić bogactwo form i wyobraźnię Zemlera. 

środa, 1 lutego 2017

2016: Płyty nie po angielsku


Tak jak dwa lata temu, dla Uwolnij Muzykę! przygotowałem krótkie zestawienie moich ulubionych płyt zaśpiewanych w językach innych niż angielski i polski. Tym razem płyt jest piętnaście, a kilka języków się powtarza. Jest wśród nich moja płyta roku - fenomenalny album Eefje de Visser.

Oczywiście, piętnaście płyt to kropla w morzu muzyki w różnych językach. Wystarczy tylko spojrzeć na (chyba z roku na rok coraz bardziej imponujące) zestawienie beehype. 51 list rocznych (najbardziej rozbudowana brazylijska, aż 50 pozycji), a to jeszcze nie koniec. Przesłuchuję je sukcesywnie i już wiem, że przynajmniej kilkanaście pozycji mógłbym dodać do swojej listy. Na przykład świetny dziewczęcy gitarowy skład Punčke z Chorwacji, albo bliski katalogowi Instant Classic czeski duet Tomáš Palucha. Albo rozpolitykowanych Kolumbijczyków z Systema Solar, albo poszukujących Ukraińców z Tik Tu. A przecież nie przesłuchałem jeszcze wszystkiego. Na dodatek przesłuchuję właśnie 30 białoruskich płyt do podsumowania expert.by. 

wtorek, 17 stycznia 2017

Festiwal w potrzebie

Sharon Van Etten, fot. Michał Heller

Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.
Tak zakończyłem swoją relację z zeszłorocznej edycji Halfwaya. Teraz, gdy program festiwalu na rok 2017 jest już gotowy - na razie ogłoszono Angel Olsen, the Veils i Gruska Babuska, dla których będzie to pierwszy koncert poza Islandią (a nieogłoszone nazwy też elektryzują) - impreza po raz kolejny padła ofiarą samorządowych przepychanek. Miejscy radni postanowili w 2017 roku nie wspierać wydarzeń organizowanych przez jednostki wojewódzkie (a taką jest Opera i Filharmonia Podlaska), choć w 2014 roku postanowili zrobić coś zupełnie odwrotnego.

Halfway, choć jest wydarzeniem kameralnym, gra duża rolę w promocji miasta. Co roku prezentuje przemyślany line-up, w którym obok dużych nazwisk (Wilco, Sharon Van Etten, the Antlers, Destroyer, Woven Hand) można znaleźć reprezentantów lokalnej, białostockiej alternatywy. To także jeden z niewielu polskich festiwali, który rokrocznie zaprasza artystów zza naszej wschodniej granicy. To festiwal, który zasłużenie wyrobił sobie markę jednej z najbardziej przyjaznych i klimatycznych imprez w kraju. Tak zasłużenie, że w plebiscycie na najlepszy festiwal 2016 roku zajął 3. miejsce, choć nie może równać się wielkością ani budżetem nie może równać się z Open'erem i Offem, które pokonał. Halfway to nie tylko koncerty, z każdym rokiem coraz śmielej wchodzi w miejską przestrzeń z dodatkowymi wydarzeniami.

Wreszcie, Halfway to festiwal, którego los jest mi bardzo bliski, bo to impreza idealna na toczący naszą kulturę nadmiar bodźców. W ciągu trzech dni występuje tu mniej artystów niż przez pół dnia na Glastonbury, ale dzięki temu każdemu koncertowi poświęca się maksimum uwagi. To festiwal, na którym nie sposób przegapić żadnego występu. To festiwal, na którym headlinerzy potrafią uciąć sobie pogawędkę z fanami we foyer Opery bez tabuna ochroniarzy. To festiwal z wyjątkową, trochę marzycielską atmosferą, z niedzisiejszym, nabożnym podejściem do muzyki, co w zalewie ogromnych imprez jest ucieczką do przodu. Koncerty na Halfwayu są często bardziej kameralne i intymne niż klubowe, o innych festiwalach nie ma co wspominać. To skarb Białegostoku, jestem jedną z tych osób, które pierwszy raz do Białegostoku przyjechały na Halfway i teraz nie mogą się doczekać powrotu na Podlasie.

Jutro głosowanie nad poprawkami do miejskiego budżetu. Można jeszcze wysyłać listy do radnych, szczegóły tutaj. Ja swój już wysłałem.