wtorek, 9 lipca 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 09 VII 2019



Ostatnią autorską audycję poprowadziłem prawie sześć lat temu w Radiu Aktywnym. To był październik 2013, audycja nazywała się Uskudar, jak dzielnica Stambułu i melodia śpiewana od Belgradu do Kuala Lumpur. Przez cztery lata (prawie) co tydzień opowiadałem o muzyce niszowej i niezachodniej. Czyli o tym, o czym jest ten blog.

A teraz wracam w eter. Z inną audycją (ale idea zostaje ta sama), do innego radia, co dwa tygodnie. Do powrotu za mikrofon przekonał mnie Janek z Mondoj, świetnego kasetowego labelu. Kilka tygodni temu ruszyło społecznościowe, internetowe Radio Kapitał i właśnie w nim będziecie mnie usłyszeć regularnie. Pierwsza audycja Na obrzeżach właśnie się odbyła, choć może lepiej byłoby napisać pierwszy miks, bo od Warszawy dzieli mnie teraz ponad tysiąc kilometrów i tu gdzie jestem, nie dorobiłem się jeszcze mikrofonu, ale mam nadzieję, że za dwa tygodnie usłyszycie, jak mówię o tym, co zajmuje mnie już ponad dziesięć lat.

Pierwsze wydanie audycji to też próba podsumowania pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku w muzyce. Z 15 ulubionych płyt wybrałem po jednym fragmencie.

1. Carlo Giustini - Se tutto precipitasse (Le voci dal Balcone)
2. Lou-Adriane Cassidy - Poussière (C'est la fin du monde à tous les jours)
3. Beirut - Gallipoli (Gallipoli)
4. Flamingods - Mantra East (Levitation)
5. The Mauskovic Dance Band - Dance Place Garage (The Mauskovic Dance Band, recenzja)
6. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Kar Yağar (Kar Yağar, recenzja)
7. Altın Gün - Kolbastı (Gece, recenzja)
8. EABS - Południca (Slavic Spirits)
9. Mdou Moctar - Wiwasharnine (Ilana: The Creator, recenzja)
10. Hania Rani - Glass (Esja, recenzja, wywiad)
11. Msylma - Fanaa Ghada (Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum, recenzja)
12. Saba Alizadeh - Greetings to Earthfire (Scattered Memories, recenzja)
13. Sote - Brass Tracks (Parallel Persia)
14. Ustad Saami - God Is (God Is Not a Terrorist)
15. Sharon Van Etten - Stay (Remind Me Tomorrow, recenzja)



Do usłyszenia za dwa tygodnie na radiokapital.pl

czwartek, 27 czerwca 2019

Strzelasz czy wystawiasz?



Z ojca Grek, z matki marsylczyk, z wyboru paryżanin, Johan Papaconstatino gra muzykę równie skomplikowaną jak jego pochodzenie. Z jednej strony inspirują go trap i electro pop, stąd te powolne, bujające tempa, z drugiej wychował się na rebetiko, stąd buzuki i te charakterystyczne, bliskowschodnie rytmy.

Jak on to łączy? Bardzo zgrabnie ułożył tę epkę, która zaczyna się od najbardziej współczesnych kawałków, by z każdym kolejnym dodawać coraz więcej rebetiko, coraz więcej egejskiego słońca. Kulminacją tego jest instrumentalny Tsiftetelix, oparty na tytułowym rytmie tańca. Pod koniec Lundi nawet śpiewa po grecku. Fille love to ukłon funku, młodzieńczej fascynacji Johana. Połączenie elektroniki, pop rapu i rebetiko wypada wybornie. Jest w tym świeżość, przewrotność, dowcipność.

Wydawało się, że rebetiko to raczej pieśń przeszłości, skostniały gatunek, który przemawia tylko do starszych. A tu wchodzi Papaconstantino cały na biało i pokazuje, że można pogrywać sobie na buzuki i być ucieleśnieniem coolness. Porty Pireusu i Salonik zamieniają się w banlieues Marsylii - zresztą dawnej, greckiej kolonii - i Paryża. Współgra z tym wizerunek muzyka. Papaconstantino wygląda jak bohater Nienawiści, który przerodził się w kochającego kolory dandysa. I zawsze ma buzuki pod pachą. Istny spadkobierca smyrneńskich rebetes z lekkim cieniem słowiańskich dresiarzy.

Strzelasz czy wystawiasz? To zdanie pada podczas jednej z moich ulubionych scen w serii o Asteriksie - dwóch graczy zastanawia się co zrobić podczas partii w bule na marsylskiej ulicy. Bo nie da się zrobić tych dwóch rzeczy na raz. Papaconstantino strzela i wystawia jednocześnie, bo w podwójności jest mistrzem.



wtorek, 11 czerwca 2019

Psychodeliczna międzynarodówka

Berlin, Genewa, Amsterdam, Maastricht. A może Stambuł, Erzurum, Medellin, Kolombo i Sajgon?



W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).

Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.

Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.

Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.

Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.



W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.



The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.

Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.



Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.



Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Di kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.



Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.

Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.

“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.



Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.


wtorek, 4 czerwca 2019

Niezapomniany czas



Nostalgia to potężna siła, o czym można się przekonać chociażby spoglądając na repertuary kin. Królują w nich rebooty, kontynuacje. W muzyce nostalgia przejawia się na wiele sposobów, od revivali zapomnianych stylów, wygrzebywaniu zakurzonych płyt. Można też nostalgię przetworzyć, uczynić ją punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Jednym z ich efektów jest hypnagogic pop i chillwave, o których rodzimych przejawach piszę w Dwutygodniku.

Tytułowy “2009, niezapomniany czas” z płyty, D A V I C I I, jednego z bohaterów mojego tekstu to także rok narodzin hipnagogicznego popu i chillwave’u. Lato chillwave’u mnie ominęło, moje fascynacje lokowały się gdzie indziej, w radosnym indie popie, jak Grand Matt & Kim, którego (aż to sprawdziłem na last.fm) 10 lat temu słuchałem najczęściej. Dość powiedzieć, że hajp na Toro y Moi złapał mnie dopiero przy okazji Underneath the Pine.

Dzisiaj herosi tamtych lat są w zupełnie innym miejscu. Neon Indian i Washed Out od lat milczą. Chaz na tegorocznym albumie już ostatecznie porzucił chillwave’ową mgiełkę efektów i poszedł w funkowo przycinany, syntetyczny, taneczny pop. Outer Peace trwa tylko pół godziny, ale Chaz rozkręca na nim prawdziwą, klubową imprezę (zresztą clubbing był jedną z ważniejszych inspiracji przy pisaniu tego materiału). Królują syntetyczne brzmienia, robotyczne, jak pierwsze płyty Daft Punk, ale Chaz sięga też po R&B czy dancehall. W tekstach i brzmieniu próbuje przemycać wizję świata całkowicie wirtualnego, gdzie wszystkie potrzeby i zachcianki spełniane są za pomocą jednego kliknięcia.

Wizją przyszłości zajął się też James Ferraro, ojciec chrzestny hipnagogii, który jak szalony wydaje kolejne albumy. Tytuł najnowszego, pierwszej pełnoprawnej części cyklu Four Pieces for Mirai, Requiem for Recycled Earth mówi w zasadzie wszystko. Ferraro opłakuje Ziemię. Katastrofa klimatyczna jest nie tyle nieunikniona, co dzieje się na naszych oczach. Rozregulowana pogoda, naprzemienne susze i powodzie, zagłada kolejnych gatunków i ekosystemów. Na złagodzenie efektów ludzkiej niefrasobliwości i opętańczej dewastacji planety (otwieranie kolejnych bloków energetycznych elektrowni węglowych jest tylko jednym z ich przejawów) z każdym dniem czasu jest coraz mniej.

Poważny temat wymaga odpowiedniej formy. Ferraro zdecydował się na syntezatorowe sparafrazowanie symfonii. Rolę orkiestry odgrywają sekwencery, syntezatory, kontrolery MIDI. Zsyntetyzowane są też chyba chorały i partie “prawdziwych” instrumentów. Requiem jest bardziej uporządkowane od For Pieces for Mirai (Ouverture), szalonego wprowadzenia do cyklu, rozpinającego się między muzyka dawną i barokiem a retrofutrystycznymi wizjami. Nie ma miejsca na przeskoki między stylistykami, pozorny chaos, który charakteryzował zeszłoroczne wydanie. Requiem brzmieniowo korzysta z tej samej palety, ale tworzy z niej stateczny i ponury obraz. Obraz umierającego świata, zasypanego odpadami. Świata, w którym życie nie daje łatwo za wygraną. Ruiny obrastają nowymi gatunkami roślin, przystosowanymi do nowych warunków, Ziemia doświadczyła już wcześniej katastrof, masowych wymierań gatunków. To, którego jesteśmy świadkami nie musi być ostatnim. A może jedynym wyjściem (które sugeruje Ferraro) jest ucieczka do przodu, ekspansja. Nie bez powodu Requiem mogłoby funkcjonować jako ścieżka dźwiękowa do dystopijnego filmu sci-fi.

Naprawdę, przyszło nam żyć w niezapomnianym czasie.



środa, 22 maja 2019

MSYLMA - "Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum"


O tym mekkańskim muzyku nie wiadomo w zasadzie nic. Zaśpiewał na płycie Zuli, egipskiego producenta eksperymentalnej elektroniki, wypuścił jeden kawałek w 2017 roku i już. To w zasadzie wszystkie informacje, jakie można znaleźć o nim w anglojęzycznym internecie. MSYLMA pilnie strzeże swojej prywatności, nie ma kont w mediach społecznościowych, jego soundcloud nie zdradza żadnych informacji. W zasadzie trudno mu się dziwić.

Żyje przecież w Mekce, najświętszym mieście islamu, w Arabii Saudyjskiej, jednym z najbardziej konserwatywnych państw świata. W wahabickiej wersji islamu muzyka jest zakazana (poza perkusyjną). Choć trzeba przyznać, że to się powoli zmienia, w tym roku w Rijadzie otwarto pierwsze konserwatorium. Na dodatek MSYLMA sięga na swojej płycie nie tylko do wersów koranicznych, ale też do poezji i teologii przedislamskiej. MSYLMA odwołuje się do rytuałów, modlitw, cytuje sury, ale tworzy z nich opowieść świecką.

Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum wypełniają dźwięki duszne, ciasne, jakby ściany się zamykały nad głową. A jednocześnie głos MSYLMY tonie w pogłosach i echach. To pierwszy paradoks tego albumu - ciasnota i ogromna przestrzeń. W Min Bab AlKama-i w AlDawam wydaje się jakby stał u końcu świata nad bezdenną przepaścią, świadomy, że dalej nie ma już nic. I w tej świadomości spokojny. To drugi paradoks. Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum nurza się w ciemnych barwach, smolistych dźwiękach, ale jest przy tym - poza antywojennym w swojej naturze, przywołującym koszmary wojny Min Bab Jihad-i AlJihad i industrialowym Li-Kul-i Murad-in Hajaa - jest na swój sposób kojąca.

Kluczem do zrozumienia wielkości tego albumu jest głos MSYLMY. Fantastyczne, oszczędne, oryginalne i przemyślane podkłady, pieczołowicie komponowane to tylko połowa czaru. Jego głosem targają emocje, śpiewa z prawie karykaturalnym zaangażowaniem, tak jak to tylko Arabowie potrafią. Raz przypomina duchownego, muezzina nawołujacego wiernych do modlitwy, by w następnej chwili piosence uruchomić prawie soulowy vibe.

Dhil-un Taht Shajarat Al-Zaqum ma wiele wspólnego z muzyką Jerusalem in My Heart, choć MSYLMA sięga po zupełnie inne środki niż Radwan Ghazi Moumneh. Obaj w swojej muzyce sięgają po tradycję, żenią ją z zachodnią muzyką eksperymentalną, przetwarzają, ale zostawiają jej esencję.