piątek, 17 września 2021

Noc w ogrodzie

Po dekonstruowaniu zachodnich mitów na temat Chin, queerowej tożsamości mieszkańców krajów Zatoki Perskiej, Fatima Al Qadiri sięgnęła po postaci arabskich poetek i ich twórczość oraz metaforę muzułmańskiego ogrodu, gdzie nic nie jest tym, czym się wydaje.

Wszystko z powodu zamknięcia. Al Qadiri przeniosła się do Los Angeles, jak podkreśla, 10 dni przed pierwszymi koronawirusowymi lockdownami. Odcięta od świata, postanowiła przekuć doświadczenie melancholii, samotności i depresji na muzykę. Zwróciła się w stronę arabsko-perskiego ogrodu – przestrzeni pełnej zakamarków, sadzawek, śpiewających ptaków, kojących swoim cieniem drzew – centrum pałacowych haremów, w którym zamknięte spędzały czas sułtańskie konkubiny. Sięga również po kobiecą arabską poezję z legendarną Al Chansą na czele, poetką z VII wieku, która nawróciła się na islam po spotkaniu Mahometa, a wcześniej była niedoścignioną autorkę elegii.

Wszystkie instrumenty na Medieval Femme to komputerowe symulacje. Organy, qanun, klawesyn, oud, harfa – to wszystko jest sztuczne, wirtualne. Razem z partiami niczego nie udających syntezatorów przypomina to metodę Jamesa Ferraro na Requiem for Recycled Earth czy też manipulacje Sote (choć on przetwarza dźwięki rzeczywistych instrumentów). Tworzy to atmosferę zagubienia w nieokiełznanej przestrzeni. To z kolei zbliża Medieval Femme do Dhil-un taht shajarat al-Zaqum Msylmy, tajemniczego saudyjskiego producenta i wokalisty. Łączy ich także wykorzystanie poetyckich tekstów, również przedislamskich i nadawanie im nowych znaczeń. Medieval Femme można (i pewnie trzeba, patrząc na dotychczasową twórczość Al Qadiri) odczytywać przez queerową optykę. Podobnie jak na poprzednich albumach Fatima przetwarza swój głos, sprawia, że wymyka się binarnemu podziałowi na męski i żeński, i momentami przypomina Olgę Mysłowską śpiewającą Purcella u Raphaela Rogińskiego.

Podobnie sama muzyka wymyka się prostym podziałom. Jest jednocześnie bardzo futurystyczna, hiperrealistyczna, flirtująca z posthumanizmem, matriksowymi koncepcjami – zamknięci w lockdownie mogliśmy podróżować tylko wirtualnie i tam szukać ukojenia, stworzyć swój zakątek w ogrodzie, a stąd już blisko do dystopijnej wirtualnej rzeczywistości. Z drugiej strony emuluje tradycyjne isntrumenty, podąża raczej klasyczną ścieżką kompozycji, niektórzy recenzenci porównywali nawet Medieval Femme do muzyki klasycznej, sięga wreszcie po teksty mające ponad 1000 lat. Sięganie po tradycję arabską, futuryzm, zagrożenie technologię zbliża Medieval Femme do Diuny Franka Herberta i faktycznie, momentami brzmi, jakby była napisana z myślą o ścieżce dźwiękowej do tej książki.

Można też na Medieval Femme patrzeć jak na zapis nocy spędzonej w ogrodzie pod gołym niebem, z gwiazdami nad głową, zapis z pogranicza jawy i snu. A to już hipnagogia i właśnie to jest najlepsze określenie trzeciego albumu Fatimy Al Qadiri, w którym echa przeszłości, przyszłości i wirtualnych światów stapiają się w jedną opowieść.

sobota, 11 września 2021

Rozpad



Każde pokolenie ma takie wydarzenie. Do końca życia człowiek pamięta, gdzie był i co robił, gdy TO się wydarzyło. Moje ma dwa. Pierwsze z nich, zamachy 11 września miały miejsce dwie dekady temu. Co do dnia.

Dwadzieścia lat… Szmat czasu. Miałem wtedy niecałe 13 lat. Gdy TO się wydarzyło gadałem przez telefon z kolegą z klasy, jeszcze stacjonarny na kablu. Tydzień wcześniej zaczęliśmy gimnazjum. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Pewnie o szkole. Babcia ze swojego pokoju powiedziała, że samolot wbił się w wieżowiec w Stanach. Będąc prawdziwie przemądrzałym nastolatkiem, odpowiedziałem, że pewnie ogląda jakiś film sensacyjny, tylko myśli, że to wiadomości i wróciłem do plotkowania. A jednak miała rację, to była transmisja na żywo z Nowego Jorku. Kiedy już przekonałem się, że TO się dzieje naprawdę, nie mogłem oderwać się od telewizora.

Legenda głosi, że William Basinski przenosząc swoje stare nagrania z taśm do komputera odkrył, że analogowy nośnik uległ degradacji. Każde przejście taśmy przez głowicę magnetofonu sprawiało, że nagranie dosłownie się rozpadało po kawałku. Pociął taśmy na krótkie loopy, dodał pogłosy i zapętlił je w magnetofonie aż nie zostało nic, poza szumem samej maszyny. Stworzona i powtarzana przez Basinskiego legenda głosi również, że ukończył kompozycje rankiem 11 września, a odsłuchiwał je razem z przyjaciółmi na dachu swojego mieszkania na Brooklynie z widokiem na zasnuty dymem Dolny Manhattan. Z tego miejsca nakręcił godzinny film. Później sam sobie przeczył i mówił, że na tym dachu wcale nie słuchali Disintegration Loops, a on je skończył dzień później. Jeszcze inna wersja mówi, że całość skończył kilka dni przed 11 września i dopiero oglądanie katastrofy z dachu na Brooklynie nadało nowy sens tej muzyce. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy, ale też to zupełnie nieistotne, bo Disintegration Loops na zawsze zrosło się z 9/11. Trudno się dziwić, że Basinski wybrał Disintegration Loops jako swoistą elegię dla ofiar zamachów i tamtego odchodzącego świata. Krótkie, ale pełne emocji loopy rozpadają się z każdym powtórzeniem i nigdy nie brzmią tak samo.

Po 19 latach od premiery można odczytywać Disintegration Loops nie tylko jako pieśń żałobną dla ofiar 11 września, ale i całej cywilizacji. Świat nam się sypie, rozpada. Może nawet szybciej niż jesteśmy w stanie to przyznać. Katastrofalne zmiany klimatyczne to już nie tylko ostrzeżenia naukowców, ale fakt. Czy przekroczyliśmy tipping point? Tego nie wiemy, ale nawet jeśli jeszcze nie, to ten punkt bez powrotu zbliża się w zastraszającym tempie. Może właśnie dlatego ostatnio, gdy wracam do nich (a wracam coraz częściej), przed oczami mam nie płonące wieże WTC, ale płonącą planetę. Rozpadające się ekosystemy, rozpadają się jak te loopy. Aż nie zostanie z nich nic.

piątek, 10 września 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 8 IX 2021

Po kilku audycjach tematycznych, czas na przyjrzenie się nowościom i zapowiedziom. U mnie jeszcze piękny koniec lata, więc w planach tylko muzyka pełna słońca - od fałszywych tropików z Niderlandów i Austrii po cyfrowa cumbię z Polski. 

1. Gaijin Blues - Commander Martynov
2. Grzegorz Turnau - Cichosza (Ikarvs Rework)
3. Ikarvs - Harpy
4. Ikarvs - Iskierka
5. Rycerzyki - Lew
6. Kit Sebastian - Agitate
7. Derya Yildirim & Grup Simsek - Ay Dili Dili
8. Yin Yin - Gauti Bye Bye
9. Takeshi's Cashew - There is No Harmony

piątek, 3 września 2021

Jak najlepiej zacząć jesień?



Oczywiście wydając ciężko zarobione pieniądze na Bandcamp Friday.

Astigmatic wreszcie ogłosili preorder Zbliżenia Henryka Debicha. Jest to rzecz rozbujana, taneczna, wielka po prostu. Jeśli nie kupiliście jeszcze Other Voices/Other Votes Tonga Boys, Piotra Cichockiego i Martina Kaphukusi, zróbcie to natychmiast. Ile słuchowisk z Malawi słyszeliście? No właśnie, a to jest wyborne. A do tego jeszcze sprawcie sobie nowe BlackFace Family, też podopiecznych 1000Hz Records. Śliczne, ambientowe kołysanki na syntezator modularny nagrał Paweł Sulewski.


Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.


czwartek, 2 września 2021

Dwunastoosobowy didżej


Trzy lata temu zapraszali na dancing do Spatifu. Dzisiaj są już stałym elementem stołecznego muzycznego krajobrazu, wpisują się w ruch odkrywania na nowo przedwojennej polskiej (nie tylko warszawskiej) muzyki.

Poprzednim razem spotkałem się z Noamem Zylberbergiem, bo zafascynowała mnie jego historia. Chłopak z Izraela z warszawskimi korzeniami przyjeżdża do Polski, by grać muzykę słuchaną przez swoich dziadków. Efektem spotkania był artykuł, który pojawił się w Wyborczej.

Teraz spotkaliśmy się ponownie, Mała Orkiestra Dancingowa wydała właśnie swój drugi nagrany album na domowym stadionie, w Spatifie. Tam też rozmawialiśmy, a efekty znajdziecie we wczorajszym Czasie Kultury. Symbolicznie tekst ukazał się 1 września, ale to tak naprawdę przypadek. 1 września to symboliczny koniec świata ówczesnych muzyków i początek rodzącej się nostalgii za tamtym światem. Tylko że dla Noama i jego zespołu nostalgia jest na ostatnim miejscu. Najważniejsza jest muzyka. Wyszperana w Bibliotece narodowej, znaleziona na YouTube. Nie grają wielkich przedwojennych hitów, by nie wpaść w pułapkę nostalgii. A przecież jej odrzucenie w przypadku muzyki tak mocno naznaczonej jej kontekstem nie jest prostym zadaniem. Tym bardziej jeśli gra się ją tak wiernie. Oczywiście, to są aranżacje z epoki rozpisane na zespół, który mógł wtedy grać. Nie jest to przypadek Jazz Bandu Młynarski-Masecki, który formę przedwojennych piosenek przefiltrowuje przez niepowtarzalną wyobraźnię Maseckiego i umieszcza ją w wymyślonych latach 50., a z drugiej strony swoją drugą płytę nagrali na sprzęcie z lat 20., co już jest jakimś wyższym poziomem kreacji i nostalgii.

Może i można by było traktować MOD podobnie, ale oni zgodnie z nazwa podkreślają taneczność, użytkowość piosenek. Skoro można było do nich tańczyć wtedy, to czemu nie można teraz bez udawania, że żyjemy w międzywojniu? Wczesny polski pop niewiele się różni się od debiutu Orkiestry w warstwie aranżacyjnej. To nadal świetnie rozpisana i zagrane w punkt piosenki. A jednak słychać w nich więcej swobody. Nic dziwnego, lepiej się zgrali, lepiej poznali oraz - jak już zdążyłem zdradzić - nagrali ją na setkę w Spatifie. Andrzejowi Izdebskiemu udało się wykręcić świetne, bardzo przestrzenne brzmienie, które pomaga piosenkom błyszczeć.

A ma co błyszczeć. Zylberberg po raz kolejny wybrał ukryte perełki przedwojennego polskiego piosenkopisarstwa. Są fokstroty, slowfoksy, tanga, passo doble. Pokazują wszechstronność kompozytorów i aranżerów. Przede wszystkim porywają do tańca. Trochę mnie się marzy poszerzenie formuły Orkiestry, wplatanie w repertuar współczesnych kompozycji. Wiem, że na koncertach już to robią. Może na kolejnej płycie postanowią je nagrać?