sobota, 13 stycznia 2024

2023: podsumowanie


Kolejny rok, który zleciał nie wiadomo, kiedy. Na szczęście znalazłem chwilę, by się zastanowić, jakie było te 12 miesięcy. Przesłuchałem ponad 400 płyt z 2023 roku, w topie znalazło się ponad 60. Napisałem trochę mniej tekstów niż obiecałem (przepraszam wszystkich, którym nie dowiozłem), ale i tak było dość intensywnie i sporo po angielsku, pootwierały się nowe drzwi. Dość już o mnie. Dobry to był rok dla muzyki, dla Taylor Swift jeszcze lepszy, ale nie będę o niej tutaj pisał, bo przecież wszyscy wiecie, co u niej. Dla artystów, szczególnie tych mniejszych, już nie tak dobry. Dla pisania o muzyce… a też sami wiecie.

Starałem się te 365 dni jakoś ułożyć, o niczym nie zapomnieć, ale pewnie się nie udało.

Znad Indusu i Gangesu

Najlepsza książką, którą przeczytałem w ubiegłym roku, Tomb of Sand Geetanjali Shree – przynajmniej w angielskim przekładzie – jest grubaśną powieścią o indyjskiej, dość bogatej rodzinie, której nestorka wpada po śmierci męża w depresję. A potem z niej wychodzi, całkowicie odmieniona. Nie będę więcej spojlerował, to zbyt intrygująca rzecz.

Tomb of Sand porusza wydarzenie fundamentalne dla współczesnej historii Azji Południowej, podział (a może rozbiór) Indii. Miliony rodzin zostało rozdzielonych, miliony ludzi musiał opuścić swoje domu tylko ze względu na wyznawaną religię. Do dziś ta tragedia jest szeroko poruszana w indyjskiej i pakistańskiej kulturze. Świadomość o niej przebija się też powoli do świadomości na zachodzie (chociażby dzięki serialowi Ms. Marvel).

O traumie, która ciągnie się przez pokolenia, pośrednio opowiada moja płyta roku, Love In Exile. Arooj Aftab, Vijay Iyer i Shahzad Ismaily swoje korzenie mają właśnie tam, po dwóch stronach granicy. Połączył ich Nowy Jork, miasto, do którego zmierzają emigranci. Miłość na wygnaniu może odnosić i do uczucia żywionego przez dziadków do wnuków wychowujących się zagranicą, jak i do rodziny i domu rozdzielonych nową granicą i rosnącą wrogością. Aftab, Iyer i Ismaily nagrali muzykę zwiewną i ulotną, jak dym, będącą powidokiem, blaknącym wspomnieniem. Więcej tu emocji niż struktury.

Nie tylko z tych dwóch powodów był to dla mnie rok Indii i Pakistanu (i jak się okazuje, był nim nie tylko dla mnie). Jaubi tym razem już ze wszystkim EABSami nagrali album o nadziei w mroku. Jazz współgra na nim z hiphopem, funkiem, pakistańską tradycją, ragami i sufizmem. Zimpel z Shakletonem doprosili Siddharthę Belmannu do swoich monumentalnych, ragopodobnych kompozycji. Ali Sethi, jeden z najpopularniejszych pakistańskich wokalistów połączył siły z Nico Jaarem i nagrali kontynuację – a może zwieńczenie – Telas, najlepszego albumu Chilijczyka. Dada Black Sheep, Hindus mieszkający trochę w Polsce, trochę w Hamburgu wreszcie wydał swój pierwszy album. Anglojęzyczny, dużo zawdzięczający Velvet Underground i Bitelsom. W zanadrzu ma też płytę nagraną w hindi i to jedna z rzeczy, na które najmocniej czekam w 2024 roku. W Nepalu pół roku spędza Igor Spolski i przywozi stamtąd kolejne piosenki Happy Village Orchestra. Andi Otto, który chyba kolekcjonuje współprace z muzykami niezachodnimi, nagrał album z pochodzącą z Południowych Indii MD Pallavi. Trochę elektroniczny, trochę odnoszący się do tradycji, jest tu i miejsce na disco, jest na zadumę. Pallavi – tak samo jak Siddhartha Belmannu – śpiewa w Kannadzie, ale jest wykształcona w tradycji hindustańskiej, nie karnatyckiej. Niezwykłą kasetę nagrała Plume Girl, czyli Sowmya Somanath, mieszkająca w Teksasie, klasycznie wykształcona wokalistka i kompozytorka bedroom popu. Na In the End We Begin łączy te dwa światy – są tu krótkie ragi zanurzone w elektronicznych pogłosach, są podlane autotune’em akustyczne perełki, są psychodeliczne pasaże.

W bardziej klasycznych rejonach Debashish Bhattacharya wydał album poświęcony swojemu guru, Ustadowi Alemu Akbarowi Khanowi. Madhuvanti Pal poszła o krok dalej i tak wybrała ragi na swój pierwszy winyl, by odpowiadało temperamentowi jej guru, Mity Nag – to ona jest tytułową Świętą Matką. Właśnie pojawiła się w Bandcamp Daily moja rozmowa z Madhuvanti o byciu kobietą w hierarchicznych, patriarchalnym świecie klasycznej muzyki indyjskiej. O muzyce też rozmawiamy, nie martwcie się. Jeśli chcecie porównać dynamiczny dhrupad wykonywany przez Madhuvanti z bardziej klasyczną formą tego gatunku, polecam archiwalne nagranie koncertu Ustada Zii Mohiuddina Dagara. Wróćmy jeszcze na chwilę do Pakistanu. Ustad Noor Bakhsh zagrał fenomenalny koncert w Pardon, To Tu, wyszła rozszerzona reedycja jego zeszłorocznego albumu. Na początku roku ta sama oficyna hohniuohni wydała nagrania Jaffara Husseina Randhawy, wirtuoza klarnetu, instrumentu nietypowego dla muzyki regionu, a jednak dzięki swojej elastyczności bardzo w niej dobrze się odnajdującego. W górach północnego Pakistanu mieszkają Buruszowie mówiący językiem niespokrewnionym z żadnym innym. Amir Hayat jest lokalnym nauczycielem i muzykiem, trochę bardem, biorąc pod uwagę nierzadko nowiniarski charakter jego piosenek. Choć jego nagrania ukazały się w 2022 roku w mołdawskiej oficynie Antonovka, to w ubiegłym na taśmę przenieśli je Radio Khiyaban.

Ze wsi

Zwrot ludowy przeniknął do mainstreamu. Malowani Chłopi zostali polskim kandydatem do Oskara, a wyśmiewające szlachtę 1670 pod sam koniec roku stał się najbardziej dyskutowanym serialem roku. I w filmie, i w serialu ważną rolę odgrywa muzyka. Budzi też gorące emocje, dawno niewidziane podczas dyskusji o folku poza środowiskiem. Długo przed premierą filmu Muzyka Zakorzeniona postanowiła odpowiedzieć na – wyłaniający się z zajawek – ogólnosłowiański amalgamat napisany przez L.U.C.-a. To był jeszcze 2022 rok, ale im bliżej było premiery, tym głośniej było o Weselu Boryny. O swoich motywacjach, o stanie tradycyjnego środowiska i dlaczego L.U.C. mógł zrobić to lepiej opowiedzieli mi w Dwutygodniku (a ten tekst trafił do TOP 3 najczęściej czytanych na portalu).

Jerzy Rogiewicz z ladową brawurą napisał muzykę do 1670, do tego zaprosił WoWaKin do najważniejszych momentów i wyszła z tego prawdziwa perełka. Po motywy i wykonawców folkowych sięgnął też Paweł Licewicz, komponując soundtrack do Znachora. Furia wyszła z kopalni, pojechała na wieś i ich blackmetalowe, furczące oberki to jedna z najlepszych (i najbardziej zaskakujących) zeszłorocznych premier. Michał Żak założył TRANSatlantyk i wydał z nimi świetny, zanurzony w tradycji, ale globalny album Młynka kręci. Hajda Banda przypomina podlaską tożsamość. Do tego fantastyczną powieść o wsi z muzyką w tle napisała Aleksandra Tarnowska, nieprzerysowaną, poetycką w swojej surowości. Hubert Zemler z Piotrem Bukowskim rozłożyli oberki na czynniki pierwsze i przenieśli je w cyfrowy świat footworku. Monika Wierzbicka napisała współczesne mazurskie piosenki, podbite elektroniką, pełne jeziornej mgły. A Magda Kuraś ze swoim kwintetem dała przemówić okolicom Biłgoraja.

Smutek, ból, ukojenie, nostalgia

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że najczęściej słuchałem najsmutniejszej płyty roku, The Greater Wings Julie Byrne. Płaczę prawie przy każdym odsłuchu, na koncercie też będę ryczał i płakałbym nawet, gdybym nie wiedział, jaka tragedia stoi za tym albumem. Julie proces żałoby po utracie jednej z najbliższych osób przekuła na doskonale skonstruowane, eteryczne – w pewnym sensie pokrewne Love in Exile – nieprzegadane piosenki. Doświadczenie odchodzenia bliskich miało wpływ na kształt Ghosts, albumu, na którym Hania Rani wreszcie pokazuje, że piosenki też potrafi pisać. To już nie pop poważka, a (electro) pop pełną gębą. We wrześniu pogadaliśmy o tej zmianie, podróżach, filmach ze studia Ghibli, i tytułowych duchach, które Hania spotkała w Szwajcarii. Pisała tam soundtrack do dokumentu o Alberto Giacomettim, „typowa Hania Rani” tak sama opisuje ten album. A jeśli wam jeszcze mało smutnego plumkania na pianinku, to polecam Neo-Romance Alexandry Strelinski.

Wojna w Ukrainie trwa już prawie dwa lata. W okopach i bombardowanych miastach giną artystki, poeci, muzyczki, literaci. Heinali rok po inwazji wydał hołd dla Kijowa, złożony z dźwięków miasta. Utkał z nich opowieść o niezłomności, przetrwaniu, rzucił wyzwanie zbrodniczemu najeźdźcy. Podobną metodę wykorzystał Wacław Zimpel na Train Spotter, tylko zamiast wojennego jest Kijowa jest pandemiczna Warszawa. Zupełnie nowego wymiaru i ciężaru nabrał Le Cri du Caire. Łączy się na nim arabska poezja w slamowym, performatywnym wydaniu z minimalistycznym, czerpiącym zarówno z europejskiej free i arabskiej tradycji jazzu. Abdullah Miniawy opowiada w nim historię włoskiego studenta, Giulia Regeniego, zamordowanego w trakcie protestów w Kairze w 2016 roku. To wstrząsające wezwanie do przerwania łańcucha przemocy.

Południowy Liban, trzymany przez Hezbollah, też już stoi w ogniu. Nie mogę w tym miejscu nie polecić – po raz kolejny – Czarnej Fali Kim Ghattas, która wreszcie doczekała się polskiego przekładu. Wychowana w Libanie dziennikarka ze swadą odpowiada na pytanie, które dręczy cały Bliski Wschód: co się z nami stało? Za Bejrutem tęskni Charif Megharbane, czemu dał wyraz na Marzipan, plądrofonicznym, bibliotecznym hołdzie dla stolicy Libanu. Z czasów, gdy była prawdziwym Paryżem Wschodu. Album jest jak poblakłe zdjęcie z sepiowym nalotem. W tle szumi Morze Śródziemne, rozgrywają się filmy szpiegowskie, jest wieczne lato. O drugiej stronie tej nostalgii, tęsknocie pokolenia urodzonego już na emigracji opowiada Beyrouth-sur-Seine Samyla Ghoussouba, pierwsza książka, którą skończyłem w 2023 roku. Jeszcze innymi nostalgiami zajmuje się Bartek Kruczyński. Jako Earth Trax szuka polskiego odpowiednika saudade czy hiraeth, a jako Pejzaż uśmiecha się do przełomu wieków.

(Polski) jazz fajny jest


Element nostalgii jest obecny na Esz Kodesz Cut the Sky, tria Alexa Rotha, Wacława Zimpla i Huberta Zemlera. Tych dwóch ostatnich nie trzeba przedstawiać, ten pierwszy jest amerykańskim gitarzystą z polskimi korzeniami. Esz Kodesz to improwizacje oparte o nagrania terenowe z miejsce związanych z rodziną Rotha – Krakowem, Lublinem, Warszawą, Piasecznem i Londynem. Nie jest to typowy jazz, groove’u prawie w ogóle nie ma. Grają nastrojem, to muzyka bardzo obrazowa. Całkowicie improwizowany i też nie do końca jazzowy jest Minus 30 Zimy Stulecia, kolejnego eabsowego odprysku. Doskonale pasuje nie tylko na falę chłodu, bo to muzyka momentami bardzo gorąca. O EABS i Jaubi, mojej płycie roku już pisałem trochę wyżej.

Astigmatic wypuścili w tym roku aż dwie niepolskie premiery – debiut Yoniego Mayraza, Dybuk Tse i Metamorphosis Cykady. Obie wpisują się dość dobrze w nowy, brytyjski jazz, niestroniący od innych gatunków. Ciekawsza wydaje się Cykada, więcej się w niej dzieje, do tego dodali wokal. Nie tylko Polacy wydawali Brytyjczyków, ale też Brytyjczycy Polaków. Siemia Ziemia w skupionej na elektronice Byrd Out i to chyba najlepiej opisuje ich podejście do jazzowej materii. Sneaky Jesus w świetnej Shapes of Rhythm. Taki jazz, jaki grają wrocławianie uwielbiam. Dziki, nieokiełznany, ale nie wypadający z formy, nie wpadający w pułapki totalnego free, trochę „niechęciowy”. E/I eksperymentowali z czterdziestosekundowym pogłosem, ale nie wiem, czy to jeszcze jazz. Z jednej strony to muzyka-rzeźba pokrewna kompozycjom Ellen Arkbro, z drugiej co jakiś czas odzywa się dzikość, chaos.

Najlepszym podsumowanie tego, co się dzieje w polskim, młodym jazzie jest Generacja Jazz, skompilowana przez Groha z U Know Me (jest też startem nowego, jazzowego sublabelu). Od bardzo bujającej Pizzy trójmiejskiego Klawo przez klasyczny, przydymiony Scand quietetu po orientalizujący Triceradiplodocus Twoosty’ego Mayonezu i ciężką niczym doom Waflozę USO 9001.

Wymiary gitary

Bardzo ucieszyłem się, że wreszcie muzyka Raphaela Rogińskiego wychodzi poza Polskę, w czym mam też skromny udział. Były piczforki, wire’y, quietusy, songlinesy. Wszystko całkiem zasłużenie, bo nawet jak na możliwości Raphaela, Talan to album wyjątkowy. Moje podsumowanie nie może obyć się bez Raula Refree i oto jest, autor pierwszej płyty roku. Miesza na niej przetworzoną klasykę, madrygały, nagrania terenowe i tworzy podobnie intymną wypowiedź, jak Rogiński. Na dodatek wymienia Polaka jako jedną z największych inspiracji, co wyraźnie słychać w kilku fragmentach el espacio entre. Wraz z Pedro Vianem nagrał Font de la Vera Pau, ale tam nie ma za dużo jego charakterystycznej gitary. Wspólnotę z Rogińskim słychać na Tales for Solo Guitar Patryka Zakrockiego, ale w jego grze – jeszcze surowszej, mocno narracyjnej – odbijają się przede wszystkim różne odcienie bluesa – od delty Missisipi po wewnętrzną deltę Nigru. Dziwić to nie może, bo przecież dokładnie to robi w Polskim Piachu, kryminalnie niedocenionym zespole (i biję się tu w piersi). Do Afryki, Anatolii, ale przede wszystkim Maghrebu i Andaluzji zapuszcza się SanIsidro, pochodzący z Walencji gitarzysta, na swoim długogrającym debiucie Sambori. Jest tu i flamenco, i psychodelia, i staroświecki rock, i marokoidalne gitarowe zagrywki, krakeby. Śpiewa trochę po kastylijsku, trochę po walencku. Bardzo żałuję, że nie napisałem o niej więcej.

Bombino trochę zwolnił, zatrzymał się w zadumie nad życiem na Sahel, ale na koncercie na Le Guess Who? był nie do zatrzymania w formule power trio. Nie do zatrzymania jest też Bounaly. Takiej dzikiej energii nie słyszałem od dawna, rośnie kolejny król Sahary i Sahelu. I jeszcze potrafi tak grać całe niedziele.

Pełna energii i pomysłów po dekadzie przerwy wróciła Marnie Stern, a The Comeback Kid to jej najlepszy album. Pisałem w jego recenzji, że tylko Deerhoof może się z nią równać. I tak jest, Miracle-Level wznieśli się na szczyt, ale tu upatrywałbym kwestii języka i porzucenia angielskiego na rzecz japońskiego. Ustawia to inaczej strukturę i prowadzenie piosenek. Fucked Up niczego za bardzo nie zmieniali i bardzo dobrze. Ich „jednodniowy” album mocno mi rozświetlił początek roku. Igralom podrzucone przez koleżankę pod sam jego koniec mocno zamieszało w końcowym rozrachunku, ale niestety, swoje dziesiątki do podsumowania Wyborczej wysłałem już na początku grudnia. Właśnie dlatego uważam, że podsumowania przed końcem roku są mało miarodajne.

Lata 90. coraz mocniej wracają, za pasem 30. rocznica śmierci Kurta Cobaina i to chyba napędza kolejną falę nostalgii. O Seattle napisał książkę Piotr Jagielski, ja o niej napisałem kilka słów do Polityki. Na tubce natykałem się w ciągu roku na zespołu wskrzeszające numetal, ale ten przełom wieków najlepiej oddaje Olivia Rodrigo, a przecież nie może go pamiętać. Jej muzyka utkana jest z pop punku, indie, alternatywy, buntowniczego popu, no z tego wszystkiego, czym wypełniona była MTV2. Za to lata 90. najlepiej brzmią dziś w wykonaniu dziewczyn z boygenius, ale po piętach depczą im Yumi Zouma w nowym, bardziej gitarowym wcieleniu. Zwidy śpiewają o bolączkach trzydziestoparolatków, własnych lękach i kotach, grają nadwiślańskie emo – kupuję to. The Great White Lights pobawili się we wskrzeszanie tej drugiej, alternatywnej twarzy MTV2. Wiecie, Coheed and Cambria, mniej roztrzepana Mars Volta, stare QOTSA. Z grobu wrócili Kim Nowak i to fajna podróż.

Językami


Sprint!, drugi album Thierry’ego Larose zaczyna się tak doskonale, że – choć wiem, że dalej też jest świetnie – często zatrzymuję się na Portrait d’une Marianne, którego mógłbym słuchać i słuchać, i słuchać. Ta fraza, ten tekst, te podziały słów, melodia. W S P A N I A Ł O Ś Ć. Nie wiem, czemu on to zrobił, jakby chciał za nią schować resztę piosenek. MADAME – też na drugiej płycie – rozsądnie najlepsze rzeczy schowała w samym środku. Kto by się spodziewał, że podbity trapem pop tak dobrze zagra z tarantellą. Colombre ciągle siedzi nad tym magicznym Adriatykiem, pisze i gra słoneczne letniaczki, które są niczym wino pite w małym apulijskim miasteczku, jak Monopoli na przykład. Daniela Pes sięga po sardyński folklor, miesza go z elektroniką. Niby banalny pomysł, ale wykonanie zupełnie nie. Tajemnica, mrok, spacer po ciemnym lesie przy pełni Księżyca. Podobnie wrażenie zostawia debiut Maroulity de Kol, tylko że więcej u niej głębokich pogłosów, manipulacji głosem, rytualności. No i Grecja, a nie Sardynia. Niestrudzone chłopaki z Bastardy, tym razem w towarzystwie dwóch dziewczyn Katariny Aleksić i Branislavy Podrumac grają wielojęzyczne, stare, często przerażające kołysanki.

Potrzebowałem trochę czasu i kilku prób, żeby do końca przekonać się do La Symphonie de eclairs Zaho de Sagazan. Gdy już zaklikało, często do niej wracałem. Jest coś w tych jej piosenkach, trochę zwiewnych, trochę po francusku pompatycznych, pokrewnych późnemu Gainsbourgowi (bliżej piosenek pisanych dla Birkin niż dla siebie) czy Mylene Farmer. Jest też pewna naiwność. No i ten androgyniczny, bardzo francuski głos Zaho. Brzmi, jakby od dziecka paliła żitanesy i popijała je hektolitrami wina. Nic dziwnego, że ją tam uwielbiają. Bliźniaczo podobny głos, może nawet jeszcze głębszy ma Clara Yse. Ona jednak idzie w stronę „dziwnego”, trochę kabaretowego popu, folku, muzyki renesansowej. Są tu filmowe pasaże, pogłosy jak ze starych katedr na południu Francji. Coraz lepiej wiedzie się mojemu ulubieńcowi, Johanowi Papaconstantino, który wyprzedał Olympię i – co ważniejsze – wydał świetny drugi album. Więcej na nim rapu, arabskich wpływów, ale o rebetiko nie zapomina, ciągle jest silnie obecne.

Tylko kilka osób przyszło na koncert ARANANAR i Hourloupe w Chmurach, a był to jeden z najmagiczniejszych wieczorów roku. Poczułem się jak w początkach starej Eufemii, gdzie dla garstki widzów występował cały świat. ARANANAR grali te swoje poetyckie, punkowe w duchu piosenki, Aran Nenadal snuł opowieści po czesku swoim głębokim głosem. Było gorąco, przed koncertem pogadaliśmy, po koncercie też. Ich drugi album Domov, co nebyl nie jest pewnie kandydatem na listy roku, ale nie o to chodzi. Ta skromna brzmieniowo muzyka – tylko bas, syntezator i głos – mnie uwiodła. Ona i miękkość czeszyzny. Olga Mysłowska, Patryk Zakrocki i Michał Pepol wzięli pożenili modernistyczne eseje Itala Calvina z barokowym frazowaniem, kościelnością. Trochę wchodzą w buty Purcella granego przez Rogińskiego (i śpiewanego przez Mysłowską), ale mniej tu ryzów, więcej… ambientu?

Marcin Masecki wrócił do krainy dzieciństwa, wypełnionej muzyką latynoską i okazało się, że śpiewak z niego równie utalentowany, co pianista. Gra i śpiewa te stare bolera, tanga, jakby niczym innym się w życiu nie zajmował. Znacząco zaczyna Boleros y mas od Solamente una vez, które jako Wspominałem ten dzień stało się przebojem w przedwojennej Polsce. Bardziej niż z Jazz Bandem łączy mi się ten album z ragtajmami, aż widzę oczyma wyobraźni Maseckiego wymachującego nogą. Przyzwyczaił, że będzie humor, szyk, pozorne balansowanie na granicy rozpadu. Z prawdziwych Latynosów, najbardziej przykuła mnie w zeszłym roku muzyka brazylijska. Ana Frango Eletrico na swoim drugim (dużo tych drugich płyt) albumie idzie szeroko i odważnie, są tropicalia, MPB, art punk, Nowy Jork. Lucas Santtana w swoich sambowych peregrynacjach idzie jednocześnie w tropiki i francuszczyznę, a Domenico Lancellotti na – wybaczcie, ale to prawda – srambie otacza sambę elektroniką, automatami perkusyjnymi i rzeżącymi gitarami.

Pisząc nieukończony tekst o wpływie Rosalii na nie tylko hiszpańską scenę muzyczną, zanurzyłem się w odmętach katalońskiego, walenckiego i asturyjskiego folku. I jakie tam skarby znalazłem, proszę ja was, choć i sporo przeciętniactwa mającego jeden dobry moment na album. Maria Jose Llergo na ULTRABELLEZA idzie ścieżką wydeptaną przez El mal querer, ale niekoniecznie powtarza każdy krok starszej koleżanki. Jej propozycja jest do bólu współczesna, pełna cykających automatów perkusyjnych, obezwładniających basów, autotune’a, syntetycznych dźwięków. Jest też w niej dużo przestrzeni i dramatyzmu. No i piękna, na co wskazuje tytuł. W kilku momentach zbliża się do asturyjczyka Rodrigo Cuevasa. On też w zeszłym roku wydał album. Manual de Romeria jest tak samo imponujący jak Manual de cortejo, a może nawet bardziej. Rodrigo jeszcze mocniej queeruje tradycję, doświadczenie pielgrzymki, przymus podróży wyziera z każdego dźwięku. I te jego wokalne popisy. Julia Colom natomiast po inspiracje sięga do folkloru Balearów. Trzy piosenki bierze wprost z tradycji, reszta do niej nawiązuje. Gra tu przede wszystkim gitara akustyczna, dłonie, stopy, czasem zabrzmi wzmacniacz. Elektronika jest delikatna, używa jej bardziej jak przyprawy niż głównego składnika. Fillas de Casandra są trochę jak nasze Sutari (tylko śpiewają inne mity), w muzykę wplatają dźwiękową codzienność. Podobnie robi La Maria z Walencji. Jedną piosenkę śpiewa w galisyjsku, sięga do religijnej symboliki, ale ją feminizuje, od akustycznych brzmień przechodzi do ciężkich, głośnych gitar by zaraz znów wrócić do delikatności. Dużo się dzieje, a L’Assumpció to tylko 20 minut. Niewiele więcej niż najdłuższy fragment debiutu Maud Herrery, która grała kiedyś w Cocanhi. Dopiero kolega Nadajnik musiał mnie uświadomić, że po odejściu z zespołu Maud nie porzuciła muzyki. Gra jako Tal Coal, nadal śpiewa po oksytańsku (choć też dodała angielski), a towarzyszą jej tylko echo, stop i altówka. Pięknie i poruszająco surowy album.

Nie tylko Turcja

Nie mogę nie poświęcić oddzielnej sekcji muzyce tureckiej, Turcją inspirowanej i turkoidalnej. Tym bardziej, że wreszcie doczekaliśmy się polskiej próby grania klasyków znad Bosforu. MLDVA tak długo kazali czekać na swój album, że już prawie przestałem im wierzyć. Ale jest, do tureckiej psychodelii dodają boombapową ciężkość i jazzowy groove. Nie zasypiają gruszek w popiele, na krakowskim FKŻ grali piosenki Grazii (izraelskiej sensacji z lat 60., śpiewającej po turecku) z Petrą Nachtmanovą. Oby i z tego była kiedyś płyta. Nachtmanova to osobowość nietuzinkowa – urodzona w Wiedniu córka Czecha i Polki, mieszkająca w Berlinie. Tam trzyma się blisko tureckiej diaspory. O baglamie nagrała film, studiowała turecką muzykę tradycyjną. Z İpek İpekçioğlu i Ceyhunem Kayą założyła Karmaturji, elektrofolkowy zespół, w którym nie tylko gra na baglamie, ale śpiewa po angielsku, turecku, polsku i rosyjsku. Natomiast w OKO eksploruje wokalne tradycje Europy Środkowej, Południowej i Wschodniej`. A to tylko część projektów, w które się angażuje. Warto ją obserwować.

W Berlinie stacjonuje też Cherry Bandora, którzy zajmują się wskrzeszaniem izraelskiego szału na muzykę grecko-turecką (stąd ta Grazia śpiewająca po turecku). Bawią się muzyką do tańca brzucha, stereotypami zakrapianych imprez w stambulskich i salonickich tawernach. Nie na darmo nazwali album Back to the Taverna. To też wielojęzyczny album, Lorena Atrakci śpiewa po angielsku, grecku i turecku. Mnóstwo buzuki, kwaśnych klawiszy, ech surf rocka (choć w zasadzie to w surf rocku słychać echa muzyki Grecji i Lewantu). Do tego funkujący bas, klimat gangsterskich filmów klasy B. Mam wielką słabość do takiej muzyki. Eje Eje, czyli Itamar Klüger z Şatellites nagrał z kolei muzykę bardzo letnią, łatwą i przyjemną, trochę pokrewną Marzinapnowi, ale bardziej funkową.

Altin Gun niestrudzenie wydają kolejne albumy wypełnione autorskimi interpretacjami klasyków. Na Aşk wracają do początków tej miłości, porzucają elektroniczne brzmienia, które zdominowało ich poprzednie dwa albumy i wracają do psych rocka podbitego funkiem. Globalny sukces Altin Gun chyba zainspirował Nusantara Beat, też z Amsterdamu, którzy robią to samo, co starsi koledzy, tylko zamieniają Turcję na Indonezję. Na razie mają na koncie tylko dwa single, ale widziałem ich na Le Guess Who? i na scenie już są wielcy.

Nowa tradycja

Jeśli ktoś by mi powiedział, że jedna z najlepszych płyt roku, którą będą zachwycać się ludzie dalecy od folku, zostanie nagrana na dudach, to popukałbym się w czoło. To jednak prawda. Może łatwiej jest tę muzykę przełknąć niefolkowcom, że Brighde Chambeuil gra na small pipes, mniejszych dudach, mniej przenikliwych. A może po prostu dociera do wszystkich dlatego, że Carry Them With Us bliska jest ambientowi, Brighde gra raczej powoli, spokojnie. Zaklina w swojej muzyce wrzosowiska, zacinający deszcz na wyspie Skye, morską sól i piach szeleszczące w zębach. Niesie w sobie całą historię, opowieści przodków, przekazywane z pokolenia na pokolenia. No i pięknie śpiewa w gaelickim. Zachwyty nad Lankum jak najbardziej zasłużone, ale chyba trochę przesadzone.

Damir Imamović napisał łamiące serce sevdy po bośniacku i ladino na podstawie najnowszej powieści Aleksandra Hemona The World and All That it Holds. To historia dwóch żołnierzy, którzy zakochują się w sobie na froncie I Wojny Światowej. Po terenach dawnego Imperium Osmańskiego poruszają się Michalis Kouloumis, Tristan Driessens i Miriam Encinas na Music for Shepherds and Sultans (co za świetny tytuł swoją drogą). Międzynarodowe trio Mohammada Zatariego nagrało bardzo spójny album łączący trzy wielkie niezachodnie muzyki klasyczne – arabską, perską i indyjską. Surowy, chropawy album Oghlana Bakshiego z muzyką z pogranicza turkmeńsko-irańskiego po prostu zachwyca.

W obliczu kulturowego i fizycznego ludobójstwa Tatarów Krymskich, Jamala, zwyciężczyni Eurowizji w 2016 roku, nagrała QIRIM, album z interpretacjami krymskotatarskich pieśni. Ubrała je w tradycyjny, turecki i arabski pop – dużo smyczków, bogate orkiestracje, hieratyczność i podniosłość wokalu, teatralność i narracyjność. Jakby wyrwała się z Festiwalu w Baalbeku w latach 50. i występowała wspólnie z Fairuz, albo nawet z lat wcześniejszych, z epoki świetności kairskiej Ezbekiyi (o której świetną książkę napisał Raphael Cormack) i początków kariery Umm Kulthum. Od Umm Kulthum właśnie zaczęła się współpraca Ayi Metwalli i Calamity, libańskiego eksperymentującego tria. Z czasem coraz bardziej oddalali się od źródła, łączyli egipski tarab z free jazzem, psychodelią w duchu Oiseaux-Tempetes, coraz więcej było w tej muzyce dezynwoltury, brawury. Porywa, ale nie do każdego trafi.

Wspaniały wspólny album zrodzony – znów – z improwizacji i spotkania nagrali Kayhan Kalhor i Toumani Diabate. Ładnie grają, przerzucają się tematami, ale słychać, że to Kalhor ma więcej do powiedzenia, ciąży ta muzyka ku Iranowi, kora Diabatego częściej akompaniuje kemanczy niż odwrotnie. Peter Brotzmann, Majid Bekkas i Hamid Drake wybrali się we wspólną podróż w stronę gnawy, hipnotyczną, transową, pulsującą.

Szumy, trzaski, echa


Aho Ssan zainspirowany Deleuze’em, Guattarim i własną rodzinną historią rozwinął swoją muzykę w formę kłączyrozwijającą się w każdą stronę. Zaprosił w dużej części tych samych gości, co Nicolas Jaar do tkania muzyki na Unsoundzie. Utkana jest muzyka Piotra Kurka na Smartwoods, też unsoundowym zamówieniu, a Peach Blossom wydane na początku roku bliższe jest rzeźbie. Rian Treanor z Ocenem Jamesem szusują między postclubem a Ugandą, w tych skrawkach, pokręconych 
rytmach bliscy są Ale Hop i Laurze Robles. W tym drugim przypadku dochodzi jeszcze postkolonialna opowieść o czarnym ciele, wykorzystywanym do pracy na plantacjach. Najradykalniej do kwestii rytmu podszedł SKI – jego muzyka jest odarta ze wszystkiego innego. Faizal Mostrixx buduje własną wizję panafrykańskiej muzyki rytualnej. Wojtek Kucharczyk, jak to on, wydaje jak szalony coraz bardziej szalone rzeczy. Wspaniale nam się rozmawiało w marcu.

Adela Mede postanowiła przełożyć Europę Środkową na dźwięk. Miesza na Ne lepj a Viragra języki, pojawia się przetworzony akordeon. Zapętla dźwięki, żeby podkreślić, że nasz region składa się jak Artur Rojek z samych powtórzeń. Towarzysząca jej w dwóch fragmentach Martyna Basta kieruje swoją uwagę w stronę snów. I tu stawiam kropkę, jeśli chodzi o płyty, bo mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać. To był świetny rok dla muzyki, choć wszystko wokół wydaje się walić.

Co z tym pisaniem?

"If you see somebody repeatedly doing something, you just assume that it is sustainable" – takie zdanie przeczytałem we wpisie udostępnionym przez Asię Kanowską z 19/4. Zarezenowało we mnie, choć dotyczyło grania tras, a nie pisania o muzyce. Ciągnę ten pisarski wózek już szesnaście lat i z każdym rokiem ten upór wydaje się coraz mniej sensowny. 2023 był rokiem, kiedy pisałem dość intensywnie, sporo po angielsku, ciągle po godzinach. I coraz częściej zastanawiałem się, na co mi to wszystko?

Nie tylko ja widzę, że ten system jest nie do utrzymania. Mądrze o uwiądzie nieakademickiej krytyki muzycznej i muzycznego dziennikarstwa pisał Bartek Chaciński, wywiązała się nawet dość gorąca dyskusja, tylko głosy ciągle te same. Jakby na czytaniu o muzyce zależało tylko tym, którzy o niej piszą. Może po prostu tak jest, może, jak napisali Bartek i Andrzej Cała, w Polsce mało komu zależy na muzyce, dla mało kogo jest czymś więcej niż gadżetem i tapetą wypełniającą codzienność, sączącą się do ucha w trakcie gonienia dedlajnów, kończenia kolejnych zadań w mało zajmującej pracy. O ekonomicznej stronie pisania o muzyce gorzko pisał w swoim podsumowaniu roku Łukasz Komła, ten temat poruszał również Filip Szałasek. Zmienia się podejście samych osób piszących do swojej pracy, to dobrze.

Nie widzę młodych writerów, ale może po prostu nie jestem w stanie ich dostrzec, może za bardzo zamknąłem się w bańce. Nie bardzo wierzę w to, że nikt nie chce dyskutować o muzyce. I chyba dlatego cały czas piszę. Muzyka to zbyt ważna sprawa, żeby o niej milczeć.

Wszystkie moje zeszłoroczne teksty znajdziecie tutaj.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz