czwartek, 11 października 2012

tres.b - "40 Winks of Courage"


Muzyka ze snu.

Tak najłatwiej scharakteryzować nie tylko trzecią płytę tego międzynarodowego tercetu, ale i ich cała twórczość w ogóle. Od debiutanckiego "Scylla and Charybdis" przez "The Other Hand" Misia, Oliver i Tom błądzą po marzeniach sennych, hipnotyzując słuchacza. I choć czasem wrócą do rzeczywistości (tytułowy kawałek z poprzedniego albumu), to jednak większość ich twórczości balansuje na granicy między marą a jawą. "40 Winks of Courage" zabiera słuchacza na 40 mgnień w nierzeczywisty świat. Piękny, hipnotyczny, ale jednocześnie niepokojąco tajemniczy. Piosenki snują się, przenikają, rozpływają we mgle. Nie wiadomo, co czeka za rogiem, choć jest leniwie, kilkakrotnie skacze ciśnienie.

Nagrywając trzecią płytę, tres.b postanowili wrócić do praktyk z debiutu. Zapomnijcie o bogatych aranżach z "The Other Hand". Gitara, bas, bębny to praktycznie wszystko, co słychać na "40 Winks of Courage". I oczywiście fantastyczny, aksamitny głos Misi Furtak. Można się w nim zakochać. Wiem, dopiero, co rozpływałem się nad wokalem Jessie Ware i Elizabeth Harper, ale Misia w niczym im nie ustępuje. Swoim głosem koi, hipnotyzuje (to słowo sponsoruje ten wpis), ale chyba najważniejsze jest to, że trudno ją pomylić z kimkolwiek innym. dwa razy przy mikrofonie zastępują ją Oliver, robiąc naprawdę dobre wrażenie, ale nie o to chodzi w muzyce tres.b, bo mimo przewagi pierwiastka męskiego, to bardzo kobiecy zespół.

To tyle ode mnie, nigdy nie byłem dobry w opowiadaniu snów. Lepiej je przeżywać.

wtorek, 9 października 2012

17 minut



Frank Ocean przechwalał się ostatnio, że puścił do stacji radiowych singel trwający 9 minut. 

poniedziałek, 8 października 2012

Uskudar 7 X 2012

1. Boubacar Traore - Djougouya Niagnin
2. Dobet Gnahiore - Khabone-n'daw
3. Alim Qasimov - Daramad Bardasth Maye
4. Titi Robin - Farımaz - Türkmen Rumba
5. Mumford & Sons - Hopeless Wanderer
6. Terakaft - Kel Tamasheq
7. Staf Benda Bilili - Kuluna\Gangs
8. Al-Kindi Ensemble -  the dove's lament did make me sad

czwartek, 4 października 2012

Afryka, pustynia, Kanada.

Spóźnione, ale jednak napisane. 

O środzie na Skrzyżowaniu kultur nie mam wiele do napisania. Muzyka koreańska i japońska to nie moja bajka. Zupełnie. Dzień następny w swej wyjątkowości (składy złożone z mistrzów warsztatów  którzy w takiej konfiguracji raczej ze sobą więcej nie wystąpią) mógł być naprawdę niezwykły  ale wyszło dość zachowawczo. Z jednym dość poważnym zgrzytem. Występem Aleksieja Archipowskiego. Ten, nazwany przez zapowiadającą go Marię Pomianowską "Jimim Hendrixem bałałajki", Rosjanin okazał się być raczej skrzyżowaniem Malmsteema i Metheny'ego. technicznie doskonały, ale z kompozycji ziała emocjonalna pustka. I za dużo szołmeństwa, nie mówiąc już o tym, ze delaya, to ja już dawno nie słyszałem  Na każdy dźwięk zagrany przez Archipowskiego przypadały trzy z efektu. A potem ludzie dziwili się, że tyle dźwięków wydobywało się z jego bałałajki.

Prawdopodobnie przegrałem życie, bo w piątek zamiast fenomenalnego Razy Khana, moja stonerowa dusza wybrała Fu Manchu. Nie zawiodłem się na tym koncercie ani troszeczkę. Mimo ponad czterdziestki na karku Kalifornijczycy potrafią wykrzesać z siebie mnóstwo pustynnej energii. Każda z 14 piosenek z "The Action is Go' wypadła duzo lepiej niż na płycie sprzed piętnastu lat. I tu podziękowania dla pana dźwiękowca, któru robił z konsoleta takie cuda, że wreszcie było wszystko słychać  NAPRAWDĘ wszystko. No i ten bis, najbardziej oczywisty z oczywistych, ale jaki fantastyczny: "Califrornia Crossing", "king of the Road" i "Godzilla". Jedynym kwasem było przesunięcie z niezrozumiałych powodów supportu do Saturatora na po głównej gwieździe.

W sobotę wróciłem do namiotu festiwalowego. Boubacar Traore bezbłędny, zagrał całe "Mali Denhou", ale największe brawa należą się harmonijkarzowi. Dobet Gnahore byla dla mnie zbyt uładzona, zbyt smoothjazzowa, więc wyszedłem chwilę wcześniej, bo kilkadziesiąt metrów dalej, w tym samym budynku grał Ben Caplan, o którym pisałem tu, tu i tu. jak zwykle na jego koncertach było najlepiej.

wtorek, 2 października 2012

Jessie Ware - "Devotion"



Bardzo piękne piosenki

Czasem nie trzeba (a nawet często) nie trzeba karkołomnych struktur rytmicznych, zabawy konwencją, tryskaniem pomysłami na prawo i lewo, zaskakujących rozwiązań stylistycznych czy innych eksperymentów. Wystarczają tylko (i aż) dobrze skrojone piosenki. Fantastyczne melodie. Aksamitny głos. Wszystko to, co zaproponowała na swoim debiucie Jessie Ware.

Zastanawiam się, co odgrywa ważniejszą role na "Devotion". Głos Jessie, od którego miękną kolana jeszcze bardziej niż od Elizabeth Harper z Class Actress czy delikatna, wyważona muzyka? Czy to Jessie zyskuje dzięki zetknięciu z elektroncznym soulem czy to ona uwydatnia jego zwiewność? A może są w symbiozie? I to chyba prawidłowa odpowiedź na to pytanie. Głos i muzyka na "Devotion" uzuzpełniają sie doskonale.

Choć Jessie jest najczęściej porównywana do Sade, czy wręcz ogłaszana jej następczynią, to mi przychodzi do głowy przede wszystkim jedno nazwisko. Elizabeth Harper. Podobnie, jak Amerykanka, panna Ware robi swoim głosem ze mną co chce. A nawet więcej. Seksowny, zmysłowy ładunek w jej głosie sprawia, że Elizabeth przy Jessie jest jak uczennica przy świadomej siebie kobiecie. Jedno "Sweet Talk" jest bardziej seksowne niż połowa "Rapproacher" (a to jedna z moich ukochanych płyt przecież). Może się z nią równac jedynie "Hangin' On", które też najlepiej pokazuje różnice między dwiema paniami.

To bardzo romantyczna muzyka. Niedookreślona, wygładzona, czerpiąca z najlepszych wzorców, tych starszych i tych nowszych.