Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratysława. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bratysława. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2026

Słowackie Maćki z podziemia

Chyba każdy kraj bloku wschodniego miał swoją mocną postpunkową scenę. Łatwo to zrozumieć. O ile punk rock nadaje się do wykrzyczenia swojej złości na system, o tyle post punk jest idealny do oddania dusznej atmosfery panującej w autorytarnych systemach. I tak my mieliśmy Maanam i Republikę, ZSRR Kino, Jugosławia cała stała post punkiem z Zagrzebia, Belgradu i Sarajewa z moją ukochaną Ekatariną Veliką na czele, Idoli czy Zabranjeno Pusenje (to jak potoczyły się losy muzyków przede wszystkim sarajewskich zespołów po upadku Jugosławii zasługuje na osobne opracowanie). Słowacja, wtedy część Czechosłowacji, miała Matkovia, czy po prostu Maćków. Przewodził nim awangardowy kompozytor Martin Burlas, który nawet próbował swoich sił na Warszawskiej Jesieni. Zespół - czy może lepiej byłoby napisać projekt - istniał tylko 4 lata. Nie wyszli w tym czasie z podziemia, ich nagrania były dostępne tylko w drugim obiegu, na kopiowanych chałupniczo kasetach (choć dzięki Burlasowi i jego kontaktom nagrywali w najlepszych słowackich studiach). A teraz dzięki wspaniałej, bratysławskiej oficynie 42 far zajmującej się muzyką regionu, można posłuchać, co tam Maćkowie wysmażyli.

Więcej dowiecie się z mojego tekstu dla Bandcamp Daily. Znów okazało się, że rzeczy dla nas oczywiste, dla zachodniaków wcale takimi nie są. Tym razem musiałem tłumaczyć, jakimi kanałami docierała do bloku wschodniego kultura i muzyka zachodnia, że Żelazna Kurtyna nie zawsze i nie wszędzie była szczelna. Ot, taka ciekawostka.

czwartek, 31 marca 2016

W centrum: Po drodze do Tallinna

Bad Karma Boy
Nie spodziewałem się, że zobaczę ponownie Bad Karma Boy tak szybko, a tym bardziej, że przyjadą do Warszawy. Jednak droga z Bratysławy do Tallinna jest długa, więc zatrzymali się w stolicy, by zagrać na Chłodnej razem ze Słoweńcami z Koala Voice.

Poprzednim razem widziałem Bad Karma Boy w pełnej sali V Klubu na Waves Bratislava, gdzie każdy znał ich wszystkie teksty. Zagrali wtedy świetny, porywający koncert. W Warszawie nie było tak kolorowo, Słowacy nie mieli tłumów do porwania. Niewielka salka Chłodnej zgrodzmadziła ledwie 20 osób. Bad Karma Boy i tak zagrali solidny koncert, wypełniony przede wszystkim piosenkami z ich ostatniej płyty, Udolia a kopce. Jednocześnie to był ich pierwszy występ z nowym basistą, któremu zadedykowali cover Tame Impala.

Mariusz Herma pisał ostatnio na swoim blogu, że nowa płyta Julii Marcell, choć zaśpiewana całkowicie po polsku, jest płyta niepolską. Mogłaby równie dobrze zabrzmieć w angielskim albo jeszcze innym języku. Ten cover zagrany przez Słowaków, uświadomił mi, że z nimi jest bardzo podobnie. Brzmią bardzo amerykańsko, harmonie wokalne są silnie naznaczone Fleet Foxes, brzmi u nich Środkowy Zachód. I tylko ten słowacki przypomina, że pochodzą ze Środkowej Europy.
Koala Voice

Inaczej sprawa się ma z Koala Voice. Słoweńcy wybrali lengłydż, tylko jedną piosenkę zaśpiewali w swoim języku. Przypadkowo czy nie, był to najlepszy moment koncertu. Porzucili sztampowy garażowy rock na rzecz ciężkiej, narkotycznej psychodelii. Szkoda, że nie zakończyli tak swojego występu, zrobiliby dużo lepsze wrażenie.

Iwona Skwarek w wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej powiedziała mi, że na razie chcą się z Bartkiem Szczęsnym skupić na najbliższej zagranicy, że w Niemczech czy Czechach mają świetny odbiór. Bardzo mnie ucieszyła ta deklaracja, wreszcie ktoś od nas chce pokazywać się w Pradze, Bratysławie czy Dreźnie. To dobry kierunek, ale nie zdziwię się, jeśli ani Koala Voice, ani Bad Karma Boy nie wrócą do Polski, bo przynajmniej ci pierwsi mają w swoim kraju status alternatywnej gwiazdy, przyciągają liczną publiczność, a w Warszawie grali dla niewielkiej grupki 11 osób.

Może to też wynika z nikłej promocji samego wydarzenia, ale promowanie koncertów w erze Facebooka to temat na zupełnie inną opowieść.

czwartek, 11 lutego 2016

W centrum: Päfgens



Jana i Filip pierwszy raz przyjechali do Warszawy z wycieczką. Gdy skończyli studia dziennikarskie w Bratysławie, przenieśli się do stolicy Polski już na stałe. Dziś są częścią sceny "okołochmurowej", piosenkowo-improwizatorskiej, wyznającej zasady Do-It-Yourself. Wszystkie swoje płyty nagrywają w domu i wydają zupełnie sami.

Filip grał kiedyś w postrockowym zespole the Ills (trafiłem dawno temu na ich debiutancką EPkę, nie zachwyciła), dla Jany Päfgens to pierwsze poważniejsze granie. I jedno, i drugie w ich muzyce słychać. Jana śpiewa cicho, delikatnie, jakby nie była pewna swojego głosu, wokal na dodatek często jest schowany głęboko w miksie. Postrockowe doświadczenie Filipa owocuje rozmyciem piosenek. Rodzi się z tego dream folk budzący skojarzenie z New Weird America przefiltrowanym przez środkowoeuropejską wrażliwość. Jana i Filip korzystają też z nagrań terenowych. Ubarwiają nimi swoje kompozycje. Dzięki temu są jak spacery po Warszawie. Przez parki i nad Wisłą. ptaki śpiewają, drzewa szumią - iście sielski dźwiękowy krajobraz.


Piosenki Päfgens to właściwie szkice. Ledwo zarysowane, niedopowiedziane. Słychać każdą niedoskonałość, każdy nietrafiony dźwięk. Sami nazywają swoją muzykę naiwną i właśnie taka jest. Prosta, nieprzegadana, bezpretensjonalna, naturalna. Po prostu piękna.