czwartek, 11 lutego 2016

W centrum: Päfgens



Jana i Filip pierwszy raz przyjechali do Warszawy z wycieczką. Gdy skończyli studia dziennikarskie w Bratysławie, przenieśli się do stolicy Polski już na stałe. Dziś są częścią sceny "okołochmurowej", piosenkowo-improwizatorskiej, wyznającej zasady Do-It-Yourself. Wszystkie swoje płyty nagrywają w domu i wydają zupełnie sami.

Filip grał kiedyś w postrockowym zespole the Ills (trafiłem dawno temu na ich debiutancką EPkę, nie zachwyciła), dla Jany Päfgens to pierwsze poważniejsze granie. I jedno, i drugie w ich muzyce słychać. Jana śpiewa cicho, delikatnie, jakby nie była pewna swojego głosu, wokal na dodatek często jest schowany głęboko w miksie. Postrockowe doświadczenie Filipa owocuje rozmyciem piosenek. Rodzi się z tego dream folk budzący skojarzenie z New Weird America przefiltrowanym przez środkowoeuropejską wrażliwość. Jana i Filip korzystają też z nagrań terenowych. Ubarwiają nimi swoje kompozycje. Dzięki temu są jak spacery po Warszawie. Przez parki i nad Wisłą. ptaki śpiewają, drzewa szumią - iście sielski dźwiękowy krajobraz.


Piosenki Päfgens to właściwie szkice. Ledwo zarysowane, niedopowiedziane. Słychać każdą niedoskonałość, każdy nietrafiony dźwięk. Sami nazywają swoją muzykę naiwną i właśnie taka jest. Prosta, nieprzegadana, bezpretensjonalna, naturalna. Po prostu piękna.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza