poniedziałek, 16 czerwca 2014

Dźwięki z Sahelu

mat. prasowe


Strona ruszyła, więc mogę napisać, już we wrześniu ukaże się pierwszy numer nowego-starego kwartalnika poświęconego muzyce, M/I. Do tej inicjatywy dorzucam swoje trzy grosze, kontynuując wątki afrykańskie i archiwalne. Napisałem tekst o wytwórniach zajmujących się afrykańską muzyką (nie tylko) archiwalną. Przy okazji porozmawiałem z właścicielami kilku takich oficyn, między innymi z Chrisem Kirkleyem, szefem Sahel Sounds, jednej z moich ukochanych wytwórni w ogóle. Kilka miesięcy temu przepytał go Kuba z Radia Orient, ale na trochę inną okoliczność.


Kiedy zaczęło się twoje zainteresowanie muzyką Afryki Zachodniej?

Wydaje mi się, że pierwszym gatunkiem regionu, z którym się zetknąłem była północnomalijska muzyka gitarowa poprzez album Afela Bocouma, ucznia wielkiego malijskiego mistrza gitary – Ali Farka Tourego. Miała w sobie pewne podobieństwa do amerykańskiego bluesa, ale jednocześnie była pełna subtelnych polirytmii, których nie potrafiłem wtedy zbytnio zrozumieć. Sześć miesięcy później byłem w drodze do Zachodniej Afryki.

W swojej wytwórni wydajesz przede wszystkim współczesną muzykę. Dlaczego zwróciłeś się w stronę archiwalnych nagrań, wydając L'Orchestre National de Mauritanie i Mammane Saniego?

Jedyną spójną rzeczą w Sahel Sounds jest geograficzne pochodzenie muzyki. Jestem gotów wydać wszystko, na co natrafię podczas moich wypraw. Tak się stało z tymi dwoma albumami – po prostu posłuchałem muzyki tych wykonawców i podążyłem do źródła. Myślę, że są ważne choćby z tego powodu, że nigdy wcześniej nie zostały wydane. Nie chcę wydawać standardowych reedycji, wolę wynaleźć nagrania zagrzebane głęboko w radiowych archiwach i dać im drugie życie. Mam nadzieję wydać album z późniejszymi nagraniami L'Orchestre National, mam też kilka fenomenalnych nigerskich rzeczy z przełomu lat 70. i 80. To w zasadzie nieudokumentowany okres.

Czyli w Sahel Sounds skupiasz się zgodnie z nazwą tylko na Sahelu?

Tak, planuję wydać muzykę z innych rejonów świata pod inną nazwą, będzie to coś podobnego do mojej kasetowej serii Autotune the World. W Sahelu jest tyle różnorodnej i fantastycznej muzyki, że będę miał się czym zajmować przez wiele lat.

Czy było trudno Ci dotrzeć do tego niewydanego materiału?

Ciężko jest znaleźć odpowiednich ludzi, z którymi warto porozmawiać, ale jeśli już udaje mi się dotrzeć do członków zespołu, wszystko staje się łatwiejsze. Najtrudniejsze jest znalezienie samych piosenek. Wiele jest w posiadaniu rządu, a biurokracja jest niezwyciężona. Nawet jeśli prawnie nagrania nie należą do państwa, urzędnicy niechętnie je przekazują. Moje działania obejmują sporo negocjacji, a nawet czasem łapówek.

Jak według Ciebie zmieniło się postrzeganie muzyki afrykańskiej na Zachodzie?

Odeszliśmy od homogenicznego i sztucznego pojęcia „world music” jako reprezentanta całej muzyki afrykańskiej. Myślę, że „Graceland” Paula Simona zdefiniował brzmienie Afryki w uszach Zachodu w latach 90. i początku XXI wieku. W niektórych kręgach pewnie nadal jest takim odniesieniem. Dzisiejsza dostepność, czy to za pomocą wytwórni czy po prostu Youtube'a, sprawia, że dużo łatwiej trzymać rękę na pulsie, wiedzieć, co się tak naprawdę dzieje na tym zróżnicowanym kontynencie.

Na jakim etapie jest film „Akounak Tedalat Taha Tazoughai” (tuareski „remake” Purple Rain z Mdou Moctarem w roli głównej)?

Zakończyliśmy zdjęcia, teraz czas na montaż. To była szalona przygoda, filmowanie, sam pomysł. Premiera we wrześniu, już nie mogę się doczekać reakcji, i w Nigrze, i tutaj.

Co jest najbardziej satysfakcjonujące w prowadzeniu Sahel Sounds?

Umożliwienie artystom wyjazdu w trasy. Zajęło to dużo czasu, ale myślę, że dla nich to szansa na zdobycie kontaktów i by zobaczyli, jak ich muzyka jest przyjmowana na świecie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza