poniedziałek, 10 września 2012

Class Actress - Rapproacher


Kiczowate, plastikowo brzmiące syntezatory, żywcem wyjęte z lat 80., wokalistka bez wyrazistego głosu, piosenki powielające wszystkie możliwe miłosne klisze wykorzystane w muzyce przepisem na sukces? W przypadku Class Actress zdecydowanie tak.

Wydawać się to może niewiarygodne, ale „Rapproacher” zniewala od pierwszych dźwięków „Keep You”. Elizabeth Harper po prostu hipnotyzuje swoim głosem, a przecież jest on tak zwykły, taki przeciętny. Jednak Harper potrafi wydobyć z niego takie pokłady zmysłowości i erotyzmu, że po prostu miękną nogi. W jej ustach nawet tak banalne i wyświechtane frazesy jak „Do you think I care about/what we talk about/when we talk about/love” brzmią niczym najwymyślniejsza poezja czy wyznanie uczuć. Debiutancki album Class Actress to jedenaście takich wyznań, a jedno bardziej elektryzujące od drugiego.

Z głosem Elizabeth świetnie koresponduje warstwa instrumentalna będąca prawie godzinnym hołdem dla muzyki popowej sprzed trzech dekad. Słychać przede wszystkim new romantic i Italo disco. Kompozycje uwodzą swoją powłóczystością i często zapraszają na parkiet. Jest trochę lo-fi, ale to pozorne wrażenie, syntezatorowe podkłady kipią smaczkami, choć w żadnym wypadku nie wydają się przeładowane.

Johnny’emu Jewelowi z Chromatics i Glass Candy wyrósł w tej materii silny konkurent w postaci Marka Richardsona. Doprawdy, nie wiem, który z nich pisze lepsze electropopowe piosenki. Chyba się zakochałem.

Electric Nights Magazine 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza