piątek, 2 marca 2012

Village Kollektiv, 1 III 2012, Hydrozagadka

1. Wreszcie udało mi się dotrzeć na ich koncert. Próbowałem już chyba z sześć razy, co, biorąc uwagę fakt, że grają 3 razy do roku i nie tylko w Warszawie, daje cztery lata nieudanych prób. Mój rekord.

2. Moja obecność na wczorajszym koncercie była przez moment zagrożona. Nieopatrznie wsiadłem do metra pełnego nabuzowanych narodowców-kiboli. Brr, dobrze, że w większości wysiedli na Centrum.

3. No niestety troszkę się spóźniłem na VK. Do klubu dotarłem w trakcie pierwszej piosenki. Zresztą nie tylko ja. W początkowej fazie koncertu publiczność była nieliczna, dopiero z czasem zaczęło się zagęszczać. I nawet niektórzy zdecydowali się na nieśmiałe tańce.

4. Nic dziwnego, na koncertach VK są jeszcze bardziej elektroniczno-taneczni niż na płytach.

5. Dużo więcej entuzjazmu budziły piosenki z debiutu, który ma już sześć lat. Znaczy się, jest stary, ale jary. Mnie najbardziej ucieszyła obecność "Hardhoro", a z "Subvillage Sound" bisowej, zagranej w bardzo długiej wersji "Molih ta" i "Ktoby" (choć bez Pablopavo)"

6. W tym miejscu zwykle pojawia się wzmianka o tym, jak wypadł zespół. W przypadku VK to trochę bez sensu. W jego skłąd wchodzą muzycy najwyższej próby, więc oczywizmem jest, że zagrali przynajmniej bardzo dobrze.

7. Wypadli nawet lepiej. Słychać doskonałe zgranie, Praczas skryty za laptopem i syntezatorami trzyma wszystko w ryzach, dodając zaskakujące sample - od beatboksu po PRL-owskie kroniki gospodarcze. Trójka wokalistek śpiewa tak, że ciarki biegną po plecach w tę i z powrotem.

8. Ale to był dobry koncert. Chcę powtórkę, obiecuję, że poruszę góry i niebo, by dotrzeć.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza