1. Nie wiem, czy to dlatego, że przez drugą połowę 2010 i prawie cały 2011 słuchałem Tuaregów, czy może to po prostu był lepszy koncert, ale wczorajszy występ Tinariwen podobał mi się dużo bardziej niż ten open'erowy.
4a. Nie był, Mariusz Herma przypomniał mi, że przecież najlepszym momentem koncertu był rap w wykonaniu Alhousseyniego. Naprawdę, zarapował do prostej, dwuakordowej partii swojej gitary i odpowiednio "funkującego" zespołu. Część jego rymów była na pewno francuska, ale wydaje mi się, że przeplatał ją z tamaszek.
2. Może też dlatego, że zaczął się o ludzkiej porze.
3. A może dlatego, że Tuaregowie przyjechali w mniejszym składzie i mimo że ich ostatnia płyta jest wyciszona i skupiona, postanowili zagrać w Warszawie z mocą najlepszych rokendrolowych składów.
4. Tak, to chyba dlatego. Piosenki, w których liderował Abdallah ag Alhousseyni pełne były typowo zachodniego rockowego żaru, ale nadal zanurzone w bezmiarze Sahary. W jednym z utworów jego gra na gitarze bardzo przypominała Omara Khorshida. I to był chyba najlepszy moment koncertu. Nie z powodu tego podobieństwa, lecz po prostu muzycy weszli wtedy w największy trans.
4a. Nie był, Mariusz Herma przypomniał mi, że przecież najlepszym momentem koncertu był rap w wykonaniu Alhousseyniego. Naprawdę, zarapował do prostej, dwuakordowej partii swojej gitary i odpowiednio "funkującego" zespołu. Część jego rymów była na pewno francuska, ale wydaje mi się, że przeplatał ją z tamaszek.
5. Ibrahim ag Alhabib opuścił pięć piosenek. Tych pięć, w których pierwsze skrzypce (a raczej gitarę - nie mogłem się powstrzymać) grał Alhousseyni. Kiedy był na scenie, Abdallah stawał się jedynie drugim wokalistą. Z początku wydawało się, że wejście Ibrahima spowodowało większą dawkę melancholii, ale on też pokazał, że hendrixowanie mu nie obce.
6. Co ja się będę dalej rozpisywał? Koncert był po prostu doskonały, dwie godziny minęły niczym chwilka. I tym bardziej żałuję, że nie będzie mnie jutro w Szczecinie.