środa, 19 stycznia 2011

Małpa - 5 element



Znów świetny teledysk zrobili Małpie. To będzie jego rok (zresztą poprzedni też należał do niego). Niech szybko wydaje Proximite z Jinxem!

niedziela, 16 stycznia 2011

Ballake Sissoko & Vincent Segal - Chamber Music

Afryka w Europie, Europa w Afryce.

Ballake Sissoko jest uznanym malijskim muzykiem. Nagrywał z takimi osobistościami jak Taj Mahal czy Ludovico Einaudi. Sam gra na korze, dwudziestojednostrunowej afrykańskiej harfie. Vincent Segal jest klasycznie wykształconym francuskim wiolonczelistą. Grywał w orkiestrach i triphopowym zespole bomcello. Połączył ich przypadek. I Mali.

I chyba wystarczy tego gadania.


poniedziałek, 3 stycznia 2011

IncarNations - "Radio Retro"

Tytuł zdradza koncept na tę płytę. Mianowicie, gramy muzykę, jaka wydobywała się z radioodbiorników takich, jak ten na okładce, w czasach ich świetności. Nie zdradza natomiast, kto jest za to odpowiedzialny. A są nimi: Maja Kleszcz i Wojtek Krzak z Kapeli ze wsi Warszawa, czyli specjaliści od trochę innego rodzaju retro niż ten zaprezentowany tutaj.

Gdyby ktoś kazał mi opisać tę płytę jednym słowem, bez dłuższego wahania wybrałbym określenie „stylowa”. „Radio retro” pełne jest dawno zapomnianego sznytu i elegancji. Z jednej strony kojarzy mi się z zabawami w międzywojennej Warszawie, a z drugiej z zadymionym barem w Nowym Orleanie albo na Manhattanie w latach 40. 

Delikatnie, nie nachalnie bujają po latynosku, najbardziej w „Śniłeś” i „Zabrakło moich łez”, które brzmią jakby zagrali je członkowie Buena Vista Social Club. Jest też trochę gospel, jak w „Wiarę przywróć mi”. Znalazło się też miejsce dla korzennego bluesa. Żeby nie do końca nurzać się w przeszłości, pojawia się dub, który, mimo że wydaje się być zupełnie z innej bajki, sprawdza się bardzo dobrze.

Wielką zaletą IncarNations jest głos Mai Kleszcz. Inny niż ten, którym czaruje w Kapeli, choć pod koniec pojawiają się ludowe zaśpiewy. W kilku recenzjach porównano jej głos do Amy Winehouse, dla mnie jednak głos Mai to trochę inna kategoria niż panna Autodestrukcja. Gdyby jednak na przykład Maja przyszła na świat w Zjednoczonym Królestwie, miałaby spore szanse na zaistnienie w białym soulu.

Teksty napisał przede wszystkim Bogdan Loebl, nestor polskiego tekściarstwa. Wyjątki to wiersz Przerwy-Tetmajera do muzyki Niemena, „Daj mi tę noc” i utwór ostatni, do którego słowa napisał Krzak.

To niepozorna płyta. Nie zachwyciła mnie za pierwszym razem. Za drugim też nie. Zwykle na tym się kończy, jednak los chciał, że posłuchałem „Radio retro” trzeci raz i uświadomiłem sobie swoją wcześniejszą głupotę. Grower. 

środa, 29 grudnia 2010

Coldair - Persephone


Płytę Coldair, solowego projektu Tobiasza Bilińskiego z Kyst sprawdziłem z ciekawości i poczucia obowiązku, które zaczęło mnie ogarniać pod koniec roku. Znając „Cotton Touch” jego zespołu i zobaczywszy ich cztery razy na żywo w zeszłym roku (jednak zaznaczam, że Krzysiek co chwilę mi powtarza, że to się nie liczy, bo teraz grają w innym składzie, inne rzeczy i w ogóle zupełnie inaczej), nie spodziewałem się niczego dobrego po „Persephone”. A tu klops. Moje przewidywania okazaly się błędne.

Piosenki na „Persephone” to bardziej szkice niż pełnoprawne utwory. Bardzo skromne, nagrywane w domu, dużo przystępniejsze niż „Cotton Touch”. Tobiasz nie sili się na bycie nie-wiadomo-jak-zajebistym artystą, lecz jest po prostu skromnym chłopakiem z gitarą, który chce nagrać kilka fajnych rzeczy. Jedną z wad Kyst – zbytnią pewność siebie i przekonanie o własnej zajebistości – mamy z głowy.

Mimo że, jak już napisałem mamy do czynienia ze szkicami, to nie pojawia się też kolejna bolączka sopockiego zespołu: schematyczność. Koncerty i płytę Kyst zapamiętałem tak: bezładne napieprzanie w instrumenty – cisza – bezładne ciche dźwięki – zaczątek ładnej melodii – bezładne napieprzanie w instrumenty. I tak w koło Macieju. Nie dość, że „Persephone” jest od tego wolna, to na dodatek Tobiasz stara się, by nie była ona nudna, urozmaicając skromne aranże. Trzeba przyznać, że tym razem robi to niezwykle zręcznie.

Umówmy się, „Persephone” nie jest nie jest płytą wybitną. Nie powala na kolana. Na mnie jednak zrobiła wrażenie tym większe, ponieważ zupełnie się tego nie spodziewałem po jej twórcy. Polecam