poniedziałek, 12 czerwca 2017

Melodie mają dialekty - wywiad z Xylouris White



Dzisiaj wyciągam coś z archiwów. Druga płyta duetu Xylouris White, Black Peak to jeden z moich ulubionych zeszłorocznych albumów, a ich koncert na Unsoundzie był jednym z najlepszych, jakie widziałem w 2016 roku. Właśnie przed krakowskim występem udało mi się porozmawiać z tym nietypowym duetem kreteńskiego lutnisty i australijskiego perkusisty. Wygrzebuję tę rozmowę z szuflady na miesiąc przed ich kolejnym koncertem w Polsce.

Może to banalne pytanie, ale jak się spotkaliście?

George Xylouris: Poznaliśmy się bardzo dawno temu. W Melbourne, 27 lat temu. Grałem tam koncert razem z zespołem mojego ojca (Psarantonisa, legendarnego kreteńskiego wirtuoza liry - przyp. mój). Tak poznałem Jima. A potem na początku lat 90. mieszkałem w Australii i utrzymywałem kontakt z Jimem, który wtedy zaczynał grać z Dirty Three. Zagrałem z nimi kilka koncertów jako gość. Potem wróciłem na Kretę, Jim przeprowadził się do Stanów. Kilka lat temu odwiedził nas, pograliśmy trochę, nagraliśmy trochę muzyki i tak się to zaczęło cztery lata temu.

Wspólnie tworzycie muzykę?

George: Wiesz, od dwóch i pół roku sporo ze sobą graliśmy, każdy z nas przynosi swoje pomysły. Jim zagra coś, ja coś zagram. Zbieramy pomysły, a potem o nich rozmawiamy.

Dużo wasza muzyka zawdzięcza kreteńskiej tradycji.

George: Niektóre nasze melodie są oparte na muzyce tradycyjnej, inne nie. Słuchamy dużo starych nagrań kreteńskiej muzyki, nawet tych najstarszych, z początku XX wieku. Wychowałem się na tej muzyce, gram ją całe życie, ale Jim przenosi ją w inną przestrzeń. Dajemy sobie możliwość głębokiego wejścia w muzykę, poszukiwania i rozwijania brzmienia i utworów.

Na Goats, waszej pierwszej płycie prawie w ogóle nie śpiewasz, w przeciwieństwie do Black Peak.

George: Nie chciałem się powtarzać, a śpiewanie dało mi możliwość wyrażania siebie inaczej i podążenia w innym kierunku.

Jim White: Poza tym, gdy graliśmy razem po raz pierwszy, nie byliśmy pewni, jak to wyjdzie instrumentalnie, prawda George? Śpiewanie pojawiło się naturalnie i dlatego pojawiło się na Black Peak.

Moim zdaniem Black Peak jest mroczniejszą plytą niż Goats.

George: Tak.

Dlaczego?

George: Chcesz wiedzieć dlaczego?

Tak.

Jim: Wiesz, mnie wydaje się, że nie do końca o to chodzi. W pewnym sensie jesteśmy na niej bardziej skupieni, ale to jednocześnie dynamiczniejsza płyta. Nawet jeśli jest mroczniejsza, jak to określiłeś, na pewno jest odrobinę cięższa. To wynika z tego, że dużo gramy, prezentujemy się przed bardzo różnymi publicznościami, mamy czasem bardzo mało czasu, żeby je do siebie przekonać. Dlatego nasza muzyka stała się bardziej zwarta. Forging była jedną z pierwszych piosenek, które napisaliśmy na Black Peak i w pewnym sensie ustawia całość. Muzyka odzwierciedla nasz stan w momencie pisania utworu. Nie nagrywania, nagrywanie nie jest częścią tworzenia. Możemy nagrywać w zasadzie wszędzie, bo jest nas tylko dwóch. Nie postanowiliśmy, że nagramy mroczniejszą płytę. Muzyka jest na pierwszym miejscu, a dopiero później rozmowy o niej. I nie zawsze są ze sobą związane. Dla ciebie Black Peak może być mroczniejsza, bo tak czujesz, ale to niekoniecznie odzwierciedla prawdę. No ale taka jest praca dziennikarzy, opisywanie muzyki.





George, dlaczego zdecydowałeś się na teksty Mitsosa Stawrakakisa?

George: Po pierwsze dlatego, że lubię Mitsosa i jego wiersze. Jesteśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi, pracujemy razem, znamy się od bardzo dawna. Poza tym on ma wizję swoich tekstów, które są bardzo metaforyczne. Dzięki temu daje dużo miejsca na interpretację.

Rozmawiacie o tekstach?

Jim: Rozmawiamy. Ja nie mówię po grecku, ale George opowiada mi, o czym śpiewa. Jeśli więc nie kłamie, to znam teksty.

George: (śmiech)

Jim: Jeśli dobrze rozumiem, wiele z nich jest opartych na systemie piętnastosylabowych kupletów. Zresztą George miesza teksty, wymienia wersy podczas śpiewania. Czasem gramy piosenkę i George śpiewa zupełnie inne wersy. Pytam się go, dlaczego, a on mi odpowiada, że to w sumie ta sama piosenka, ale tym razem woli taki tekst. Piosenka egzystuje oddzielnie od tekstów, ale jeśli wszystko dobrze rozumiem, wiersz Mitsosa pasują do naszej muzyki. Tak przynajmniej rozumiem je z tłumaczeń George'a.

Śpiewasz także fragment Erotokritosa, słynnego kreteńskiego poematu.

Jim: Mitsos nie napisał tych słów, nie jest aż tak stary. (obaj się śmieją).

George: Mitsos jest jednocześnie i młody, i stary, ale masz rację, nie aż tak.

Jim: To z jakiego czasu pochodzi ten poemat?

George: Z XVI wieku.

Jim: I jeszcze opowiada o przeszłości.

George: Tak, o tym jak się to zaczęło.

Jim: Składa się z 20 tysięcy wersów. (Tak naprawdę jest ich dwa razy mniej - przyp. mój)

George: My śpiewamy dziesięć. Erotokritos ma wiele wersji w różnych regionach Krety. Wielu ludzi zna go na pamięć i do tej pory wykonuje w całości.

Jim: Naprawdę znają go na pamięć?

George: Oczywiście. Dawno temu ludzie wymawiali te słowa na różne sposoby. Właśnie tak, słowa były te same, ale wymowa różna. To dlatego, że siedzieli w górach i nie mieli za dużo kontaktu z miastowymi. Ludzie zbierali się wokół ogniska. To byli przede wszystkim pasterze, którzy całe sezon letni spędzali w górach. Słuchanie Erotokritosa było jedną z ich niewielu rozrywek. Wędrowni śpiewacy chodzili od mitato do mitato, czyli szałasów pasterzy.

Jim: Czyli to było coś w rodzaju profesji?

George: W pewnym sensie. Nie robili tego dla pieniędzy, a bardziej dla przyjaciół i społeczności. Erotokritos jest niczym Biblia dla kreteńskiego dialektu.




Próbowałeś zaśpiewać go kiedyś w całości?

George: Nie, nie. To by nam zajęło ze 30 płyt. Każdy muzyka na Krecie wybierał część Erotorktiosa, w której chciał się specjalizować i śpiewał ją na melodię z różnych regionów Krety. Wiesz, melodie też są jak mowa, mają swoje dialekty.

A ty śpiewasz Erotokritosa na jaką melodię?

George: Bardziej wschodnią. Bazuję na tym stylu, ale robię to po swojemu.

Dlaczego zdecydowaliście się, żeby to Guy Picciotto nagrywał wasze płyty?

Jim: Graliśmy koncert niedaleko jego domu, a potem chcieliśmy coś nagrać, więc się z nim umówiliśmy i nagraliśmy u niego. Ujęły nas jego wrażliwość i zaangażowanie. Dużo rozmawiamy o nagraniach i nagrywaniu, pomaga nam wybrać dobre pomysły. Jest zdecydowanie kimś więcej niż tylko inżynierem dźwięku. Uwielbiamy z nim pracować, więc po prostu to robimy.

Prawie ciągle coś nagrywacie, więc pewnie macie dużo niewykorzystanych nagrań.

Jim: To prawda.

Na jakiej podstawie wiecie, że muzyka lub nagranie jest już gotowe?

Jim: Dobre pytanie. George, to dla ciebie (śmiech).

Czasem jest to zupełnie oczywiste, po prostu czujemy, że to już. Czasem wynika to z tego, że dana wersja bardziej pasuje do reszty płyty. Gramy dużo w studio, więc mamy z czego wybierać. Lubimy nagrywać, bo możemy wrócić do starszych wersji i sprawdzić, czy sprawdzają się teraz. Lubimy tez sprawdzać, jak zmieniły się pomysły, jak ewoluowały. Czasem nagrywamy piosenkę wielokrotnie. Na naszej pierwszej płycie jest utwór, który nagraliśmy szesnaście razy, ale wiele jest takich, które udają się za pierwszym podejściem. George, chcesz coś dodać?

George: Nie, w zupełności się z tobą zgadzam.

Kto ma ostatnie słowo? Kto podejmuje ostateczną decyzję?

Jim: My obaj.