poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Mutant Goat - "Yonder"


Nie ma już dla nas ratunku. Żyjemy w czasach ostatecznych. Wzrost średniej temperatury przekroczył 2 stopnie Celsjusza od początku rewolucji przemysłowej. Topniejąca Arktyka i Grenlandia przesuwają geograficzny biegun północy w stronę Wielkiej Brytanii. Badacze i analitycy przestrzegają przed nadchodzącymi falami uchodźców klimatycznych i nawołują do opamiętania, zwolnienia. Przyszłość z Matrixa raczej nam nie grozi, bliższa prawdzie jest apokaliptyczna wizja Mad Maxa.

Duet łodzianki Oli Kozioł i Anglika Andrew Dixona gra muzykę z tej właśnie wizji przyszłości. Umierającego ludzkiego świata. Świata, który można było ocalić, ale tego nie zrobiliśmy. Yonder jest swoistą pieśnią żałobną dla całej ludzkiej cywilizacji. Jednocześnie, muzyka Kozioł i Dixona jest zanurzona w przeszłości, jakby czerpali z jej samych początków. Ona śpiewa "białym głosem", ale tez krzyczy, popiskuje, zawodzi i lamentuje bez żadnych słów. On gra na własnoręcznie skonstruowanym jednostrunowym instrumencie, którym wydaje płaczliwe, basowe tony, jakby to sama Ziemia rozpaczała.

To sięganie po pierwotność zupełnie nie dziwi. Upadek cywilizacji to upadek kultury, swoiste wieki ciemne oraz koniec zaawansowanej technologii. Głos Kozioł jest momentami aż nie-ludzki, kojarzy się z Teatrem Gardzienice, rekreującym pierwotne oblicze greckiej tragedii. Zresztą już sama nazwa projektu - Mutant Goat - kieruje skojarzenia w stronę tragedii, pieśni (nomen omen) kozła. Inne silne skojarzenie to podlaskie pieśni pogrzebowe oraz odległe kulturowo irackie lamenty.

Yonder jest albumem przejmującym, poruszającym, a przede wszystkim przeraźliwie smutnym. W tym smutku kryje się piękno oraz przestroga, w końcu to list z przyszłości. Czasem od pierwszego kontaktu, wiadomo, że obcuje się z dziełem wybitnym. I tak jest w przypadku Yonder.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza