poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Lutnia jest moją obsesją


Jozefa van Wissema możecie kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej do Tylko kochankowie przeżyją Jima Jarmusha, muzycznej współpracy z amerykańskim reżyserem i licznych koncertów w Polsce. Holenderski lutnista, świeżo po wydaniu swojego czternastego albumu When Shall This Bright Day Begin opowiada o religii, architekturze, transie i nowej płycie.

When Shall This Bright Day Begin jest jak architektura modernistyczna - jasna i doskonale uporządkowana.

Dziękuję. Chyba wiem, do czego zmierzasz.

Znalazły się na niej fragmenty wypowiedzi o architekturze. Jak je wybrałeś?

Pochodzą z albumu Conversations Regarding the Future of Architecture. Mam go od pewnego czasu i po prostu go uwielbiam. Te fragmenty tworzą spójną całość z muzyką na nowej płycie, choć nie planowałem umieścić ich tam. Zola Jesus śpiewa dwie piosenki na When Shall This Bright Day Begin i słowa jednej z nich opowiadają o ruinach. Dlatego nazwałem ten utwór Ruins. Stąd zwróciłem się w stronę architektury i wpadł mi do głowy pomysł na wykorzystanie tych fragmentów.

Jeden z nich jest o Franku Lloydzie Wrighcie. To twój ulubiony architekt?

Nie, wybrałem ten fragment, bo bardzo odpowiada mi to, co jest tam powiedziane o relacji architektury ze światem – dla mnie to metafora lutni. Wiesz, nie chcę za dużo analizować, opowiadać o swoich utworach, wolę zostawić słuchaczom wolną rękę do własnych interpretacji.

Piszę właśnie scenariusz do filmu, więc niektóre tytuły utworów na When Shall This Bright Day Begin odnoszą się do tego projektu. Tylko dla mnie, bo komponowałem te utwory, pracując nad scenariuszem. Ty możesz rozumieć je zupełnie inaczej, i bardzo dobrze.

O czym będzie ten film?

O pewnej historycznej postaci oraz o bardzo intensywnych przeżyciach religijnych i cierpieniach za religię. Same wesołe rzeczy (śmiech).

Właśnie, często podkreślasz, że religia i duchowość są dla ciebie bardzo ważne. Kiedy zaczęło się Twoje zainteresowanie tym aspektem życia?

Chyba byłem nim zainteresowany od zawsze. Wynika to z rodziny, w której się urodziłem oraz miejsca, w którym dorastałem. Urodziłem się i wychowałem w Mastricht, gdzie religia katolicka, bo musisz wiedzieć, że w tym regionie Holandii to katolicy dominują, była niezwykle ważna. Kościół był ośrodkiem życia społecznego i towarzyskiego.

Bardzo interesują mnie ludzie, przeważnie kobiety, mający niezwykle intensywną, niemalże erotyczną relację z Bogiem. To, jak tracą przywiązanie do świata, by być bliżej Niego. Wszystko w naszym świecie przeminie, dlaczego więc tego nie pozbyć się wcześniej, zapomnieć o tych wszystkich gównianych stylach życia, które są niczym więzienie. One donikąd nie prowadzą.

Grasz na lutni barokowej. Dlaczego właściwie na tej jej odmianie?

Przede wszystkim dlatego, że jest strojona w D-moll, a to bardzo smutne strojenie. Łatwo przychodzi mi komponowanie w tym stroju. Wcześniej grałem i próbowałem komponować na lutnię renesansową, która ma weselszy strój, ale już bardzo dawno tego nie robiłem. Poza tym lutnia barokowa ma bardzo transowe brzmienie.

W uzyskaniu transu pomaga też repetytywna struktura Twoich utworów.

Rock'n'roll to repetycje, to właśnie czyni ten gatunek wielkim. Mam też filozoficzną podstawę swojej decyzji. Repetytywność jest metaforą życia, wszystko się powtarza, aż w końcu umiera.

Trans dla mnie to kilkugodzinna podróż pociągiem, kiedy patrzę na rozmazany świat za oknem. Kocham to uczucie, bo zapominam o codzienności. O rachunkach do zapłacenia, o czynszu, o tych wszystkich przyziemnych rzeczach. Chcę przekazać to uczucie publiczności na koncertach, chcę, żeby oni też na chwilę oderwali się od swojego normalnego życia.

Próbowałeś kiedyś grać na innych instrumentach spokrewnionych z lutnią?

Nie, nigdy. Swój stosunek do lutni mógłbym określić jako obsesję, inne instrumenty mnie nie zajmują.

Jak się zaczęła?

W momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem lutnię u mojej nauczycielki gry na gitarze. Zapytałem się, co to, a ona mi odpowiedziała, żebym nawet nie myślał o graniu na niej, że to za trudny instrument dla mnie, że się do niej nie nadaję. Miała rację, spójrz na mnie (smiech).

Nie posłuchałeś jej.

I jestem bardzo z tego powodu szczęśliwy. Na lutnię istnieje ogrom fascynującego materiału, do którego często wracam, studiuję i jest ciągle moim źródłem inspiracji. Z gitarą tak nie mam, choć to mój pierwszy instrument, zaczynałem od nauki gry na gitarze klasycznej. Potem jednak zobaczyłem lutnię w wieku 11 lat i od tamtej pory jestem w niej zakochany.

To niezbyt pospolite.

Dla jedenastolatka niezbyt pospolita jest obsesja na punkcie jakiegokolwiek isntrumentu czy gatunku muzycznego, coś ze mną musi być nie tak (śmiech).

Nadal mieszkasz w Nowym Jorku? W ostatnich wywiadach mówiłeś, że nie podobają Ci się zmiany zachodzące w mieście.

Nadal, ale nigdy tak naprawdę nie mieszkałem w Nowym Jorku na stałe, bo prawie cały czas objeżdżam Europę, grając koncerty. Niedawno czytałem wywiad ze zmarłym Bruce'em Gedudigiem z Tuxedomoon. Zapytali go, dlaczego przeniósł się do Brukseli. Odpowiedział, że w Europie jest normalne jedzenie i może żyć z muzyki. To prawda. We Francji, Włoszech, ale i na Wschodzie Europy publiczność muzyki dziwnej, eksperymentalnej jest liczna. W Stanach nie. Może w kilku miastach, ale one są oddalone od siebie o tysiące kilometrów. Tutaj co dwieście jest miasto z grupą ludzi zainteresowanych sztuką awangardową i nowoczesną. Tak naprawdę wszystko rozbija się przede wszystkim o pracę.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza