poniedziałek, 19 października 2015

Samo gęste*



Gęstość – to pojęcie wiąże wszystkie widziane przeze mnie koncerty na tegorocznym Unsoundzie. Nie przepadam za niespodziankami, czasu na całotygodniowy wyjazd nie było, do Krakowa pojechałem na Matanę Roberts, Health i Liturgy.

Przed Roberts zagrali Kamil Szuszkiewicz i Hubert Zemler. Koncert, choć oparty na materiale z Istiny Szuszkiewicza, miał zupełnie inny wydźwięk niż kaseta. Odwołująca się słowiańszczyzny mistyka została zastąpiona elegią ofiar Zagłady. Może na taki odbiór wpłynęło miejsce koncertu, pięknie zdobiona synagoga Tempel. Mechanicznie precyzyjna perkusja Zemlera, zapętlone, krzykliwe loopy i mocno przetworzone dźwięki trąbki narastały zgiełkiem, aż zostały przełamane kojącymi, smutnymi partiami wibrafonu.

Matana Roberts również zaskoczyła. Po jej koncercie w Cafe Kulturalna sprzed niemal trzech lat, spodziewałem się, że w Krakowie również postawi na interakcję z publicznością i włączy ją do swojego występu. Było zupełnie odwrotnie – performens Roberts był intymny, wręcz wsobny. Publiczność nie była ważna, co podkreślało tyko wagę historii opowiadanej w rozpisanym na dwanaście części cyklu Coin Coin. Warstwy nagrań terenowych, nojzowych sampli, przetwarzanych fraz saksofonu budowały gęsta strukturę występu. Jazzu nie było w tym ani grama. Spore zaskoczenie, ale podobnie jak duet Szuszkiewicz/Zemler bardzo pozytywne.

Niespodzianka przed Health byli RSS B0YS, którzy zagrali mocno plemiennie, ale nie przekonali mnie do swojej wizji elektroniki.

Death Magnetic Health jest jedną z najlepszych tegorocznych popowych płyt, więc koncert Amerykanów złożony przede wszystkim z najnowszego materiału. Rozumiem też głosy, że to już nie to samo Health, że bliżej im do Placebo czy Pet Shop Boys. Jest w takim twierdzeniu trochę prawdy. Noise zastąpili hałaśliwym popem i disco. Do mnie ten kierunek przemawia, tak, jak przekonał mnie koncert.

Liturgy też odświeżyli swoją muzykę (nie tak radykalnie jak Health). Coraz dalej od black metalu na Ark Work. Gitarowe i perkusyjne blasty na płycie giną pod warstwą elektroniki, sampli dudów, trąb, dzwonków. Koncert jednak był gitarowym zgiełkiem, wbijającym się w trzewia. Niestety, głośność i trudna do nagłośnienia hala zajezdni tramwajowej prawiły, że za dużo szczegółów umykało i ginęło. Za dużo. Totalność totalnością, przydałaby się jednak selektywność, choć w ogólnym rozrachunku ten występ też mogę zaliczyć do udanych.

* tytul podkradłem Inner Soundtracks


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza