środa, 2 października 2013

múm -Smilewound



W 2007 roku múm zmęczeni indie/folktronika, z której uczynili swój znak rozpoznawczy i rozbici odejściem Kristín Valtýsdóttir (wcześniej zespół opuściła jej bliźniacza siostra Gyða) postanowili nie tylko wymienić cały dotychczasowy skład i wykonać poważną woltę stylistyczną. Niestety, przejście do grania folku było najgorszą decyzją w artystycznej karierze duetu Tynes/Smárason. "Go Go Smear the Poison Ivy" i wydana dwa lata później "Sing Along to Songs We Don't Know" były błahe, bezbarwne, wymuszone i przede wszystkim, zupełnie odarte z magii pierwszych nagrań Islandczyków.

Zrozumienie tego błędu zajęło múm sześć długich lat, w czasie których zdążyłem ich definitywnie spisać na straty. Przedwczesnie, bowiem "Smilewound" przywraca wiarę w ten zespół w najprostszy możliwy sposób. Otóż Islandczycy wrócili do wypracowanej przez lata stylistyki. Znów czarują pstrykającymi dźwiękami, znów nad nimi unoszą się niby elfie wokale. Znów jest po prostu pięknie i baśniowo w naturalny sposób. Słychać radość z grania i z powrotu. Piosenki same w sobie są wreszcie interesujące i wyraziste. "Toothwheel" słusznie wybrano na  pierwszy singel, w nim odzywa fenomen "Finally We Are No One". Nie jest jednak tak, że Islandczycy zupełnie zapomnieli o ostatnich latach. Folk też się pojawia, ale te akustyczności nurzają się w bitach, trzaskach, szumach. Múm znów nagrali idealną zimową płytę, już nie mogę doczekać się pierwszego śniegu. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Tylko tyle i aż tyle.

Oczywiście, o powrocie do życiowej formy nie ma co na razie marzyć. "Smilewound" od "Loksins erum við engin" dzieli tak samo wiele, jak od "Sing Along to Songs We Don't Know". Niemniej, to bardzo dobry prognostyk na przyszłość. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza