środa, 26 września 2012

Szamanki, pasterze, derwisze

Znów pisany na szybko szkic.

Drugi dzień Skrzyżowania Kultur rozpoczęły Ayarkhaan, pięć Jakutek, które kontynuują starą tradycję śpiewu gardłowego i gry na jakuckiej drumli - khomusie. Tyle wiedziałem przed koncertem. Nie wiedziałem natomiast, że te drumle mogą brzmieć, jak eksperymentalna elektronika. Z dropami. NAPRAWDĘ. I to właśnie razem z efektami dźwiękowymi (wiatr, rżenie koni, śpiew ptaków, kowalskie młoty), do których produkowania wystarczyły im te małe kawałki metalu i własne głosy, wbiło mnie w fotel (no, krzesełko) podczas ich występu, mimo że ich śpiew był również fantastyczny.Wszystko razem tworzyło niezwykle sugestywny obraz syberyjskiej pustki, zmarzliny po sam horyzont, miejsca, gdzie przez wiele dni jazdy konno krajobraz się nie zmienia. Brr.

Po nich przyszedł czas na Rustavi, męski gruziński chór. Piosenki ludowe przeplatali kościelnymi. Aż szkoda, że nie zaśpiewali w kościele, jak A Filetta na ubiegłorocznym Ethno Porcie. W zanadrzu mieli również kilka "kabaretowych" utworów (a przynajmniej tak się wydawało bez rozumienia gruzińskiego, ale skoro jeden pan szczekał, to nie mogło to być coś zbyt poważnego). Był też instrumentalny przerywnik, który objawił kaukaskiego Steve'a Vaia. Z tą różnicą, że jego instrumentem nie jest gitara, lecz flet, ale również wydawał z niego milion dźwięków na sekundę. A nawet z nich, bo w pewnym momencie zaczął grać na dwóch jednocześnie. Jak to robił, nadal nie mam pojęcia. Nic więc dziwnego, że z całego dziesięcioosobowego zespołu, to właśnie on dostał największe owacje. Należy tu dodać, że Gruzini byli oklaskiwani długo i często, aż po czterdziestu minutach występu i kilku braw na scenę weszły dziewczęta z kwiatami, by podziękować im za koncert, a do końca było jeszcze daleko. Już po właściwej części koncertu i bisach, Rustavi pojawili się na małej scenie w klubie festiwalowym i tam zaśpiewali dwie piosenki. Szkoda tylko, że ludzie gadali okrutnie.

W środę Skrzyżowanie rozczarowało po raz pierwszy. Na koncert Juliena Weissa z Al-Kindi Ensemble czekałem z wypiekami na twarzy. Niestety, ani część z rytualnymi utworami i wirującymi derwiszami, ani autorskimi kompozycjami Francuza nie zachwyciły,. Naprawdę magicznie zrobiło się w części trzeciej, gdy wykonywali ottomańską muzykę dworską z dużą ilością improwizacji. Nie wiem, czy ten zawód wynikał z moich wybujałych oczekiwań, czy po prostu Weiss miał gorszy dzień. Stawiam na to drugie. Musiał skompletować nowy zespół, bo jego syryjscy współpracownicy są uwikłani w wojnę, a dzisiaj znów zostało zbombardowane Aleppo i nie wiadomo, czy przetrwał jego dom. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza