piątek, 10 lutego 2012

Znak jakości I

Myrra Rós, Owls of the Swamp, Sen Pszczoły, 9 II 2012


1. Zima znowu zaatakowała, więc Sen Pszczoły był pustawy. My się jednak zimy nie boimy, więc przyszliśmy. No dobrze, ja przyszedłem.

2. Zaczął  Pete Underlich, który wyglądał jak skrzyżowanie Eddiego Veddera z chłopakami z Mumford & Sons. I w sumie tak grał. Niby nic oryginalnego, kolejny chłopak z gitarą śpiewający smutne piosenki, ale było to ponadprzeciętnie urokliwe. Choć pochodzi z Australii, jego piosenki bardziej kojarzyły się z amerykańska prerią  niż jego rodzinnym buszem i kangurami. W dwóch piosenkach dołączyła do niego Myrra Rós, w kolejnych dwóch Phia, które swoimi glosami wprowadziły jeszcze więcej uroku do muzyki Owls of the Swamp (bo taki pseudonim przybrał Pete). Pomagały mu też w konferansjerce, bo jak sam przyznał, nie potrafi mówić z sensem i stroić gitary. Najbardziej podobała mi się historia piosenki o wodzie, którą Pete miał nagrać na charytatywną składankę i nic poza oklepanymi lub bardzo złymi pomysłami nie przychodziło mu do głowy, aż pewnego ranka piosenka sama się pojawiła. Na koniec zagrał "Long May You Run", ale nie Younga tylko swoje. To nie był moment na zaskakujące covery.

3. Takim momentem był występ Phii, rodaczki Pete'a. Nawet mieszkają w jednym mieście. Berlinie. Wcześniej w Melbourne. Poznali się miesiąc przed wyjazdem do Niemiec. Podczas trzydziestu minut w Śnie Pszczoły zagrała "Paper Planes" M.I.A. i hit polskiego internetu, czyli "Somebody That I Used to Know". Oba na kalimbę, "beatbox" i loopy, które nagrywała na żywo. M.I.A. wypadła świetnie, bardzo niewinnie, Gotye nie wiem, bo to był pierwszy raz, gdy słyszałem tę piosenkę. Nie ściemniam.

4. Budowanie piosenek z loopów nagrywanych podczas koncertu skojarzyło mi się trochę z KT Tunstall, z tym że Szkotka gra na gitarze, a nie kalimbie. Na ten afrykański instrument Phia trafiła trochę przypadkiem, ale od razu się w nim zakochała. Nic dziwnego, nietrudny do opanowanie, ale ile możliwości daje po podpięciu do efektów. Piosenki Austrlijki zarażały swoim optymizmem i ciepłem, które było wczoraj bardzo potrzebne.

5. I wreszcie przyszedł czas na Myrrę Rós. Co tu dużo pisać. Zaczarowała od samiutkiego początku. Można było się tego spodziewać, w końcu jest Islandką, a tam chyba każdy ma nieprzeciętny talent muzyczny. Piękne, magiczne piosenki na gitarę, bas i skromniutki zestaw perkusyjny (w informacji prasowej była wiolonczela, nie wiem, może dlatego, że bas też ma cztery struny) wystarczyły, by poczuć się w Reykjaviku, a nie w Warszawie. Zima przestała być tak straszna i mroźna.

6. Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek zareaguję entuzjastycznie na piosenkę Bajmu, ale stało się to wczoraj. Na koniec koncertu Myrra przygotowała niespodziankę. Fragment "Myśli i słów". Oczywiście po polsku i jak na kilka dni nauki, wyszło jej to bardzo dobrze.. Chyba jeszcze bardziej zdziwił mnie fakt, że wszyscy śpiewali razem z nią.

7. Zostało jeszcze kilka koncertów na ich wspólnej trasie po Polsce, wybierzcie się, jak będą u was w mieście.

8. O fenomenie islandzkiej muzyki w Polsce postaram się kiedyś napisać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza