czwartek, 2 września 2021

Dwunastoosobowy didżej


Trzy lata temu zapraszali na dancing do Spatifu. Dzisiaj są już stałym elementem stołecznego muzycznego krajobrazu, wpisują się w ruch odkrywania na nowo przedwojennej polskiej (nie tylko warszawskiej) muzyki.

Poprzednim razem spotkałem się z Noamem Zylberbergiem, bo zafascynowała mnie jego historia. Chłopak z Izraela z warszawskimi korzeniami przyjeżdża do Polski, by grać muzykę słuchaną przez swoich dziadków. Efektem spotkania był artykuł, który pojawił się w Wyborczej.

Teraz spotkaliśmy się ponownie, Mała Orkiestra Dancingowa wydała właśnie swój drugi nagrany album na domowym stadionie, w Spatifie. Tam też rozmawialiśmy, a efekty znajdziecie we wczorajszym Czasie Kultury. Symbolicznie tekst ukazał się 1 września, ale to tak naprawdę przypadek. 1 września to symboliczny koniec świata ówczesnych muzyków i początek rodzącej się nostalgii za tamtym światem. Tylko że dla Noama i jego zespołu nostalgia jest na ostatnim miejscu. Najważniejsza jest muzyka. Wyszperana w Bibliotece narodowej, znaleziona na YouTube. Nie grają wielkich przedwojennych hitów, by nie wpaść w pułapkę nostalgii. A przecież jej odrzucenie w przypadku muzyki tak mocno naznaczonej jej kontekstem nie jest prostym zadaniem. Tym bardziej jeśli gra się ją tak wiernie. Oczywiście, to są aranżacje z epoki rozpisane na zespół, który mógł wtedy grać. Nie jest to przypadek Jazz Bandu Młynarski-Masecki, który formę przedwojennych piosenek przefiltrowuje przez niepowtarzalną wyobraźnię Maseckiego i umieszcza ją w wymyślonych latach 50., a z drugiej strony swoją drugą płytę nagrali na sprzęcie z lat 20., co już jest jakimś wyższym poziomem kreacji i nostalgii.

Może i można by było traktować MOD podobnie, ale oni zgodnie z nazwa podkreślają taneczność, użytkowość piosenek. Skoro można było do nich tańczyć wtedy, to czemu nie można teraz bez udawania, że żyjemy w międzywojniu? Wczesny polski pop niewiele się różni się od debiutu Orkiestry w warstwie aranżacyjnej. To nadal świetnie rozpisana i zagrane w punkt piosenki. A jednak słychać w nich więcej swobody. Nic dziwnego, lepiej się zgrali, lepiej poznali oraz - jak już zdążyłem zdradzić - nagrali ją na setkę w Spatifie. Andrzejowi Izdebskiemu udało się wykręcić świetne, bardzo przestrzenne brzmienie, które pomaga piosenkom błyszczeć.

A ma co błyszczeć. Zylberberg po raz kolejny wybrał ukryte perełki przedwojennego polskiego piosenkopisarstwa. Są fokstroty, slowfoksy, tanga, passo doble. Pokazują wszechstronność kompozytorów i aranżerów. Przede wszystkim porywają do tańca. Trochę mnie się marzy poszerzenie formuły Orkiestry, wplatanie w repertuar współczesnych kompozycji. Wiem, że na koncertach już to robią. Może na kolejnej płycie postanowią je nagrać?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz