poniedziałek, 11 stycznia 2021

2020: podsumowanie



Jaki był ten 2020 rok – wszyscy wiemy, nie ma się co rozpisywać. Zamknięty przez większość roku w domu słuchałem jeszcze więcej muzyki niż w 2019 i to chyba jedyna zaleta tego pandemicznego roku, który na szczęście już się skończył. A skoro się skończył, to czas na podsumowanie.

Dwa, trzy, cztery, pięć

Najlepiej ten rok udało się opisać Nicolasowi Jaarowi. Każda z jego trzech tegorocznych płyt prawie na bieżąco komentowała (nie tylko) pandemiczną rzeczywistość. Od 2017-2019 Against All Logic w styczniu przez marcowe Cenizas po lipcowe opus magnum, Telas. Choć powstawały prawie jednocześnie, na przestrzeni kilku ostatnich lat, to nie mogły ukazać się w lepszym momencie i lepszej kolejności. Wyzwolone z piosenkowej formy Telas, wielowątkowe, futurystyczne i archaiczne, tradycyjne i eksperymentalne to nie tylko jego najlepsza płyta, ale tez najlepsze podsumowanie tego roku, w którym nic nie było pewne.

Nie tylko Jaar w 2020 wydał więcej niż jeden album. Aż cztery – Wacław Zimpel. O pierwszym z nich pisałem na początku roku wDwutygodniku. Dwie natomiast nagrała Taylor Swift, bo plany na trasy koncertowe w ubiegłym roku wszystkim spektakularnie się posypały. O ile Folklore to miłe odświeżenie jej stylu, ale nie tak odważne, jak chcieliby niektórzy (bo przecież to indie folk rodem ze Starbucksa), to Evermore jest zupełnie niepotrzebne i po prostu nudne.

Koncerty przychodzą do człowieka

No właśnie, koncertów w 2020 nie było. Mnie udało się pójść na jeden – dzień przed Walentynkami w Brukseli zobaczyłem Carly Rae Jepsen. A zaraz potem koncerty na stałe przeniosły się do internetu. Było ich tyle, ze już w marcu czułem się nimi przytłoczony, czego dawałem świadectwo w Dwutygodniku. Regularnie za to oglądałem partyzanckie relacje z berlińskiego gniazdka Marcina Maseckiego – od kompozytorów z XVIII wieku po wczesną muzykę rozrywkową., ale już jego profesjonalne nagrania w przestrzeniach Pałacu Kultury nie przekonały mnie. Artystom do mieszkań zaglądałem również podczas hiszpańskiego Cuarentena Fest i odkryłem dwójkę, która towarzyszyła mi przez całą wiosnę – Calizę i Evripidisa Sabatisa. Pod koniec roku zmierzyłem się z ogromem festiwalu Nyege Nyege – w planach mieli i przejmowanie lokalnej telewizji, sety z Berlina i Kairu, koncerty na brzegu Nilu, miast, targów, do tego minidokumenty przedstawiające lokalne wschodnioafrykańskie style i sceny. Uganda nigdy nie była (i nie będzie) tak blisko.

Jedni artyści w pandemii nagrywali, inni przygotowywali płyty koncertowe, by dać chociaż taką namiastkę występów na żywo. Japandroids cofnęli się do koncertu w jednej z najważniejszych kanadyjskich sal, Arctic Monkeys – brytyjskich ze swoich ostatnich tras. Dlatego Massey Fucking Hall porywa, a Live at the Royal Albert Hall nudzi okrutnie. Bombino wypuścił zapis koncertu w Amsterdamie z listopada 2019 i co ja mogę napisać, gdy nie boli go ząb – jak na Globaltice – gra jak nikt inny, o taki gitarowy blask walczyłem. Juana Molina jeszcze w marcu 2020 zagrała na meksykańskim festiwaluNRML i tenże koncert ukazał się latem w Crammed Discs.

Bezkonkurencyjny w zeszłorocznych płytach koncertowych i pod każdym innym względem był libański duet Praed, który nakładem berlińskiej oficyny Morphine Records wydał potrójny album Live in Sharjah, zapis specjalnego występu w kulturalnej stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Rozrośli się do 13 osób i jako Praed Orchestra zreinterpretowali własną twórczość (będącą z kolei autorskim podejściem do egipskiego shaabi). 100 minut muzyki, najlepszy wstęp do arabskiej alternatywy. Troszkę więcej pisałem o niej w podsumowaniu dla RCKL, a Kuba Knera w tym samym miejscu jeszcze więcej i zgadzam się z każdym jego słowem. Live in Sharjah to idealne zwieńczenie roku, w którym to koncerty przychodziły do domu.

Modernizacje

Tak nazywa się seria wydawnicza 1000Hz, którą w styczniu zapoczątkowały kompilacje Dubin i Katawa Singers, wykonawców, którzy bardzo lokalną muzykę wprowadzali w nowoczesność. O tych pierwszych napisałem spory tekst dla Czasu Kultury, o tych drugich mówiłem w audycji. Nie tylko z tego powodu moją osobowością roku w podsumowaniu RCKL obwołałem Piotra Cichockiego z tej inicjatywy – to po prostu był rok 1000Hz, każda nowa pozycja była strzałem w środek tarczy. Czy były to wymykające się wszelakim klasyfikacjom piosenki WILD/LIFE i Andy'ego One czy bardzo surowe, wręcz etnograficzne nagrania vimbuzy grupy DoctorKanuski i Kukayi.

W tym samym obszarze – między tradycją a nowoczesnością – od lat porusza się Raul Refree, który na początku roku razem z Liną wydał niezwykle interesujące i obrazoburcze interpretacje fado AmaliiRodrigues, a w marcu ukazał się wyprodukowany przez niego trzeci album Cocanhi, (wtedy jeszcze) tria wskrzeszającego i modernizującego oksytańskie polifoniczne piosenki. Do tego jeszcze nagrał wspólny album z Lee Ranaldo, wyprodukował kilka piosenek na nominowany do Grammy album Ricky'ego Martina, ładną i ciekawą EP Anaju i wreszcie wrócił do współpracy z La M.O.D.A., herosami hiszpańskiej alternatywy spoglądającej z czułością na tradycję. Nieprzypadkowo to od niego zacząłem swój tekst o flamenco heterodoxo towarzyszący pracom Raula Cantizano i duetu Voluble dla Instytutu Cervantesa.

Wiem, że się powtarzam, ale nie ma dla mnie od kilku lat ważniejszego nurtu niż modernizowanie, nadawanie tradycji nowych kontekstów i wykorzystywania jej do tworzenia całkowicie współczesnych, autonomicznych wypowiedzi. Często bywa tak, że muzycy zmierzają do niej okrężną drogą, jak Jrpjej, którzy do muzyki czerkieskiej trafili z niezalu, eksperymentów i punka. Kapela ze Wsi Warszawa zabrała się za muzykę Urzecza, mikroregionu, który wdzierał się w Warszawę wzdłuż brzegów Wisły. Z wodą związana jest trzecia płyta Sutari. Z dziedzictwem (i brzemieniem) własnej prababki zmierzyła się Siti Muharam, a jej podbity jazzem i delikatną elektroniką taarab to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń minionego roku. Zaskoczeniem nie było, że Meridian Brothers zaskoczyli i tym razem zabawili się cumbią w iście zappowski sposób. Nihiloxica ponownie fascynująco ożenili elektronikę z korzennymi, szamanistycznymi rytmami z Afryki Wschodniej, a Groupe RTD w wielkim stylu przypomnieli jedno z moich ukochanych zjawisk –afrykańskie orkiestry rządowe, w tym wypadku państwowego radia i telewizji w Dżibuti. Marion Cousin po raz drugi zabrała się za muzykę hiszpańską – tym razem z Estremadury z towarzyszeniem eksperymentalnego duetu Kaumwald. Bardzo klasyczne interpretacje klasycznej muzyki perskiej (ale też nie do końca, bo w składzie mają violę da gamba), które trafiły na Persienne d'Iran żeńskiego kwintetu Atine był moim odkryciem końcówki roku. Evritki Zygia muzykę Tracji wzbogaca o syntezatory i robi to w bardzo psychodeliczny sposób.

W stronę słońca

Pierwsze zamkniecie spędziłem między innymi z czwartą płytą balearskiego zespołu Da Souza – idealnie wakacyjnym indie popem, skrzącym się barwami i językami wybrzeży Morza Śródziemnego. Dalej wybrali się autorzy mojej polskiej płyty roku, Tropical Soldiers in Paradise, którzy zahaczyli o Karaiby, Afrykę Zachodnią, Brazylię, a wszystko zespolili lepkim jak guma nadwiślańskim lipcem. Na brazylijską plażę skąpaną syntezatorowym słońcem wybrał się Kuba Ziołek, w tym samym kierunku, trochę bardziej na północ skierowała się Clea Vincent. Z zimnej Szwecji pod metaforyczne palmy wybrał się Daniel Ogren. W prawdziwe tropiki z Nowego Jorku wybrali się Asa Tone i na Jawie ożenili gamelan z ambientem i minimalem (wiadomo, że nie pierwsi zresztą), a to połączenie okazało się wcale nie takie tymczasowe, jak sugeruje tytuł. Songhoy Blues pokazali, że serce rocka bije na spalonym słońcem Sahelu.

Spojrzenie z przeszłości

Jak co roku dużo dobra działo się w reedycjach i archiwaliach. Żałuję, że nie napisałem nic o Dotyku Renaty Lewandowskiej, wydanym (bo przecież nie przypomnianym, to premiera, choć nagrania mają ponad 40 lat) przez Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs. Pocieszam się tym, ze bardzo ładnie zrobiłto Paweł Klimczak dla Dwutygodnika. Bongo Joe przypomnieli postać kaukaskiego króla gitary, Rustema Quliyeva oraz Pedro Limę, legendę z Sao Tome. Jednym z moich odkryć roku jest izraelski szał na muzykę grecką sprzed pół wieku i przypomniany przez Fortuna Records album Koko, marokańskiego żyda, który postanowił nauczyć się śpiewać i grać po grecku. Zostańmy na chwilę na Bliskim Wschodzie – francuska oficyna WeWantSounds regularnie wznawia arabskie klasyki – w zeszłym roku Marifti Feek Fairuz i Oriental Music egipskiego magika syntezatorów Omara El Sherei. Inni moi ulubieni archiwiści, londyńczycy z Death Is Not the End wygrzebali w 2020 fińskie robotnicze pieśni z Nowego Jorku oraz absolutniegenialną czwórkę Aziza Baloucha – postaci, która zasługuje na własny film. Teoretyk i praktyk flamenco z Sinhu w dzisiejszym Pakistanie, swoje dorosłe życie spędził między Gibraltarem a Londynem, a jego zachwycali się wszyscy. Rok 2020 przyniósł też reedycję Знаєш як? Розкажи Svitlany Nianio i Oleksandra Jurczenki, avantfolkowej perełki z Ukrainy, bliskiej naszemu Księżycowi. Nie mogę również nie wspomnieć o Aichy Maalema Mahmouda Ghanii. Ten pięknie surowy i transowy album przypomniała oficyna Hive Mind. Nie przegapcie go.

Girls to the Front

Przez dobre kilka miesięcy 2020 byłem pewien, że moją płytą rok będzie Saint Cloud Waxahatchee, ale Jaar i Praed Orchestra! byli niczym z innej ligi. Niemniej, powrót Katie Crutchfield do muzyki swojego dzieciństwa, country, od którego uciekała przez prawie całą swoją muzyczną karierę był bardziej niż udany. W jej indierockowe buty śmiało wchodzi debiutująca Samia – tak pięknie smutnych piosenek, jakie znalazły się na The Baby nie pisze się łatwo. Pięknie smutne były również w tym roku Frances Quinlan i Julia Marcell, z dwóch wersji językowych Skull Echo wybieram polską.

Liraz wzywała irańskie kobiety do walki i oporu, modernizując przy okazji idiom przedrewolucyjnego perskiego popu, a Mentrix jedynie z kilkoma syntezatorami i bębnami obręczowymi nagrała swój własnymanifest. Mocne, feministyczne głosy przychodziły też z Afryki – historia Star Feminine Band z Beninu to materiał na film (nastoletnie dziewczyny po lekcjach uczyły się grać na instrumentach, by nagrać ten album), Emel Mathlouthi oprócz nowych piosenek przygotowała covery swoich ukochanych utworów, francuski producent Rrobin razem z Les Mama du Congo nagrał poruszającą płytę, Francuzi odegrali dużą rolę w debiucie Bab L'Buz, ale nie przyćmili fenomenu Yousry Mansour. W ostatnich tygodniach roku zachwyciła mnie Yumi Ito i jej wysublimowane piosenki.

Inne pieśni

O fenomenie Telas Jaara pisałem wyżej, ale nie tylko on przekraczał granice. Piotr Kurek zrecyklingował samego siebie i z muzyki napisanej do trzech spektakli złożył intrygująca opowieść o trwaniu tradycji i przezwyciężaniu jej ograniczeń. Kenijski duet Duma nie ograniczał się niczym i nagrali album, o którym nie śniło się filozofom. Raed Yassin (z Praed) sięgnął do nie swoich archiwów i zszył z nich muzykę na wskroś współczesną, ale zakorzenioną w tradycji, trochę w duchu Jerusalem in My Heart. Antonina Nowacka z Indonezji przywiozła pieśni bez słów, które później nagrała w Twierdzy Modlin i chyba nie było bardziej kojącej muzyki w 2020. No, może się z nią równać Soundplaces Deryi Turkana i Sokratisa Sinopoulosa. Dwóch wirtuozów tureckiej kemenczy odbyło podróż ze Stambułu do Stambułu przez Grecję, Morze Egejskie i Izmir. The Angstromers pomogli Chouk Bwa wynieść haitańską mizik rasin na orbitę okołoziemską, Ammar 808 podobny zabieg wykonał na muzyce z południa Indii. Lumpeks doładowali oberki i mazury freejazzową chropowatością, a SK.EIN zasłuchał się w Gdańsku i bazylice mariackiej. Kiev Office 

Same sztosy

2020 był zdecydowanie rokiem Astigmatic Records. Dwa świetne albumy Błota (Kwiatostan podoba mi się odrobinę bardziej niż Erozje), EABS reinterpretujący muzykę Sun Ra, zaskakujący Bennelux i wreszcie genialny Dotyk. Nauczyłem się ufać im w ciemno, tak, jak i moim ulubionym Szwajcarom z Les Disques Bongo Joe, ale oni w zeszłym roku postawili bardziej na single niż albumy. O moim entuzjastycznym stosunku do 1000Hz już wiecie, w ciemno ufam też Jankowi i Paulinie z Mondoj, a Coastline Northern Cuts osładzają ból po stracie Lado ABC i Instantc Classic.

Na ulicy

To był także rok protestów na całym świecie. Black Lives Matter w USA, protesty przeciwko brutalności policji we Francji, w Polsce również było gorąco, szczególnie jesienią. Chyba pierwszy raz za mojej pamięci masowe protesty w Polsce miały swoją wyrazistą muzykę. Do tej pory nie rozumiem, jak jednym z hymnów protestów stały się Call on Me i jej przeróbka przez Cypisa, którego twórczość raczej nie kojarzy się z postulatami Strajku Kobiet. Na szczęście lepszych protest songów nie brakowało – o nich pisałem w Czasie Kultury w listopadzie.

Nowy monopol?

Nie było dalekich wojaży, nie było koncertów i festiwalu, więc kupowałem w 2020 więcej muzyki niż zazwyczaj. Przede wszystkim na Bandcampie, który od lat jest platformą pierwszego wyboru dla niezależnych artystów i wydawnictw, a teraz, w pandemii, jeszcze wzmocnił swoją pozycję. Również dzięki wprowadzeniu Bandcampowych piątków – przez większość pierwszych piątków miesiąca serwis rezygnował ze swojej prowizji, by wspomóc pozbawionych źródeł dochodów muzyków. Przez prawie cały rok robiłem swoje przewodniki po specjalnych wydaniach i zapowiedziach premier na #bandcampfriday i będę je kontynuował w tym roku, tak długo, jak będzie trwała ta akcja. Jej skuteczność podważa Piotr Tkacz w najnowszym Glissando poświęconym internetowi (i ja się z nim do pewnego stopnia zgadzam. Rozmowy, którą z Emilią Stachowską, Piotrem i mną przeprowadziła Wiola Żochowska możecie posłuchać w archiwum audycji Radia Kapitał). Do tego samego numeru napisałem tekst o internetowych archiwach, o tym, co się dzieje z muzyką w internecie i o poprzednich platformach, które był na dobrej drodze do zmonopolizowania obiegów muzyki (tak przecież działa internetowy kapitalizm, zwycięzca może być tylko jeden) i co się z nimi stało.

I to chyba na tyle. Wszystkie moje ulubione płyty 2020 znajdziecie tutaj.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza