poniedziałek, 19 września 2016

Historyczne graffiti


Z poprzedniego koncertu Yawning Man w Polsce pamiętam miejsce - wrocławską piwnicę Od zmierzchu do świtu - i że był to straszliwie gorący dzień. Pamiętam też, że koncert bardzo mi się podobał i to, że Mario Lalli nie dojechał do Europy. Sięgam po swoją relacją z tamtego koncertu - grali Rock formations i bas był za głośno.

Te dwie rzeczy zgadzają się z tym, co działo się w Chmurach. Też zagrali Rock formations  i też bas momentami przytłaczał wszystko. Zapamiętam jednak przede wszystkim pejzaże, jakie malowali dźwiękami. Kolorowe, jasne, pełne słońca, jak ich rodzinna pustynia. Zapamiętam, że w końcu usłyszałem przepiękny Catamaran, który najbardziej znany jest z wersji Kyussa.

***
Do Warszawy Amerykanie przyjechali promować swój najnowszy album, Historical Graffiti, będący zapisem wyjątkowej sesji. W legendarnym studiu ION w Buenos Aires do Yawning Mand dołączyli muzycy na co dzień zajmujący się tangiem. Skrzypce, bandoneon i melotron dodają nowego wymiar gitarowej muzyce tria Arce-Lalli-Stinson (które zresztą na obecnej trasie rozrosło się do kwartetu). Oczywiście, to tylko dodatki, nadal Yawning Man można rozpoznać po charakterystycznym, miękkim, rozmytym oraz po niespiesznych tempach, które podkreśla gra basu.

30 lat improwizowania wyraźnie procentuje na Historical Graffiti. Nie ma tu miejsca na nudę, a to przecież trudne zadanie, bo Yawning Man grają bardzo ilustracyjnie. Potrafią jednak utrzymać uwagę, a gdy tylko wkradają się cienie monotonii, szybko reagują wprowadzając nowe wątki w utwory. 

Najbardziej cieszą The Wind Cries Edalyn i kompozycja tytułowa, w których najbardziej słychać argentyńskich gospodarzy. W nich też najbardziej słychać, że Yawning Man mogliby grać tak bez przerwy, bez końca oddając hołd kalifornijskiej pustyni.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza