sobota, 5 lutego 2011

Warsaw City Duel

1. Dwa dni, dwa kluby, cztery zespoły, dwa debiuty.
2. Dzień pierwszy: Time Cafe. The Phantoms + The Obligatory Niggers
3. The Obligatory Niggers. NIGGA PLEASE. Było strasznie. Zjarana perkusistka nie bardzo ogarniała, co się dzieje na scenie. Gitarzysta coś tam sobie rzępolił, a wokalista, jak na wokalistę przystało, darł się. Wszystko razem brzmiało, jak nieudana podróbka Monotonix. MASAKRA.
4. Phantomsi zagrali dużo lepiej. Pierwszy raz widziałem ich już z Miguelem w składzie. Wysoki chudzielec dobrze wpasował się swoimi klawiszami w psychodeliczny surf rock zespołu. Szkoda, że nagłośnienie nie dawało rady i wokal Grzegorza czasem niknął, a czasem był za głośno. Fajnie, że chłopaki poszli na koncercie w stronę lekkiej psychodelii. Mocno było czuć kolorowe lata 60., nie tylko z powodu stylówy Phantomsów. Przez moment poczułem się, jakbyśmy przenieśli się 50 lat wstecz. Bardzo dobry, choć źle nagłośniony koncert.
5. Dzień drugi: Sen Pszczoły. Rachael + No Love Lost
6. Miał być też rzaba, ale go nie było.
7. No Love Lost. Hm, za wiele w mojej pamięci nie zostało, a byłem całkiem trzeźwy. To znaczy, w porównaniu  do Obligatory Niggers było miljon razy lepiej. Tylko trochę zbyt poprawnie. No ale to ich pierwszy koncert. A, mają bardzo dużo znajomych ;)
8. Rachael. Było bardziej punkowo niż w Hydro, ale też zdarzały się długie, psychodeliczne odjazdy. Z koncertu na koncert grają coraz lepiej. W piątek był miód malina. I fantastyczna wersja "Summer Dope".

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza